Historje manjaków/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Roman Jaworski
Tytuł Historje manjaków
Data wydania 1910
Wydawnictwo „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Ilustrator Stanisław Ignacy Witkiewicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii

ROMAN JAWORSKI
HISTORJE
MANJAKÓW




Spółka nakładowa „Książka” w Krakowie logo.png


SPÓŁKA NAKŁADOWA „KSIĄŻKA“, KRAKÓW
SKŁADY GŁÓWNE: WARSZAWA, O. CENTNERSZWER I S-KA; LWÓW,
H. ALTENBERG; NEW-YORK, THE POLISH BOOK IMPORTING Co.
CZCIONKAMI DRUKARNI LUDOWEJ W KRAKOWIE, UL. FILIPA L. 11


Żonie poświęcam.

MIAŁ IŚĆ.
Snił dziwną parodję współczasów, bardzo śmieszną, tak śmieszną, jak może być tylko mżenie chorej nudy.

Widział pochód rzeczy dokonanych, wielki tryumfalny pochód.
A gdy mimo niego przechodzili, nie oddawał im czci wraz z rzeszą radujących się, gdyż senność wielką czuł w członkach i nie był zwyczajny w składaniu pokłonów, za co śmiercią go karali potężni królowie, a nieraz ćwiczyli ich dzielni wasale. Niejednokrotnie uchodził śmierci i dziś znowu stał blizko przy pochodzie żywych, patrząc na rzeczy dokonane, na żywe fakta. Gdy więc ujrzeli lice młode, senne, wyjęli z jego piersi ostatnie dnie wiosny i odeszli.
On zaś widział dobrze, zblizka owe żywe rzeczy, które mu wiosnę zabrały, chociaż oczy jego wciąż patrzyły senne. Widział ich ruch celowy, pewny, ich byt stały, gdy wygniatał ślady w wilgnej ziemi, słyszał ich głos potężny, który szerokie piersi gór przetwarzały na motyw bojowych hejnałów. Całą czujność sennych oczu ku nim wytężył, patrzył przed nich i za niemi, wpadał w ich głąb i wylatywał nad głowy, krążąc z zadumą smutnych ptaków. Gdy u zakrętu wpadli w tuman kurzu, jako, że mu wzięto wiosnę, żegnał ich uśmiechem podolskiej jesieni.
I silniej oparł się o drzewo, a ból, jaki odczuł w krzyżach, wstrząsł jego ciałem i zatrzymał myśl w jej drodze, osadzając ją gwałtownym ruchem. Liście drzewa ułożyły się w chropawych, kolczastych cieniach na jego czole i miarowym ruchem ślizgały się po nim, opadając aż na powieki. Odczuł odległe wspomnienie. Po twarzy jego przeszła w żegnającej pieszczocie wyschła, spracowana dłoń siwowłosej piastunki.
Zrozumiał, że miał iść.
Jakieś przestrzenie, ogromnie obojętne, zapadając w mrok, ściskały ostry pierścień widnokręgów i podsuwały się ku niemu, wabiąc niemotą. Już stawiał stopę na pełzającą płaszczyznę, gdy pierś jego uderzyła o ścianę jaskrawych blasków. Uczuł radosny chłód zachodu, a blaski, przypadszy do rąk, lizały je wiernie.
Więc zajął się zachodem.
Pod ścianą blasków ujrzał szkielety zbitych w stada śpiących koni. Przesycone światłem żebra i piszczele układały się w wielki symbol cichych dziejów, a spuszczone nad pastwiskiem łby zdawały się głosić potępieńcze prawdy. Męczyła go ta plama, więc ją przykrył dłonią, z poza której wyszło wielkie koło, toczące się wśród fal płynącej rzeki. Koło czerpało wodę i wylewało ją z wysiłkiem na brzeg. Każda szprycha, wynurzając się z wody, szła powoli, uporczywie w górę i opuszczała zimne, wielkie, szkliste łzy.
Płaczące narzędzie.
Rzucił mu się w myśl problemat narzędzia, ten sam, co za chłopięcych lat wyśliznął się z dłoni z porcelanowym pajacem. Pamiętał, jak pajac uderzył o ziemię, jak, kalecząc palce, zebrał drogie szczątki, jak je złożył w ładnym pudle z wielkanocnych cukrów i pogrzebał w ogrodzie, pod rozkwitniętym w maju białym bzem. A potym długie lata siedział w altanie na kruczym gnieździe z cichą, jasną panną i pomagał jej rozmotywać kłębki bawełny. Siedział, by patrzeć na smutną pannę, jasnowłosą, polską rzeczywistość, na której ramieniu odpoczywało czarne, głodne ptactwo. I nigdy nie znaleźli początka nitki, a kłębków było bardzo wiele.
Stąd wziął pierwsze pojęcie o problemach. Dziś koło skarżyło się przed nim. Stało mu się wielkim obrotnym zerem, jak życzliwe napomnienie. Pomiędzy zerem a pierwszą, ledwie pomyślaną, okruszyną jednostki czuł zimną, przepastną czeluść. Nijak mu było przebyć ją w skoku.
Gdyby tak można runąć na dno opoki bez odgłosu...
Byle tylko nie zawisnąć na jałowcu, byle nie zawisnąć...
Wiedział, że jest wieczór nad łąkami i nad jego myślą. Rozbite w grę odcieniów barwy dopadły zapadające obłoki, które szły strojne, jak dziewki w drodze do wioskowej cerkwi. Tysiące tajemniczych ramion dźwignęło lekko stalową zasłonę i opuściło ją głucho na bezechową ruń. Przewdziane w tory zmroku wszczęły tajemnice dnia gwałtowne, uwielbiające, pobożne lamenty. Płcie wracały z odrobionych prac i zapadały na leże, gnane tęsknotą ciał. Drzewa zapanowały nad przestrzenią i grały wielką pantomimę potężnych ramion, błagalnych, skurczonych dłoni, dziecięcych zdławionych gardzieli. A obłąkana starowina nocka, rozpuściwszy rzadkie włoski siwych mgieł, wyczołgała się z pomiędzy oparów i, przykucnąwszy na rozłogu, jęła siać z rąk widłowatych błogosławione, lotne nasienie ciemnicy. Siała, kędy uszły zaginione jej syny i córy. I sączyły się żałobne fijolety, a nocne ptaki chwytały je na skrzydła, i wlekąc, roznosiły hen ku domostwom, kędy kwilić poczęły niemowlęta i kędy na poddaszu skwirczą ślepca skrzypki, gdzie chory chłopczyk był u nierządnicy i gdzie się tliło łuczywo pod wyschniętym stogiem, gdzie babunia kradła srebrniaki dla zgłodniałych wnucząt i kochała się panna młoda z obcym panem, gdzie szaleniec zawisł u szpitalnej kraty...
A świerk stary opodal wzniósł swój chudy, sterczący konar i rozumnym giestem osądził: być może.
A nocka błogosławiła, siejąc nasienie ciemnicy.

Miał iść. Jeno nie mógł zapomnieć chłopczyka w aksamitnej sukience, którego spotkał przed laty w ogrodowej alei. Chłopczyk ciągnął pręcikiem prostą, długą linję w piasku ścieżki. On szedł za chłopczykiem i wstępował stopą w linję, wgniatając ją w ziemię. Tak dla żartu. A gdy ujrzał aksamitny panicz długą swą linję zdeptaną, zapłakał gorzko i niepocieszenie. On zaś rad był, iż uczynił powinność i zdeptał stopą pierwszy może pomysł dziecinny o nieskończoności. Dziś słyszał płacz dziecka, ten sam płacz z przed lat, gdzieś przy którejś skroni.
Nie mógł pojąć. Zrozumienie jego wypełniła treść posiadania, pierś wyszła dumnie naprzód, a dłoń prawa chwytała silnie palce lewej dłoni i starała się je jak najbardziej od siebie oddalić, by służyły jako strażnice pięknym myślom. Wyraźnie przy najgrubszym palcu wyrosła skalista wyżyna, która dźwigała miasto. Wokoło wyżyny mętna płynęła rzeka i czyniła z miasta ponurą twierdzę. Powtarzał: mam smutne miasto i niezdobytą twierdzę. Ogromnie się bał, by nie postradał ni miasta, ni twierdzy i ściskał palec konwulsyjnie.
A gdy już dobrze zapamiętał, poszedł dalej i ujrzał stary, chrześcijański tum w ruinach. Pamiętał: w tumie zbierali się wierni, a on ich nauczał o swoim bogu i wygnał boga, który dawno mieszkał w tumie. I kazał im palić święte obrazy i przetapiać złoto kielichów na wielką arkę dla swojego ciała. Gdy tłum, powolny jego rozkazom, wypełniał święte dzieło przemienienia, a niewiasty i dzieci nuciły pieśni, uwielbiające jego potęgę, nadciągnął wróg i obległ miasto. A w mieście ni jednego miecza nie było, ni też męża zdolnego dźwignąć ciężar miecza, czy wyprężyć cięciwę łuku. Więc oddał wszystkich wiernych wrogowi wzamian za swe ocalenie. Wróg okuł wiernych w żelazne okowy i odszedł. Długie lata dumał nad złotą arką swego ciała. A potym, potym...
Przeszedł ku palcowi wskazującemu i wiedział i pamiętał. Pamiętał, że wyszedł z tumu, by szukać wiernych. Pragnął... czego to pragnął? Nie tęsknił za wiernemi, byli mu obojętni. Okowów ich pragnął, by je skuł i rozpiąwszy na krzyż, wśród czteru bazaltowych kolumn uczynił kołyskę, gdzieby zawisła złota jego arka. Jako ów prorok na Wschodzie. Myśli szły wytrwale, nieubłagane. Dlaczego pragnął zawisnąć jako prorok? Ścisnął palce, ale dłonie opadły znużone. Nie pamiętał.

Miał iść.
Głos wyszedł z przestrzeni i stał się ciałem, gorącym, ciążącym dziewki ciałem. Zbiegł ku niemu, drżącemi kolanami przylgnął do jego kolan i nagiemi pachnącemi wymionami zwarł się z jego piersią w uścisk spiesznej chuci. Jutro...
Twarz ujrzeć na chwilę...
Wyszedł z czasów. Jutro...
Nie mógł ujrzeć twarzy. Zdało się, że się wbiła w własną jego głąb. Trzeszczącym ruchem dłoni usiłował odepchnąć od siebie to obce ciało, lecz napotkał pierś nagą, drgającą, od której wyszedł nakaz odwiecznych praw.
Jutro...
Znęcone zmrokiem wyplątały się pająki z pomiędzy traw i pełzając na żer, pod smukłe zaszły drzewo. W wielkich ich, bystrych oczach błysnął złośliwy żart; oto ośmieszyć smukłe pańskie drzewo i skleić je z tą czarną masą, co u jego stóp widniała skłębiona. Siła komizmu, spoczywająca w jaskrawości kontrastu, kazała im podjąć się niewdzięcznego dzieła. Poczęły więc wesołą pracę, uwijając pierwszą nić około pnia, a potym dalej śliniąc misterną tkankę.
Były nad jego czołem, gdzie niedawno spoczywał wieniec ciernistych liści. Poczuł świerzb ich macek i drgnął. Na piersi jego ciążyło nagie dziewczęce ciało jutra. Nie mógł go z siebie strząsnąć. W długich, nizkich falach oddechu czuł szeroki, matowy śmiech dokonanej, sytej miłości.

Miał iść. Był świadomy jakiejś zdrady i czuł ją tuż przy sobie. Tuż przy sobie. Więc nie mógł doznawać niepokoju, a znał tylko ciekawość. Widział wielki niezgrabny śpichlerz i wąchał chłodny zapach stęchłego ziarna. Koniecznie mu się zdawało, że ktoś kradł ziarno i wynosił korcami, całemi korcami, w zbitych worach. Tylko, że z tamtej strony, tamtą bramą i nie mógł widzieć kto. A przecież to ciekawe widzieć, jak kto kradnie stęchłe ziarno i dźwiga je z mozołem na plecach. Takie ciekawe...
Zapragnął, gorąco, szczerze zapragnął. Pragnienie czuł w przełyku, a ręce błądziły w niespokojnych splotach za sznurem, za idealnym wiązadłem. Chwila dała słaby pomysł o pięknej, barwnej wstążce. Myśli były jako stare nieodczytane szpargały, a w barwną ujęte wstążkę, jakże wygodnie dałyby się przenieść na poddasze! A na poddaszu w świetle lampy już łatwiej ze szpargałami, wśród ciszy, powoli...
Koniecznie dłonie chciałyby sznura, a mózg wytwarzał powoli uparte pojęcie o ciągłości i treści. Potrzebował ciągłości i treści, nie miał gdzie jej przytwierdzić, czym spętać, na co nawlec... koniecznym był mu silny sznur. Wspomniał na prom w pobliżu na rzece... Prom... Nie mógł pojąć, co to jest prom, nie mógł sobie przypomnieć. Rzeka płynęła i jedna jej kropelka nie zatrzymała się. Tymczasem prom... Wpoprzek rzeki. Śpieszyły ku niemu z oddali, krzyżując się i wydłużając, szerokie, pylne drogi, które brały w siebie drożyny, ścieżki, miedze, przełazy. Czuł, że myśli, jak przy zadaniu szkolnym. Ożywił się: na prom wjechała mama z ładną córeczką. Córeczka bardzo kochała i miała zostać niebawem wielką panią. Tylko konie się spłoszyły i powozik wpadł do wody, córeczka rybką się stała. Było mu bardzo, bardzo żal. Prom przyjął wóz z białą chłopską trumną. Pachniała wesołym zapachem siana, na którym ją złożono. I oddał ją drugiemu brzegowi, by w ojcowskiej spoczęła sadybie między jarzębiny. Prom szedł i wracał. Miał doskonałą pozę obojętności. Więc wysilił się na twierdzenie: prom, to prawie obojętność. Zapomniał o pragnieniu i sznurze, chciał wiedzieć, czym jest obojętność.
Pająki, przeciągnąwszy sieć podwójną nad młodym ciałem jutra, opuściły nitki ku ziemi, przytwierdzając je do łodyg mleczów.
Bracia dobrej śmierci, komarowie głodni, nadpłynęli w wielkich chmarach i w radości, iż się dokonało, jęli wodzić żywe tany, w wdzięcznych grupkach, po siedmiu.
A nocka na obłąkaną głowę sypała nasienie ciemnicy.

Nie mógł iść. Myślał o obojętności i przeczuwał wiotką sieć i krzyczącą śmieszność. Jednak obojętność, to niby ten krzew bezładny, wyschły na skręcie, jak się jedzie z lasu. Na cieniutkich, śmiesznych gałązkach tyle błota od kół, które przejeżdżały. Wichry jesienne wzięły pącze, liście i kwiaty, nie wzięły błota, które zaschło. Obojętność, to obłocony przydrożny stary krzew.
Nie mógł iść. Pojął radość tańczących komarów i wybełkotał: dokonało się. Błazeństwo rozrzewniło go. Wspomniał na dzieciństwo. W wielkim pokoju stał czasu szarówki za karę na nitce przywiązany do nogi fortepianu. Stał trzy godziny, aż przyszła mama i śpiewała, jak zawsze, smutne pieśni. I nie było mu żal, iż nie bawił się tego wieczora w Robinsona na dole u stawku.
Trzy godziny na nitce — to obojętność.
Prom, krzew wyschły, łańcuch lub też nitka... A może głaz pod płaczącą wierzbą lub sfinks wśród żaru puszczy.
Nie mógł pojąć. Przycisnął ciężar ku piersiom i żachnęło się ciało dziewczęcia w miłosnym uśpieniu. Zaleciała woń trupia, wdarła się przez nozdrza, osiadła pleśnią w ustach, trującą rdzą zawaliła piersi.
Nikt nic nie wyrzekł, a jednak zdawało mu się, że coś zrozumiał. Wytężył słuch.
Wytężył wzrok.
Niedbale, sennie bazgrały kredowe palce brzasku na uchodzących czarnych piórach nocy niemowlęce zrównanie:

obojętność = kadawer.

Pierwszy ranny obłok, krwawy, jak wypływająca z orbit źrenica, strasznie płacząc, potwierdził.
Więc uwierzył faktom żywym i definicji i parodji, którą śnił.
Oparł się o drzewo i został w sieci. A łaskawa ćma usunęła puch swych skrzydełek na jego źrenice, by nie doznawał męki, gdy się zglądnie na rzeczy dnia.
Miał iść...


ZEPSUTY ORNAMENT.
Zeszedłem z wirchów, niosąc mgłę w oczach. Przy ostatnim jeziorze żegnałem przymarłe ciała snów zwidzianych, gdy otulone w szare płótna smutku, usuwały się bezboleśnie w toń, mnie jedynie znaną. I szedłem już lekko, nie wyczuwając trudu nóg, wśród osypisk i żwiru. Towarzyszył mi jeno chrzęst natrętny złomisk i suszyc deptanych.

