Metamorfozy (Kraszewski, 1874)/Część druga/XIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Metamorfozy
Podtytuł Obrazki
Wydawca Gubrynowicz i Schmidt; Michał Glücksberg
Data wyd. 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


— Ja, rzekł po krótkiej chwili milczenia, nie pochwalę się życiem mojem, ale dziś mam już to pocieszające przekonanie, że nikt podobno nie otrzymał czego żądał, każdy z nas po czemś płacze... Najszczęśliwsi na pozór ci co mają choć chleb...
— I masło do chleba... szepnął Longin.
— Ale niebieskich migdałów, które okwitły w młodości, nikt!... a i te do życia potrzebne.
Znaliście mnie towarzyszem waszym, wiecie jak niepewien tego co z sobą pocznę, rozstawałem się z wami, wioząc folianty wierszów i prozy, stosy nut, teki rysunków pełne i serce niepewnością nadziane. Były dla mnie dnie natchnienia, zdawało mi się, żem stworzony poetą, nazajutrz budziłem się muzykiem, szalałem za harmonją, co tydzień chciałem być koniecznie malarzem i mówiłem sobie że jeszcze nim zostać mogę. Postanawiam więc rzucić resztę, oddać jednemu wyłącznie, ale pokusa i żal chwytają za serce ciągle... jak się wyrzec języka pieśni, jak wyrzec tonów co mówią więcej niż słowa? jak nie wyspowiadać rysem ołówka, co czasem za najdłuższe stanie opowiadanie, urzeczywistniając marzenie, dając życie myśli mglistej?...
Ta nieszczęsna namiętność do wszystkiego z kolei, zatruwała mi dnie spędzone z wami i całe popsuła życie, nie miałem odwagi zostać czemś jednem wyłącznie, zamknąć się w komorze odosobnionej, i jestem jak ów skazany na roztarganie końmi, którego rwą na wszystkie strony...
Powróciłem na wieś do ojca niby literatem... ale zupełnie jeszcze nie pewien co z sobą pocznę, poczciwy ojciec zostawił to mojemu upodobaniu i wyborowi, widać jednak było, że ta niepewność losu, na którą już i siebie skazałem, bolała go tajemnie. On także we mnie odkryć nie umiał ku czemu bym był zdolniejszy, obawiając się bym rozstrzelony nie skończył na pospolitym człowieczku salonowym, co po troszę liznął wszystkiego a nic sercem nie ukochał i bez celu pozostał.
Przedewszystkiem mogłem sobie zostać swobodnie gospodarzem, szlachcicem, domatorem, ożenić się, nic nie robić i mieć w pewnej perspektywie marszałkowstwo powiatowe... ale ojciec miał dla mnie więcej ambicji, widział we mnie coś więcej nad pospolitego wiejskiego szlachcica, pragnął koniecznie wykierować mnie na fenomena... na feniksa. Tymczasem pierwszy z brzegu nim być nie może, feniksy rodzą się jak wiadomo z popiołów, a w dodatku los im pomaga, forytuje, popycha... los, który mnie jakoś sprzyjać nie chciał, choć Cymbusowi dopisywał. Długośmy się naradzali z ojcem co począć, aż wreszcie stanęło na tem, że mam się trzymać literatury... Poezyj miałem mnóstwo gotowych, odczytaliśmy je razem, mnie się one wydawały śliczne, cudowne ojcu, a przyjacielowi domu, który u nas rezydował, wyższe nad wszystko co dotąd kiedykolwiek w naszym języku napisane było, zwłaszcza gdy przy objedzie miód stary podano, a po miodzie następowało czytanie.
Uchwaliliśmy tedy jednogłośne wydanie arcydzieła i posłałem je do druku... naturalnie proprio sumptu, bo na początek inaczej być nie mogło. Poezje moje pokiereszowane i podopełniane kropkami tajemniczemi, w których dla profanów mgła osłaniała największe piękności, jak w owym obrazie zakryta twarz plączącej matki — z pięciuset sześćdziesięcią omyłkami wyszły w żółtej okładce. Przyjęliśmy je wszyscy z niepokojem, radością, uśmiechem, szałem, gorączką, a ja zaraz od deski do deski odczytałem siebie drukowanego... stawiąc się na miejscu czytelnika.
Otóż — co powiecie na to? — poezje moje w tej nowej szacie wydały mi się gorzej niż wiersze, pospolite, oklepane, blade, — ojciec nawet milczał czytając, jeden rezydent unosił się jeszcze, ale widać było, że przez punkt honoru tylko. Chodziło o skutek jaki sprawią na publiczności; — jak na biedę nie uczyniły żadnego, każdy numer gazety porywaliśmy szukając w milczeniu krytyki, wspomnienia, pochwały; znajdowaliśmy cmentarzowe milczenie.
Trzykroć tylko maczkiem wydrukowane okazały się bibliograficzne uwiadomienia o wyjściu poezji... i cicho. Posłałem gratis egzemplarze wydawcom pism perjodycznych i członkom areopagu...
Cisza... głucha, zabijająca cisza — ktoś się odezwał dwuznacznie, i znowu nic. Trzeba wiedzieć, że to była pora wylewu poezji, na którą są lata urodzaju i posuchy; wówczas mieliśmy tyle noworoczników, zbiorków, zbiorów liryków, poematów, że czytelnik na poezją najłakomszy nie mógł im podołać, a żem ja nieznany wystąpił nagle, bez opieki, nikt nawet czytać mnie nie chciał.
W pół roku dopiero przyszła komuś fantazja mnie zarznąć, i w trzech numerach gazety, począwszy od przyznania mi talentu, dowodził, że w poezjach nie ma ani sensu, ani smaku, ani natchnienia, ani stylu, ani imaginacji, ani myśli. Skończył logicznym bardzo wyrokiem, że powinien pracować, kształcić się i nie ustawać... pisać głupstwa. Trzy numera bił mnie aby w końcu ojcowską pogłaskać prawicą.
Jam to jakoś zjadł dosyć gładko przełknąwszy, ale rezydent wpadł we wściekłość, a ojciec mówił o wyzwaniu na pojedynek; chciał bić i kłóć, niszczyć, redaktora pozywać, wojnę wypowiedzieć, krucjatę ogłaszać, i wymógł na mnie żem posłał odpowiedź, która choć ostra i jędrna, jeszcze mu się za słabą wydała. W sekrecie jednak sam gorąco obstał za mną i wypalił pierwszy w życiu artykuł, a rezydent nagle natchniony, wierszem siedmio i jedenasto zgłoskowym uciął satyrę przeciwko arystarchom wileńskim...
