Miał iść

<<< Dane tekstu >>>
Autor Roman Jaworski
Tytuł Miał iść
Pochodzenie Historje manjaków
Data wydania 1910
Wydawnictwo „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
MIAŁ IŚĆ.
Snił dziwną parodję współczasów, bardzo śmieszną, tak śmieszną, jak może być tylko mżenie chorej nudy.

Widział pochód rzeczy dokonanych, wielki tryumfalny pochód.
A gdy mimo niego przechodzili, nie oddawał im czci wraz z rzeszą radujących się, gdyż senność wielką czuł w członkach i nie był zwyczajny w składaniu pokłonów, za co śmiercią go karali potężni królowie, a nieraz ćwiczyli ich dzielni wasale. Niejednokrotnie uchodził śmierci i dziś znowu stał blizko przy pochodzie żywych, patrząc na rzeczy dokonane, na żywe fakta. Gdy więc ujrzeli lice młode, senne, wyjęli z jego piersi ostatnie dnie wiosny i odeszli.
On zaś widział dobrze, zblizka owe żywe rzeczy, które mu wiosnę zabrały, chociaż oczy jego wciąż patrzyły senne. Widział ich ruch celowy, pewny, ich byt stały, gdy wygniatał ślady w wilgnej ziemi, słyszał ich głos potężny, który szerokie piersi gór przetwarzały na motyw bojowych hejnałów. Całą czujność sennych oczu ku nim wytężył, patrzył przed nich i za niemi, wpadał w ich głąb i wylatywał nad głowy, krążąc z zadumą smutnych ptaków. Gdy u zakrętu wpadli w tuman kurzu, jako, że mu wzięto wiosnę, żegnał ich uśmiechem podolskiej jesieni.
I silniej oparł się o drzewo, a ból, jaki odczuł w krzyżach, wstrząsł jego ciałem i zatrzymał myśl w jej drodze, osadzając ją gwałtownym ruchem. Liście drzewa ułożyły się w chropawych, kolczastych cieniach na jego czole i miarowym ruchem ślizgały się po nim, opadając aż na powieki. Odczuł odległe wspomnienie. Po twarzy jego przeszła w żegnającej pieszczocie wyschła, spracowana dłoń siwowłosej piastunki.
Zrozumiał, że miał iść.
Jakieś przestrzenie, ogromnie obojętne, zapadając w mrok, ściskały ostry pierścień widnokręgów i podsuwały się ku niemu, wabiąc niemotą. Już stawiał stopę na pełzającą płaszczyznę, gdy pierś jego uderzyła o ścianę jaskrawych blasków. Uczuł radosny chłód zachodu, a blaski, przypadszy do rąk, lizały je wiernie.
Więc zajął się zachodem.
Pod ścianą blasków ujrzał szkielety zbitych w stada śpiących koni. Przesycone światłem żebra i piszczele układały się w wielki symbol cichych dziejów, a spuszczone nad pastwiskiem łby zdawały się głosić potępieńcze prawdy. Męczyła go ta plama, więc ją przykrył dłonią, z poza której wyszło wielkie koło, toczące się wśród fal płynącej rzeki. Koło czerpało wodę i wylewało ją z wysiłkiem na brzeg. Każda szprycha, wynurzając się z wody, szła powoli, uporczywie w górę i opuszczała zimne, wielkie, szkliste łzy.
Płaczące narzędzie.
Rzucił mu się w myśl problemat narzędzia, ten sam, co za chłopięcych lat wyśliznął się z dłoni z porcelanowym pajacem. Pamiętał, jak pajac uderzył o ziemię, jak, kalecząc palce, zebrał drogie szczątki, jak je złożył w ładnym pudle z wielkanocnych cukrów i pogrzebał w ogrodzie, pod rozkwitniętym w maju białym bzem. A potym długie lata siedział w altanie na kruczym gnieździe z cichą, jasną panną i pomagał jej rozmotywać kłębki bawełny. Siedział, by patrzeć na smutną pannę, jasnowłosą, polską rzeczywistość, na której ramieniu odpoczywało czarne, głodne ptactwo. I nigdy nie znaleźli początka nitki, a kłębków było bardzo wiele.
Stąd wziął pierwsze pojęcie o problemach. Dziś koło skarżyło się przed nim. Stało mu się wielkim obrotnym zerem, jak życzliwe napomnienie. Pomiędzy zerem a pierwszą, ledwie pomyślaną, okruszyną jednostki czuł zimną, przepastną czeluść. Nijak mu było przebyć ją w skoku.
Gdyby tak można runąć na dno opoki bez odgłosu...
Byle tylko nie zawisnąć na jałowcu, byle nie zawisnąć...
Wiedział, że jest wieczór nad łąkami i nad jego myślą. Rozbite w grę odcieniów barwy dopadły zapadające obłoki, które szły strojne, jak dziewki w drodze do wioskowej cerkwi. Tysiące tajemniczych ramion dźwignęło lekko stalową zasłonę i opuściło ją głucho na bezechową ruń. Przewdziane w tory zmroku wszczęły tajemnice dnia gwałtowne, uwielbiające, pobożne lamenty. Płcie wracały z odrobionych prac i zapadały na leże, gnane tęsknotą ciał. Drzewa zapanowały nad przestrzenią i grały wielką pantomimę potężnych ramion, błagalnych, skurczonych dłoni, dziecięcych zdławionych gardzieli. A obłąkana starowina nocka, rozpuściwszy rzadkie włoski siwych mgieł, wyczołgała się z pomiędzy oparów i, przykucnąwszy na rozłogu, jęła siać z rąk widłowatych błogosławione, lotne nasienie ciemnicy. Siała, kędy uszły zaginione jej syny i córy. I sączyły się żałobne fijolety, a nocne ptaki chwytały je na skrzydła, i wlekąc, roznosiły hen ku domostwom, kędy kwilić poczęły niemowlęta i kędy na poddaszu skwirczą ślepca skrzypki, gdzie chory chłopczyk był u nierządnicy i gdzie się tliło łuczywo pod wyschniętym stogiem, gdzie babunia kradła srebrniaki dla zgłodniałych wnucząt i kochała się panna młoda z obcym panem, gdzie szaleniec zawisł u szpitalnej kraty...
A świerk stary opodal wzniósł swój chudy, sterczący konar i rozumnym giestem osądził: być może.
A nocka błogosławiła, siejąc nasienie ciemnicy.