Wyczułem kres, a przymglony wzrok uderzył o migot trójbarwnych świateł. Przejrzałem. Otoczył mię zewsząd świegot małych, drżących dzwonków, które, zapadszy w głąb wieczornej ciszy, zdały się roić gwałtownie, w nieskończoność. Nie mogłem pojąć ich radosnej chęci, więc przysiadłem na ławie rzuconej w mroczny kąt cichego kolejowego przystanka. I skupiłem uwagę.
Było mi łatwo. Byłem pełen znużonej hojności. Żył we mnie giest pieściwy sennych, wydłużonych palców, dzielących losy ich radosnej dłoni, kiedy błogosławiąc, zawisła w próżni, nad godziną cudu. Więc była chwila wielkich przyjęć. I dla tych, co wracali z rozmyślań w pustyni i tych, co się zabyli w mrokach podziemnych krużganków. Dla pogwaru chłopka o pszennych losach minionego lata i dla przewlekłej opowieści z miasta o dziejach przetopionej miedzi. Było silne, szczere zrozumienie. Mógł zajść wędrowiec szalony, by śpiewał kłamaną balladę o cudach sadzawki Siloe i pachnący panicz mógł prawić słodko o skonie kochanki, lub szeptać boleśnie, że gnije młode jego ciało. Ach, i niewiasta wejść mogła, któraby zawodziła nad utraconym wiernym miłowaniem. Każdy mógł, mogła każda, mogli różni, wszyscy...
Coraz bardziej szerzył się świegot małych, drżących dzwonków.
Zauważyłem drzewa okólnego ogródka, skłębione w ciężką, bezplastyczną plamę. Z ledwo dostrzegalnych ruchów przeszły gałęzie w nieszporną nabożność. Zwolna wznosiły się pojedyńcze konary z soczystego kleksu. Zadanie swe pojęły zupełnie klasycznie. Szły więc strofy gładkie, wymierzone, a przeciw nim padały w odmiennej rozlewności rzewne antistrofy. Czasem burzyły ład wzorowy młode listki, wijąc się przekornie w kształt swawolnych pukli na karczątku zwinnego dziecięcia. Podchwyciłem rytm jeno, treść ostała obcą, więc przerzuciłem spojrzenie.
Pod drzewami spoczywała gromadka ludzi na posłaniu z mleczów i piołunów. Byli młodzi, a każdy z nich dźwigał bukiety uwiędłej zieleni. Mowa ich była burzliwa, gdy osądzali niepewne zdobycze. Powstał jeden z czworobokiem twarzy i spróchniałym głosem bełkotał:
— Wierzę, jestem pewny, że on to rozstrzygnie. On z pewnością. I właśnie, kiedy trzeba, by przybył wczas, właśnie mamy opóźnienie. Dlaczego ten pociąg się spóźnia?!
Z pieszczotą dzierżył w palcach ogromny liść przedziwnej, więdnącej paproci. A gromada troskliwie skrapiała liść wodą i z niechęcią spoglądała na czas zegarów.
I tuż, tuż ujrzałem, jak z pośród nich wypełgała tajemnicza wstęga, prawie całkiem realna i w kapryśnych zwojach śpieszyła ku innym gromadom, rozsianym po platformie. Dziwna linja — myślałem — symbol o jednym prawie wymiarze! A ona śpieszyła za obcemi, gdy zeszli nad sam brzeg kolejowego plantu i, prężąc szyję, rzucali niespokojne oczy w lejkowatą dal rubieży. Odtąd stali się zwartą całością, a oplotła ich owa tajemnicza wstęga.
Śpieszyłem za nią pilnie, by nie utracić pomysłu.
Wśród relsów przebiegała służba, niepokojąc blaskiem latarek.
Z pokoju urzędu dochodziło warczenie, grzechot umęczonych aparatów i dygotanie zniechęconych dzwonków.
Więc chwila prawie obojętna. Towarzyszyłem jej tyle razy. Dziś jednak radosne u mnie przyjęcie, więc zastanowiłem się nad tym, co miało nadejść. Zamyśliłem się wiernie i wszedłem w nich, idąc śladem wstęgi.
„Niepokój skowyta w nas. Czemu nie przybywasz. Czekamy, drżący czekamy — wszyscy!“
A wszelkie stawanie się wokoło przeszło przedemną w zwoje ornamentu — wzorem upatrzonej wstęgi. Tylko musiałem się wprzód pochylić i patrzeć zblizka. Byłem sobie, jak uczniak­‑krótkowidz, gdy w umęczeniu, zgięty nad pulpitem, ciągnie kontury, grube, wyraziste. Pasmo okoleń wirowatych linji musiało mnie męczyć, nie czułem jednak. W mózgu rozsiadła się myśl, by ukończyć.
Pojąłem jedno — tajemnicza wstęga może być wyrazem nieznanej myśli, wspólnej im wszystkim. A przyjąwszy założenie, jąłem stylizować.
Pod grafjon mój nasunęła się para uwiędłych ludzi. Kobieta­‑agawa, dziwna. Sprawiła mi trudność. Ułatwił mężczyzna, wysmukły, w ostrych zarysach, o pierwotności sylwet asyryjskich. Mrok przysłaniał twarze, tłumił giesty, więc uradowałem się niezmiernie, zrozumiawszy, że o wiele łatwiej. Wszedłem w rytm słów dla rozrywki.
„A gdy nadjedzie mała twoja, wnet ich połączymy“.
— „Czy nadjedzie?...“
— „Za chwil kilka. Posiądą mienie moje i zaciszny dom w mieście“.
— „Dokąd zaś, dokąd my odejdziem, drogi?...“
— „Zdala od ich szczęścia, ostaniem tu w naszym zagłębiu“.
— „Na ostatek zmarnowanych dni, na krótki ostatek...“
— „Czy bardzo tęsknisz?“
— „Śpieszno mi; byle jak najprędzej!!“
I, spłynąwszy w jedną plamę, szli, jak wahadło senne, szepcąc: prędzej... prędzej.
Dzwonki przestały grać.
Jakiś aparat jeno walił nierytmicznie, uderzeniem pulsujących, trwogą opętanych serc.
Z urzędu wyskoczył młody pan w mundurze i wydawał urywane rozkazy. Zewsząd pośpieszyły spojrzenia ku niemu. On spostrzegł i zaczął grę. Zauważyłem, że tajemnicza wstęga zatrzymała się w pochodzie i konwulsyjnie wygięła, jakoby wyczekiwała na nowe losy. Więc ją porzuciłem i przeszedłem w szersze wymiary.
A zmusił mię do przejścia ten głupi urzędnik. Ogarnęło mię niezadowolenie, a tuż za nim szły domysły.
Przyjąłem, że urzędnik bardzo nieudolny. Nawet widziałem wyraźnie. Zapragnąłem dla niego artyzmu, dla urzędnika kolejowego. Pojąłem to, jako konieczność, pragnąłem — jak śmieszne! — artyzmu dla wszystkich kolejowych urzędników. Bo oto chwila ważna, pełna nabrzmiałych pragnień i drgawkowych niepokojów.
A on tak źle gra, tak źle. Oni — tamci, wszyscy tacy zwarci, jednolici. Pytają: „co?“ Nic więcej, tylko takie ogromnie rozpaczne: „co?“ On zaś mówi: — „He, he, wiem o wszystkim, ale nic nie powiem. Nie wypada, zresztą może wam zaszkodzi nagłe wstrząśnienie, groza jest, wielka groza, tylko nie umiem mówić o grozie, ni też grozie przeczyć. Patrzcie na mnie, powiadam, że wszystko bardzo dobrze. Ale nie wierzcie, bo przestalibyście spoglądać ku mnie. Dokądże indziej wam spoglądać?“
Płynęli ławą ku niemu, tacy zwarci, tacy jednolici.
Patrzył ponad nich, więc zawrócili.
I zatrwożył mię mocno los ornamentu.
Na ławie spoczęła, tuż przy mnie, ułomna staruszka. Szepleniąc, paplała: „Proszę pana, to już przecież czas. Wszystko zgotowałam, czekam, a tu niema. Panie, gdybyś wiedział, jakam niespokojna. Tam syn mój jedzie, bardzo chory. Lekarze kazali tutaj na świeże powietrze. Tyle kosztuje. Strach — a tu nie nadjeżdża. Tyle czasu... Może to jakie... zderzenie?... Panie... czy... zderzenie?...“
Miękkim krokiem wszedł piękny pan, błysnął złotem zegarka, ściągnął chmurnie twarz i wyniośle zagadnął urzędnika. Ten rozłożył ręce, wzniósł ramiona i w głębokim ukłonie uśmiechał się tajemniczo, głupio. Głupi urzędnik.
Opadła go zgraja okurzonych turystów. Dolatywały urywki: „Przeszkoda... nieznana... wysłano... musimy czekać...“
Nieuleczalny smutek czasu posuwał się błędnie wzdłuż czarnego palca po pomarańczowej tarczy oświetlonego zegara. Zmięty w poduszkach toczonego fotelu spoczywał młody mężczyzna i z chorym natężeniem sennych oczów prześladował posuwającą się wskazówkę.
Sfałdowane czoło zaznaczało się kolczastym kształtem, a piegowata, chuda dłoń z rozpaczą opadała na poręcz fotelu: „Co to jest, co ja jeść będę, jeśli nie przyjdzie z miasta świeże mięso? Antoni! Jak myślisz, czy ja będę dziś jeszcze jadł mięso?“ — Służący pocieszał. — „A jak nie przyjdzie, wyobraź sobie! Jakaś katastrofa, a my tu bez świeżego mięsa! Co pocznę?“ W beznadziejną troskę pochyliła się znękana głowa.
Z przeciwnej strony, od której odwróciła się myśl wszelka, wpadł rozszalały pociąg i popędził dalej.
Ruchem woskowych lalek runęła gromada ku plantowi i przystanęła w ostygłym zygzaku pękniętej tafli marmuru.
Pociąg ratunkowy.
I powoli, co już dawno wżyło się w świadomość, znalazło stanowczy wyraz.
Bardzo zwyczajnie ktoś w głos wyrzekł: nieszczęście! Zrozumiano odrazu. Zrodziła się nużąca powszedniość. Pochylili głowy i każdy przyjął słowo na wargi. Każdy czuł, że musi go najść wielkie zmartwienie. Poddali się i nałożyli na twarze odpowiednie grymasy. Milczeli, gdy z dosłyszalnym szmerem pracowała wyobraźnia. Poczym popadli w znaną, znaną rozpacz. Nietoperz­‑widmo rzucił się na szyby latarni i, łopocąc skrzydłami, wbijał ćwieki lęku w gromadę, zapadającą w konieczność rozpacznym ruchem trumiennego wieka.
Spojrzałem na ornament, który się wykończał. Musiałem pilnie chwytać...
Zachybotali się i potoczyli, niby głaz, nogą pchnięty, po ostrym zboczu w bezdenną otchłań śmiertelnej grozy.
Byli, których usta się rozpętały. Z urzędu dochodziły jęki.
„Muszę mieć pewność, mam prawo żądać!“
„Czy kto zginął?...“ — Wszyscy zginęli?...“ — „Żyją, czy żyją?“
W zwartym półkolu przylgnęli do siebie i stanęli jak jedność, wspólnego nieszczęścia jedna rodzina...
Powoli przyjmował wzrok mój ich odmienne maski na stałość. Popadali w sen, który miał utrwalić zrozumienie dla rzeczy, które przyjdą. W mózgach osadzała się pogodną barwą zgoda na konieczność.
Tajemnicza wstęga zdała się kończyć uciążliwy pochód.
Chwilami wzdrygali się w bolesnym dreszczu na odgłos nieznanych szmerów.
Z sąsiedniej wsi dolatywały w tęsknych oddechach tłumione przyśpiewki.
Na chwilę pomyślałem w ciszy o wsi. Jak już usypia skulona, gnębiąc się w zadumie nad grozą pożarów i losami trzody, rozbiegłej po nocnych pastwiskach.
A z myślą tą naszła mię obca dobroć, która przyjaźnie spoglądała na półuśpione siostrzyce: grozę i nieszczęście.
Do gromady podeszła cuchnąca handlarka, podając ciepłe napoje, brudne słodycze i zeschłe pomarańcze. Ktoś wypił kieliszek wódki. Padło westchnienie. Poruszyli się.
„Czasem nikt z życiem nie uchodzi“. — „Ostają kaleki i chorzy“. — „Żeby przynajmniej dobrze zapłacili, ale gdzie tam“.
Jakiś głos o drewnianym timbre spokojnie opowiadał: „Niedaleko Medjolanu widziałem zderzenie. Przejeżdżaliśmy obok, w kilka godzin po wypadku. Jeszcze snuły się dymy i słychać było trzask rozpadających się w ostateczność szczątków. W rowie leżało kilka wagonów przewalonych, jakby od niechcenia, w śpiącym ułożeniu znużonego kamelota. Na szczycie wału stał wyniosły fragment dwuch spiętrzonych wozów, które się wbiły w siebie czołami z zajadłością rozwścieczonych byków. Obie maszyny zlały się w jedność miażdżącego uścisku. W powietrzu wirowały dławiące, dokuczliwe pyłki. Opodal na grudzie ziemnej zwidziałem bardzo białą, cieniuchną, kobiecą koszulkę. W jednym miejscu można było dostrzec jakąś część zmiażdżonego ciała, która przezierała przez batyst, różowiąc się delikatnie. Jakaś obnażona szpada połyskiwała w słońcu. A dalej leżał nowiutki cylinder, nienaruszony, lśniący. W jego cieniu zakrzepłą plamą krwi przylgnęła do ziemi głowa mężczyzny. Sama głowa. Jak odcięta, proszę państwa, jak równiutko, niby rozmachem topora, niby uderzeniem gilotyny! W oddali rzęziło konające dziecię, które trup matki przygniótł swym ciężarem. Staruszek, z oderwaną, zwisającą szczęką, obłąkany z bólu, miął pięści i ciskał żużle ku niebu. Od miasta nadchodzili ludzie, niosąc pomoc. Układano trupy rzędem w rowie, a kobiety przysłaniały im twarze brudnemi płachtami. Właśnie wleczono na nosze człowieka, który oszalał i miotał się rozpaczliwie, mimo rany. Chwilami zachodziła cisza i zdało się, iż wszystko słucha jeno głosu tego szaleńca, nawet to wielkie, tak pogodne słońce. Wnet jednak w głąb żwiru wbijały się z sykiem rydle i ćwirczały naprężone łańcuchy dźwigarów. Padały wołania lekarzy. W oddali kołowali ludzie i kradli...“
Ułomna staruszka, słuchając, spazmatycznie łkała.
Z przedsionka wyszli woźnice, znużeni, zaspani, i życzliwie zapraszali gromadę do powrotu.
W szynkowni pogaszono światła.
Z poblizkiego gaju oliwek zerwała się przebudzona kawka i wszczęła przeraźliwy szczekot wielkiej, wielkiej hańby.
Wtym od nowa poczęły grać dzwonki. Na plancie ukazała się służba i głupi urzędnik. Z ciemności dochodził bardzo łagodny szmer i stawał się coraz wyraźniejszy.
Ktoś podniósł się z zadumy i przeciągnął członki. Zrozumiał: „już ich wiozą, wiozą nieszczęśliwych, by powierzyć matce ziemi“.
Tajemnicza wstęga w ostatnim zakręcie dobiegała do kresu przedsięwzięcia. Naraz...
Nagłym wkroczeniem cudu w bezwiedną samotność wpełzał wąż żelaznych wozów przed uśpioną gromadę i z odsapnięciem ulgi spoczął, jak ciężkie zaprzeczenie, na wychudłym cielsku pokornej konieczności.
Łomot otwieranych drzwiczek szczęknął, jak bolesny zawód.
W oknach uśmiechnięte twarze. Z głębi wozów idzie śpiew chóralny. Więc ocaleli... wszyscy ocaleli?...
Czyż gromada wciąż uśpiona? Tylko wstęga, wstęga, plącze się, wciąż plącze, ach — ornament!!
Gienialny starzec przystanął wśród młodych ludzi. Ściska ich dłonie, a oni, oniemiali, patrzą — patrzą. Niespokojne palce bezwiednie szarpią listki niezwykłej paproci.
Młode dziewczę spoczęło na piersiach kobiety­‑agawy. Nie może odnaleźć ust matki.
Wyniesiono chorego syna, który skomli radośnie. A ułomna staruszka drepce obok, utykając, i złą dłonią błądzi nieufna po jego czole.
U stóp pana w toczonym fotelu złożono woreczek najświeższego mięsa. Nie patrzy, jeno gdera, wywijając piegowatą dłonią: „Popatrz Antoni, a ja myślałem, że to katastrofa, naprawdę katastrofa. Takie nieporządki. A to szelmowski zarząd, widział to kto?“
Ktoś pyta w ścisku: „Więc tylko przeszkoda. A myśmy myśleli, że naprawdę...“
Naprawdę!...
Biedna gromado! Cóż ci uczyniono! Jaki trudny zawód! A jeszcze trudniej zniweczyć szczep własnej dłoni, gdy nacięcie jest takie bolesne. Ocaleli, gdy wyście ich odwieźli na ciche cmentarze! I obliczyli koszta i zgotowali żal i żałobę. Biedna gromado!
Żegnałem ich, jadąc w obce strony. Szczerze martwił mię zepsuty ornament, gdym ujrzał, jak złośliwy zygzak wskroś przekreślił cały trud. A tajemnicza wstęga powlokła się niepostrzeżona smutnym chodem psa włóczęgi za gromadą do ich schronisk.
Wskoczyłem do przedziału. Sąsiad, garbusek, przebudził się i badał nieśmiało. Niebawem zagadnął z życzliwym uśmiechem: „Pan zapewne z wycieczki po studja. O! Tu niejeden wspaniały motyw, tylko mało kto kraj nasz odwiedza. Ale co widzę — ornament! Zapewne szkic, tak z nudów, wskutek opóźnienia. Ale pan jeszcze nie skończył, widzę nawet: przekreślone. Tu zaś niema stoliczka i zanadto wóz się chwieje. Wie pan, ogromnie kocham sztukę. Dla niej wszystko poświęcę. Ot proszę, jeśli łaska, oprzeć rysunek na moim garbie, będzie wygodniej. Bo ja rozumiem, co znaczy chwila, trzeba zaraz wykorzystać, inaczej stracone. Ja sam... tego... Proszę śmiało, jeśli łaska“.
Oparł piąsteczki o kolanka i poddał garb. Ułożyłem zepsuty ornament. Kołysało się przedemną złośliwe przekreślenie, — symbol o jednym wymiarze — zabawnie kołysało na uprzejmym garbku. Nie umiałem dokończyć.
Wkrótce wjechaliśmy w miasto.


MEDI.
Wyleciał w park szalony krzyk pawia. Połyskiem tępiącego miecza przebił wilgną gęstwę mroków. Katując zapłakaną twarz nocnej ciszy, upominkiem lęku legł na mej znużonej piersi. Porwałem się z trapiącego śnienia, a tłusty chłód wilgoci przylgnął do mego czoła. Drżę, jak drżę!