Koniec końcem, tak mie to zniechęciło, żem książki pozamykał, a cały się oddał muzyce. Zawszem ją kochał bardzo, alem się uczył jej mało, grałem jak u nas bębnią wszyscy, ledwie się domyślając, że co innego uczyć się grać, co innego muzyki... Wziąwszy się do egzekucji zapragnąłem teorji i przekonałem się, że wypadło zacząć od alfabetu. Zaprzęgłem się tedy do pracy, i Catel, Förster, Fetis wprędce mi dali pojęcie tego co zostawało do zwyciężenia, myślałem udać się do konserwatorjum w Pradze, ojciec nie bronił, ale uznawał mnie już tak wysoce usposobionym, że mu się to zdawało nieużytecznem.
— Ty więcej umiesz od nich! powtarzał.
A rezydent dodawał:
— Ale to już pewna, że czegoż on nie umie!
Choć grube kadzidło to — biję się w piersi, — przyjemnie łechtało w nos... Napisałem fantazją w trzech częściach pod tytułem: Sous le gibet, z ogromną introdukcją, i posłałem ją znowu proprio sumptu sztychować w Lipsku... Była tak fantastyczna, ognista, dziwaczna, śmiało zbudowana, żem na niej ogromne pokładał nadzieje... nic podobnego nawet muzycy przeszłości nie słyszeli, zakasowałem Wagner’a.
Ale cóż powiecie, nawet moim własnym kosztem Breitkopf arcydzieła tego nie chciał sztychować, tylko podkreśliwszy mi ze sto omyłek ortografii i składni muzykalnej, odesłał rękopism, na którym zdawało się jeszcze czuć śmiech lipskich muzykusów z naiwnej śmiałości nowicjusza... na marginesach czerwonym ołówkiem postawiali łokciowe wykrzykniki!
Zjadłem to sam, ojcu się nie chwaląc, ale zupełnie straciłem ochotę do muzyki.
Dotąd nie grywałem prawie tylko samych fortepianistów i to nowych, szybko-biegaczów szkoły świeżej, unosząc się nad Wilmersem i Fumagallim, nad Döhlerem i Thalbergiem; wtem zjawił się u nas skromny Czech muzyk, który z wielkiem podziwieniem mojem powiedział mi popisującemu się przed nim od niechcenia, że to nie jest muzyka...
On pierwszy oznajomił mnie z poważniejszemi dziełami, z prostotą Haydn’a, ze sztuką Bach’a, z wdziękiem Mozart’a, z namiętnością i rozpaczą Beethoven’a, z tęsknotą Schubert’a, z Schumannem i Spohrem, z Mendelsohnem-Bartholdy, spadkobiercą wielkich dziadów. Nowy świat odkrył się przedemną, ale ogrom jego ucisnął mnie i przybił — nie było już niewyśpiewanej pieśni, nieużytej formy, nietkniętego motywu, nic nie pozostawało do zrobienia. Jak i z czem stanąć obok tych olbrzymów? Zawstydzony zmiarkowałem dopiero, że moja fantazja w Lipsku musiała się wydać dziecinną niedorzecznością — i zamknąłem fortepian.
Otwierałem go czasami żeby przeczytać sonatę starą, przejrzeć ciekawą partycję, ale bieganina po klawiszach ustala; ojciec mi wyrzucał, że zapominam muzyki, jam milczał upokorzony. Dawniej improwizowałem całe wieczory, teraz mi palce stężały, umysł odrętwiał, nie śmiałem tknąć fortepianu, zdawało mi się profanacją odezwać się z ubogą myślą nieforemnie przedstawioną po tylu mistrzach...
Tak kolej przyszła na malarstwo — ołówek wpadł w rękę znowu, rozpakowałem farby i począłem malować. Całe dnie poczciwy ojciec siedział za mną i patrzał, dziwiąc się i poprzysięgając, żem był geniuszem uniwersalnym — czego zresztą i ja się po troszę domyślałem... Rezydent w zachwyceniu po miodzie gębę otwarłszy, powtarzał:
— Rafael! panie, słowo honoru, Rafael!
Wiele bym tak popsuł płótna, nie wiem — gdyby niespodziana okoliczność nie przerwała tych zajęć, które na nic się nie zdały, ale mnie robiły szczęśliwym na chwilę — wśród malowania zakochałem się.
W sąsiedztwie naszem zjawiło się cudo! była to panienka, dla której wychowania rodzice spędzali lat dziesięć w Paryżu, Rzymie, Florencji, Dreźnie, budując ją na fenomen. W kolebce uznaną została a raczej namaszczoną na dziecię cudowne i stosownie do tego ją pielęgnowano.
Matka miała ich kilka, próbowała z kolei każdą przerobić na heroinę, ale w tej dopiero znalazła odpowiedni materjał i jej poświęciła się zupełnie. Miernego majątku ludzie, oboje starannie wychowani, nie wiem czy wprost żądali sławy i rozgłosu, czy ufali w to, że sława talentów nadzwyczajnych nadzwyczajnego sprowadzi im zięcia, dosyć że wychowali córkę na inspektach jak delikatny kwiatek, usiłując podnieść uprawą, co Bóg obiecywał w zarodku.
Imię jej było Bogna... już siedem lat mając, śpiewała i grała w publicznym koncercie na ubogich, w tym wieku już była zachwycającą i zachwyconą istotą, wiedzącą doskonale, że jest fenomenem, kandydatką na bóstwo, starającą się podobać i tupającą nóżką, gdy kto śmiał nie zwracać na nią uwagi. Jedno z dwojga, wychowanie przedsięwzięte albo ją miało spotęgować, albo unicestwić... szczęściem wytrzymała je i nic się jej złego nie stało; owszem rękami najsławniejszych mistrzów wypielęgnowana, nauki mając sobie podawane w cukierkach i opłatkach, w kąpielach wonnych i zakrapianiach nieznacznych, w kadzidłach i wyziewach, napoiła się niemi łatwo i przyjemnie utuczyła w tej atmosferze... Sztuki uczono ją galerjami, jeżdżąc z nią od arcydzieła do arcydzieła, muzyki lekcje brała od pierwszych kompozytorów, literatury kursu słuchała w Paryżu, a wszędzie padały przed nią na twarz zdziwione tłumy. Mając lat piętnaście występowała w konserwatorjum z koncertem jako uczennica Thalberg’a i z kompozycją własną, kanonem na cztery głosy, który w zachwycenie wprawił peruki i okulary; w teatrze amatorskim grano jej operetkę buffa, wydała rozprawę o trzech nieznanych pieniążkach gallo-rzymskich po łacińsku, tam później po francuzku i niemiecką powieść filozoficzną pod tytułem Panmorjon. A że przytem był to anioł piękności... możecie sobie wystawić jakie obudzała entuzjazmy! Wożono ją po salonach Europy, i wszędzie począwszy od pani Swieczyn w Paryżu, hr. Rz.. w Wiedniu, książąt R... w Berlinie, robiła niewysłowione furore. Było to coś nadzwyczajnego... poeta, muzyk, malarz, erudyt w kilkunastoletniej dzieweczce, której uśmiech kwitł jak róża. Corinna XIX. wieku, mówiąca wszystkiemi językami i umiejąca wszystko, bo nawet robiła pończochę.... co patrzącym łzy rozczulenia wyciskało. Rodzice występowali z tą pończochą bardzo często, a scena zawsze wielkie czyniła wrażenie.