Miał iść. Jeno nie mógł zapomnieć chłopczyka w aksamitnej sukience, którego spotkał przed laty w ogrodowej alei. Chłopczyk ciągnął pręcikiem prostą, długą linję w piasku ścieżki. On szedł za chłopczykiem i wstępował stopą w linję, wgniatając ją w ziemię. Tak dla żartu. A gdy ujrzał aksamitny panicz długą swą linję zdeptaną, zapłakał gorzko i niepocieszenie. On zaś rad był, iż uczynił powinność i zdeptał stopą pierwszy może pomysł dziecinny o nieskończoności. Dziś słyszał płacz dziecka, ten sam płacz z przed lat, gdzieś przy którejś skroni.
Nie mógł pojąć. Zrozumienie jego wypełniła treść posiadania, pierś wyszła dumnie naprzód, a dłoń prawa chwytała silnie palce lewej dłoni i starała się je jak najbardziej od siebie oddalić, by służyły jako strażnice pięknym myślom. Wyraźnie przy najgrubszym palcu wyrosła skalista wyżyna, która dźwigała miasto. Wokoło wyżyny mętna płynęła rzeka i czyniła z miasta ponurą twierdzę. Powtarzał: mam smutne miasto i niezdobytą twierdzę. Ogromnie się bał, by nie postradał ni miasta, ni twierdzy i ściskał palec konwulsyjnie.
A gdy już dobrze zapamiętał, poszedł dalej i ujrzał stary, chrześcijański tum w ruinach. Pamiętał: w tumie zbierali się wierni, a on ich nauczał o swoim bogu i wygnał boga, który dawno mieszkał w tumie. I kazał im palić święte obrazy i przetapiać złoto kielichów na wielką arkę dla swojego ciała. Gdy tłum, powolny jego rozkazom, wypełniał święte dzieło przemienienia, a niewiasty i dzieci nuciły pieśni, uwielbiające jego potęgę, nadciągnął wróg i obległ miasto. A w mieście ni jednego miecza nie było, ni też męża zdolnego dźwignąć ciężar miecza, czy wyprężyć cięciwę łuku. Więc oddał wszystkich wiernych wrogowi wzamian za swe ocalenie. Wróg okuł wiernych w żelazne okowy i odszedł. Długie lata dumał nad złotą arką swego ciała. A potym, potym...
Przeszedł ku palcowi wskazującemu i wiedział i pamiętał. Pamiętał, że wyszedł z tumu, by szukać wiernych. Pragnął... czego to pragnął? Nie tęsknił za wiernemi, byli mu obojętni. Okowów ich pragnął, by je skuł i rozpiąwszy na krzyż, wśród czteru bazaltowych kolumn uczynił kołyskę, gdzieby zawisła złota jego arka. Jako ów prorok na Wschodzie. Myśli szły wytrwale, nieubłagane. Dlaczego pragnął zawisnąć jako prorok? Ścisnął palce, ale dłonie opadły znużone. Nie pamiętał.