A paw ponowił bolesny krzyk klątwy. W żyły me wpływa przerażenie i wapnieje.
Pawiu — przyjacielu, czego chcesz, pawiu?
Od jezior idzie zimny wiew i głucho strąca z liści opad przedpółnocnej zlewy. W samotni mojej dogasają świeczniki, ostatni ślad życia w samotni mojej. Świetlane krążki padają na ruń gazonów. W ich złote obręcze wstąpił paw­‑widmo, gnąc wytworną szyjkę i małemi oczkami badawczo łysnął w stronę rozwartych okiennic.
I budzi wspomnienie.
O tym, jak czasu nocy zachodził do ciebie, ty luba, umarła dziewczynko. W te jasne, szczęsne noce, kiedy się kłonił przejrzały lipiec moich dni. Zaprawdę, jak tęsknię za tobą, Medi! — moja Medi.
A paw już wzbił się na okno i przysiadł na stalowej piersi. Widzę wyraźną ciekawość.
Nie mogę jednak nie myśleć o smutku i olśniewającej pustce, która mnie otacza.
Mój smutek — uboga tryzna w przestwornej, stęchłej świetlicy. I pajęczyny tyle zwisa z nad pułapu. Mój smutek — lśniąca tafla opuszczonej bulwarowej ławy, gdy czasu słoty błądzą po niej łkające migawki gazowych latarni. Czuły uśmiech nieszkodliwego idjotka do cudu wystawowych kwiatów. A pustka, ha! — pustka. W rodzinnego sygnetu pryzmacie łamie się, tysiąckrotnie łamie, w nieskończoność, którą już dostrzegam. Ale, wszak ostaje jeszcze pociecha, zimna, cicha, wymownych o północy szyb lustrzanych. I widzę cię, Medi, widzę wachlarz słodkich twoich główek. Pawiu, wierzaj mi przyjacielu, myślę o dziewczynce z plamką czerwoną na lewym policzku, a nie o mym smutku i pustce, która jest.
I już siedzimy w utulnym, przedmiejskim domku, wokół wywrotnego stołu i, milcząc, patrzymy na się nieprzyjaźnie. Matka twoja, twój ojciec i ja siedzimy, Medi najdroższa, zanim ty byłaś i imię twoje. Jak dawniej. Łoskotem spadającego nagle przedmiotu łamią ciszę słowa twego ojca. Przemawiał zawsze, gdy miał wychodzić. Więc nie zważałem, choć pamiętam. „Jeszcze rok jeden przetrwamy, Doro. Spróbujemy, by niepotrzebnie nie zawracać. Może się inaczej ułoży, może zrodzisz dziecię, którego pragnę. Czy pan uwierzy, że pragnę dziecięcia?“ Sławna twarz jego przyjęła uśmiech niewidomych.
Myśląc o pozorach w teraźniejszości, patrzyłem na panią Dorę, która nagłym skłonem sierpniowego zachodu ułożyła płaską głowę na tarczę w tył wygiętych dłoni, dając medaljon, nieźle wyrzeźbiony. Opadły szerokie rękawy peplosu, ukazując cudnie toczone ramiona, barwą brzasków napuszczone. Więc wchodziłem w radość piękna, gdy mogłem wywołać obojętność wobec rzeczy przewidzianej, prawie zamówionej.
Pan Fryderyk ujął w długie palce cud tych ramion i, naciskając je i poklepując, dowodził: „Dlatego, proszę pana, pragnę potomstwa, by nie zeszedł bez owoców typ tak doskonały. Z kobiety tej narodzić się musi czyste, ostateczne prawo ciała“. A przesunąwszy dłoń wzdłuż linji jej biustu i bioder, skłonił się i wyszedł.
Opadła mię banalna myśl o banalności pragnień. I czuwałem nad śpiącą panią Dorą.
A gdy się obudziła, zaraz spostrzegłem, że miała sen, który zamierzała urzeczywistnić. Więc usiłowałem przeszkodzić, czując silną niechęć do widocznych zamiarów. Szczególnie nie znoszę snów kobiet. Są one zazwyczaj najbliższą, nieutracalną myślą o rzeczach i niepotrzebnie odbierają im kształty. Gdzie zaś owa rzewność, co spływa w cieniach kształtów, i groza znanej tajemnicy, która cień tworzy? Ten brak pozostał w mej pamięci od czasu śnionych opowieści mej matki i piastunek, których miałem wiele. A wówczas zwłaszcza stał mi się nienawistny, gdy sam, dość późno, zacząłem doznawać snów.
Lecz jednym skinieniem głowy wstrzymała pani Dora chęć słów moich.
— Dlaczego mię pan odwiedza? — pytała sennie. — Od lat już czeka pan na chwilę korzystną, z góry przewidzianą. Czeka pan ze spokojem, z wyrachowaną pewnością? Czyż nie uważasz, że nadeszła? —
Jak wszystko dokładnie pamiętam, Medi, i dziwię się, boć już tyle lat dzieli mię od zdarzeń. Pamiętam, że mogłem przemówić i, zadając kłam słowom, które nie były istotne, obalić tak groźne rojenia. Pamiętam, że jednak milczałem, jak zawsze, dążąc świadomie do myślowej przekory wobec zdarzeń w życiu. Tak czyniąc, mogłem popełniać rozliczne błędy, które przedłużają skutki zdarzeń i gmatwają je ciekawie, niezwykle. W tym dostrzegałem urok, więc łatwo przyjąłem stały zwyczaj i przywiązałem się do niego niepotrzebnie.
(Wiernie spowiadam się tobie, ma biedna dziecino, bom jest wobec ciebie winny).
Więc wówczas, wówczas... kłamiąc milczenie, patrzyłem na wyzierające z poza ram werandy owoce brzoskwiń dojrzałych. Chwilę jeszcze trwał nieudolny zamysł, by zwalczyć narzuconą, uporną myśl kobiety. Niemym ruchem wskazałem na brzemię owoców i czas ich dojrzały. Pani Dora przeszła ku oknu i, napełniwszy wazę z niebieskiego kryształu narzucającemi się spojrzeniu owocami, tuż przy mnie ją ustawiła. A gdy, prześladując nadal myśl powziętą, wskazałem szczerb, na wardze wazy widoczny, przesunęła poduszkę wskazującego palca po nim, raniąc się dotkliwie. Poczym obojętnie ujęła w zakrwawione palce ciężki owoc i chciwie wysysała słodki miąższ wraz z krwią dobrowolnej rany.
Wywołała u mnie podziw dla nieznanej rzeczy, gdyż nie chciałem szukać przyczyny, jak przypuszczałem, zbyt łatwej. Nie rozumiałem własnego podziwu, a wyczuwałem jedynie klęskę, oczekując jej z bierną trwogą.
Pani Dora szybko prawiła:
— Fryderyk zagroził mi dzisiaj, słyszał pan? Nie mogę nawet wyobrazić sobie, jakby to się mogło stać. Pan może nie wyczuwa całej jego władzy, jak ja muszę czuć. Przylgnęłam do niego, jak ciepła dłoń do stalowej płyty, czasu bezlitosnych mrozów. (Żachnąłem się mocno). Mróz wionie od niego, a jednak...
— Proszę pani, może bez przenośni lub nawet o czym innym...
— Muszę o nim i o próżni, która go gnębi.
— Więc? — pytałem szyderczo smutną twoją matkę. Chwyciła mię gwałtownie za rękę, tak jest, Medi, pamiętam doskonale, i wiodła przez amfiladę przyćmionych pokoi, naiwną dłonią błądząc rozpacznie po smutnej próżni. Ja zaś milczałem, wiem napewno, że milczałem, tylko może w oczach moich zaczaił się nieznaczny wyraz zrozumienia.
Przystanęliśmy w miejscu, gdzie potym spoczęła twoja kołyska, biedna moja Medi.
Dlaczego nie uderzysz w krzyk, pawiu? Dlaczego trzepoczesz piórami i w szept mojej spowiedzi bezlitośnie wplatasz grozę napomnienia?
Lecz teraz dobrze uważaj, Medi, wytężaj słuch, czujny pawiu. Rzecz ważną wam wyznam, rzecz trudną. I zakończę dziś jeszcze, tu na tym miejscu, gdzie spoczywała niezapomniana kołyska.
Tutaj się stało. Przylgnęła do mnie nagle, przedwcześnie. Gorącym oddechem całując muszlę ucha, szeptała:
— Czy pan wie, że Fryderyk winien? On winien, że u nas tak... Ja zaś mam precz pójść, precz, bo niepotrzebna. Ale nie — musi być wyjście, ratunek...
Milczałem, właśnie w tej chwili. I bardzo zawiniłem, czy słyszycie? Bardzo!
Jeszcze mówiła pani Dora. Długo, tylko nie słuchałem. Wnet musiałem oprzytomnieć, gdyż silnie ugryzła mię w ucho. Matka twoja, Medi! Krzyknąłem i padłem na szezlong, a Dora spoczęła tuż przy mnie, coś żebrząc. Zwinięta w czarny kłębek, jęła śmiać się serdecznie. Wzbudziła przez chwilę nieufność, niepewność. Lecz szybko objęła ramionami mą szyję (matka twoja!) i kapryśnie czyniła wyrzuty, że jestem śmieszny, że przecież zdrowa, zupełnie zdrowa, a pewnie lepsza od tylu innych. Targnął mną bolesny wstręt, naprawdę wstręt i już się porwałem, gdy na dłoniach poczułem wilgoć serdeczną warg dumnych, warg znanych... I usłyszałem cichy szloch, tak błagalny, że mię złamał, bezpowrotnie złamał.
Wówczas — wówczas musiałem wspomnieć słotną noc w mieście, gdy na bulwarach spotkałem przemokłą dziewczynę. Rzewnie zawodząc, nuciła słowa przystępne, łatwo zrozumiałe. Doskonale uchwyciła ton bezwzględny, pełen przekonania. Więc wręczyć jej chciałem talara, ale wymknął mi się z uchwytu i jęknął o załzawiony żwir ścieżki. Właśnie zajaśniała błyskawica przypadkowa, łaskawa. Ujrzałem, jak dziewczyna przegięta szukała w szlochu, wciąż w tym samym, tak podobnym. A błyskawica i deszczu tkliwe mżenie i brzęk talara, wszystko spłynęło w ten jeden wielki szloch.
Wspomniałem i musiała powstać litość, ta sama, gdy szloch był jednaki z przed czasów i jednaka melodja, na którą jestem tak czuły.
Oto melodji zawdzięczasz, Medi, twe smutne powstanie i litości, nigdy nie myślanej. Ach! — i obojętności, dobrze, że nie zapomniałem, i obojętności.
Przez długie chwile i męczące wpatrywałem się w zmartwiałą panią Dorę. Jej twarz wrzynała się w mrok sypialni ostrym, kredowym zarysem znanej maski: dokonania. Dokonania zamiaru, który przestał istnieć. I powoli przyjąłem w świadomość, że już się stało. Przejął mię bolesny dreszcz ohydy. Wyszedłem, nie żegnając.
Właśnie tworzył zapadły wieczór dekorację z mgieł. Wydał mnogość festonów ociężałych, rozwlekłych. Wyczułem przeładowanie szczegółów i wypowiedziałem w sobie niepotrzebny sąd. Było mi duszno i z radością zagubiłem się w alei wierzbowych drzew. Wydęte opary przylgnęły do chromych pni, tworząc poszarpane żagle u strzaskanych masztów i dały mi złudzenie tajemniczych schorzałych korabi, odpływających ku przestwornej toni na zatratę. Zapragnąłem poszybować z niemi, gdy dopadły mię ogary, stróże domostwa pana Fryderyka, i zmusiły do gwałtownej ucieczki, wielce sromotnej. Aż przystanąłem na polanie wśród gęstego lasu i dumny, że zmyliłem czujny pościg, przysiadłem na pniu, by spocząć.
Wtedy to powstał pomysł o tobie, Medi, o twym imieniu i co miało zawrzeć słowo. Przewidziałem cię na tyle czasu. W czułej troskliwości słałem ci zdobną w złocone brokaty kolebkę infantki hiszpańskiej. Na pierwszą zabawę włożyłem w drobne twe piąstki, uchwytów niezdolne, łagodne bazie, odarte z różdżki­‑pamiątki, którą surowy Mikołaj zawiesił ongi nad moim dziecięcym łóżeczkiem. W zadumie poszedłem po pluszowy szmaragd łąk irlandzkich na pląsy dla stopek twoich drobniutkich. Marzyłem etjopskie dziewki, nucące muślinowe baśnie nad żałosnym płaczem pierwszych niemowlęcych nocy. Przebardzo cię darzyłem w wielkiej mej dobroci, dając żywot krótki i skon nagły, piękny.
Dumałem, gdy ujadały ogary, skarżąc utracony trop. Wnet wypadło na polanę stado spłoszonych saren. Dziś, kiedy spisuję to ostateczne wyznanie, czuję niezwykłą pospolitość sceny, lecz sumiennie nadmieniam, gdyż wiem­‑ci ja, Medi, że słuchasz, jak gdybym przemawiał, i przeliczasz szczegóły i ważność wyznaczasz na błędy, według których mam być sądzony.
Sarny nie zauważyły mojej obecności i były sobą. Spokojnie spoglądały, gdy dwa kozły zwarły się na zawzięty bój. Powtórzył się lichy olejodruk z myśliwskiego pokoju mego brata. Gdy jeden rogacz legł z przeciągłym rykiem, najspokojniejsza z łań lekkim truchtem odbiegła za zwycięzcą. I dziwnie przez łanię przyszedłem na myśl o pani Dorze. Odczułem nawet zadowolenie, rozumiejąc, że należałoby o niej pomyśleć, i byłem wdzięczny łani. Ożyła troska tej śmiesznej, czczącej powagi, z jaką spotkam matkę twoją, może jutro. A na czas późniejszy, gdy dźwigać będzie brzemię — jej kształt. Więc zakłopotanie pani Dory, całkiem zwykłe, i mój wyuczony szacunek, rzewna uważność...
Parsknąłem w szyderczy śmiech, a zaniepokojone puszczyki uderzyły w przeraźliwy kwikot, że zerwałem się z pnia, odczuwszy lęk. Lęk uświadomił mi las, w którym zabłądziłem. Tęskniłem za gościńcem do miasta. Potykając się w ciemności, przewaliłem się na poległego rogacza. Powstałem, umazany cuchnącą posoką. Bezwiednie uleciał mi wesoły okrzyk: pan Fryderyk! Wnet jednak dostrzegłem niesłuszność i brak porównania, więc chrząknięciem stłumiłem grożące echo, a spryt, zużyty na instynkt powrotu, wnet mię sprowadził na drogę ku miastu.
W tępej obojętności trwałem samotny po dzień twego przyjścia. Wieść pewna o tobie wywołała mię. U wejścia do alkowy zwiastował uroczyście zadowolony pan Fryderyk:
— Dała mi Dora córkę, wywołaną przez mój nakaz, pamięta pan, onego wieczora? Żona porodziła ją z trwogi przed groźbą rozstania się ze mną. Dziecię ma też w sobie coś z przyrodzonej uległości, z obowiązku, który wypełniony został li tylko wskutek tchórzliwego posłuszeństwa.
Wszedłem, gdzie spoczywałaś, drobna dziecino, u boku wycieńczonej matki. Jakże byłaś mi wówczas wstrętną, Medi, jak męczące twe istnienie! Prawidłowe niemowlę, obce, owiane senną zadumą nad nieznanym bytem, z którego zostało wywołane. Pani Dora przylgnęła do ciebie ustami celebrującej kapłanki, a całkiem niepotrzebnie starała się dłoń moją uścisnąć. Czekałem, gdy rozewrzesz oczęta. Spojrzałaś. Wzrok twój pośpieszył ku mnie i wyczytałem w nim zwykły wstyd. Jest czasem taki w kielichach kwiatów, gdy rozkwitają nad rankiem. Więc, nie rozumiejąc, w głos zapytałem: dlaczego? A pani Dora, nie mogąc mówić, poczęła ronić łzy, co było nudne. Wyjąłem z kieszeni srebrne dzwoneczki, w przygotowaniach zdawna zakupione, i jąłem grać. Lecz matka twoja, źle pojąwszy, wyrwała mi je z ręki i cisnęła o dywan. Poszedłem do piastunki, by mi opowiedziała „całą historję“, i nie troszczyłem się o was.
Gdy zachorowałaś niebawem, uwierzyłem, że było konieczne, gdyż zwyczajnym zajęciem niemowląt jest krzykliwe chorzenie. Czuwałem jednak, wuczając się mozolnie w obowiązek poznania ciebie, malutka. Mogłem tylko z trudem, gdyż alkowa duszna była i senna, a piastunka fujarkowe zawodziła dumki, matka zaś twoja głupio szeptała pacierze.
Była noc, kiedy lekarz zadał ci sen spokojny i ja samotny ostałem przy twojej kołysce. Leniwym giestem zdziecinniałego starca opędzałem konieczne, rojne dumania. Patrząc w uśpione twe lice, starałem się marzyć o obcych rzeczach, boleśnie jednak utknąłem na obcym, a tak blizkim pojęciu szczęścia: dla ciebie, ciche niemowlę. Nie mogłem żadnej stworzyć formułki. Pomogła wyobraźnia, wielce usłużna w ujęciu rzeczy zwykłych, przez co zbyt trudnych. Doznając zwidzenia, przeszedłem beztrwożnie granicę dwuch krain, wielce sobie wrogich, przeszedłem nieświadomy, zapatrzony jeno w powabność przedziwną. Dziwność więc samą podaję, a szczerze unikam w słowach rozwiązania, gdy dobrze znam śmieszność wszelkiego twierdzenia, które się zlewa w syty, zgodny akord z krzykliwym brzmieniem wskazującego: tak.
Czy ty tylko zbyt się nie przerażasz, dziecino, i czy zrozumiesz?
Byliśmy już daleko, gdzieś w północnym kraju, dążąc do obiecanych cmentarzy, które widniały zdala. Właściwe ich miano mogłoby raczej opiewać: raj cichej radości, tak nieskalanie wesoło witały nas śnieżne bramy. Nie było słońca, które niepotrzebnie szczery kruszec żył ludzkich przetapia na drgający war, nie było smutnych ludzi, którzy, niepotrzebnie wzierając w gasnące powieki, budzą wzajemny żal. Mróz dobrotliwy mroził w nas tęsknotę za rzuconym krajem. Cichość wiała wielka. I wielkie rozlało się zgodne pragnienie, by nas zagarnął rozkoszny, ukojny sen. Dźwigając twój ciężar, świadomie wszedłem w ogrodzenie z czystych lodozwałów, pijąc orzeźwienie w wieczystym całunku przylgniętych naszych warg. Przystanąłem na chwilę, rozglądając się za posłyszanym szumem kosodrzewin, które nas żegnały. Już je przesłonił biały cud. Więc złożyłem cię na uboczu i jąłem grzebać puszyste, wspólne leże. Niebawem jednak przeraził me grzebiące dłonie nieznany cień krwawy. I usłyszałem szelest złowrogi. Gdy się porwałem, unosiła cię w ramionach niewiasta smukła, zwinna, a gnał za nią wicher nagły i śmigał jej śladem nieznany cień krwawy.
Rzuciłem się w pogoń. W ogromne przestrzenie ciskałem wydłużone okrzyki rozpaczy za tobą, Medi. Ścigałem was śmiesznie, nieudolnie. Ślad krwawy wsiąknął wnet w soczyste mchy gęstych smereczyn. Ustałem, kostniejąc w tępym żalu.
Martwo dążyłem dalej w nieznanym kierunku. Natrafiłem po czasie na nędzną lepianę, dokąd wszedłem bez celu. W rozpylonym świetle kopcącego ogarka dojrzałem nikłą postać, skarlałą w przegięciu nad szeroką księgą, opartą na kolanach. Nie wejrzał ku mnie. Podszedłem i, poznawszy z liter księgi jakąś mowę znaną, krzycząc, pytałem: „Chłopie, czy nie spotkałeś przed twoim domostwem niewiasty, unoszącej dziecię na ręku?“ Ciasny, głupowaty półśmiech rozwidnił ponurą twarz mieszkańca lodowej krainy. Przyznając, wesoło skinął głową i dalej sunął brudnym palcem po zatłuszczonej karcie księgi. Ja zaś niespokojnie badałem, co za kobieta i w którą odeszła stronę. Spojrzał surowo i twardo wyrzekł: „Obcy jesteś, a jednak błąd jest wielki w tobie, gdy nie znasz niewiasty, o którą pytasz. Raczej żart ze mnie czynisz nieuczciwy, bo któż jej nie zna. Jest wróżka, jest nazwana Ajataa. W całym kraju zorzy porannej nie narodzi się dziecię, o którymby nie pamiętała. Trzeba niemowlęta strzec, szczęśliwe niemowlęta. Jest Ajataa, jest piastunka“.
Wściekły, przerwałem powolnemu człowiekowi: „Chłopie, pilno mi, nie praw baśni, które już gdzieś czytałem!“
„Źle czytałeś — ciągnął wytrwale — czytałeś, nie rozumiejąc. Bez wiary dobrej czytałeś. Trzeba niemowlęta strzec, a nie myśleć o szczęściu dla nich. Inaczej porwie maleństwo i z piersi zatrutej nakarmi. Jest wróżka, jest niedobra Ajataa“. Kołysał się sennie. Więc ugodziłem go pięścią w ciemię. Westchnął ciężko, lecz nie powstał. Pragnąłem go rozweselić: „Zacny niezdaro — wołałem — przemawiasz w symbolach niebacznie. W ojczyźnie mojej mam mnogich przyjaciół, wiernych i oddanych. Czyż nie wiesz, że ci ludzie nie znoszą symbolów i legiend przyćmionych? Jak śmiałeś! Jakże mi do nich uciec się o pomoc, jak się użalić? Czyż wybaczą symbol? Uwierzą w Ajataę?“
Byłem bardzo gniewny na chłopa i zrozpaczony, śmiejąc się w dzikim ryhocie. Chłop ziewał nieczuły i, kończąc, mamrotał: „Jeśli to jest twoje niemowlę, które dziś wróżka porwała — nieszczęśliwe będzie. I twoja będzie wina. Tak mi Panie dopomóż!“ Uczynił znak krzyża i, zgrzytając złowieszczo zębami, nadal czytał w księdze. Więc skradłem mu z ciemnego kąta kożuch z białych niedźwiedzi i, otuliwszy się przezornie, uszedłem.
O północy byłem już z powrotem przy twojej kołysce w alkowie. Przestrzenie zbytnio uległy mym lotom, zbytnio zmalały, pośpiesznie zbliżając mię faktom, gdy złośliwie wydzieliły czas i możność wszelkiego w nim przemyślenia. Ujrzałem cię w objęciu wdzięcznie obnażonej, przedziwnej kobiety. Chciwie ssałaś jej piersi, o nieświadoma, żarłoczna dziecino. Poczułem straszny lęk. Rozwalona na tapczanie, ciężko ze zdławionej gardzieli wyrzucając bulgocące fale oddechu, spała dziewka­‑piastunka. Z przyległej sypialni, z małżeńskiego łoża zalatywał mlaskany szept pani Dory, wynajdującej powabne pieszczoty dla znudzonego pana Fryderyka. Wstrętnie zachrzęściło małżeńskie łoże. Parność wielka ugodziła mię w lice, rozpełzała po czole i, przepalając czaszkę, obłąkanym żarem na mózg się zwaliła.
Odeszła mię myśl wszelka.
Chwyciłem z konsoli w plusz oprawiony, wenecki sztylet twej matki i zatopiłem w jadem napuszczoną, białą pierś obcej niewiasty. Raz jeden wejrzała ku mnie wielce łagodnie, i przewaliła się bezgłośnie, pociągając ciebie, Medi, za sobą. A z rany wytrysnęła jedna, jedyna kropelka krwi wiśniowej i bryznęła — wyraźnie widziałem — na lewe twe liczko, krzepnąc po wszystek czas. Uderzyłaś w zawodny płacz. Złożyłem cię przezornie w ciszę kołyski i starałem się przebiegle unieść świadczącego trupa. Niepotrzebnie. Macając wokół rękoma, czołgałem się po posadzce, nie mogłem jednak nigdzie znaleźć. Opadszy z sił, ległem wreszcie gdzieś w kącie, znużony.
Gdy już powracałem do przytomności, słyszałem, jak orzekał lekarz nad twoją kołyską: „Stan poważny, zapewne skutek epidemji. Ale na lewej twarzyczce niewyjaśnione zaczerwienienie. Najprawdopodobniej znamię, które już zostanie“. Odrazu wspomniałem na straszliwą scenę i wiedziałem, skąd pochodzi plamka. Rozumiałem, że oglądając ją dzień w dzień, sam jeden zachowam tajemnicę, która trapić mię będzie i szklanym napawać lękiem.
Przez czas pragnąłem nawet, byś mię zwolniła od grozy patrzenia i strasznego wspominania rzeczy niewyjaśnionych. Pragnąłem, byś uległa trawiącej chorobie. Cóż, kiedy pozostał sztylecik, jak dawniej w aksamit oprawny i cudnie błyszczący, tylko już groźny teraz i wymowny przez wypadek, w który został wtrącony. Cisnąłem go wprawdzie między rupiecie za stary kominek, ale nie mogłem zapomnieć, że on tam właśnie spoczywa. I biały kożuch zawisł na wieszadle, cenny, ukradziony kożuch. Miałem więc wciąż ze sobą niemych świadków dwoje, od których nijak mi było się uwolnić.
Myślałem nawet, by się komu zwierzyć. Bez wyboru, jedynie dla pozoru ulgi. Była blizka sposobność: pan Fryderyk. Zauważyłem jednak, że jest bardzo chmurny. Gwałtownie ujął mię pod ramię i wciągnął w głąb swojej pracowni. Tu wyjął księgę ważnych zapisów i pod datą dnia znanego wpisywał czerwonym ołówkiem, w głos wypowiadając:
„W dniu dzisiejszym zauważyłem niespodziewanie czerwoną plamkę na lewym policzku mej córeczki, zrodzonej z doskonale pięknej mej małżonki, Dory. Plamka ta, to stygmat, który mówi, że doskonałość fizyczna jest wysiłkiem przyrody, niezdolnym do dalszych świadczeń. Owoc więc każdej doskonałości musi być niedoskonały, musi być uszczupleniem pojęcia i jego zacieśnieniem. Doskonałość winna wystrzegać się owoców, które przez brak lub błąd konieczny stają się niepotrzebne. Jej los — to milczenie i dostojne trwanie w jasnej świadomości. Doskonałość — to zakończenie. Córka moja, jako niepotrzebna, od dzisiejszego dnia staje mi się obojętną“.
Dziwne, że błazeństwo nie rozgniewało mnie, ni też ubawiło. Przyjąłem jako rzecz, która być powinna. Zato myśl we mnie o tobie, Medi, i o tajemnym naszym wydarzeniu całkiem się zmieniła. I poczułem: przez plamkę, tak drobniutką, przez tajemniczy stygmat, stałaś mi się, Medi, tak drogą, tak drogą —
Zamieszkałem w domu waszym. Odtąd nieustannie patrzyłem w ciche oczy twoje, jak brałaś teorje z ludzi, którzy cię otaczali, i z przedmiotów. Zwolna wdrażała się w ciebie myśl obca, myśl fałszywa, o której mówią, że jest dobrą pomocnicą biednych ludzi. Niepokoił cię wszelki ruch, więc wywijałaś rączkami, naśladując nieudolnie, uczciwie. Szedłem za stawaniem się twoim, jak szpieg. Wypatrywałem, wiele nie rozumiejąc. Oboje milczeliśmy z konieczności. Raz, gdy wyczekiwałem pierwszego słowa, uderzyłaś mię mocno piąsteczką w twarz. A potym rzewnie, cicho, wyrzekłaś w zdziwionym brzmieniu: „ma‑ma“. Byłem zrażony, wiedząc, że wszystkie dzieci wypowiadają to pierwsze słowo. I wcale przecież mnie się nie należało. Czas jakiś wstydziłem się nawet, gdy mię tak stale odtąd wołałaś. Zgromiłem srodze ruską piastunkę, która uczyła cię pospolitości i precz ją nagnałem. Przywiodłem natomiast z ogrodu poczciwego pawia, który, turkając trwożnie, spoglądał w twoją kołyskę. Rozkosznie wyciągnęłaś ku niemu rączęta i objęłaś za szyjkę. Nie uchodził, tuląc się wiernie. I wciąż turkając, począł udzielać wyższej mądrości.
Zaraza zawisła nad tobą, jak myszołów w przestworach przystawa nad ukrytym w miedzy stworzonkiem. Długo bujała, nie dobijając. A gdy już miała odejść, cichy lęk twój przeszedł w rzewny płacz. Płacz był przeszkodą dla pana Fryderyka w koniecznym śnie. Słyszałem, jak cię gromił słowami. Maleństwo niepojętne, czemuż nie usłuchałaś? Pan Fryderyk wpadł do twej alkowy i wnet przez ciszę nocy przechodziły tępe uderzenia, zawzięte, obliczone razy. Już byłem przy tobie. Przedemną śmieszne bydlę, ogłuchłe we wściekłości: „Córka niepotrzebna“. Zdjął z nogi pantofel i tryumfalnym ruchem indyjskiego wojownika, gdy wywija tomahawkiem, brał rozmach nad przegiętym, czerwonym karkiem i, opuszczając — bił zapamiętale. W stalowym uchwycie palców przylgnąłem do jego gardła, drugą ręką porwałem brodę uwielbianą, mądrą i cisnąłem go na podwórze, w słotną noc jesienną. Nie dobijał się do zaryglowanych drzwi. Przespał w stajni i opuścił nas nazajutrz.
Szły dnie długiej, zawziętej rozpaczy pani Dory. Obmyślała pogoń. Byłem jej pomocny. Bezskutecznie. Pan Fryderyk zginął przebiegle, wielce umiejętnie zatarł ślady. Wreszcie nadesłał wieści: „nie powróci nigdy. Nie może pozostawać wśród niepotrzebnych. Wyruszył szukać nowej racji“.
Zakupiłem jego majętność, a dom kazałem rozszerzyć, przeinaczyć. Tak więc, siłą zdarzeń, przeznaczony zostałem, by przeżyć z wami przesilenie nieudałego pomysłu twej matki. Dziwiło mię, że, spokojna na pozór, została wraz ze mną w domostwie. Ocieraliśmy się o siebie, jak dawniej, obojętnie wymijając się w drzwiach pokojów. Przypuszczałem, że cierpi normalnie i unikałem dłuższego spotkania z obawy przed nudą zwierzeń. Raz jednak, trwogą nocy przejęta, weszła do mojej sypialni, cudna w swej nagości. Widziałem jasno. Lecz broniąc się, odegrałem scenę. Chwyciłem za szpadę, która nad łóżkiem zwisała, grożąc, że przebiję. Usiłowała, przemawiając, zmusić mię do rozpoznania. Niezmiennie jednak godziłem ostrzem w miejsce, gdzie złoty zwisał medaljon. Trwożnie syknęła: „tchórz!“ i uszła, nie usiłując więcej.
Odtąd była spokojna i smutnie milcząca. Używała jeno wielkich swych uroczystości, by okazać, że nie zapomniała rozpaczy. Starała się gwałtownie nam przedstawić, jak cierpi i przez co. Więc patrzyłem bez oceny, stwierdzając.
Ciężki czas ołowianych błękitów usuwał się wzdłuż martwych okiennic i dążyliśmy za nim posłusznym spojrzeniem, które nie śmiało się przebić, wyprzedzić, gdy usta milczały, nie pytając: co dalej? Niekiedy wprowadzałem urozmaicenie, które jednak zbyt szybko w krew się wpijało i stawało zwykłością. Nieświadome kwadranse spędzałem za kominkiem, szukając sztyletu wśród rupieci, azali nie zniknął. Zawsze znachodziłem i dotykałem się go nieznacznie drętwiejącemi z lęku palcami. Zazwyczaj pozostawałem potym na chwilę nieprzytomny, zaniedbując ciebie, Medi. Również i kożuch skradziony nie wyszedł z mej pamięci. Kazałem go pociąć na podłużne pasy i sporządzić skórę podnożną, by móc deptać, skoro wspomnienia zaczną się stawać nieznośnie natrętne.
Na tej skórze z białych niedźwiedzi stanęłaś po raz pierwszy w jasny, wrześniowy poranek. Przeszłaś wzdłuż chwiejnie, nieudolnie. Przed tobą kroczył troskliwie paw­‑nauczyciel. Uderzył mię posłyszany niezwykły śmiech pani Dory, podobny wahadłowemu zakołysaniu się nieboskłonu, czasu pogodnych, błyskawicowych nocy. Zbliżyła twarz ku tobie z miłą pieszczotą, gdy nagle stężała, wpatrzona w twą czerwoną plamkę. Białka jej oczu wyszły gwałtownie i zazieleniały, zdław chwycił gardło i jęła toczyć z ust żółtą pianę. Trzymając twe rączki w silnym uchwycie, skręciła je gwałtownie i cisnęła cię o ziemię. Skrępowałem matkę twoją i zamknąłem na piętrze domostwa, by dowolnie szalała. Troskę nad nią oddałem lekarzom.
Pozostaliśmy swobodni na dole. Pocałunkami budziłem twe oczęta w bławatne poranki, pocałunkami koiłem szczebiot twych usteczek w pierzaste, wiedźmowe wieczorów zachody. Uśpioną tuliłem cię w ramionach i późno w noc wsłuchiwałem się w łopot kroków matki twojej, mierzącej niestrudzenie rozległe izby nad nami. I nieraz zdawało mi się, że płyniemy gdzieś bez celu, na oszalałym jakimś statku, zaprzepaszczeni wśród wirów ostatecznej zagłady. Lecz ptak nasz czujny zwykle nas ocalał, wzlatując ku oknu i dobrotliwie wglądając spojrzeniem pełnym troski. I przybijaliśmy do stałych lądów.
Po bielonych słońcem ścieżkach parku jęłaś bujać swobodnie i nie odstępował ciebie barwnopióry, poważny opiekun. Patrzyłem ku wam z werandy. Często znikaliście za skrętami klombów. Czybyś mogła zapomnieć zaciszne ustronie? Wiesz — za grabową aleją, już prawie nad łąką, gdzie pawie zbudowały gniazdo. Tyle łagodnych poranków spędzałaś tam w odosobnieniu. Samotna pawica siedziała na gnieździe, gdy paw szukał za żerem. Więc prawiłaś ptaszycy dziwne opowieści, w twym lubym szczebiocie. I weseliłaś jej smutek. Porozumiewałyście się bez trudu, a pawica wsłuchiwała się rozkosznie, oczarowana. Gdy zaś on powrócił z łowów, nad wyraz bywał czuły i uczył cię wiedzy, dla nikogo pewnie nieprzystępnej. Zapewne prawił o dziejach świata, patrzonych z lotu ptaka, i o życiu gąszczów, w które nikt nie wzierał. Czy tak, maleństwo? O! Wybacz, że was podglądałem. Lecz byłem zdziwiony, kiedy pochmurna stawałaś przedemną i, mierzwiąc pięstuczkiem płowe loki nad czółkiem, powtarzałaś: „Ma‑ma — Medi wie — tam — dużo — tam“.
Lub też w ogródku, pod ścianą starych kazamatów, powiedz, czy źle ci było, dziecino? Powiedz! Grzebiąc w ziemi różanym paluszkiem, sadziłaś jasne kwiatki. Pragnienie gasiły chętne twych usteczek wonne truskawki. Na złotych tarczach słoneczników wesoło ćwirkały małe, płoche ptaszki. A wysoko, na grzbiecie murów, ponad grzywami rozczochranych bluszczów przystawał, jak zwykle, usłużny paw i, rozpiąwszy lśniący wachlarz piór, cień rzucał, by chronić twą główkę przed żarem słońca. Z ukrytych ziół biły słodkie aromaty, wśród których perliły się roje złotych muszek. Niekiedy strzępiasty obłok gasił wszelką światłość i nagle sztywnieliście, gdy was zalała twarda matowość. Paw uderzał w krzyk. Niebawem odżywaliście w rozlewnej jasności.
Zapędzał się ku wam często przemądry Sokrat, stary kogut biały. A za nim nieodłączna czereda. Więc pytałaś, czy Sokrat ma żonę. Szukaliśmy, by ją poznać. Zbliżyliśmy się do zacnej gromadki. Podałem ci nawet imię tej żony: Ksantypa — i wołałaś donośnie. Właśnie targał Sokrat czarną kwoczkę za bujny czub, całkiem bezwzględnie. Więc pytałaś: „Ma‑ma, czy to ta?“
Wkrótce jednak staruszek i inne kury równemi obdarzał względami. I nie mogłem ci wskazać właściwej. Ten Sokrat, ten Sokrat! Miał Ksantyp tak wiele. Niegrzeczny Sokrat. Byłaś smutna i niepocieszona.
Przeszliśmy do sali rycerskiej, gdzie postanowiłaś niezwłocznie odbyć zrękowiny wszystkich twych lalek. Sadowiłaś je u stóp moich na wzorzystym dywanie, układając parami. W pośpiechu niebezpieczne powstały mezaljansy. Chciałem zwrócić twoją uwagę na możliwy skandal. Lecz zniecierpliwiona postanowiłaś zaraz. Więc wyszła pobożna rybaczka z Holandji za wątłego, karnawałowego pierrota, o zupełnie nieznanej przeszłości. Wytwornej księżniczce z ogrodów wersalskich dostał się zwalisty dragon szwedzki. Dumny grand hiszpański musiał się zgodzić na płochą gryzetkę, a skoczny piekarczyk na poważną, siwowłosą damę, w czarnej, aksamitnej sukni. Zbyt gwałtownie postąpiłaś, Medi, i wbrew przyjętym zwyczajom. Po ceremonji, w której żywy brałem udział, kazałaś mi złączone pary pozamykać w mrocznych, zimnych szufladach wielkiej szafy bibljotecznej. Musiałem na klucz pozamykać, by cię uspokoić. Czyż można było? A jednak podziśdzień tam spoczywają — niedawno zaglądałem — w zupełnej zgodzie i z piętnem tożsamości na obliczu.
Po latach zaś dzień twej koronacji — jakże uroczysty, a jaki okropny w następstwach!
Byłaś już panienką i spoczywałaś w sukience z niebieskich koronek na rzeźbionym krześle z czarnego dębu. W zadumie główkę w tył pochyliłaś (matki zwyczajem) i mglistemi oczkami chciwie wpiłaś się w przeciwległy wielki gobelin rozpostarty. A na nim wielka odbywała się parada. Po bokach trębacze w uroczyste uderzali hejnały i zewsząd schodził się dwór strojny: dzielni rycerze w ciężkich zbrojach i urocze niewiasty w sukniach drogocennych, powłóczystych. W samym środku mąż poważny, wyniosły, wkładał koronę na główkę dziewczynki, co u stóp jego przyklękła. Wpatrując się, przeżyłaś zapewne zwidzenie senne, gdyż postanowiłaś urzeczywistnić (zwyczajem matki). I już nie sprzeciwiałem się, przeciwnie byłem bardzo skłonny, gdyż wszelka twa prośba była mi drogą i przeczuwałem w niej nieznany sens głębszy.
Rozporządziłem. Z mansardy kazałem powynosić stare stroje i wszelkie rodzaje broni, cały mój zbiór cenny, okazały. Starą lektykę z czasów augustowskich świeżo obito różowym adamaszkiem. Salę rycerską przystrojono na komnatę królewską. W środku ustawiono wyniosły tron pod gwiaździstym baldachimem. Po podłogach rozrzucono pyszne smyrneńskie kobierce. Ze stropów zwisały złocone gdańskie pająki.
We dworze wrzało. Nagły, niezwyczajny ruch oszołomił rozkosznie.
Pani Dora umilkła zawzięcie, ty zaś wyczekiwałaś wytrwale, pochmurnie. Paw jeden był niespokojny i plątał się wszędzie, krzykliwie przeszkadzając. Kazałem go wygnać na gazon.
Uprzejmie sprosiłem znanych dawniej ludzi. Skwapliwie przybyli na wyznaczony czas. Przywiodła ich prostacka ciekawość. U progu zapowiedziałem uroczystą zabawę. Rozdałem role, które chętnie przez próżność przyjęli. Nad wieczorem dwór już był gotowy. Sędziwi senatorowie, pyszni rycerze i jasnowłose, strojne damy. Marszałek ustawił według gobelinowego wzoru. Zachowaliśmy bezwzględną ścisłość, byś w niczym nie dostrzegła różnicy, droga dziecino. W ostatniej chwili przybył posłaniec z miasta, wręczając zamówioną misterną koronę na twoją główkę i pozłacane jabłko koronacyjne. Złożyliśmy je na szkarłatnych poduszkach, które u stóp tronu trzymali dwaj terakotowi murzyni, zazwyczaj wierni stróże łożnicy mojej.
Na dany znak zagrzmiały moździerzowe strzały, zapłonęły pająki. Cudnie przeodziana w białej adamaszkowej sukience z krynolinką, w złotej aureoli rozpuszczonych włosów, rączęta sztywnie w górę podniesione — wpłynęłaś w uroczystą salę. Wiedli cię mężowie poważni, najprzedniejsi woje. Przystanęłaś w oznaczonym miejscu. Paziowie przyklękli przed tobą. Gregorjańskie chóry rozbrzmiały w podniosły hymn. Byłaś wzruszona i bardzo pobladłaś. Wybacz, że tak niezgrabnie, drżący i zgarbiony, jakkolwiek w królewskiej purpurze, podszedłem ku tobie i włożyłem w twe rączęta złote jabłko, które oburącz przycisnęłaś do piersi. Poczym wznosząc koronę nad twoją główką, dla uświetnienia ceremonji w podobne słowa uważałem za wskazane przemówić:
„Wdzięczność serca radbym wypowiedzieć wam, goście łaskawi, na krótką chwilę wierni moi poddani. Świetny jest zbór wasz na dzisiejsze koronowanie i prawdziwie raduje me królewskie oczy. Liczne są zapewne zasługi wasze, lecz zaprawdę największa dzisiejsza usłużność. Bo oto, nie pytając o sens, ni też o zamiary, świadczycie dobrowolnie dziełu, które w waszych oczach się dokona. Jest więc w was prostota i ufność, która zdąża do zabawności, a mnie ułatwia ciężar dzieła. Stajecie bowiem w tej chwili w tajemniczych ramach śnionej baśni. Każdy z was utracił połowiczność swej rzeczywistości. Przykro mi wam to oznajmić, ale postradaliście siebie i znaczenie wasze, a byt wasz cenny zawisły jeno od przyjętej roli. Troskliwie ją pielęgnujcie — pomni, że stworzyło was pragnienie dziecka. Pragnienie zaiste godne urzeczywistnienia. Wychodzi poza możliwość, a unika śmieszności. Kaprysem łatwo je nazwać, tymbardziej, jeśli uwierzyć zechcecie, że wywołane zostało przez tajemniczy wypadek, w którym sam uczestniczyłem. Wypadek istotnego zatrucia przez sen, którego skutki w rzeczywistości sami oglądacie. Prawdziwość mych słów królewskich potwierdza znamię na liczku dziewczynki, które swobodnie oglądać jest wam dane. Przez plamkę sen naznaczył dziecko, by wzmocnić chorą swą pamięć i na czas z góry przeznaczony wykonać niezwyciężoną swą mściwość. Bezsilny, nieprzewidzianym rozkazom w pełni się poddaję. Unikając dalszych wyjaśnień, gdy nie istnieje potrzebna konieczność, objawiam wam jeno mą niezłomną wolę, by w pełni uznano ten zatruty kaprys, poza którym łatwo ukrywać się może niewyrażalna myśl. Czyniąc zadość kaprysowi, godnie postępujecie. Nie aktorami stajecie się rzeczy pomyślanej, nie statystami pantomimy, na zysk obliczonej, czy też na sensację. Jedynie przeczuciu wielkiemu hołdujecie, jakie wstrząsnęło dziecięcem marzeniem. Nie zaciągając żadnych zobowiązań, spokojnie spoglądacie na stawanie się rzeczy niemożliwej i, w równej mierze mieszając powagę z figlarną zabawnością, stwarzacie uroczystą groteskę. Znaczenie w niej wasze donośne, gdy wypełniacie role: dobrych schlebców. A kiedy się już obudzicie z tej żywej snu ilustracji, może w was kiedy ocknie się tęsknota za dziecka królestwem. I za panowaniem dziecka, któreby wymierzało rajskie sadyby zbłąkanym waszym trzodom, w naiwnej mądrości udzielało praw doskonałych krzywdzonym istotom i łagodnym wejrzeniem ułaskawiało groźnych waszych przestępców. Wspomnijcie w onej tęsknocie, jak blizko byliście marzenia w tej oto chwili!“
Wkładając zaś koronę na twoją główkę, wyrzekłem:
„Koronuję cię królową państwa, którego nigdy nie ujrzysz, władczynią ziem rozlicznych i urodzajnych, które już były kiedyś lub jeszcze będą, opiekunką mórz i rzek rozlewnych, przez które nie pomkną nigdy kadłuby twych lotnych okrętów. Pod łaskę berła twojego udają się ludy możne i zwycięskie. Nie przyklękną po laur przed tobą ich bohatyry, nie dojrzysz plonów dzielnej ich dłoni. Ludy te bowiem jeszcze nie dojrzały i są tylko marzeniem, jak całe twoje królowanie. Nic się nie ziści. Więc ja koronuję dzisiaj, córeczko, twoje królewskie rojenia nad obszarami strasznych kołowrotów: snu i rzeczywistości. Władaj w tych krainach i już się nie cofaj przenigdy. Poważną groteskę wprowadź w rzeczywistość. A nie odczuwaj żalu, że się nie ziszcza marzenie, gdyż w tym cała jego siła i prawdziwość“.
„Nas zaś obdaruj prawdziwą szczodrością. Nie zechciej poczytać za złe zebranym tu ludziom, że, wróciwszy do domu, wnet zapomną tę chwilę i, wszedszy w codzienne zabawy, przywdzieją maskę litosnego śmiechu, który jest śmiesznością, lub ustroją się w grymas powagi, gorszy od śmieszności. Wszak­‑ci nie mają zmysłu dla dziwności. A mnie, który nędzny staję tu przed tobą, któremu marne słowa już bledną na ustach, choć w części wybacz tę niezmierną winę twojego powstania. Wybacz przez szczęśliwość chwil, z tobą przeżytych! Wybacz, jako że przystoi królewnom wybaczać“.
„Dla siebie jednej nie znaj wyrozumienia“.
„Pław się w blaskach królewskości. A gdyby nastać miały słońca, godne przyćmić blaski twoich djamentów, to je zgaś — lub nie — raczej zgaś siebie, zanimbyś wyczuć miała lęk przed siłą, która urągać może twojej królewskości“.
Nic nie przeczuwałem, że cię już żegnam zarazem i wprowadzam w bramy śmierci, tak byłem przejęty powagą zadania i odpowiedzialnością. Czyś ty, dziecino, tak pilnie zważała na słów napuszystość, czyś mogła się tak przejąć i zrozumieć? Wszak zupełnie spokojna zasiadłaś na tronie, a oni szli rzędem i składali hołd, całując twe rączęta. Paziowie miotali kwiaty. Po kwiatach weszłaś do lektyki i rozzłociłaś ją zadowolenia uśmiechem. Przeniesiono cię do kryształowej sali, a za tobą podążył dwór, by każdy w lustrzanym odbiciu mógł dojrzeć siebie kilkakrotnie, po raz ostatni.
Otoczyli mię zewsząd, żądając spodziewanych wyjaśnień. Nagle usłyszałem przeraźliwy twój okrzyk: wawi! Właśnie wysiadałaś z lektyki, a ku tobie podchodziła w tanecznych podskokach figlarna pani Dora, która się wymknęła niebacznej dozorczyni. Nikt nie zagrodził jej drogi. Wszyscy osłupieli. Szła więc swobodnie, cała w wymalowanych czerwonych cętkach na licu i rękach, w szkarłatnych łachmanach, półnaga. We włosy wesoło wpięła różę purpurową. Wskazujący palec prawej ręki wysunęła przed siebie i zmierzała wprost do twej twarzyczki. Zalotnie dotknęła się czerwonej plamki i, zachichotawszy dziko, w szerokich pląsach ze sali wypadła.
Szybko się stało, nie mogłem przeszkodzić. Urągała ci matka twoja, urągała zawzięcie. Rozszerzonemi źrenicami spojrzałaś w wielkie zwierciadło i, starczo posępniejąc, przykryłaś rączką znamię. Dwór milczał. Chwilę trwałaś w twardej zadumie, poczym, zerwawszy koronę z główki, cisnęłaś ją nam pod nogi, że się potoczyła z nieznośnym brzękiem gdzieś nieskończenie daleko.
Pozostałaś zamyślona, bez płaczu.
Nie czekali na ucztę. We wszystkich wstąpiła widoczna obawa. Ciskali gwałtownie w kąty pancerze, peruki, aksamity, szkarłaty. Uchodzili.
A mnie chwyciło również przerażenie i błąkałem się po pustych salach, nie mając odwagi wejść do twej sypialni, by spojrzeć na ciebie, lub spytać, co się z tobą dzieje.
Co się natenczas z tobą działo, co się działo?
Wreszcie zrozumiał mój mózg zmęczony, że zajaśniał dzień jakiś wyblakłą pogodą ironji. Byłem bardzo strudzony i patrzyłem ciężko. Czułem, że należy mi baczyć na coś, nie wiedziałem jednak, na co. Z okna widziałem, że od rana błądzisz z pawiem po klombach. Zauważyłem, jak przysiadłaś na lafecie starej armatki, zdobiącej gazon zajezdny. Ciągle trzymałaś rączkę przy twarzy, ukrywając czerwone znamię. Spojrzenie twe ponure i żałosne błądziło wzdłuż górnych okiennic, gdzie zamknięta była pani Dora. Byłem niespokojny i, przecierając senne oczy, śledziłem twój wyraz.
I niespodziewanie zdało mi się, że czas utknął i dzień przystanął, wstrząsając przestworem. Poczułem drgnienie nóg. Silniej przetarłem powieki. Widziałem jedynie jakieś silnie zamazane płótno na potwornych sztalugach. Wzdłuż płótna leniły się błękitne, smętne paski dymu. Zmąciło mi się pojęcie, zdołałem jednak jeszcze wywnioskować, że padł strzał, którego wcale nie słyszałem. Nie mogłem już nawet dojrzeć twojej sylwetki. Plątał się jeno przedemną chaos jakiejś zbitej gromady, która usiłowała głową jedną, ogromną, potworną przedziurawić chwiejące się płótno. Chciałem ich powstrzymać. W skronie jednak walił ogłuszająco zimnym młotem łopot rozbieżnych, zwarjowanych kroków. Wiązadła mięśni ustnych chwycił bolesny skurcz i zaparł oddech. Z wysiłkiem podważyłem palcami język i usłyszałem własne, oderwane powiedzenie: a tak.
Potym — niedokładnie już jednak pamiętam — złożyli cię na moim łożu. Podniosłem z twej twarzyczki krwią ociekającą chustę. Tylko na chwilę, gdyż wnet przysłonięto. Ale zapamiętałem.
Medi! Medi! Twe boleśnie zmarszczone powieki, piąstki w kurczu złożone na piersiach, i ta — ta od krwi zaskrzepłej już zczerniała plamka.
Na bok odepchnięty, wsłuchiwałem się długo z ciekawością w jakieś straszne, przedśmiertne charczenie.
Bardzo długo, gdyż musiałem przyklęknąć i oprzeć głowę o kant łoża. Cieszyła mię niezmiernie gwarna ciżba, która się zebrała wokoło ciebie. Przez palce dłoni, w których ukryłem twarz, zacząłem przyglądać się im ciekawie, tylko nie mogłem rozpoznać twarzy. Słyszałem, jak mówili, że strzał był bardzo celny, i że kula w mózgu utkwiła. Chciałem się sprzeciwić, ale zamroczyło mię zmęczenie, które rozkosznie ściskało kości policzkowe i brodę. I zapewne zdrętwiałem w uśpieniu, gdyż nie wiem, kiedy skonałaś.
O zmroku wyrzekł dobitnie jakiś poważny człowiek nad mym uchem: królewna umarła. Ogromnie dobrze powiedział i słusznie wyraził. Podniosłem się i poczułem na chwilę rzeźkość w sobie, a w mózgu nagromadziły się różne pojęcia obojętne i bardzo trzeźwe. Nie mogłem odnaleźć w sobie ni włókienka żalu za tobą, Medi. Wcale — nie. Nie oglądnąłem się nawet za tobą. Poczułem jedynie potrzebę rozmowy z kimkolwiek, by zaspokoić pewne wątpliwości, które mi przeszkadzały w trzeźwości. Znowu błądziłem. Mówiłem o naszej tajemnicy obcemu, poważnemu człowiekowi, który jej przecież nie mógł pojąć należycie. Trudno jednak było się zgodzić na zdanie poważnego pana, że strzał był celny, gdy tak długo męczyłaś się, dziecino! Chyba, jeśliby chodziło o traf w zamierzone miejsce, to jest w plamkę — celny rzeczywiście. Widocznie ręka wcale nie zadrżała — Prawdziwy strzał matki — Bo, że pani Dora strzelała, wiedziałem, choć nikt nie nadmieniał. — A powody, dla których to uczyniła, już tak dawno były mi znane —
We wszystkim moja wina. Byłem tak nieostrożny — Wprawdzie stwierdził pan poważny, że Dora jest spokojna i całkiem nieszkodliwa — Czyż byłbym w stanie zapobiec? O! stanowczo, Medi. Przynajmniej nie zaznałabyś tak długiej męki — Przeoczyłem, a Dora musiała podejść dozorczynię i sprytnie wykradła strzelbę z mojej zbrojowni. I czyhała — Słusznie, że nie mogła znieść czerwonej plamki — Bardzo rozumiem — Wszak wszystko się u niej na tym załamało. Zwłaszcza po wczorajszym koronowaniu musiało się tak stać — —
Lekarz poważnie udawał, że mię całkiem pojmuje. Więc go prosiłem, by panią Dorę zostawili w spokoju. Myśl moja o niej stała się niespodziewanie czułą. Chciałem, by mogła swobodnie się poruszać. Nie zniósłbym, by ją mieli skrępować i gdzieś wywieźć. Łudziłem się pospolicie, że strzały jej mogą i nadal być celne. A nawet rozważałem, czy też tej kobiety kiedy nie kochałem, kiedykolwiek lub może obecnie, całkiem przypadkowo. Starałem się wspomnienia wygrześć z pamięci, ale ponownie opadło mię znużenie. Mogłem jeszcze tylko polecić, by cię godnie pochowano, wraz z insygnjami twej królewskiej władzy.
Czy wypełniono zlecenie moje, powiedz, czy wypełniono?