Wypielęgnowawszy to monstrum idealne, gdyż inaczej nazwać jej było niepodobna, naturalnie wozili je owinięte watą w pudełku i pierwsi byli kapłanami bożyszcza, łączącego w sobie do innych niezliczonych przymiotów, powagę potężną, zarozumiałość olbrzymią i upodobanie w kadzidle niezmierne. Pochwały z któremi się obyła, zawsze dla niej zdawały się niedostateczne, sama opowiadała z krwią zimną jaką jej cześć oddawano, uważając ją tylko za wypłat cząstkowy długu; ciągle stojąc na piedestale marmurowym, oczom śmiertelników promieniała z niego aureolą chwały.
Gdy się to zjawisko ukazało napowrót w stronach rodzinnych, poprzedzone głośnemi w gazetach pochwałami, co żyło zbiegło się na oglądanie jego, spiesząc paść twarzą przed Bogną. Ale cóż dla niej znaczyły pochwały domowe po londyńskich i paryzkich, po rzymskich i wiedeńskich wspomnieniach?
Jeżeli domorosłe trzewiki po paryzkich kaleczą nogi, cóż dopiero cześć i uwielbienia naszych ludzi po tamtych? Bogna przywiozła ze swych podróży tę wzgardę domowej zagrody i domu rodzinnego, które znamionują ludzi wykarmionych białą europejską bułką. Nasz chleb żytni ma tę własność, że przywiązuje do domu, ich kołacze robią ludzi kosmopolitami. Zmuszona powrócić pod strzechę wiejską, owa pielęgnowana sława, o której tyle mówiono, pisano, rozprawiano, przyjechała z zadatkiem znudzenia, kwaśna, nie rada, pewna że uszczęśliwia kraj, racząc mu przyświecać.
Otóż na początek, po moich miłostkach uniwersyteckich, potrzeba mi było pokochać się w takiem bóstwie marmurowem! — wystawcie sobie kochani przyjaciele, jakie mnie losy czekały!
Naprzód upokorzenie... Mniej więcej coś tam i ja umiałem, alem nic nie wiedział, a ta znała wszystko, cały świat, arcydzieła mistrzów, arcycuda natury; z Lamartinem jadła objad, Musset dla niej improwizował, żartował z niej Hejne, Gutzkow z niej do jakiejś powieści studjował heroinę, z Dickensem podróżowała po Włoszech, Ingres robił jej portret, Delaroche dawał jej lekcje, Rauch statuetkę dla niej wylepił, Hugo wpisał jej cztery wiersze w albumie, Pellico dał odę... spiła śmietankę ludzkości, a tu przyjechała do nas na siwe mleko.
Gdym śmiało i nie wątpiąc o sobie wpadł pod źrenicę Bogny i uczuł że wzrok jej przejął mnie do głębi duszy, anim się domyślał, że mam jej służyć za cel żartów i pocieszną próbkę świata, który nazywała barbarzyńskim. Potrzebowała z kimś rozmawiać, przed kimś się popisywać, bo miłość własna jej cierpiała świerzb nieustanny, byłem więc powoływany aby ją bawić, słuchać, klaskać i brałem za dobrą monetę szyderskie jej komplementa... a Bogna — niestety! patrzała na mnie jak na wzorek parafjańszczyzny.
Wprawdzie w niczem jej dotrzymać placu nie mogłem: większym obdarzona talentem, staranniej wyćwiczona, pojęcie i pamięć miała bystre, szacowny dar popisywania się śmiałego, a wiarę w siebie niezachwianą. Nic jej zbić z tropu nie mogło, a w najmniejszej jak w największej rzeczy walcząc przeciw niej, mógłżem się ja utrzymać? Służyłem tylko przy pokazywaniu tego cudu za ową czarną zasłonę koło obrazu, która koloryt jego podnosi. Miłość ta była od początku do końca upokorzeniem, trwogą, cierpieniem... Istota wyjątkowa kochać nie mogła i nie pojmowała miłości, bo któż jej był godzien? nie wiem czy na królewicza rzuciłaby okiem... cóż ja mogłem znaczyć przy tej jaśnie oświeconej i najjaśniejszej pani? Byłem pokorną tylko zabawką, alem się nieostrożnie zakochał po uszy i takem się upoił i odurzył, żem w jej serce i w możność połączenia losu z nią uwierzył. Szczęściem Bóg mnie uchronił od posiadania fenomenu, którybym był mógł pokazywać za biletami, ale bym z nim żyć nie potrafił. Na estradzie, otoczona słuchaczami, tłumem, Bogna była istotą natchnioną, wielką aż do śmieszności... w pospolitem życiu dzieckiem kapryśnem i zimnem. To też potrzebowała występować, a rodzice dla niej byli wiekuistym Barnumem, przyprawującym jej wystąpienia... pokazywali ją tylko. Kiedy wchodziła na salę, wszystkie oczy ku niej się zwracały, gdy się odezwała słuchano jej w milczeniu, gdy raczyła zdanie objawić, nikt nie śmiał mu się sprzeciwiać, choćby wyrzekła największe absurdum. Z góry wiedziano, że ilekroć otworzy usta wyjdzie z nich coś nadzwyczajnego, i w słowie każdem znajdowano intencje, odcienia, piętna jakieś cudowne.