Miał iść.
Głos wyszedł z przestrzeni i stał się ciałem, gorącym, ciążącym dziewki ciałem. Zbiegł ku niemu, drżącemi kolanami przylgnął do jego kolan i nagiemi pachnącemi wymionami zwarł się z jego piersią w uścisk spiesznej chuci. Jutro...
Twarz ujrzeć na chwilę...
Wyszedł z czasów. Jutro...
Nie mógł ujrzeć twarzy. Zdało się, że się wbiła w własną jego głąb. Trzeszczącym ruchem dłoni usiłował odepchnąć od siebie to obce ciało, lecz napotkał pierś nagą, drgającą, od której wyszedł nakaz odwiecznych praw.
Jutro...
Znęcone zmrokiem wyplątały się pająki z pomiędzy traw i pełzając na żer, pod smukłe zaszły drzewo. W wielkich ich, bystrych oczach błysnął złośliwy żart; oto ośmieszyć smukłe pańskie drzewo i skleić je z tą czarną masą, co u jego stóp widniała skłębiona. Siła komizmu, spoczywająca w jaskrawości kontrastu, kazała im podjąć się niewdzięcznego dzieła. Poczęły więc wesołą pracę, uwijając pierwszą nić około pnia, a potym dalej śliniąc misterną tkankę.
Były nad jego czołem, gdzie niedawno spoczywał wieniec ciernistych liści. Poczuł świerzb ich macek i drgnął. Na piersi jego ciążyło nagie dziewczęce ciało jutra. Nie mógł go z siebie strząsnąć. W długich, nizkich falach oddechu czuł szeroki, matowy śmiech dokonanej, sytej miłości.