Długo nie wiem, co się z nami działo, aż do chwili, kiedy na kępie założono fundamenty pod twe mauzoleum. Tam siadywałem na głazie, patrząc w żwawą robotę bez myśli. Dolatywały mię z dworu wrzaski pani Dory, która od nowa szalała. Robotnicy odkładali kielnie i łopaty i, blednąc w trwodze, zabobonnie się żegnali. I wstrzymało się upragnione dzieło. Więc musiałem usunąć twoją matkę. Nie chciałem jednak przemocą. Pani Dora zgodziła się wyjechać, dokąd wskazali lekarze, ale tylko z tobą, Medi. Powiedziałem jej bezwzględnie, że cię przecież zabiła i żeś pochowana. Odpowiedziała, że być może, ale od żądania swego nie odstąpi. Musiałem się wkońcu chwycić podstępu, a ty, dziecino, wybacz, że tak mało czciłem twoją pamięć.
Wiedząc, w jaki sposób pani Dora podróżuje, zebrałem wielką ilość próżnych paczek i pudełek, każąc je opieczętować. Na każdej nalepiłem kartkę z widocznym napisem: „rączka Medi“ lub „serduszko Medi“. Na okrągłym czerwonym pudełeczku wypisałem: „plamka Medi“. Paczki umieściłem w powozie, otaczając niemi matkę, która się o ciebie natarczywie upominała. Gdy wskazałem, oglądała każde pudełko, a zobaczywszy napis „plamka Medi“, wielce się uradowała i kazała ruszać. Ściskając dłoń moją na pożegnanie, zapowiedziała: „Wrócę z Fryderykiem!“