Zrazu padłem ofiarą bóstwa i zupełnie oszalałem, ale kilkakroć w śmiech obrócony, jużem miał nareszcie tyle rozumu i siły, żem się wycofał postanowiwszy odcierpieć i zerwać stosunki, gdy mnie znów grzecznostkami wciągnięto do tego domu. Byłem im potrzebny czasem jak kompars do tej farsy, jako dający zapytania i odpowiedzi, jako orszak królowej, paź niosący jej ogon, a powinienem się był poczytywać za szczęśliwego, że mi dozwalano zbliżenia się do heroiny...
Bogna... gdy nikogo więcej nie było z widzów, występowała przedemną nawet, przed ojcem moim, przed rezydentem naszym, — ja myślę, że może przed swojem źwierciadłem, byle występować... Nie mogła nie grać tej roli fenomenu, do której była przywykła... Mnie, przyznam się, jej doskonałość, a raczej wprawa mechaniczna we wszystko co czyniła, odebrała smak do tych zajęć które ja z większą mocą ducha, ale daleko niezgrabniej spełniałem. Wprawdzie mało tam było oryginalności, ale niezmierny wdzięk formy i efektowość... Malowała jaskrawo, wykończono harmonijnie, wedle znanych sobie formułek; grała i śpiewała świetnie, cieniowano, starając się o wrażenie wszelkiemi środkami, niekiedy zakrawającemi na sztuczki, sądziła o rzeczach choć nie z wysokiego stanowiska, ale w sposób dowcipny i bardzo zręczny — wyrok jej zawsze miał być jej własny, wyjątkowy i udawał paradoksalność, choć jej w sobie nie miał.
Przy niej stałem się maluczkim...
Zresztą nie ukochałem w niej fenomenu, bo tych monstrów kochać niepodobna, ale piękną młodą istotę, idealną, i jak sądziłem — poetycznej duszy, której skrzydła miały mnie podnieść ku niebiosom. W tem, gdy się zatapiam w kontemplacjach tego cudu, nadjeżdża młody paniczyk goławy, ale z nadziejami fortuny i imieniem, a ja com był wyszedł na uprzywilejowanego słuchacza i publikum, wracam do mojej roli komparsa; zapominają o mnie w kącie, z którego wyciąga mnie bóstwo, gdym jej na podrzędną rolę potrzebny.
Bogna tymczasem wabi, pociąga, wikła panicza, któremu już sama woń zagranicy ziejąca od niej zawróciła głowę. Był to drugi z rzędu zakochany, ja spadłem na zapaśnego i niepotrzebnego. Nadbiegający po nim średnich lat bogaty książę, bardzo dowcipny i wielce sterany, który swoje koncepta gotował co rana i po kilka razy w tydzień wszystkie do jednego powtarzał, wypędził panicza. Bogna miłowała nowość, chciała być kochaną, a jako fenomen nie czuła się obowiązaną do wzajemności, szukała stosownej partji z zimną krwią spekulatora. Książę mocno się zrazu zapalił, ale choć miał dowcip, jak perukę z cudzych włosów ciepłą i wygodną, ze zdrowego jednak nie wyłysiał rozsądku i zmiarkował prędko, że taka Bogna wzięta za małżonkę, byłaby niczem nie opłaconą męczarnią. Mąż naturalnie musiałby wozić, pokazywać, karmić tego białego słonia, służyć za kornaka, a w nagrodę znosić jego zakulisowe złe humory — przyszłość nie różowa. Cofnął się Jaśnie Oświecony, ujrzawszy, jak wysoko w niepoścignionych chmurach stało bożyszcze, nie mające nad półtora kroć posagu po najdłuższem życiu rodzicieli, a potrzebujące rocznie pięćdziesiąt tysięcy na reprezentacje i pielgrzymki. Po oddaleniu księcia wezwano panicza znowu, który powrócił posłuszny na skinienie. Mienialiśmy się tak, a ja zawsze leżałem na dnie, służąc za maniaka dla zwabienia drugich, za chwalcę, za rozpalacza zapałów cudzych i admiracji.
Ojciec mój, u którego znowu ja byłem fenomenem, obrażony się uczuł tą moją podrzędną pozycją, gniewał się na mnie, żem sobie innej nie starał się wyrobić, żem czas tracił na wzdychaniach.
Ale jak wówczas kochałem się jeszcze, a miłość jest tak uroczyście głupia!
— Ty to mówisz, Teofilu! krzyknął ze zgrozą Albin.
— I dla tego, że głupia, jest tak wielka i piękna! poprawił się Teofil, daj jej rozum, a będzie to stara, kulawa, piskliwa i płaczącą żebraczka... gdy bez niego to dziecię swawolne, uśmiechnięte, rozkoszne, a jak dzieciaki głupiuchne i naiwne.
— Byłbym tam siedział przylepiony nie wiem jak długo, kończył Teofil, gdyby nie rozmowa Bogny z paniczem, którą najniewinniej podsłuchałem.
Wszedłem do pokoju, gdy tyłem do drzwi siedziała na kozetce, i tak własnym moim portretem z natury zdjętym, strzeliła mi w same piersi.
— A! Teofilek, mówiła... ależ to dobry dzieciak! Wiesz pan, i on się we mnie kocha szalenie; biedna ja jestem doprawdy... mogę mieć życie jego na sumieniu, bom je zwichnęła... Któż wie mogłoby może co być z niego, zapewne mierna istota, słaba, bez energii, ale nie bez pewnego talentu... Jak na nasz kraj, i to by coś znaczyć mogło... Muzyk z niego nie wielki, poeta pospolity, bez wzniosłości, rysownik nie ciekawy... ale razem wziąwszy, w salonie bardzo znośny.
— Wie pani, odezwałem się w tej chwili, że portret skreślony po mistrzowsku, dziękuję... i wywożę go ztąd na pamiątkę! Nawet to prawda, żem się kochał, ale w tej chwili okazałaś mi pani całą niedorzeczność miłości tej, podobnej do zapałów, które w Anglikach rodziła pewna statua Berniniego... jeśli się nie mylę... pani wiesz to lepiej. — Pozwól pożegnać...
Bogna zarumieniła się mocno.
— Otóż widzisz pan, zawołała nie tracąc przytomności, jak to źle podsłuchiwać, jam to mówiła umyślnie widząc pana w źwierciedle...
— A w żarcie było dużo prawdy, odpowiedziałem, przekonany że mnie widzieć nie mogła i wyszedłem.
Nie wiele tam o mnie dbali w tym domu, chowając na przypadek, gdyby już panna niebezpiecznie starzeć zaczęła, ale im musiało być przykro, żem się odprawił tak dziwnie sam proprio motu. Nie zajrzałem tam więcej. Bogna jest dotąd starą panną, powoli z bóstwa zeszła na boginię, z bogini przechodzi na bożyszcze i czeka apotheozy, która ją do niebios przesiedli.