Miał iść. Był świadomy jakiejś zdrady i czuł ją tuż przy sobie. Tuż przy sobie. Więc nie mógł doznawać niepokoju, a znał tylko ciekawość. Widział wielki niezgrabny śpichlerz i wąchał chłodny zapach stęchłego ziarna. Koniecznie mu się zdawało, że ktoś kradł ziarno i wynosił korcami, całemi korcami, w zbitych worach. Tylko, że z tamtej strony, tamtą bramą i nie mógł widzieć kto. A przecież to ciekawe widzieć, jak kto kradnie stęchłe ziarno i dźwiga je z mozołem na plecach. Takie ciekawe...
Zapragnął, gorąco, szczerze zapragnął. Pragnienie czuł w przełyku, a ręce błądziły w niespokojnych splotach za sznurem, za idealnym wiązadłem. Chwila dała słaby pomysł o pięknej, barwnej wstążce. Myśli były jako stare nieodczytane szpargały, a w barwną ujęte wstążkę, jakże wygodnie dałyby się przenieść na poddasze! A na poddaszu w świetle lampy już łatwiej ze szpargałami, wśród ciszy, powoli...
Koniecznie dłonie chciałyby sznura, a mózg wytwarzał powoli uparte pojęcie o ciągłości i treści. Potrzebował ciągłości i treści, nie miał gdzie jej przytwierdzić, czym spętać, na co nawlec... koniecznym był mu silny sznur. Wspomniał na prom w pobliżu na rzece... Prom... Nie mógł pojąć, co to jest prom, nie mógł sobie przypomnieć. Rzeka płynęła i jedna jej kropelka nie zatrzymała się. Tymczasem prom... Wpoprzek rzeki. Śpieszyły ku niemu z oddali, krzyżując się i wydłużając, szerokie, pylne drogi, które brały w siebie drożyny, ścieżki, miedze, przełazy. Czuł, że myśli, jak przy zadaniu szkolnym. Ożywił się: na prom wjechała mama z ładną córeczką. Córeczka bardzo kochała i miała zostać niebawem wielką panią. Tylko konie się spłoszyły i powozik wpadł do wody, córeczka rybką się stała. Było mu bardzo, bardzo żal. Prom przyjął wóz z białą chłopską trumną. Pachniała wesołym zapachem siana, na którym ją złożono. I oddał ją drugiemu brzegowi, by w ojcowskiej spoczęła sadybie między jarzębiny. Prom szedł i wracał. Miał doskonałą pozę obojętności. Więc wysilił się na twierdzenie: prom, to prawie obojętność. Zapomniał o pragnieniu i sznurze, chciał wiedzieć, czym jest obojętność.
Pająki, przeciągnąwszy sieć podwójną nad młodym ciałem jutra, opuściły nitki ku ziemi, przytwierdzając je do łodyg mleczów.
Bracia dobrej śmierci, komarowie głodni, nadpłynęli w wielkich chmarach i w radości, iż się dokonało, jęli wodzić żywe tany, w wdzięcznych grupkach, po siedmiu.
A nocka na obłąkaną głowę sypała nasienie ciemnicy.

Nie mógł iść. Myślał o obojętności i przeczuwał wiotką sieć i krzyczącą śmieszność. Jednak obojętność, to niby ten krzew bezładny, wyschły na skręcie, jak się jedzie z lasu. Na cieniutkich, śmiesznych gałązkach tyle błota od kół, które przejeżdżały. Wichry jesienne wzięły pącze, liście i kwiaty, nie wzięły błota, które zaschło. Obojętność, to obłocony przydrożny stary krzew.
Nie mógł iść. Pojął radość tańczących komarów i wybełkotał: dokonało się. Błazeństwo rozrzewniło go. Wspomniał na dzieciństwo. W wielkim pokoju stał czasu szarówki za karę na nitce przywiązany do nogi fortepianu. Stał trzy godziny, aż przyszła mama i śpiewała, jak zawsze, smutne pieśni. I nie było mu żal, iż nie bawił się tego wieczora w Robinsona na dole u stawku.
Trzy godziny na nitce — to obojętność.
Prom, krzew wyschły, łańcuch lub też nitka... A może głaz pod płaczącą wierzbą lub sfinks wśród żaru puszczy.
Nie mógł pojąć. Przycisnął ciężar ku piersiom i żachnęło się ciało dziewczęcia w miłosnym uśpieniu. Zaleciała woń trupia, wdarła się przez nozdrza, osiadła pleśnią w ustach, trującą rdzą zawaliła piersi.
Nikt nic nie wyrzekł, a jednak zdawało mu się, że coś zrozumiał. Wytężył słuch.
Wytężył wzrok.
Niedbale, sennie bazgrały kredowe palce brzasku na uchodzących czarnych piórach nocy niemowlęce zrównanie:

obojętność = kadawer.

Pierwszy ranny obłok, krwawy, jak wypływająca z orbit źrenica, strasznie płacząc, potwierdził.
Więc uwierzył faktom żywym i definicji i parodji, którą śnił.
Oparł się o drzewo i został w sieci. A łaskawa ćma usunęła puch swych skrzydełek na jego źrenice, by nie doznawał męki, gdy się zglądnie na rzeczy dnia.
Miał iść...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Jaworski.