Żyję ja jeszcze, żyje twoja matka, a mauzoleum już gotowe na kępie. Samotny błądzę nieraz śladem twoich ścieżek po parku. Z brzegu spoglądam ku kępie, jak wokół twego grobowca zabawiają się w słońcu cudze, chore dzieci, którym oddałem całą mą majętność. Stary paw czuwa na szczycie cyprysu, a ja wsłuchuję się w ten jedwabny szczebiot i czuła łagodność oczy mi przyćmiewa.
Wówczas modlę się gorąco do królewny­‑dziecięcia, modlę się bez słów. I w tym cała moja pokuta, w tym jedyna radość.
W ponure pustkowia czuwanych północy zachodzisz, Medi, niekiedy, ale dlaczego zawsze taka surowa, dlaczego nigdy nie przemówisz? Zasiadasz w lektyce, na rękach tej dziwnej, obnażonej wróżki i, włożywszy koronę na główkę, zasłaniasz rączką twą plamkę i patrzysz we mnie zimno, obojętnie. I wydajesz mi się być jeno znanym obrazkiem na odpustowym szkaplerzu. Gdy zaś nadchodzi czas i z kępy wypada przeciągłe wołanie, terakotowi murzyni wnet się ożywiają i, chwytając lektykę, unoszą cię z powrotem. A jabym tak pragnął podbiec ku tobie i przemówić, usłyszeć głos twój i słowo litosne. Lecz, zawsze samotny, pozostaję i drżę.
Daleko, w obcym domu dogorywa twoja matka. A ja żyć muszę, żyć pragnę, czuwam i czekam na dany znak.
Czyż może nadejść dla mnie chwila ulgi dobrotliwej?
Czyż nie znajdziesz dla nas mowy łaskawej, nie obdarzysz uśmiechem twego wybaczenia?
Czyż zawsze skroń moją świt będzie ściskał w żelazną obręcz udręczenia?
Słyszę — już gdzieś w chmurach o dzień słoneczny modlą się skowronki.


TRZECIA GODZINA.
Być tym, czym jestem, jest to niczym nie być, jeślibym nie mógł być tym bez obawy. („Makbet“, akt II).