Szał mój chwilowy i zbliżenie się do niej tem dla mnie było korzystne, żem się przekonał, iż to co umiałem było własnością ogółu dobrze wychowanych ludzi europejskich, a nie żadną rzeczą nadzwyczajną i oznaką szczególnego talentu. W królestwie ślepych jam był jednooki, ale w państwie widzących byłem tylko na pół ślepy. Wybiwszy więc sobie z głowy słabość muzykalną, malarską i literacką, postanowiłem wziąć się do gospodarstwa. Zmieszało ojca to zrazu, ale się tem pocieszał, żem mu obiecywał wszystko do góry nogami przewrócić i zaprowadzić agronomją monumentalną, cale nową; na początek pojechałem uczyć się reform u Dombasl’a, który naówczas żył jeszcze.
Powiedział nam Albin jak był swą podróżą zniechęcony, na mnie ona wcale przeciwne uczyniła wrażenie. Wyjechawszy za granicę, jak zacząłem wielbić, jakoś mi się na to zebrało — tak z roztwartą gębą powróciłem nazad do kraju. Wystawcie sobie naszą drogę i kolej żelazną, różnica jaka jest między niemi da miarę porównania kraju i zagranicy. Jak się ma droga nasza do kolei tak nasz kraj do Europy.
Cały ten świat jest, prawdę powiedziawszy, jednem miastem w fabrykach i ogrodach — a jaki ład, porządek, co za policja! jaki rozum, cywilizacja i wygody! Co krok musiałem się zdumiewać niewidzianym rzeczom, uprawie ziemi, drogom, mostom, domom, ludziom, szachrajstwu i egoizmowi... wszystko na skalę nową i u nas nieznaną. Jak ten ktoś co się dziwował, że we Francji nawet chłopi mówią po francuzku, tak ja egzaltowałem się w obec cywilizacji, którą spotykałem wszędzie. Naturalnie potem, nasłuchawszy się lekcyj chemii organicznej, wyterminowawszy u Dombasl’a, nabrawszy w torby podróżne zasad najzdrowszych, powróciłem z nasionami, machinami, dać wielki przykład radykalnej reformy i kamienia nie zostawić na kamieniu. Wyrachowałem sobie, że wioska nasza, która dawała wprzód około trzydziestu tysięcy czystego dochodu, powinna była dać trzy kroć, a przy uprawie roślin farbierskich, pogłębionej orce, drenażu, fabrykach, jeszcze więcej.
Naprzód więc zrujnowałem z kretesem co było, ale gdy przyszło do budowania na nowo, ani sposobu. Postrzegłem dopiero, żem stał jak wyspa wśród oceanu sam jeden, bez związku z krajem, wyjątkowo — nie mogąc sobie w niczem dać rady, bo po złamane kółko od machiny potrzeba było kilkadziesiąt mil posyłać, ludzi do wszystkiego przywozić z za morza, a w dodatku farbierskie rośliny, turnipsy i łubiny nie sprzedawały się nigdzie, i grosza za nie nikt nie dawał. Ziemia się nawet napojona odwiecznemi przesądami oparła, wzięliśmy ją od razu ze czterech na osiem cali i nie urodziła wcale; w innem miejscu gnoje popaliły, sąsiedzi przyjeżdżali na granicę śmiać się trzymając za boki, a ja się wściekałem. Niemcy, ogromnie pensjonowani upierali się iść dalej, szliśmy więc dalej, i doszliśmy do tego, żem się zupełnie zrujnował w postępowem gospodarstwie, które jakoś poprowadziłem za nagle i zbyt szparko.
Źle tedy, wstydu dużo, a gorzej jeszcze golizna; ojciec biedny rozchorował się patrząc na to, ja cierpiałem srodze i podwójnie, za siebie i za niego. Nie zachwiało to jego wiary we mnie, do końca bowiem przypisywał niepowodzenie ludziom, klimatowi, niemcom, niepogodzie, ale nie mnie, tak biedny zmarł na moich rękach i przyszło mi stracić najlepszego na ziemi przyjaciela. Kto wie czy głupstwa moje nie przyśpieszyły mu zgonu? myśl ta dziś jeszcze życie mi zatruwa. Został mi rezydent milczący i smutny, żałoba w domu i ruiny; pomiarkowawszy się ruszyłem, aby to znowu do dawnego stanu przywrócić i gospodarstwo radykalne zmienić w powolniej postępowe i mniej niebezpieczne. Stryj dźwignął mnie nieco pieniędzmi, przyjaciele ojca dodali otuchy, choć zadłużony mogłem się trzymać jeszcze, ale na duchu tak upadłem, żem zamknąwszy się między czterema ścianami, założył ręce i opuścił głowę nic nie robiąc. Nie przyznam się wam jak nizko wówczas upadłem. Odsunięcie od ludzi, osamotnienie, znękanie moralne sprawiło, żem szukał rozrywki w miłostkach z prostą wiejską dziewczyną. Niestety! miłość to była z mojej strony czysta, poczciwa i młodzieńcza, a ze strony zepsutej już choć młodej istoty, zimna, obrachowana i źwierzęca. Chciałem jej natchnąć myśl, poezję, dusze, napróżno — w ślicznych jej oczach pusto było jak w głowie, jak w piersi. Okowany w te kajdany nałogu, upokorzony, gdy tysiąc razy odtrącała mnie dzikością swoją i naiwnem zepsuciem — opuszczałem ją i wracałem znowu — męczyłem się straszliwie. Nareszcie otworzono mi oczy, dowiedziono, że nie była godną przywiązania i musiałem namiętność zwyciężyć... ale świat obrzydł mi zupełnie i do życia straciłem wszelką ochotę. Nie wiedząc co z sobą zrobić, postanowiłem wstąpić do wojska.
— Ty! między synami Bellony! zawołał Longin.
— Ale poczekaj-że i wysłuchaj, rzekł Teofil, była to tylko chętka i zachcenie jak inne we mnie — nie trwałe. Zrazu odmalowałem sobie to życie bohatersko jakoś, rycersko, poetycznie, ale nim mundur wdziałem jużem postrzegł, że będę kółkiem w ogromnej machinie nic nie znaczącem, numerem w szeregu liczb ogromnym: — podałem się więc za chorego i powróciłem na wieś. A co gorzej wróciłem do owej dziewczyny, wmówiwszy sobie, że ją przedemną niewinnie oczerniono...