Był zezowaty, nie wiodło mu się, zmarniał. Znając przyczyny, wcale nie ubolewał. Od czasu, kiedy na pożegnanie z niechęcią zatrzasnął odrzwia wysokiej uczelni, która w niczym nie zaspokoiła jego wewnętrznej udręki, pozbył się wszelkich rojeń o świetnej przyszłości i, urągając życzliwym przepowiedniom najbliższych i znajomych, utknął w samym sobie, skrzętnie zajęty porządkowaniem cennego zbioru: istotnych i pozornych problemów.
Odtąd stał się już całkiem jednolity i przyjął zwyczaj bolesnego splatania rąk na piersiach, co oznaczało zapewne kierunek jego dociekań i dopuszczało domysł, że grzebie obecnie tylko w duszy własnej. Nowym, silnym przedsięwzięciem odgraniczył się ostatecznie od całej przeszłości, w samym wspominaniu nudnej, jak ogłuszające klepanie sosnowych klepek na dziedzińcu jego rozrywek dziecięcych, gryzącej zjadliwie, jak zaduch kiszonych ogórków, wiecznie zalewający brudne izby, gdzie podrzutkowi ongi dany był przytułek.
Wyzbywszy się zamiaru pospolitych z bliźniemi współzawodów, doznał prawdziwej ulgi i posilenia. Mógł rozumować spokojnie, wszystkie niepowodzenia przypisując zezowatemu błędowi w oczach, jaki otrzymał w darze od urodzenia. Łatwo pojąć. Wszak jednym rozstrzelonym spojrzeniem ogarniał daleko więcej, aniżeli ci wszyscy, którzy patrzyli poprawnie, zdrowo.
Dostrzegał jednak zawsze za wiele. Zbyt szerokie przestrzenie, które, wyrastając ponad granice deptanej ziemi, śmiało rzucały się już w same niebo. Czymże więc mogli mu być ci dobrzy ludzie, którzy niespokojnie wciąż przed nim dreptali? Czym innym, jak jeno dygotaniem pylnych muszek w włosieniach wrześniowych zachodów? Lub też, przy daremnym trudzie, by się skupić w zamierzonym kierunku, na jednym, w szczerym pragnieniu obranym celu. Niby rozgardjasz tajemniczych cacek w bawialnym pokoju szczęśliwej dzieciny. Taka mnogość. Ściągają się zewsząd szczegóły niejasne, obce, które same przez się nic nie wytłumaczą. Jak ująć i połączyć w jasny, zrozumiały układ tę natrętną rzeszę nieproszonych, nieprzynależnych przybłędów?
O każdym szczególe mógł mieć najwyżej myśl własną i miał ją. Poglądy swe czerpał głównie z chorych przywidzeń, jakim ulegał, gdy skurcz mięśni koło serca chwytał go niespodziewanie i łagodnie usuwał na ziemię. Wówczas doznawał majaczeń, bogatych w niezwykłe widowiska, które śmiało i podniośle rozstrzygały dręczące go zagadnienia. Treść ich przenosił ze sobą do uprzytomnienia, o pochodzeniu jednak zwykł był najzupełniej zapominać. Nie dziw więc, że myśli jego mogły uchodzić wprost za cudackie i całkiem nieprawdziwe. Oddalały go coraz bardziej od braci i sąsiadów, a na twarzy żółtość ziemista poczęła się ścinać. Wreszcie ostał samotny, niby wygnaniec rzucony na puszczy.
Wpuścił więc pan Pichoń stożkowatą głowę w szerokie ramiona, chmurę na czole przykrył spadającym kosmykiem czarnych, zlepionych włosów i powlókł swą przysadkowatą, napęczniałą osobę krokiem miarowym i sztywnie wytwornym ku nieosiągniętym wyżynom. Nie jakoby zamierzał dokonać niezwykłych czynów dla społeczności, wśród której życie go umieściło, lecz jedynie dla stwierdzenia własnej dostojności, jaką wyczuwał. Wycieczka odpowiadała powziętym zamiarom. Należało mu zgłębić zagadkę przykrego istnienia, które zdawało się być możliwie niepotrzebne, a wcale uciążliwe.
Podążył więc do poznania w oderwaniu od zgiełku dni powszednich. Wspinał się wytrwale po stromej ścieżynie, dodając sobie sił i odwagi przez umiarkowane, zaledwie czasem dosłyszalne chrząknięcie. Ponieważ kierunek dobrze przemyślał, mógł iść swobodnie, nie rozglądając się, ze wzrokiem utkwionym przed nogi.
We mgły odległości spowiło się rodzinne miasto. Doszedł. Całkiem prawdziwie, choć nigdy potym nikogo nie starał się przekonać. Wytrwale nawet zabawił na wymarzonych szczytach i najobojętniejszych sąsiadów dziwiła długotrwała jego nieobecność.
On tymczasem ostateczne ze sobą czynił obrachunki. Więc przedewszystkim, gdy już zasiadł na uboczu swojej wysokości, ujął oburącz zdobnie inkrustowaną, szczelnie zamkniętą szkatułkę, gdzie spoczywały mocno stłoczone wszystkie jego nabyte wiadomości, zebrane doświadczenia i własne, niezbyt zrozumiałe myśli. Wszystko było należycie i trwale spisane, na barwnie ułożonych, niezniszczalnych szczerbach. Czyniąc dobrowolną ofiarę dla osiągnięcia niemowlęcej naiwności i pozbycia się niepotrzebnego ciężaru, cisnął skrzyneczkę w odmęt kłębiących się u stóp jego bezmiarów. Poczym spokojny, że go nikt nie odnajdzie, ani też podsłucha, nie dbając o powagę i zwyczajną wytworności, jak pasterz z nad upłazu swawolnie huknął: ju‑uż! Bezwątpienia w chowankę się bawił z potęgami, które przyszedł zbadać i odgadnąć. Echo przykucnęło, jak kot drapieżny do skoku, i wypadło w przestrzenie. Wnet rozwiniętym biczyskiem chichotu śmigało w szczelin przepastnych czeluściach, na grzbietach się niosło skocznych wodospadów, zwijało w borów zawrotnym poszumie, aż drgając legło na zórz jaskrawej chuście. Już się rozpoczynają wesołe harce, prawych dzieci wieczności codzienna zabawa. Pan Pichoń, który szczęśliwie przybył w samą porę, z zadowolenia zatarł delikatnie białe, wzorowo rysowane ręce i zatopił widłowate spojrzenie w dymiące nad miedzianą misą słońca chaosy. Zwarty, groźnie wpatrzony w roztęczone ogromy, siedział niby puhacz śniący wśród złotej zamieci letniego południa.
Nad nim roziskrzone granaty północnych objawień. W chmurach płyną ogromne, prastare sępy i uderzeniem zakrzywionych dziobów walą zawzięcie w zczerniały od wieków tynk niebiosów. Lecą odłupane gwiazdy ze zjadliwym sykiem. Przewalają się ponad głową pilnego ucznia wieczności. On je przesiewa przez cienkie palce i rozdmuchuje psotnie w przestwory. Sępy wybiły już szeroki szczerb w niebiosach. Padło bielmo lęku na połyskujące wesele rozbawionych dzieciątek. Przez chwilę. Oto ukazuje się w szczelinie zacnie uśmiechnięty mag wieczności, czas dobrotliwy i, wdziewając na białą komżę dni srebrem gwiazd wyszyte, żałobne ornaty nocy, czyni zaklęcia, pisane runami cieniów, głoszone wróżbami puszczyków. Na zakrwawione dłonie wschodów i zachodów oparszy księgę żywota wszystkich światów, obraca karty ich lat dziecięcych, lat dziewiczych, lat niewieścich, obraca jednostajnie, pogodnie. Któż go zrozumie? Poczciwy nudziarz odwieczny. Pan Pichoń spogląda wytrwale i rodzą się w nim pojęcia rozbieżne i trwożliwe, gdyby stado dzikich, przelotnych ptaków. Zupełnie odpowiadają wrodzonej ułomności. Nęka go troska, czy też rzeczywiście widzi, czy on tylko dobrze widzi?
W hulaszczych rozgonach tętnią po rozdołach wichry młode, rozszalałe. Spędzają mgły ospałe ze zgrodziszcz ziemskich kurhanów. Powstają obudzone mary i, leniwie się przeciągając, odbywają zwykłą przejażdżkę napowietrzną.
W łzawe wrota świtania wpłynął paradny korowód. Zatrzymali się na jasnej polanie, tuż naprzeciw wymarzonych szczytów. Z czarnej, żałobnej karocy, ciągnionej przez ogniste bachmaty, wysiadł starzec ludzki z pannic wesołym orszakiem. Strojne hajduki zapalili smolne pochodnie i zasiadło do uczty dostojne grono. Studziennym ziewem patrzą spleśniałe oczodoły starca. Rozchybotany czerep czaszki dwie kochanice w śnieżne wzięły dłonie, ssąc zastygłą strawę, dwie do wybiegłych przypadają jelit, strojąc je w girlandy niezapominajek. A jedna dziewa buzdygan dzierży rdzawy, druga strzaskaną buławę, trzecia kajdanki. I nucą sobie, ucztując, o sławie wojenki, o raju kochania, o rzekach krwi młodej i o zdradliwym owym słonku złota. Starzec jęka zcicha.
Niby od czadu słodkiego osłabły, drżący z przerażenia, zagaduje pan Pichoń czule i nieśmiało:
— Kto jesteś, panie?
Dziewki, jakby spłoszone, na rozranionym karczydle porzuciły czaszkę i pierzchają. Słychać charczący głos starca, niby wichury gwizdanie:
— Synu ziemi mojej, po głosie cię poznaję!
Pan Pichoń o mało nie spadł z własnej wysokości.
— Więc ty jesteś panem, władcą ziemi naszej?
— Jenom kupił, już dawno, kupił dla uciechy i zabawy.
— Czemuż więc jękasz, możny panie?
— Synu, głód mię trawi od chwili, kiedy zawładnąłem wami.
Zdziwienie, gdyby mieniąca się łątka, usiadło na rozchylonych ustach pana Pichonia. Nie wiedział, jak należy przyjmować powiedzenia tajemniczego straszydła. Czy chwytać sens prosty, czy domyślać się głębszych przenośni. Postanowił gwałtownie, bez wahadłowych roztrząsań uważać starca za wszechpotężnego kupca czy dzierżawcę, a przedewszystkim za żarłoka. A truposz, którego mózg na razie spoczywał i odrastał, stał się wymowny.
— Wszystkie skarby — sykał — wasze i moje oddałem za tę nędzną bryłę, która tańczy głupio, niestrudzenie i rozbić się nie chce. Że was wszystkich nabyć mogłem i za tak nizką cenę, świadczy, jak wielką stanowicie pomyłkę dla waszego Stwórcy, wy i cała wasza ziemia. Poco ją nabyłem? Wszak i dla mnie jest tylko pomyłką i to bardzo bolesną, gdy mię nawet wyżywić nie może. Zaś pozbyć się dziś już niemożliwe. Przez zdobycz moją stałem się nieśmiertelny, jak mój głód (co przeklinam), a ona mi strawy dostarczyć niezdolna, że własnym ciałem żywię jedyną pociechę, dziewki lube, których łona do snu nader wygodne i rozkosznie ciepłe. Patrz, jak dzień w dzień biedactwa mózg mi wyjadają. Co tylko odrośnie, zaraz nadjedzą, pożrą myśl wszelką. Od wieków już nie pomyślałem.
— O! My najlepiej to na ziemi odczuwamy. Nie pomyślałeś, ojcze — unosił się pan Pichoń. — My strapieni — jął się żalić — czekamy głosu, czy znaku wielkiego. Istnienia naszego nijak pojąć nie możemy. Noc nas tylko ogarnia i zimne milczenie. Cóż więc czynić należy?
— Ach! Wy niepojętni! Małoż znaków wam zsyłam? Mór, zawiść, kochanie, płomienne wichury, wód wezbrania, w gruzy zwalone osady, płynące lawy, myśli zaćmienia, narodów szaleństwa, małoż wam dałem?
— Ze zgrozą w pismach codziennych czytamy. Więc nam tylko pomierać?
— Jeno pomierajcie! Liczni, a przedwcześnie. Jeszcze nie odgadliście, że mnożąc się, hodujecie niemowlęta na przyszłe ścierwa? Wy głupi, rok w rok zasadzacie bujne krzewy życia, którym zgnić i cuchnąć przyjdzie, a pilnie gasicie tak prawdziwie, wesoło pryskające gromnice śmierci.
— Cóż ci po nas i po naszym konaniu?
— Ależ o to głównie chodzi, byleście jeno konali. Jam głodny waszej śmierci. Potom was kupił, by się zabawić, pożywić i cisnąć. Mnóżcie się, ale gińcie. Jak najprędzej. Bez mrzonek. Gdy ostatni z was zejdzie, nasycon będę i skończą się męki, może wolny się stanę i śmiertelny.
— A z ziemią­‑matką, co począć zamyślasz?
— Cisnę ją w przestwory, skąd nabyłem, i razem z nią szczeznę.
Tu ulżyło sobie starcze widziadło i westchnęło, jak pierś wód spienionych, gdy uderzy o hardy brzeg skalisty.
Zaś uczeń wieczności, doszedszy do częściowego poznania, sposępniał wytwornie. Wielce sobie cenił spotkanie ze znakomitością, która włada bryłą ziemską. W każdym razie był to pan przemożny i rozumny. Świadomy swych pragnień i nieszczęśliwy. Współczucia godzien i litości. Tylko bardzo przykre, że właściwie tragiedja kupiecka. Władca pospolity w swej wielkości. Równocześnie można odczuwać dla niego pogardę. Ten głód jest potworny. Okrutnie pomyśleć, że w takich rękach spoczęły losy ziemi. Jak mógł być ktoś — kto temu straszydłu sprzedał ziemię na własność!
Ocknął się pan Pichoń. Doszedł do istoty zagadki. Była jeszcze ciemną. Nie mógł przecie ograniczyć się na poznaniu władzy drugorzędnej, należało sięgać głębiej, do samego źródła potęgi. Więc, łamiącym się z niepokonanego wstrętu głosem, wykrztusił:
— Jeżeli kupiłeś, być musi, kto sprzedał. Ten więc, który już nie potrzebuje nic nabywać, ten taki bardzo, bardzo majętny i potężny, że i tobą rządzi, ten, którego jeszcze nie widziałem, czyż nie zna zmiłowania nad głodem twoim i nad naszą męką?
Nie usłyszał już odpowiedzi.
Wśród grzmotów i przeraźliwego wichrów łomotania umknęli w dzikim popłochu. Z pod kół gnającego zaprzęgu wstawały mgły poszarpane i, przyćmiewając wszelki widok, u stóp pana Pichonia bezładnie się tarzały.
Pozostał zgnębiony i odczuwał upokorzenie. Tak dostojnie pragnął! Zlekceważono najwyższy jego trud. Ledwie przez nędznego pośrednika doszedł wątka ohydnej tajemnicy. A jednak żyła w nim nadal tęsknica za wiadomością rzeczy ostatecznych. Mimo przeciwności rosła. I nie uznano go godnym. Czym się więc różni od tych licznych śmiałków, którzy tylekrotnie, zawsze bezowocnie kończyli swe nieszczęsne o wieczność starania? Skazano go na oglądanie półsennych widziadeł, które łatwo mogły być tylko pozorem, jak wiele innych majaków, co się chętnie oczom jego zjawiały. Smutnie zamożną stała się myśl jego przez bolesną z nabywcą ziemi rozprawę. Ale jak ją wykorzystać, — nie dla drugich, — niechaj dalej, jako ćmy się rozbijają, — ale dla siebie, dla ratunku swego? Czyż wysoką świadomość w grób bezużytecznie poniesie?
Rzewnie zapłakał. Łzy były gorejące rozpaczą, gdyby małe, płomienne bańki nowopowstających światów, którym jednak w żółwią skorupę zastygnąć przyjdzie przez czas młodzieńczych, zawadjackich lotów.
Oparł głowę o zimny złom skały, łagodząc piekący żal. Poczym z wapiennych zwałów wystawił krzyż biały nieustającej tęsknoty i, spocząwszy pod nim, swobodnie rozmyślał nad losem niezapełnionych cmentarzy. A gdzieś we własnej jego głębi padł niewypowiedziany wyrok, powołujący pana Pichonia na doczesne trwanie wśród szczytów. Na znak, że dosłyszał i uznaje, lekkomyślnie począł strugać palicę, nieodzowną pomoc przy karkołomnym z wyżyn powrocie. Lecą drzazgi i wióry ze słodkim szelestem. Do niego przysiadła się urocza, swobodna beztroska. Mdli nudna rozkosz nieznanej pieszczoty. Przymknął powieki. Palica ma jednak niedostrzeżone guzy i sęki. Dlatego jest w niej prostota i zaciekłość uparta. A pan Pichoń struga odważnie, wziął rozmach silny, wbił ostrze noża w drzewo oporne i przytym zbytnio się przechylił. Tak bardzo, że go nie mogła własna utrzymać wyżyna i runął wzdłuż wdowiej ściany skalistego zbocza, ale — jak pomyślnie i nader szczęśliwie! — runął w stronę ziemi. Wskutek czego znalazł się z powrotem na ziemi. Spadł prawie cudownie, bo zaledwie lekko uszkodzony.
Niebawem zupełnie otrzeźwiał.
Zakończyła się pana Pichonia niezwykła przygoda na gminnym pastwisku, nad rzeką, tuż za rogatkami rodzinnego miasta.
Otarł z ust pianę, ślad szlachetnego oburzenia na objawioną ohydę wieczystą i przepasał rozdrapane czoło czerwonym fularem. Dźwignąwszy się niedbale, starannie wygładził cokolwiek zmięte odzienie. Wróciła wytworność i z niej to urodziło się wnet postanowienie: ocalić siebie przed potwornym losem, z którym się zapoznał w wycieczkowym jasnowidzeniu. Uśpić czujność okrutnego władcy przez pozorną uległość. Równocześnie zaś czynić skromne i ciche zabiegi o zbawczą moc cudu. I spłatać figla kupieckiej, żarłocznej wszechmocy. Dobrze, że go na razie ze swych szponów wypuściła. Wcale się nie uśmiecha, by żer pospolity stanowić dla panicza, choćby i wiecznego. Poniżające takie przeznaczenie.
Ale się wysmyknie. Ledwie przystanął na moście w pobliżu miasta, już wierzył w możliwość cudownego wybawienia. Zapamiętał sobie to życzliwe miejsce, pobłogosławił wartką rzekę, a zamknąwszy przezornie wzniosły zamiar pod składnie zapiętym, poprawnym surdutem, w przedmiejskie zaułki śmiało wyruszył.
Bełkocące na wieżach zegary kłócą się w małych różnicach o czasów sumienie. Bije trzecia godzina jesiennego popołudnia. Z oddali zalatuje go woń poległych liści, cicha i poważna, jak wydłużenie szpitalnych kurytarzy, skąd widać białe sale i białe litościwe łóżka. Niemoc w członkach czuje, pragnie spocząć. Przyjął go znajomy ogród miejski, zasiadł na ławie.
Przed nim nudnie, zębato brukowany rynek, w środku stara przyjaciółka studnia. Dziwne, że musiał ją spotkać pierwszą po swoim powrocie. Jest ona jakgdyby publicznym, kamiennym wyznaniem wiary poczciwej, odwiecznej. Wiary ojców zapewne i jego własnego dzieciństwa, które było krótkie. Niepokoiła go już nieraz ta biblijna rzeźba, lecz również często pocieszała w strapieniu. Patrzy ku kamiennym postaciom czule i przychylnie. Gdyby mógł odgadnąć ich niezłomną wolę, możeby lepiej używał zmarnowania swego i pozorów, jakie mu były na zawsze przydane. Skromność nie pozwala mu zbytnio się narzucać, ale oni sami, ci z nad studni, widocznie są mu radzi, stoją niezachwiani i kilkakrotnie łypnęli nawet życzliwie w jego stronę. Więc może bez obawy oglądać.
Na usta przyjęli smętnicę onych wiecznie powrotnych, umęczonych południ. Uginają rozłożyste barki pod ciężarem wielkich gron kamiennych. Zapomnieli zrobioną rozpacz, którą im z oczu wydziobały głupie gołębie i ptactwo zimy pochmurne. Rozparci w gwarną polichromję zapadli w niezmienność kupionych przeznaczeń. Tylko czas wyraził się w ospowatych śladach na ich kutych cielskach, dając przystępny symbol epok, które przykładnie minęły, tworząc gawędę dość zwykłą: o perypetjach, pomyślanych w łatwej zadumie. Prawdziwi prorocy. Ze szczytów marmurowej cysterny głoszą radosną nowinę. Wieść perli się, rzeźką strugą bucha. Jest błogosławiona kraina hen, kędyś. Wyzwolić się można. Soczyste grona przynoszą na znak dla niewiernych.
Pan Pichoń podszedł do basenu, odrapane wymył czoło i fularem wytarł. Jakby się święceniem jakowym namaścił. Poruszyło się w nim wierzenie, jak płód, zwiastujący w łonie niewiasty, że go aż mdli w trzewiach i słodkie łechtanie po grdyce się ślizga. Ręce składa pobożnie:
— Moiście wy mężowie zapoznani! Któż jest, by was prawdziwie mógł pojąć i ocenić? Czy te brudne dziewki służebne, wokół basenu tłumnie zgromadzone na ucieszne rozhowory, czy ci ludzie obcy, którzy długo zwykli czytać w czerwonych książeczkach, a spojrzawszy, odchodzą obojętni, lub wreszcie miejscowi przekupnie, gdy zajadle szwargocą o cenach zbóż, mięsidła czy masła?
Dzieje się wam krzywda. Moiście wy drogocenne, kamienne zwiastuny! Oto się zjawiam, sumienny badacz rzeczy ostatecznych. Liczba moja — pierwszy. Przydomek, dar ciasnych zaułków — kukła lub grzechotka. (Gminu zawiść znana). A jednak ja was właśnie odgadłem.
Z ufnością wieści się poddaję, w zakon radosny wstępuję na obłóczyny miłosne i wtajemniczenie nieskalane. Ku wam się garnę i chronię przed okrucieństwem zwidzianym. Czuję, już pachną na świetnym łąkowiu w kształt naszej pieszczoty rozkwitające, blade macierzanki. Walą się zatajone bramy. Na marne odłamki skruszone przeznaczeń kajdany. Wolny do ziemi wchodzę obiecanej. —
Bardzo się z prorokami pan Pichoń spoufalił. Cudowność przecie nie zamroczyła go wcale. Przezorny to był podróżny, zwłaszcza, że się na zawsze wybierał w kraj przepowiadany. Na dowód więc, że składa uroczyste ślubowanie, wyciągnął zgrabną rękę w przestrzeń i cień jej nad kędziorami łbów kamiennych opuścił. W tej samej chwili wyczuł pod dłonią jakieś archeologiczne zagadnienie, które go nużyło, jak zawiłość zagadki. Brak wyraźny w całości, w zwiastowaniu. Postanowił zażądać wyjaśnień, szczegółów. Dla koniecznej korzyści. Coś się zabyło, należy dokończyć. Kto dokończy? Ugniatają go zwalające się błamy niepewności.
Skąd idą kamienni mężowie i kto ich przysłał? Nigdzie niewyrażone. A kierunek, w którym udać się wypada, by być im posłusznym? Ani śladu jakichkolwiek wskazówek. Oto kalectwo wieści niedoskonałej, pozornej! Oddalał się, przekręcał głowę, powieki mrużył, obmyślając plany uzupełnień, niezbędnych dla własnej pociechy i swojej wiadomości.
Umrzyków wybranko, trupim swędem zabójcza godzino ciągnących pogrzebów, trzecia popołudniowa godzino! — spłoszyłaś pana Pichonia w jego dociekaniach. Przez rynek wloką jakiegoś, który musi być obojętny. Człapią uroczyście końskie kopyta i ciężką wstęgą z czarnej mory wiją się psalmy ziemskiego żegnania. Śmieszne. Pan Pichoń jest zawzięty na takie pospolite, ponure widoki. Łyskanie złowrogie posypało się z kusego spojrzenia. Musi usunąć się z drogi.
Uchodzi, ratując niezamąconą pogodę. (Da się jeszcze rozwiązać zagadnienie). Główne, że zapowiedź już padła. Odbędą się śluby. Więc czuchra się w nim zadowolenie. Idzie, by się rozochocić, poweselić. Karnawałowe na ziemi ostatki.
W bogatej dzielnicy w dom wstąpił wyniosły, o którym wiedział, że jest ucieszny i zwykle tańczący, a bardzo chętny wszelkim gościom, oczekiwanym przez dziewczęta ładne i brzydkie dziewczęta. Z domem łączyły go oziębłe stosunki towarzyskie, rzadkie i jedyne, jakie posiadał. Gwizdając, kopnął drzwi salonu, co tutaj uchodziło za pierwszy dowód wytworności, i znalazł wnętrze niespodziewanie mroczne i puste. Ochrypły aryston skrzeczał wiedeńską galopkę. Niezrażony wkroczył zmarnowany uczeń wieczności do serca uciechy i, ku zupełnemu uspokojeniu, dojrzał w słabo oświetlonym kącie przed zwierciadłem dobrą znajomą, panią Honorcię, tańcującego domu ogólnie szanowaną właścicielkę. Gość bez powitania wygodnie obok niej zasiadł. Podziwiał wyszywany w żółte kwiaty czarny szlafroczek aksamitny, głębokie jego wcięcia na szyi i plecach, a szczególnie poważną brodawkę, co jak ponętna zazula nad wychudłą, sterczącą przysiadła łopatką. Cienkie kosmyki lnianych włosków maściła pani Honorcia obficie olejem z lipowych kwiatów, zwijając warkoczyki w jaskółcze gniazdo na środku główki okrąglutkiej. Musiał się zdumiewać pan Pichoń, że dotąd wdówką pozostawała niewiasta tak powabna. Z hałaśliwym łaskotaniem tętnic właził w niego niezgrabny, powolny zachwyt. Odchrząknąwszy, przechylił się przez ramię obojętnie milczącej i najwdzięczniej prosił:
— Czy można pocałować?
— Co takiego? — niezbyt uprzejmie pisnęła gospodyni, tkwiąc stale spojrzeniem w zwierciadle.
Pan Pichoń mlasnął ustami brodawkę, za co srogą otrzymał naganę. Gospodyni wyjątkowo była nieusposobiona i gromiła żart niesmaczny głośno, ale klekotliwie, gdyż słowa dziwnie jej lepły już w jamie ustnej.
— Proszę sobie nie pozwalać! Jeszcze co! Patrzcie, do mnie się zabiera. Szuruj lepiej na górę.
— Kiedy mi się właśnie Honorcia ogromnie podoba. Naprawdę. Oglądałem tylko z tyłu wprawdzie, a już mogę powiedzieć, że jestem zakochany. A to najważniejsze.
— Także coś!
— Pani Honorcia coś bardzo gniewna, przykrość miała, czy tak?
Tymczasem skończyła się staranna fryzura. Stroskana kobiecina wzięła z toalety połyskującą, kauczukową szczękę i z westchnieniem wtłoczyła ją w szerokie usta. Poczym z głupim wdziękiem zwróciła uwiędłe fijołki podmalowanych oczu na uprzejmego kawalera, a z rozpękniętych jej sinych warg wyskoczył płaczliwy uśmieszek i, przebiegając archipelagi piegów, usiadł na wystających kościach policzka. Opuchnięte, czerwone nozdrza złośliwie zadartego noska wzdymały się płaczliwie wskutek rozżalenia.
— Abo dadzą żyć? — wybuchnęła, żałośnie chlipając. — Gdzie tu pożytecznie pracować! Trzymam tę budę i jeden Pan Bóg widzi, co się namozolę, natroskam, by jakoś porządnie i pożytecznie wyglądało. A dadzą wytchnąć? Kalumnje rzucają i tyle. Nagadali, że nieletnie dziewczęta hoduję, że się zabronione odbywają brewerje, że po nocach wrzaski, awantury. I wszystko na moją biedną głowę. Chcą mi wydrzeć ostatni grosz ciężko zapracowany. Już nie wiem, jak żyć, by to coś było warte.
Krótkie, wybielone paluszki, zdobne w natłoczone pierścienie, rozwijały zwilgocony od łez arkusik, podając go głęboko współczującemu spowiednikowi utrapienia.
— Grzywnę nałożyli Honorci! — oburzył się.
— Dopiero niedawno, coś o trzeciej to piśmidło z urzędu przytaskali.
— O trzeciej?... o trzeciej — wprost zdumiewające!
— Albo co? Paskudna godzina. Nędzarzy chowają. Ległam spać, a te łotry mię zbudzili.
— I ja także się zbudziłem, by otrzymać o trzeciej nowinę radosną, przyjemną.
— Cóż mnie z tego?
— Niech się pani Honorcia uspokoi, a może coś uradzimy... Wiem o rzeczach — zaczął szeptem — o których nikt nie wie. A są przydatne. I można się tajemnicą podzielić, myślę, że i trzeba. We dwoje dopiero można właściwie korzystać. Tylko musi być osoba poważna, wprost jedyna, której śmiało mógłbym powierzyć. Bo jest to rzecz taka, że łatwo potym żyć bardzo szczęśliwie.
Usiadła na jego kolanach, włosy gładziła. Mizdrząc się pieszczotliwie, zagadnęła:
— Szczęśliwie?
— Szczęśliwie.
— A bardzo?
— Bardzo, bardzo, jak nikt jeszcze nigdy.
— Oj ty, ty, przylepna gomółko!
Uczuł blizki zapach pomady jej włosów i wnet ciepłe na powiekach muśnięcie. Niezwyczajnie stało się w nim cicho. Słyszał własne, rwące na skroniach tętnice. Jest ktoś — jest więc — i zbliża się, no — no, proszę — proszę, jest tuż — tuż, chce zaufać — przecież jest.
Z piersi huknął okrzyk rozpiekły i krwawo drgający. Przechylił ją wpół i wbił się ustami w małe, miękkie sutki, zapamiętały, bez oddechu. Ona palcami po jego czole błądziła.
— Chcesz, Honorciu, powiedz, chcesz?
— No chcę, tylko nie burz głowy.
— Powtórz raz jeszcze, więc będziemy żyli we dwoje?
— Ma się rozumieć, ale już dosyć!
— Zaraz — nie całował jeszcze nigdy naprawdę.
— To się dorwał! Czekaj. Ależ puść! Coś ci powiem. Ja znam się na ludziach. Naśmiewali się z ciebie, wywracając gały, i mówili: przybłęda, niesamowity, choroba go trzęsie. Kazałam im stulić pysk. Co jest? Albo oni lepsi? Tylko wyzyskają człowieka, narażą na straty, a potym oczernią. Ty zaś, bywało, przyjdziesz, siądziesz w kąciku, nie ciskasz się, tylko zapłacisz za swoje i pójdziesz prędko. Taki gość — to rozumiem. Zaraz mię chwyciło za serce, żeś taki potulny, i jakbym przeczuwała, że coś między nami będzie. Kiedy nadęta Franka kiepkowała z ciebie, powiedziałam jej, że durna i że się zna na tym, jak jej subjekty na gwiazdach niebieskich. Bo i uczony jesteś, co z mowy widoczne, i układny, z porządnego domu, a nawet wcale przystojny i zażywny, nie jak te wychudłe łyki miejskie. Zaś tylko żałować, jeśli chorowity.
— Kiedy nieprawda, głupie brednie — oburzył się konkurent. — Zapytaj lekarzy. Najzwyklejsze epilepsje wewnętrzne. A właściwie nic na tym i całkiem nieszkodliwe. Gdy czasem nie pora po temu, zechce mi się nagle spać. Usunę się na ziemię lekko i pośpię, nie przeszkadzając nikomu. Śnią mi się słodko różne cudne rzeczy. I trudno spamiętać, takie bogate i przemądre. Jeśli się coś tylko w głowie zatrzyma, pierwszej lepszej pokrace przecie się nie zwierzę. To dla mnie i dlatego coś wart jestem. Ale tobie dam, kochanie, i nie zataję. Zobaczysz, jak się urządzimy wedle mojej wyższej wiadomości, dopiero z zawiści naród szczekać będzie.
— Ale jeszcze przed ślubem powiesz mi coś z twoich uczoności?
— Nietylko powiem, ale i pokażę. Choć nie wiem, czy pojmiesz tak od razu.
— Czemużby nie? Albo to ja co? Pierwsza lepsza świszczypałka z brzegu?
Umówili się, że wyjdą dnia następnego o godzinie trzeciej, która się okazała najpomyślniejszą dla przyjmowania cudownych objawień. Tymczasem wróciły panny z przechadzki i barwną strojnością i piskliwym gaworem upstrzyły salon, a pan Pichoń z nieśmiałości aż się skulił na kanapie. Wypędził go jednak (na widok) ostry rozkaz Honorci: „każ dać piwa!“ Rudy, zaspany żydowina wniósł szklanice i butelki. Zaczęła się uroczystość zrękowin. Potrącili się w niemym toaście wcale niezręcznie ale przyzwoicie, a odpowiednio nastawiony aryston cedził z namaszczeniem uroczystego poloneza.
Przy akompanjamencie wzniosłej muzyki zadeklamowała Honorcia zebranym dziewicom rapsod pożegnalny. Wkrótce za mąż wychodzi. Dziś jeszcze budę zamyka. Podły interes, a zdrowie jej drogie. Dobrze będzie, jeżeli panny zaraz spakują swe kufry. Przykro potym kogo wyrzucać. Może już teraz oznajmić, że ona i jej narzeczony czują się bardzo szczęśliwi i z pewnością dobrze będzie im razem. Jednym słowem przystają do siebie. Niechaj więc komu nie przyjdzie chętka przypadkiem stroić drwiny, czy jakie finfy pod nos puszczać, bo stanowią oni parę tak dobrą, jak każda inna, węzłem prawym się połączą, więc każdemu do nich zasię i wara. Przeciwnie, należnego szacunku wymagać będą.
Przy wszystkich ucałowali się serdecznie i długo snuli plany nowej cukierni w rynku, jaką tymczasowo postanowili założyć.
Ogród miejski przyjmował odtąd stałe ich odwiedziny. A narzeczeńskie popołudnia były życzliwie pogodne. Przechodzili przykładnie, pod ramię w sąsiedztwie studni lub wygrzewali się na ławach parku. Z poza gęstej woalki pilnie badała Honorcia tajemnicę rzeźby. Pan Pichoń pluskał się w falach swojej wymowności, starając się zachwycić narzeczoną i ożywczym słów bryzganiem ocucić przez dłuższą nieczynność zastałe serce.
— Widzisz? — pytał serdecznie zapatrzoną.
— Co? Gdzie?
— No tam, nad basenem.
— Ee, jakieś golasy i tyle.
— Ależ pozwól, twarze wcale przyjemne. Mają coś do powiedzenia.
— Co tam. Pewnie jakieś głupstwa i nic przyzwoitego.
— Mylisz się, kochanie. Przypatrz się lepiej i może odgadniesz.
— Bodaj tak. Nic zmiarkować nie mogę. Co oni tak taszczą, jakiś tłumok, czy co?
— Wstydź się. Kto takie rzeczy mówi. Taż to winogrona.
— Idź! nie może być, a to heca dopiero!
— Naturalnie, że winogrona. Pomyśl tylko, co to może znaczyć? Zastanów się, jak mię kochasz.
— Albo ja wiem? Już ja widzę, że te cudactwa nie dla mnie. Poco sobie głowę mitrężyć.
Przywołała preclarza i jęła z głośnym chrupaniem zajadać, twierdząc, że winna się bardziej zaokrąglić, by mu z nią było jeszcze przyjemniej. Ciamkała, a pan Pichoń bez przeszkody z prorokami mógł gawędzić.
Trudno było z nich cokolwiek wydobyć. Jakby się zatrzymali w łaskawych wyznaniach. Trzeba było stalowej wiary ucznia wieczności, by takie postępowanie wyrozumieć. On jednak dobrze wiedział, że wszystko się wstrzymało dla dobra Honorci, zanim w tajemnicę nie wejdzie. Cieszył się, że tak jasno przejrzał i życzenia ich wypełnił.
Wziął niewiastę, pokolenie będzie. A wówczas wszystko naraz wypowiedzą, bo i warto będzie. Któżby chciał zbawiać jednego człowieka i po co? Niechaj cud na potomstwo przejdzie. Już go żadne nie zmyli milczenie, kiedy zadany jest początek. Już się tylko weseli, weseli...
I wracała do miasta dostojna para z głębokich rozmyślań. Wzgardą mierzyli złośliwych facetów w cylindrach, chichot panien sklepowych, czy podejrzliwe stójkowych łypanie. By zaś na zawsze usunąć obawy o trwałość mienia Honorci, wstąpili do urzędu, gdzie wszystka oszczędność pracowitej kobieciny została przepisaną na nazwisko przyszłego jej męża. W ten sposób usunęli grozę ściągnięcia przeogromnej grzywny z bezbronnej ofiary. A w sercu pani Honorci jeszcze bardziej utyła wdzięczność dla ulubieńca za wybawczą poradę.
O zmroku kończyli wędrówkę po mieście. Z żalem przerywał pan Pichoń zbawcze pouczanie. Przed jej domem wzorowo i widocznie się rozstawali. Pocałunek na rękawiczce składał, a ona, tłumiąc wzrastającą z dnia na dzień ku niemu namiętność, w dziewiczą uchodziła samotność. Nadsłuchiwał mdlejącego szelestu jedwabiów i starał się w garści zatrzymać porzucony kłębek woni, mądrze nazwanej: „goutte d’or“[1].
Pod bramą zwykł był szpiegować w noc późną, urozmaicając sobie zajęcie wyszukiwaniem własnej podobizny w odbiciu oślizgłych z gazowych oświetleń asfaltów. Z różnobarwnych migawek układały mu się hjeroglify szczęścia, które zalotnie przydeptywał. Przez rozjarzone, wielkomiejskie niebiosy przesuwały się czarne kłody zbitych chmurzysk, niby lotne architrawy nadziemskiej budowli, pod które nadstawiał mężne swoje barki i tężał nieruchomy, jak pękata dorycka kolumna. Nikt podejrzany go nie płoszył. Nadbramna matka karjatyda pieściła się z putkiem.
Wspiął się na palce i po łydkach zaokrąglonych klepał malca poufale. W seledynowym rozmarzeniu pieścił już swoje własne, nieodzowne pacholę, swoje i Honorci. I uszczęśliwiony, pełen zaufania do drogiej niewiasty i swego wyboru, wracał w ogród, by gotowy na każde wezwanie przespać noc w czujności „pod prorokami“.