Rzucałem się tak na różne strony, czując się nad przepaścią, a zbudzić z odrętwienia i opanować paralitycznych tych ruchów nie mogąc.
Codzień inną karmiłem się myślą, inne robiłem projekta; nazajutrz po dniu wczorajszym robota moja zdawała mi się bladą, próżną i dziecinną. Napadały na mnie spleeny, w których gwałtownie zachciewało mi się w łeb sobie wypalić, ale probując pistoletów namyśliłem się, że życie naboju prochu nie warte. To była kryzys! — dodał Teofil.
— Po niej zabrało się na ożenienie? spytał Albin.
— Jakże chcesz, żebym się ożenić mógł, zrujnowany, zardzewiały i osławiony ze złego prowadzenia się, bo cały już świat wiedział, żem jakąś dziewczynę ze wsi miał we dworze. W domach, w których bywałem koso patrzano na mnie, przyjmowano zimno, a miano za półgłówka i nie bez powodu. Starzy już osądzili, że ze mnie nic nie będzie, młodzi za niepoprawionego ekscentryka, nikt nie chciał przyjacielskiej wyciągnąć dłoni.
Nagle chodząc po pokoju wieczorem i nudząc się śmiertelnie, zacząłem myśleć, żeby czas zabić.
— Uczyć się wschodnich języków i jechać na wschód! szepnęło coś we mnie.
Zadzwoniłem o światło, wydobyłem gramatykę hebrajską Żukowskiego i arabską Volneja i zasiadłem do roboty...
Lekarstwo zostało wynalezione: nauka — praca.
Nazajutrz już mi się wprawdzie odechciewało tych liter pokręconych dziwacznie i niepotrzebnych mozołów, alem sobie dał słowo honoru, że wytrwam i codzień godzin kilka przesiadywałem nad dziełami jakie miałem, pókim lepszych nie sprowadził. Cel ten nadany życiu nagle odrodził mnie, ożywił, odmłodził; wytchnąwszy chwilę powracałem do roboty z zapałem. W chwilach wolnych zrobiłem sobie zabawkę z myślistwa, zająłem się ogrodem, dziewczę wydałem za mąż, i począłem we wszystkiem przychodzić do ładu i porządku; dzięki językom wschodnim, a raczej nałogowi pracy i wytrwania, w który się wprzęgłem powoli.
Podróż na Wschód pozostała na oddalonym planie, bom się jakoś do domu przywiązał, ale nauka pocieszycielka nie opuściła mnie, a to czem dawnej miałem się wsławiać, dziś przyszło mnie pocieszać. Powróciłem znowu do muzyki studjując dzieła mistrzów, do ołówka dla rozrywki po pracy mozolnej, do książek, do kwiatów, a trochę nawet do gospodarstwa.
Wierzcie mi, że jedyną w życiu rozkoszą, która po sobie nie zostawia mętów żadnych, ani zgryzot, ani nawet znużenia, to kształcenie się powolne, uprawa sztuk, nauka... Dopóki człowiek zajmując się niemi ma na celu popis i sławę, jest w tem żywioł gorączkowy, jest trucizna, — gdy zacznie pracować dla pracy, nakarmienia wewnętrznego, błogo z tem i dobrze. Tegom ja doświadczał zmieniwszy tryb życia, rozrządziwszy tak godzinami, aby tylko zmieniać zajęcie, a nigdy gnuśnie nie spoczywać.
Takich lat parę ciszy, szczęścia prawie, przeżyłem w jednostajnem spokoju... we śnie jakimś rozkosznym... człowiek więcej od ziemi wymagać nie ma prawa. Ale napisano było, aby nic dla mnie nie trwało; zrodziła się chętka wrócenia do pióra, zwłaszcza że o tomiku poezij ktoś później wspomniał życzliwie; i dwa epigrafy znalazłem z nich wcięte do jakiejś powieści. Znowu więc napisałem coś sobie... powieść, fantazją, gawędę, co chcecie... i wydrukowałem... najniepotrzebniej. Dość jest rzucić w paszczę tę włos jeden z głowy, by cię całego w nią pociągnął... Pochwała wkłada kajdany, nagana rozjątrza i budzi, obojętność niepokoi i drażni, — nie chce się zmilczeć, nie może odpocząć, a trochę wziętości pobudza do porywania się na zuchwałe zdobycze... Stałem się tak niewolnikiem pióra i zaprzedaniem papieru, oglądając się co mówiono o mnie, podsłuchując, nie śpiąc spokojnie dla tego, że ktoś o sto mil nie zasmakował w mojem gryzmoleniu. Pojmijcież człowieka! jemu zawsze potrzeba czemś się gryźć, czegoś się spodziewać, iść do czegoś koniecznie...
Teofil westchnął i zatrzymał się chwilę.
— Miałżeby to być koniec? zapytał Albin — nie!
— A! nie, to dopiero początek dziejów ostatecznych... odparł spowiadający się smutnie. Wyratowany językami wschodnemi od rozpaczy i upadku, przez literaturę znowu połączyłem się ze światem. Trochę sławy zdobytej gorzko i niestety — nie przyznanej mi jednogłośnie — uczyniło mnie dla ludzi osobliwością — anim się postrzegł jak zostałem wielkim człowiekiem powiatowym. Ludzie powoli, ostrożnie zaczęli się zbliżać do mnie, zaglądać, sondować, a przekonawszy się, że nie kąsam i nie kaleczę, powoli pozbyli się dawnych przeciwko mnie uprzedzeń... Byłem człowiekiem drukowanym i ciekawym.
Znowu się tedy jakoś na nogi podniosłszy, bo i majątek dzięki staremu ekonomowi znacznie się podźwignął kilku dobremi laty, zacząłem puszczać się w towarzystwo i nie tak już kwaśno mnie przyjmowano, a płeć piękna ciekawie spoglądała na dziwaka — literata.
Raz powracając z jarmarku w Kobyłówce późną nocą, spotkałem się na drodze z młodym szlachcicem Juljanem Maczyńskim, z którym razem tego dnia kupowaliśmy woły. Deszcz lał jak z wiadra a do domu miałem tęgie jeszcze dwie mile. Młody człowiek, ledwie mi znajomy z nazwiska, bom go spotkał parę razy w sąsiedztwie, na rozstaju obraca się do mnie i powiada:
— Sędzicu dobrodzieju, widzisz o staję mój dworek, ulewa straszna i dziś się nie wypogodzi... zajedź do mnie, przenocujesz, rad będę...
— Alem nie ubrany.