Barwne afisze, dzieło postępowych mistrzów na nudnych murach miasta śmiało rozlepione, głosiły niebawem społeczności wieść miłą o otwarciu pierwszorzędnej cukierni w rynku. Nazwa przybytku: grota płochej czarownicy, a każdy, kto się tam udaje, spożyć może z niebywałym skutkiem nieprześcignione w smaku ciasta trujące. Zadudniało miasto, rozpełgało się mrowie ospałe, niby pod działaniem piekącego proszku.
Wabiła jaskrawa tajemność nietylko ostatecznie zgorzkniałych, ale i wcale motyle jeszcze egzystencje, więc ciągnęły skoczne procesje w stronę groty, gdzie w harmidernym zespole, z prawdziwie pątniczym zapałem truli się na swoją pożyteczną zgubę, gdyż nadal pozostawali przy życiu wesołym. Cenna ta właściwość ciast trujących bardzo dodatnio wpłynęła na mnogość nieustających w grocie odwiedzin.
Prawie równocześnie, w niemrawy, słotny poranek odbył się przed kaszlającym pisarzem w urzędzie cywilnym ślub dostojnej pary, której za świadków służyli dwaj narożni miastowi posłańcy, za odpowiednią opłatą nastrojowo przyodziani.
Niegodna wchodziła pani Honorcia pod dach małżonka, nienależycie przygotowana. Ale uradzili wspólnie, by dłużej nie zwlekać, gdy serca gorzały, wydzielając ze siebie nieznośną upalność, trawiącą gorączkę, w której wszelkie myślenie zmącone leniwie się przeciągało. Złączeni na stałe, przyzwoitą uzyskiwali sposobność, by wciąż być przy sobie, co ułatwiało panu Pichoniowi nauczanie. Serce na sercu w miarowym, jednakim tykaniu. W ten sposób najprędzej zajdzie w stan łaski ubóstwiania.
Pani Honorcia za bufetem świetnie królowała, małżonek zaś nadal prowadził konszachty z prorokami i blizkim być musiał wyjazdu, gdyż nieustannie badał wielkie karty świata, chcąc mniej więcej wymiarkować, gdzie też w przybliżeniu może się ukrywać ziemia obiecana.
Ściągał potwornie grube atlasy, na podłodze izby mieszkalnej z ogromnym rulonem się rozkładał i awanturnicze odbywał podróże naokoło świata. Raczkując w bieliźnie po zwrotnikach i biegunach, czerwonym rylcem kreślił domniemane kierunki. Ślęczenie swe niejednokrotnie uwieńczał odkryciem. Z nieoznaczonych bezmiarów wyskakiwał przed nim ląd, fata­‑morgana, tu i tam. Wówczas z rozkosznym fikaniem wyrzucał nóżki w powietrze i przypadał twarzą do przylądków dobrej nadziei z radosnym gęganiem. Wilżył piasek wybrzeży w zapamiętałym całowaniu, przyszpilając pocałunki błękitnemi chorągiewkami dla zapamiętania. Gdy już wesoło powiewały, mógł się zagłębiać w mistykę trójbarwnej książeczki, w długie kolumny cyfr maczkowanych, które czasy odjazdów naznaczały. Miał już godziny i minuty umiłowane.
Musiały jednak mimo wszystko zachodzić pewne wątpliwości, gdyż często wybiegał pod studnię, na naradę. Tutaj wyzywał swoich zbawców do wynurzeń śmiałych.
— Słuchajcie, panowie — zapewniał — ja już niby tak, jakgdybym wszystko wiedział. Poco zwlekać? Moglibyście już raz coś stanowczego ze siebie wydusić. Wezmę babę i ruszę. Słówko tylko piśnijcie, a ruszę. Zabiorę trochę służby i jakie zwierzęta, by się mnożyć mogły pokolenia. Honorcia sporządzi dzieciaka, prędzej, czy później. Będzie chłopak i dziewczyna będzie. Albo pożenimy brata z siostrą (wśród nowych warunków zanikną wypaczone pojęcia o kazirodztwie), albo, co bardziej pożądane, obmyślimy jakiś sympatyczniejszy sposób rozmnażania nowego rodzaju ludzkiego, któremu ja dam początek. Już ja to wszystko urządzę przemądrze. Nie bójcie się! Znam się ja przecie na prawach odwiecznych. Ale już wreszcie gadajcie, bo chciałbym jeszcze jakoś użyć mego zmarnowania. Hej! panowie!
Ale to fanatycy, doktrynerzy. Zacięli się i ani rusz. Prawdziwie prorocza przekora. Klechy zawzięte, w niczym nie ustąpią. Dokąd czekać? Widzi odpowiedź: Przodownik, kudłacz kamienny, słodziutko się uśmiecha i za zębami miętosi orzeczenie: aż się warunki wypełnią.
Czekajcie!



Pan Pichoń wraca. Rozgmatwują mu się jakoweś kłęby myślenia, które był już nieraz porzucił. Rok mija. Naużywał sobie z tobą, Honorciu, oj naużywał. Święta prawda. Tylko już mi obmierzłaś cokolwiek. Wiesz dobrze, że nie myślę po próżnicy, tak sobie, w życiu sztyhulkać. Dawaj więc, co masz dawać. Ta ty niewiasta przeznaczona, wybrana! Wrodzoną ci jest tępość i na nic moje nauczanie. Nie rozumiejąc, czynić winnaś, co ci przekazano. Poco marudzić? Mija rok — miara na wytrzymałość cienkiego fornirunku szczęścia, jaki pokrywał wygodne łoże wspólnego pożycia. A jak pęknie? Wszak pękają już w grocie mebelki nowiutkie, gratki cacane.
Wszedł pan Pichoń do swojej cukierni, przed bufetem i umiłowaną niewiastą przystanął i ponuro zagadnie:
— Kiedy wreszcie będzie jakie dziecko? Ani śladu niema, co?
Głośno, głośno skrzecząc, pryskają zeschłe, znużone mebelki, ale pani Honorcia nie rozumie, nie zważa.
— Coś także! — burknie — niema i nie będzie. Widział kto? z dziećmi każe mi się babrać. Jeszcze czego!
— Hm — moja kochana, to wcale niedobrze, bo ja mam właśnie śliczne i całkiem poważne wiadomości...
— Co takiego? czyś ty oszalał?
— Mam, kochaneczko, wiadomości ze studni. Aha! a widzisz? Ale czas najwyższy, trzeba się zbierać, jakiegoś bachora koniecznie skądeś wytrzasnąć, może jaki podrzutek, znajda, gdzieś, coś i umykajmy, powiadam ci, umykajmy, żeby potym nie było za późno.
Sam wszystko złagodzę i co tchu machniemy. Wiesz, co cię tutaj czeka? Lada chwila może z głodu zawyć żarłok i kipniesz. Ani się oglądniesz. Los straszny. Znam ja osobiście żarłoka, ziemi zarządcę. Przecież nieraz ci o tym w nocy do ucha szeptałem. Kupczyk pospolity, dzierżawca. Wiecznie głodny. Miło to dostać się w jego łapy. Pożre i w tym cała przyjemność. Że też ty tego nie pojmujesz? A my, a my możemy, jest nam dane, przez wielką łaskę i trud mojego skośnego wejrzenia, wejść możemy w kraj inny, na inną ziemię, gdzie go już niema, gdzie już nie panuje, a włada pan wiecznie nieznany, ten najwyższy, ten... Honorciu, słuchaj! uciekajmy!
— Ależ wynoś się, pakuj, jedź, smaruj, łam gnaty, tylko sam. Mnie nie tyrpaj ze sobą. Całkiem ci się w głowie pokiełbasiło. Po jakie licho wyprawiać mnie z tobą te głupie brewerje? Zostaw mię w spokoju, przy mojej robocie. A o dzieciaka nie wzdychaj, niedołęgo, bo ja nie po to zamąż wyszła by ciaćkać bachory, jeno by pożytecznie pracować i u ludzi się zasłużyć.
Wyrżnęła pięścią o ladę, że wszystkie plasterki cytryny, opisawszy łuk w powietrzu, przylepiły się do linoleum chodnika. W ten sposób wydała straszny wyrok na siebie i swego małżonka, jakkolwiek nie zdawała sobie z tego sprawy, będąc od urodzenia dość tępą. Zresztą przejęta była zupełnie nową orzechową masą, którą wymyśliła na nowe ciasta trujące. Pchnęła nawet pana Pichonia do kuchni, by czeladzi doglądał. Pryncypał wcale się nie kwapił z odjazdem. Przeciwnie, zasiadł w ciemnym kącie nad misą z orzechami i strasznie wyglądał. Ostra zawziętość ścięła spokojną zazwyczaj twarz jego. Jakieś ponure knowania przesuwały się po zmarszczkach czoła. A kiedy nikt nie spoglądał, lekko pomadźgał w słodkim żonki wynalazku i zaraz jął gromić służbę, wszystkich napędzając do rur rozpalonych i wytłuszczonych brytfanek. Kiedy wypiekano niezwykły pomysł, baczył, by uprzątnięto misę i wymyto, poczym własnoręcznie dokładał drewien do ogniska. Z rękoma na piersiach stał zagapiony w paliwo i, wyszczerzywszy spróchniały przód zębów, złowieszczo cykał. Najstarszą kucharę aż jojkanie chwyciło w przewodzie i w dołku złe parcie, tak się przeraziła, myśląc, że widzi samego belzebuba, jak spluwa w czyściec krwawiący.
Własnoręcznie na tacy ofiarował pan Pichoń dokonane dzieło swej żonie. Skosztowała sama i jedyna. Przyznała, że bardzo smakowite. Niebawem jednak chwyciły ją gwałtowne boleści, wśród których zaczęła zapominać, co się z nią dzieje. Nie mogła już nawet powiedzieć sobie, że się otruła własnym ciastem trującym. Zmarło się jej nader prędko, niespodziewanie i dość niewygodnie, bo na kozetce w samej grocie, wśród przerażonych gości, naprzeciw świeżo pękniętego lustra, a tuż prawie pod napełnioną a zawsze wesoło brzdąkającą kasą.
Po tej prawdziwie bohaterskiej śmierci, w której Honorcia padła ofiarą swego wynalazku, mnogie i pospolite spadły na pana Pichonia przykrości. Cały nakład ciast przeniesiono do śledczego urzędu, a młodego wdowca osadzono w więzieniu. Wlokły się badania nudne i niezręczne. Groźny, jak sęp zaspany, stawał oskarżony przed sędzią i żadne natrętne pytanie nie było w stanie kleistej zadumy rozrzednić. Leniwie kurczył ramiona i rozkładał pulchne, białe ręce. Czeladź przesłuchana zeznała zgodnie, pod przysięgą, że nieboszczka własnoręcznie zatrutą masę zgotowała. I mimo rozpaczliwe siepaczów wysiłki, żadnych obciążających nie znaleziono dowodów. Ściekał więc tylko zjadliwy uśmiech pogardy po tłustej brodzie obwinionego, a skupiona dostojność ani na chwilę go nie opuściła.
Otrutą Honorcię, która (jak należało przypuszczać) nader dowcipnie i samowolnie opuściła miłe gniazdo tuziemnego szczęścia, złożono w zakładzie anatomji, skąd rozkoszne ciało, niemiłosiernie poćwiartowane, najemni pachołkowie bez zaszczytów odwieźli na cmentarz.
I właśnie w czasie, kiedy dzwony kościołów z zawodowym bałamkaniem odprowadzały zmarłą na wieczny odpoczynek, a więc o godzinie trzeciej popołudniu, uległ pan Pichoń nawrotnej chorobliwej senności. Tym razem nie odwiedzał szczytów, lecz przeciwnie błąkał się po nieznanych, złowieszczo gulgocących trzęsawiskach. Zimne mieczyki błędnych ogni nie umykały zwodniczo, ale wbijały się z lubością w smutne, męczeńskie jego ręce. Czuł, że się zapada. Z klejkotaniem rozdziawiły moczary cuchnącą paszczę i, cmokając lubieżnie tłustemi wargami, z nabrzmiałym sapaniem wsysały niebaczną ofiarę w gardziel grzęzawą. Kurcz wygiął zażywną osóbkę tonącego w chudy, boleśnie skręcony świder. Jeszcze widział nad sobą pstremi obłokami zlataną, komedjancką budę niebiosów. Dosłuchiwał anakreonckiego pit­‑pi­‑lit beztroskich ptasząt. Żegnały go przedrzeźniając wężowiska, rozsiadłe na czaty, z sykiem raz­‑wraz opadały gwiazdki tkliwych ich wejrzeń. Trzmiele nad powiekami bąkały, gdy oto — uścisk łagodny za głowę go obłapił. Wyciągnięty, na równe nogi przystanął. Przed nim zbawca, ziemski wielkorządca. Znajomy, tylko od ostatniego spotkania uległ stanowczej zmianie na korzyść. Jeno blizny świadczyły o dawnych ropieniach, a purchawa główka trzymała się na swoim miejscu, lekko przez podmuchy wiatrów kołysana.
Również towarzystwo kochanic zachowało się całkiem przyzwoicie, a w zwiększonym gronie ze zdumieniem odnalazł pan Pichoń swoją Honorcię. Skancerowany, zmięty wskutek przedśmiertnych szamotań, ocucił się i pokrzepił na widok tak schlebiającego odznaczenia. Głos żarłocznego starca, wielce złagodniały, przebierał wśród tonów najbardziej serdecznych. Dziękował przedewszystkim swojemu uczniowi za przysłanie rozkosznej żoneczki, którą, jako znawca ukrytych wartości, zaraz po przybyciu przy boku zgłodniałym zatrzymał, obiecując sobie po niej wiele przyjemności na przyszłość. Odwzajemniając się za ten prawdziwie obywatelski uczynek, ocalił zasłużonego Pichonia od nieuchronnej zagłady, co się nawet wyraźnie zasadniczym prawom apetytu wieczystego sprzeciwiało. Wśród miłego ćwierkania przeszedł cały orszak na bezpieczną groblę, gdzie wszyscy na zaproszenie staruszka wsiedli do pojemnej karocy, by odwieźć na ziemię zbawionego człowieka. Jazda była szybka i przyjemna. Wielkorządca ujmował gościa swą wyrozumiałością, z upodobaniem zezwalając stęsknionym małżonkom na ponętnie wyuzdane umizgi. Honorcia stała się powabną, jak przedtym nigdy.
Nasycony, mógł pan Pichoń z uwagą słuchać ojcowskich napomnień, jakie się łaskawie skraplały w ustach sędziwego gubernatora. Skrucha jęła w piersiach Pichonia rzęzić, gdy padały zarzuty, że marnuje dary wyższej świadomości, że się wyzbywa szczerej lojalności, że bunt w nim czuwa. Czyż znowu bezpożytecznie chce ugrzęznąć, jak te setki tysięcy, które bezgłośnie zapadają się rok w rok w noc bezdenną? Niechaj służy wiernie, jako przystało na rzecz zgłodniałego pana, niechaj nie ugania się po marzonych rozłogach, gdyby łobuz wioskowy, na łąkowiu ścigający motyle. A Honorcia nie omieszkała dodać z wdziękiem, że posłusznemu przypadnie w udziale sowita nagroda. Wreszcie zadudniła karoca na bruku miejskim i osadziła się przed celą więzienną. Przy rozstaniu, które nosiło cechy rodzinnej czułości, uścisnął starzec kostropatą ręką dłoń swego bogdanka, przez co go, przemocą wprawdzie, ale silnie zobowiązał.