— Ja, stara matka moja i siostra, rzekł, oto cały nasz domek; ale kobiety się nie pokażą, żeby nie zrobić panu subjekcji, jedź pan, ogrzejesz się, proszę z serca.
— Jadę! rzekłem, i dziękuję podobnież.
— Oto! otóż i żona, zawołał Longin, spadnie z tym deszczem...
— Z deszczu pod rynnę! dodał Baltazar.
Smutnie jakoś na te uwagi uśmiechnął się Teofil i mówił dalej.
— W kwadrans zajechaliśmy przed dworek maleńki, stary, ale bardzo czysto utrzymany. Z sieni weszliśmy do bawialnego pokoju na lewo, w którym sprzęt był bardzo prosty, ale coś miłego i wdzięcznego w całem urządzeniu zdradzało rękę kobiety.
Na kominie już wcześnie przygotowany dla nas palił się ogień, śliczny wyżeł grzejący się przy nim wpadł z radością na pana, gdyśmy weszli. Nie było więcej nikogo, bo gościa zobaczywszy cofnęły się kobiety, a Maczyński przeprosiwszy mnie pobiegł do matki i siostry.
Zgoła prawie nie znałem uprzejmego gospodarza, wiedziałem tylko że miał cząstkę, pięć czy sześć chatek, żył ubogo i uczciwie i nie złe odebrał wychowanie; ojciec bardzo majętny niegdyś stracił fortunę na zbytki. W domku jednak, a przynajmniej w pierwszej jego izbie nie było znać nawet szczątków dawnego dostatku — stoły białe, podłoga takoż, parę sof, kilka krzesełek prostych, całą ozdobą jego były prześliczne i dość rzadkie kwiaty w wielkiem oknie umyślnie dla nich urządzonem, kwitnące kamelje, rododendrony, azalje, pelargonje, gloxynje i achimenesy. To mnie zdziwiło, jako amator rzuciłem się ku nim, gdy gospodarz wrócił i widząc moje zdumienie, rzekł:
— A! to oranżeryjka mojej siostry, jam to postarał się o tę dla niej zabawkę i dostałem tę trochę kwiecia; w ubogiem życiu i to wielki zbytek, ale zdaje mi się przebaczony.
— Zwłaszcza kiedy go się nie sobie pozwala ale drugim daje, odpowiedziałem...
— Tak! to mnie tłómaczy, godziło się memu ukochanemu dziecięciu zrobić tę małą przyjemność, choćby kosztem jakiejś ofiary...
Podano zaraz herbatę czyściuchno, skromnie, ale nie bez pewnej elegancji wieśniaczej, kobiecej, prostej a miłej; potem wieczerzę, która była niewykwintna, ale wyborna. Rozgadawszy się weszliśmy do pokoiku pana Maczyńskiego, gdzie ze zdumieniem ujrzałem półki książek pełne do koła. Dotąd jeszcze mówiąc unikał przedmiotów, któreby go z tej strony mogły mi dać poznać, nie popisywał się wcale z oczytaniem, rozmowa nasza była pospolita, gospodarska, wieśniacza; rzut oka na książki odkrył mi w nim nowego człowieka...
Było tam wiele niemieckiego, co zdradzało ucznia jakiegoś obcego uniwersytetu, dużo ksiąg łacińskich, a najwięcej religijnej i mistycznej treści. Na stole przy łóżku stał ukrzyżowany Chrystus i trupia głowa z różańcem...
Pierwszy to raz w życiu trafiałem na dwudziestokilkuletniego człowieka z tak wybitną dążnością religijną, zdumiewając się nad tem co mi się zdało przymiotem właściwym starcom, bośmy w uniwersytecie, przyznajcie, nie bardzo byli pobożni.
Jakiś szacunek mimowolnie powziąłem dla niego; ujął mnie swą prostotą, szczerością i serdecznością cichą, wiejskiemi obyczajami przy ukształconym wielce umyśle; nie mogłem nawet ukryć, bliżej się z nim zapoznając, jak wielkie wzbudzał we mnie podziwienie.
— Dziwisz się pan, rzekł mi, znać to z każdego jego słowa; myślałeś że pod tą ubogą strzechą znajdziesz prostego jak wieśniaczy domek człowieka... i — przebacz — tak ono jest, pozory cię uwodzą; jam nie waszego świata człowiek, nie erudyt, ani mędrek, ale Sługa Boży cichy, pustelnik dobrowolny.
— Więc bliżej jesteśmy siebie niż się panu zdaje... rzekłem, ja także pustelnikiem nazwać się mogę, żyję sam z książką i myślą...
— Ja z Bogiem tylko...
Nic nie odpowiedziałem, alem się zadumał głęboko; rozmawialiśmy potem długo, tak, że część nocy przeszła na gawędce, która mi przypomniała nasze bezsenne na Łotoczku. Juljan nie nawracając mnie wcale, gdy postrzegł żem był małej wiary, rozmowę na inny przedmiot skierował. Jam znowu skręcił ją na ten przedmiot i chciwie połykałem każdy wyraz tego człowieka, którego pokoju duszy zazdrościłem. Nazajutrz rano deszcz lał znowu, musiałem parę godzin przebawić jeszcze, a do śniadania wyszły matka i siostra Juljana.
Były to postacie dla mnie całkiem nowe: matrona poważna, siwa, w sukni zakonnej, podpasana paskiem Śgo Franciszka, w tercjarskim ubiorze, i dziewczę cudnej piękności, w ciemnej sukience z krzyżykiem na piersiach. Istoty to były tak święte i opromienione jakimś blaskiem cnoty, żem poczuł od nich świętość i stanąłem przed niemi upokorzony. Dziewczę szczególniej, Emilja, była ideałem nie ziemskim; twarz jej przypominała madonny Rafaela i Perugina, spokój, ubłogosławienie, wesele anielskie rozpromieniały ją dziwnym blaskiem.
Obie powitały mnie życzliwie, bez uprzedzających grzecznostek świata ceremonjalnego, bez niezgrabnego zakłopotania, prosto jakoś, mile, jak gdyby dawno znajome, rozmowa poczęła się o rzeczach obojętnych. Konie moje zaszły nareszcie i w chwili, gdy mi się najbardziej zostać chciało, musiałem odjechać. Ale obraz tego dworku, młodego człowieka, dziewczęcia i poważnej matrony tak mi się w pamięć i serce wraziły, żem wkrótce znowu pod pozorem kwiatów, które im obiecałem, pojechał odwiedzić Juljana.
Tak między nami zawiązała się przyjaźń trwała, której węzłem było nawrócenie moje; rozmowy, przykład, książki których sam zażądałem od Juljana, skierowały ku wierze, dla której dotąd byłem obojętny; czułem jej potrzebę, upadłem na kolana i po gorącej modlitwie uczułem ducha, który na mnie zstąpił i ożywił obumarłego.
Wdzięczność przywiązała mnie do tych ludzi, których lepiej codzień poznając, oceniałem więcej. Z łona tej zacnej matki, która tak umiała znosić ubóstwo, doświadczywszy lepszych i świetniejszych losów, na rodzinę spłynęła osładzająca skromny żywot wiara; jej oni winni byli wszystko, ona wychowała ich tak, zbrojąc i przygotowując do życia rozbudzonem silnie uczuciem religijnem. Syn pracował z weselem skromnego chrześcjańskiego w winnicy robotnika, córka jak towarzyszka i pomocnica. Dom ich, mimo tej barwy klasztoru, jaką nosił, wesoły był i miły, oddychało się w nim swobodnie, czystem powietrzem i najrozkoszniejsze wspomnienia winienem chwilom, które tu spędziłem. Juljan był poważny i nad wiek swój starszy, ale na pół żył w świecie, pół w niebiosach, do których jak najczęściej się chronił; Emilja sposobiła się także wstąpić do zakonu, nie uważając tego za ofiarę, ale mając sobie za szczęście zbliżenie się w ciszy do Boga i poświęcenie usłudze bliźnich.
— No! powiedz-że nam i przyznaj się jakeś się zakochał, boć do tego idzie! przerwał Albin.
— Na cóż się wam przyda to wyznanie, kiedy miłość moja nie ściągnęła jej na ziemię — rzekł Teofil. — Tak jest... widzieć ją i nie pokochać było niepodobieństwem; alem nie śmiał powiedzieć jej o tem i pokoju świętej duszy zamącić; wyznałem to przed matką, która spokojnie, bez zadziwienia i wahania odpowiedziała mi:
— Dziękuję panu żeś Emilkę ocenił, ale byłożby to dla niej szczęściem w porównaniu z tem co ją czeka? Cisza klasztoru! Bóg! modlitwa! praca! bez tych niepokojów, któremi miota życie które na bój wystawia! Miłość twoja mogłaby ostygnąć gdy ona najwięcej by jej potrzebowała, a Chrystus oblubieniec do śmierci dźwigać ją i wspierać nie przestanie. Ani nędza, ani praca, ani umartwienia jej nie straszne przy pomocy z nieba...
Tak mi usta zamknęli, a Emilja wkrótce potem wstąpiła do Sióstr miłosierdzia i we dwa lata potem u łoża chorego chwyciwszy zgniłej gorączki, umarła jak święta z modlitwą na czystych ustach.
Jam wyniósł z tego domu przyjaźń Juljana i nowy zwrot ducha, za który do dziś dnia jestem mu obowiązany; nie zostałem jak on ascetą, ale mogę westchnąć do Boga, pomodlić się i wierzę!!! a wiara dała mi nowe życie.
Umilkł i wszyscy milczeli szanując głębokie przekonanie z jakiem ostatnie wyrzekł słowa.
— Mów dalej, dodał po chwili Albin, boję się żeby i to u ciebie przechodzącym tylko nie było fenomenem.
— Nie — to jedno zostało we mnie; mam chwile wybuchów, łez i modlitwy gorętszej, ale nigdy mnie nie opuszcza wiara... Najlepszym moim przyjacielem jest Juljan, żyjemy z nim jak bracia, on to skłonił mnie do ożenienia.
— A więc się ożeniłeś nareszcie! zawołał Albin, bravo!
— Jakim sposobem? spytał Longin.
— Wytłómaczył mi naprzód, że ideałów nie ma na błotnistym świecie naszym, że anioły (jak jego siostra) są bardzo rzadkie i do niebios uciekają, a poczciwych i miłych istot bardzo wiele, byleby pliszki w gnieździe jastrzębia nie szukać.
— Pewnik z historji naturalnej! rzekł Baltazar.
— On tedy zawiózł między pliszki w perkalowych sukienkach — dodał Longin.
— Nie, przypadek!
— Deszcz, burza czy spotkanie w drodze?
— Nie zgadniecie jaki!
— Cóż?
— Koń!
— A no! to ciekawe.
— Miałem potrzebę kupić konia, wskazano mi sławną stajnię w sąsiedztwie byłego pułkownika Narostowskiego; pojechaliśmy razem z Juljanem. W ganku spotkały nas trzy rodzone siostrzyczki, podobne do siebie, jednakowo ubrane, blondynki, uśmiechnięte, które mi Manię i Ziunię przypomniały. Zrobiła się znajomość. Niezmiernie wesoło gwarząc i pustując zabawiliśmy tam cały wieczór, koniam kupił, a zaproszony po staropolsko zabawiłem nazajutrz jeszcze. Najstarsza z córek pułkownika chwyciła mnie za serce tym wdziękiem czysto naszym dziewczętom polskim właściwym, — wesela, szczeroty, dobroci. Powróciłem do tego domu raz, drugi i trzeci, nareszcie ośmieliwszy się, zawiozłem z sobą stryja aby mnie oświadczył.
Zrazu pułkownik czmychał, wziął mnie na konfesatę ostrą, nie było już co kłamać: wyspowiadałem mu się z życia i błędów otwarcie i szczerze, choć doskonale je wprzód znał z plotek... przekonał się z zeznań że ani kłamać ani uniewinniać się nie chciałem, zrobił parę uwag, dał czas do namysłu, a w końcu pobłogosławił.
— Spodziewam się żeś się nie rozwiódł! rzekł Longin.
— Ja! jestem najzapaleńszym z mężów!
— Jak dawno żonaty, jeśli spytać wolno?
— Pięć lat!
— No! dość długo, próba dostateczna... i dziś cóż porabiasz?
— Gospodarzę, czytam, pracuję, uczę się i dzieci kołyszę.
— I nie przychodzą ci chętki do rozwodu, do zakochania, do awantur? zostania księdzem lub wypalenia w łeb?
Teofil się uśmiechnął.
— Postarzałem, rzekł, a to doskonałe lekarstwo na fantazję bujną, wiek obciął jej skrzydła.
— Nie latając pełzać można...

— A! zamknąłem ją na klucz i nie puszczam z domu; wolno jej chodzić po pokojach, po ogródku, wylatywać w pole, bujać po półkach bibliotecznych, szeroko rozpościerać się w przeszłości, ale za granicę tego świata — wara!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.