Z lekceważącą swobodą wyszedł pan Pichoń z więzienia, gdy go oswobodzono dla braku dowodów. Na żądaną kaucję złożył pokaźną paczkę rumianych papierków, do znacznej sumy dodając jeszcze bardziej znaczący uśmieszek.
Widocznie zmizerowany na ciele, w zatwardziałym wywyższeniu wcale nieugięty, wkroczył na przeludnione corso, spokojnie oglądając przepyszne sklepowe wystawy. Wywołał popłoch. Sądzono ogólnie, że podejrzany, zezowaty człowiek zechce się wynieść z potulnego miasta. Niektórzy uzasadniali nawet publicznie obawę przed jakimkolwiek z nim zetknięciem. Pozostał jednak głuchy na głosy współobywateli, składając przez to dowód zupełnego braku najzwyklejszej edukacji społecznej.
W zarozumieniu swoim zaszedł tak daleko, że zdawał się urągać zbiorowej opinji. W niespełna bowiem miesiąc, gdy się już uciszyły niespokojne pomruki o skonie Honorci, w tym samym miejscu, gdzie dotąd istniała grota płochej czarownicy, zadyndał szyld biały ze złotym napisem: Pierwszorzędny Zakład Pogrzebowy. Za kantorkiem, wśród stosów najcenniejszych trumien, w nieskalanie czarnym tużurku z białym chryzantemem w butonjerce zasiadł zakładu dyrektor i właściciel — wytworny pan Pichoń.
Z pośpiechem wiosennych nasion, pędzonych przez kwietniowe zwiewy, rozniosła się po mieście wieść o nowym zdarzeniu. Awanturniczą śmiałość przyjęto powszechnie za policzek, wymierzony godności obywatelskiej. Tłumnie gromadzili się najpoważniejsi mężowie na chodniku przed nowym zakładem i, zaciskając pięści, odgrażali się srodze. Nie brakło i wymyślań głośnych, wcale obelżywych.
Pan dyrektor nawet przez okno nie wyjrzał na uliczne hałasy. Były one dla niego tylko zapowiedzią, że zajadli ziomkowie niebawem się znużą, a, odszedszy w ciszę, jak przystoi bliźnim, z wrogą myślą się pogodzą.
Równocześnie zmarł w mieście mąż wielce wybitny, narodu całego wybraniec i szczęśliwy kochanek. Nowe przedsiębiorstwo najskromniejsze postawiło żądanie, więc jemu powierzono zaszczytną paradę. Wyruszył pan dyrektor niby na walną rozprawę, na podbój niechętnego ogółu. I poszło za nim przewidywane zwycięstwo. Ceremonja przeszła najśmielsze oczekiwania. Za pośrednictwem pana Pichonia udało się złożyć wybrańcowi hołd niebywały.
Żal nieistniejący i rzewność skostniała zostały godnie wyrażone. A zadanie było niełatwe, tymbardziej, że pompa miała za jednym zamachem zastąpić brak dotychczasowego uznania.
Szlachetna gawiedź jednogłośnie wielce sobie ceniła widowisko. Nawet zagranica wystąpiła z pochwałą. Udało się wzgardzonej, wyklętej jednostce dowieść, jak pożyteczne jej przedsięwzięcie i że na szczycie najwybredniejszych wymagań zostało zbudowane. Prawie wzór, nie dający się niczym prześcignąć. A prawdziwa zasługa, wszystkim oczom widoczna, musiała być należycie oceniona i sprowadziła rozejm między wrogiemi stronami, rozejm, będący zapowiedzią zgodnej, na wzajemnym wyrozumieniu opartej pomyślności. Odtąd w koniecznie ponurych wypadkach padało hasło, szemrane serdecznie, niby niewidzialny odpływ umartwienia, miłe łaskotanie ulgi: a teraz chodźmy do Pichonia!
W zdrowych blaskach powodzenia pan dyrektor nie gnuśniał, nie przeciągał się, a nawet i nie prostował. On jedynie zobowiązanie wypełniał, służbę czynił. Odkąd (może cokolwiek niebacznie) na znak przymierza dłoń białą, wątłą włożył w starca kościstą prawicę, wrażą dziewiczym losom rozkwietnionych pęków, rozumiał, że słowa należy dotrzymać. Wszak musiał się liczyć z wszechwładzą natrętnego straszydła. Cóż go ocali, kiedy prorocy umilkli, kiedy Honorcia —
Śmigała w nim wichura grudniowa, zaciekła, w ostre grudy ścinając żałosność jesienną, roztopną. Przed sobą na pulpicie, niby pomniczek krótkiej chwały, globusik cacany ustawił, lakierowany światek maleńki. Nieraz zadumaną ręką w kołowrót go zapędzał, wsłuchując się, jak światek warczał, furczał. Wówczas na chwilę wyjeżdżał, by się na oceanach pohuśtać, przez pyrenejskie szczeliny przesmyknąć, nad Himalają zawisnąć, brodzić w złotych prerjach. W puszczy Kalahari u Buszmenów gościł, do zimnic Aleutów docierał, z Minkopami na Adamańskim archipelagu układy zawierał, do Watszandisów się zalecał. Wszędzie, jako śmierci nieustraszony misjonarz, przekładał, upraszał, by jak najprędzej wszyscy umierali, taką bowiem jest wola wspólnego im pana. I duchem wracał do ksiąg na kantorku. Czasami tylko w istotne swe myślenie dziko zerknął.
Na on czas musiał się błąkać po brzegach zdechłego stawiska, co przegniłym szlamem charczało. Gmerając we włóczkach zielistych, lelijki swojej szukał, swoich nenufarów, kwiecia wierzeń uprzednich. Staw cuchnął, ropuchy mamrotały. Już nie ma, już nie wierzy, już się nie ocali. Gdyby tak można wejrzeć ku prorokom. Tylko ta mleczna szyba, którą rozmyślnie wprawić kazał od strony ogrodu — dobrze, że zasłania ta szyba mleczna. Więc jest spokojny, o tak! Najzupełniej, jest sobie prawie Charon moderny. Przedsiębiorca mądry i rzetelny. A na kupiectwie zna się jego opiekun, pan potężny. Szlachetny zawód pochwali, oceni. Żywię troska, by jak najwięcej życzliwych zjednać dla szczytnych zamiarów. Obola na usteczka, czasem troszkę więcej, i z pogodnym wyrazem zaufać mogą jego pośrednictwu. Został powołany, święcenie uzyskał, więc przezornie, lekuchno przewiezie w beztroski kraj cieniów. Jako zwolennik metody poglądowej, najbardziej skutecznej, nauczyciela urząd piastuje, wskazując mądrość rozkoszy śmiertelnej. Jedzie sobie naprzykład człowiek, całkiem pośledni, na spoczynek wieczny. Gapią się ludziska poważne, znaczące, ale też i zwyczajnych co niemiara. Widzą: jedzie biedolina spokojnie, wygodnie i z należytym szacunkiem. Czapkują mu w żegnaniu zewsząd. I choć śmieszny truposzek w skrzyneczce zamknięty, wielką i dostojną jest żałobna parada. Zaraz myśl o zmieraniu jest nędzarzom lżejszą, nie bronią się przeciw choróbskom. I wszystkim może pan Pichoń tę trudność ułatwić, wszystkim bez wyjątku, tylko obola na usteczka, a czasem troszkę więcej.
Żałobnego zakładu jest duszą prawdziwie żałobną. Dobrał ludzi wyborowych, których z zaufaniem można użyć do trudnej posługi i nie wstyd się z niemi publicznie pokazać. Chłopy rosłe, przeważnie brodate, z wejrzeniem wilczym, odpowiednim.
Przewodzi im artystyczny kierownik, trochę rozwichrzony, ale bardzo zdolny. Za bujnej młodości z powodzeniem malował poronione płody, przedstawiał wiwisekcje, kochające się i tańczące szkielety. Obrazy te nawet wystawiał. Obecnie poświęcił się z zapałem sztuce stosowanej. Wyręcza pryncypała, który gardzi widokiem trupów, w ustawianiu i dekoracji katafalków.
W dziedzinie tej jest mistrz nieporównany. Zawsze zdoła wywołać odpowiedni efekt. Podług rysunków pana dyrektora wykonał on misterne modelki, w drzewie rzeźbione, które przedstawiają różne rodzaje żałobnej parady. Jak zabaweczki, w osobnej szafce wstawione w przedziałki, do każdego się mizdrzą z wesołym wdziękiem. Pewnej powagi dodają im, na przyczółkach umieszczone, dosyć surowe napisy, z objaśnieniem, co i za jaką cenę nabyć można. Ułatwiają umowę, niedopuszczają do powszednich targów.
Rozróżnia się trzy klasy zwyczajnych pogrzebów: zupełnie skromne dla szpitalnych umrzyków, wszelakich miejskich szumowin, podupadłych malarzy, poetów, bardziej solidne dla osób średniej kategorji i wkońcu wystawne dla dostojników, członków ongi znakomitych rodów i różnego rodzaju chlubnej ozdobności. Klasy te posiadają zasadnicze właściwości w dziesiątkach szczegółów, nabyć jednak może każdą, kto zażądaną uiści zapłatę. Istnieje poza tym rodzaj parady szczególnej, ale za pieniądze kupić go nie można. Ściśle przywiązany do pewnych warunków. Zachowano go jedynie dla panów ministrów, dla polnych marszałków, no i dla gienjuszów, a co do przynależności tych ostatnich w wątpliwym wypadku rozstrzyga samoistnie pan dyrektor.
Jego bowiem dziełem ten ustrój wewnętrzny. Srogi to pan dla służby, rzadko kiedy poczciwie przemówi i nigdy człowiekowi prosto w oczy nie spojrzy. A jeśli zazezuje wypadkiem, to aż ciarki zamrowią się w krzyżach. Puści czarne, skośne gałki, niby żelazne, mroźne szczypce i z taką mocą, że zbira chwackiego wpół obejmie i zwali gdzieś w dół, do pierwszej lepszej trumny. Nie potrzebuje żadnym słowem rozkazywać, jeno chrząknie, a każdy swoje pojmie i chyłkiem wyczyni. Drży przy nim liczna czeladź, ale, że płaci porządnie, więc ciżba jest ochotnych do służby.
Wzorem pracowitości stał się dla swoich podwładnych, choć odrazu było widoczne, że w zawodzie frant nowy i niezwyczajny. W pierwszych dniach panowania poruszał się w własnym zakładzie ze zmaganym wstrętem, niepewnie. Było mu dziwnie w wyszczerzonym szpalerze skrzynek długich, z wieczkiem odsuniętym.
Doznał nawet upokorzenia ze strony figlarza nielada, jakim był stolarski czeladnik. Sporządzano skromną, sosnową trumnę. Od podwórza wtargnęła do wnętrza wróbli gromada, wśród trocin i wiórów wesoło się parpając. Młody spryciarz pojmał pierwszą z brzegu ptaszynę i cisnął w głąb pudła, zapuściwszy wieko. Struchlały niewolnik przycichnął. Czeladnik mozolił się, by na wierzchu papierowy krzyżyk przytwierdzić. Na znak, że się nie wzdryga ze swojemi współdziałać, pośpieszył pan Pichoń z pomocą. Zwalczając niemiłe w sobie wzdryganie, śmiałym susem wyskoczył na trumnę, by część podklejoną wgnieść ważnym ciężarem. Niepotrzebnie jednak potulnego więźnia do wolnościowych protestów pobudził. Z chwilą, kiedy się wszczęło tajemnicze trzepotanie skrzydełek, pan dyrektor runął na ziemię i omdlał. Gdy wróciła trzeźwość, niewinny psotnik poszedł na wygnanie razem z wróbelkami.
Odtąd nikt już nie sposobił złośliwego zgryza. W godzinach porannych tkwił pryncypał za kantorkiem, układając godziny zamówionych pogrzebów. Przeliczał dochody, wydatki; w osobnej zaś, pokaźnej księdze wpisywał gotyckie kolumny należytości nieściągniętych. Urosły one przerażająco od czasu, kiedy zaprowadził pogrzeby w ratach spłacalne. Nie odwdzięczono mu się za usłużność. Wyuczał się więc na pamięć tych splamionych nazwisk i w cichości spluwał je z pogardą.
Około południa zachodził do stajni. Pieścił cenne, długoogoniaste szkapy, krucze i mleczne potomki cesarskiej hodowli. Własnoręcznie pokarm im wymierzał. Odwiedzał wozownię, przechodząc wzdłuż szeregu rydwanów wystawnych: tu się smuci odrapany karawan ubogich i wdzięczą się obok wózeczki, niebieski dla dziewczątek a dla nieletnich bielusieńki, dalej cokolwiek najbardziej ulubiony powóz z klęczącemi aniołami wygodnie się rozparł, a za nim w chroniących pokrowcach dostojny model paryski, cały oszklony i na gumach, i w osobnej komórce najciężej znudzona hiszpańska karoca, według madryckiego wzoru obłąkanej Joanny.
Najlżejszy pyłek dostrzegał, usuwał najdrobniejszą skazę w uprzęży. Sługusi, którzy w zawodzie swoim już siwieć zaczęli, kornie uchylali czoła przed bacznością pańską. Pryncypał zaś, jak gdyby mu nie dość było strasznego bogactwa, żałował sobie wszelkiego spoczynku. W kantorku skromny spożywał posiłek i wnet się zanurzał w głębokich szufladach, gdzie ułożono składowe części parady. Na popołudniowe wyprawy potrzebne szczegóły wydzielał, rozkładał. Zapamiętywał ilość stopni, na których spoczną mary, wybierał draperje, obicia, krzewy fikusów, oleandrów, świeczniki, gromniczne kandelabry.
Wszystko w grupach złożone oczekiwało na zapotrzebowanie i nigdy nie zaszła pomyłka, nie powstało zamieszanie, choć ruch był szczęśliwie niemały.
Obóz żołnierzy sławnej śmierci, rozbity w obszernym podworcu zakładu, nosił cechy zgoła romantyczne, ufnością w zwycięstwo napawał. Wytaczano powozy, przyprzęgano konie, w szatniach gziła się służba, wdziewając zamówione stroje. Jakby na larmę wielką porywały się w ciąg wędrowny roty błędne, smutne. Łogosze tu i ówdzie butnie rżały. Każdy z nich zwyczajny bezkrwawego boju i ckni sobie długie przystawanie. Gdzieniegdzie jeszcze kuźnik co przyprawi czy rymarz dołata. I wydłużą się w szereg bitny, zwarty, ustawieni pod stajennemi framugami. Trwają w cichości. Jeno nasuwniami końskiemi wiatr nigdy nieprzestanny pomiata.
Trzy ćwiertki na trzecią ogłosiły zegary. W dziedzińcu załomotało. Gwałtownym stąpaniem kondotjera zbliża się wódz naczelny z przybranym adjutantem. Sam jeno w bawełnicę codzienną przywdziany, a poznać, że na innych śmiały i nie ktobądź, tylko dzielny skaźca ziemskich znikomości. Ot przystanął i na tabor hojnie spojrzał.
Na chwilę odchmurnieje i dygotane, niedosłyszalne pada pozdrowienie: wojaki pocieszne moje! Ale od nowa sposępniał i ostał się dawny junak, surowy dozorca, wszystkich oczom widoczny. Coś niecoś pomocnikom nakaże, skośnie pojrzy i chrząknie, a wrotny już skoczył, by rozdziawić bramę. Mijają się dzielne zastępy. Jedzie herold konny z buławą na czele, za nim dumne suną zaprzęgi, a na tyłach następują, jak zwarte, kompanje żałobników, zbrojnych w piki, halabardy, pochodnie z mlecznego kryształu, dardy, kręcone laski, owinięte krepą. Idą najezdniki nieubłagane, strojni różnorodnie, w attyle, węgierskie dolmany, czamary, naszywane fraki z wypustami. Głowy zdobne w perskie kołpaki, ułanki, stosowane czaka. Potrójną ich barwa: czarna, niebieska lub biała.
Z dudnieniem wtoczyli się w ulicę. Po ciężkich, odmierzonych chodach, po szerokich karczydłach i ruchach sprawnych poznać można, jak w rzemiośle swoim mistrzowali.
Kalwakata wpłynęła w miasto, dyrektor sam pozostawał. Nie były to jednak godziny wytchnienia. Wprawdzie opuściły go nękające śnienia od czasu, kiedy się poświęcił nowemu zawodowi, ale brakło mu pewności, że zmory się nie powtórzą. Drżał więc w wyczekiwaniu struchlałym. By ulżyć sobie, wynajdywał w samotności przygodne rozrywki. Oglądał srebrzone amorki czy gwiazdki złocone, a wszystko na rogach długich pudeł, w których niezadługo znani mu ludziska daleko pojadą. Przystosowywał zgrabne kluczyki z bronzu do zamków metalowych trumien, które przychodziły z fabryki, a były kunsztowne i drogie. Z lubością otwierał szklane wieko i gładził ręką połyskujące, atłasowe poduszki. A kiedy się już całkiem z otoczeniem oswoił i pozbył niemiłego lęku, pozwalał sobie na żart bardzo śmiały: twarz przykładał do miejsca, gdzie wkrótce miała spocząć czaszka istotnie zmarłego. Czynił to jednak ostrożnie i tylko wówczas, gdy mógł być pewnym, że go nikt nie podglądnie. Zabawiał się w ten sposób nader chętnie, tym chętniej, że nie pojmował, dlaczego mu to przyjemność sprawia. W każdym razie używał zmarnowania swego i z ludzkością pokryjomu się bratał, co wyraźnie sprzeciwiało się hardej osnowie poprzednich marzeń, kiedy to wieczność, stara kurtyzana, wydzielonego z gromady łaską przejściową darzyła, niecnie flirtowała.
Ciężka osędzielizna zmroku wgniatała z chrzęstem oddech w chore piersi, więc mleczne okiennice podważał i świeżość wieczorną od ogrodu wchłaniał. Kontury rzeźbionych postaci nikły zamazane. Przechodził raz wraz spojrzeniem litosnym po bezwyraźnej plamie, a skoro tylko żałość jęła podrygiwać, dla zagłuszenia bębnił palcami na szybie. Rzewność się wówczas w nim rozpływała, jak dym swędząca, zgryźliwa, rozwiewna, jak nastająca godzina szarówki.
Czynił miłosierdzie. Od rynku, w migocie pierwszych rozbłysłych latarni czołgała się babula, łachmaniarka, popłakując przez kaprawe oczęta, sute pacierze terkotając bezzębnie. Godziny jałmużny już była zwyczajna. Ochrzcił ją imieniem swej zgasłej nadziei. I ciskał na bruk miedziaki, by zbierała. Nędzarka chciwość zdradzała, wyciągając stale widmo dłoni po srebrniki. Z filutnym uśmiechem zwykł był upominać: „Babciu biedneńka, tyś więcej niewarta“. A ona, ceniąc doświadczenie jego, ciężkiemi mrugała powiekami, śmiejąc się przez te same oczki czerwonawe, przez które umiała zapłakać. I odchodziła, zawzięcie grzebiąc wśród zmiecionych stosów nawozu i śmieci.
Kantor od nowa się ożywiał. Pan Dyrektor na dzień następny wydawał rozkazy. Smutnie spracowani wracali dobrzy ludzie. Pierwszy zachodził z cmentarza kacap­‑zawołoka, Taras zwany. Drab należycie wyrośnięty, rozłożysty, z pełechatą czupryną na łbie śmiesznie małym i z ryżemi bokobrodami na przekrwionej, opuchniętej twarzy. Długie, gdyby martwe łapy sięgają niżej kolan. Lewe ucho zdobi kolczyk srebrny. Od lat trzydziestu nosił na swych barkach nieboszczyków, a teraz głośno utyskiwał, że ich zapomniał policzyć. Musiała pokaźna być liczba, miałby czym się pochwalić. Raz wyświadczył nieznanemu panu przysługę, odbierając dla niego z apteki zamówione proszki. Ten sam pan został jego dyrektorem, wyznaczając mu grzebanie dzieci.
Szeroko wykraczając, z głośnym człapaniem ogromnych butów przewijał się czasem kilka razy dziennie przez zgiełk rojnych placów, wzdłuż murów kamienic, niby rycerz dawny, wyniosły, błękitny. Pod pachą unosi jakową zdobycz cenną, może skarb jaki skradziony w bieluchnej szkatułce, ze zwisającym muślinowym trenem. Gna, jak rozbijaka zawzięty, a rozwiane poły fraka walą spłoszone o skórę kamaszów na łydkach, zaś puszysta, biała kita na stosowanym czaku stroszy się zawadjacko, buńczucznie. Odwrót odbywa się już całkiem odmiennie, w łagodnym i rozważnym tempie. Ręce rozpychają niedbale kieszenie. Na wargach ogryzek papierosa dynda. Już go nie telepie zapamiętliwość sroga, co niewiedzieć skąd gnaty nachodzi i zgagą piersi ugniata. Przewaliła się na dno czarnej jamki wraz z lichą trumienką, wraz z pomrukiem gruzów, uderzających o drewniane wieczko. Może wytchnąć do jutra, zanim go od nowa chwyci ta wściekła udręka. Ciepły pot kroplisty na brwiach się zatrzymał krzaczastych. W szyneczku „pod kościotrupem“ kieliszek łyknie gorzałki i już mu wystarcza. Nuci. Zum­‑zum, bojowa piosenka o morowym gadzie z pierwszorzędnej „entreprise de pompe funèbre". Nie pijaność głowę zamgli, jeno rozdyma serce szczęśliwość doczesna.
Raduje się strojnym panienkom i staruszkom cherlawym, co to ich wiodą pod rękę, umorusanym pauprom angielskie rozdziela bombonki, na wystawne cudności się pogapi, przy dorożkarskim spocznie postoju i z gamratami wesoło się swarzy. W karty nie zagra, bo głupi. Małe, zielonawe oczki mówią serdeczne wyznanie: umiłowałem stworzenie wszelakie, marne i trwożliwe. Gdy sunie pod wieczór z powrotem do domu, bije od niego święte zlitowanie nad niemocą ludzką. Od zachodu podchodzi ścichanie, które uchem łowi, i zda mu się, że słyszy, jak gdzieś niby w oczeretach za rzeką kurki wodne na smutne losy wylęgują pisklęta. Że jest wiosenki nastanie i krzewy i drzewa się mają; skradnie pęk bzów i akacji cmentarnych, pod połą fraka ukryje i niesie do zakładu. Dla pana dyrektora, co jest człowiek godny, by mu zapachniało. Starannie wymyje słoiki z karuku czy z lakieru blaszanki i bukiet bufiasty na kantorku ustawi. A pryncypał ni słowa nie rzeknie, jeno chrząknie, ale nie tak groźnie, lecz wcale serdecznie.
Tuż pod oknami zakładu, w porannych godzinach rząd cudnych dzieweczek do pierwszej zdąża komunji. A Taras już wraca z grzebania, wczesną porą, bo oto zaraza panuje i śmierci jest wiele. Dzieweczki w bieli! Pod stopy cisnął swoje zwykłe kwiaty, nie wiedząc poco, nie namyślając się długo. Do kantoru wsunął się wcale pokorny i ze zmieszania jął czyścić zbłocone kamasze. Żeby też licho jakie nie wynikło, kiedy zielska pachnącego niema.
Zaskoczyło go niespodziewane zagadnienie pana dyrektora.
— Taras, co ty myślisz o dzieciach?
Opuścił zmieszany czako, pióropusz i szczotkę.
— Niby to jak, proszę łaski pana? — odważył się.
— No tak, widzisz, wogóle, co ty myślisz o dzieciach?
— Że to, jeśli śmiem mówić, zawsze coś warte takie gzubki łaskotliwe.
I niebywale chłopisko się wzruszył. Z małych oczek ciurkały małe łezki, podchwytywane przez niebieski rękaw, srebrem suto lamowany. Pan Pichoń, badając przyczynowość rzewnego zjawiska, musiał dojść do odkryć miłych jego sercu, gdyż ani razu nie chrząknął, lecz, strzepując wilgotne paciorki z liberji sługusa, czule upominał: „Taras, co ty wyprawiasz, rękaw nowo wstawiony, całkiem się splami!“
Przyjaciółmi się stali. Obdarzony pełnym zaufaniem, sprawował Taras obowiązki prywatnego posługacza swego dyrektora. Rozkazy z oczu mu wyławiał. Zamieszkał nawet w domu pana Pichonia, nie mając żony, ni jakichkolwiek krewniaków.
Dom zaś bogacza był nędzną lepianką, daleko za miastem ukrytą wśród wiklin, po drugiej stronie rzeki. Podpierały ją namuliny wiosennych powodzi i pale spróchniałe, wbite w dno koryta. Połowa domu stała pustką. Właściciel zajmował tylko sień przestronną i dwie długie, nizkie izby. Jedyny Taras mógł przestąpić próg dziwnej komnaty. Cała zawalona była stosami ksiąg zapylonych i zżółkłych. Na ziemi walały się ogromne arkusze, zamazane nieczytelnym pismem. Z wytężeniem odsylabizował Taras zdanie wstępne: „był sobie Pan przed laty, co drogo kupił świat“. Reszta ginęła w sieci przemazań, skreśleń. Nic nie mogąc wyrozumieć, wygładzał przyjaciel­‑służący i starannie układał zdeptane foljały. Uczonością pana się gnębiąc, ścierał kurz ze stołu, gdzie z doniczki wystrzelał krzak mirtowy, zwiędnięty, a tuż za nim rozchylał się wachlarzyk stojący, z ceglastej, świńskiej skóry. Szereg okienek dawał widok ponętny nagich konterfektów, z twarzą niezmienną. Nalepione komentarze ułatwiały pojęcie. Więc niewiasta według pozy Goya’i „Maja desnuda“[3] (może cokolwiek bez wdzięku), ta sama niewiasta jako „Danae“ Rembrandta[4] (z poza kotary jednak nikt nie wygląda), ona również, w ułożeniu Tycjanowskiej „Wenus z Urbino“[5] (inaczej ponętna), rozpoznać się daje jako Hera w łoże Zeusa wstępująca[6] (Zeus był ale został nożycami odcięty), zaś w ostatniej podobiźnie już się ubrała cudownie, na czarno, niby Van Dyck’a, „Burmistrzowa antwerpska“[7] (jest przecie zbyt szczupła, Pichoniową przypomina ze sławnej cukierni). U dołu ramki kurczy się napis koszlawy: „mężulkowi dawne pamiątki z kabaretu tajemnego poświęca kochająca Honorcia“. Cmoknął w głos żałobnik i, przed pokuszeniem uchodząc, klamkę drugiej izby potarmosił niewinnie. Wszedł i musiał się z mrokiem oswoić, by dojrzeć cokolwiek. Ze ścian bowiem i przymkniętych okiennic spływały po samą ziemię płachty czarnego sukna. Szczerzyły się na nich białe, kredowe napisy: „Homo vigilans“. Gorsząca cudzoziemskość. Chciał Taras na podłogę splunąć, ale wczas zauważył, że stoi na błękitnym płótnie, zaścielającym cały pokój. Błękitność gdzieniegdzie nosiła zielone i czerwone plamki, fijoletowe żyłki i jakby grzebienie bronzowe. Jakieś początkowe litery i znaki. Tuż pod klęcznikiem, na wschód zwróconym, migotało białe, czyściutkie kółko, do którego ze wszech stron zbiegały się siatki linijek. Na pulpicie brudnego klęcznika leżał zwitek papieru, czarną wstążką owiązany. Wystawały poza jego brzegi zasuszone bratki. W rogach izby wystrzelały ku górze, niby ozdobne wieże wodne, na szczury wyniosłe łapki. Przedzgonne szuportanie się więźniów, to jedyny znak życia w tej krypcie.
Zakrzątnął się Taras koło łapek, oporządził z licznego ścierwa i z pośpiechem drzwi od nowa zatrzasnął. Postanowił już więcej tam nie zaglądać. Znaczenie ciemnicy pozostało dla niego nieodgadnione, tylko wsiąknęło w małą główkę podejrzenie, że z panem jego dzieją się rzeczy dziwne, rzecby można — prawie nieczyste. Określenie to jeszcze bardziej zaciemniło jego domysły, więc nie pozostało mu nic innego, jak przywrzeć pokornie do brudnego barłogu i słuchem szpiegować w noc późną dyrektora nieczyste historje.
Pan Pichoń zwykle późno wracał do domu. Po zamknięciu bowiem zakładu zwykł był wychodzić w miasto, na wieczerzę wstępując do drogich lokali, by wśród dobranych ludzi wystawić swą niezłomną wytworność. Było w tym trochę z leniwej chęci reklamy, podpartej przez igiełkowe zamiary złośliwej rozrywki. Nikt nie znał jego wyniosłości, nikt nie mógł jej ocenić. Postanowił przez zjawiskowe oddziaływanie gwałtem ją drugim narzucić. Nienagannie odziany, zasiadał przy suto zastawionym stole, spożywając najwyszukańsze potrawy, spijając słodkie, perlące się wina. Ukryty za płachtą zagranicznego pisma, czynił spostrzeżenia. Biedne ofiary oględzin nieraz aż unosiły się z krzeseł, czując, jak je bierze w kleszcze spojrzeń, niby rak małe rybki na zabawę. Pewna ruda dama, rozwiedziona z mężem suchotnikiem, dopatrywała się w tych oględzinach przedwczesnego wyroku na swe młode ciało. Wśród hucznego grona wnosiła przeciw niemu oskarżenie najmłodsza w mieście mistyczka, dowodząc, że ją wabi ku sobie, by potym pchnąć w noc wieczną.
Najcyniczniejszy ze wszystkich redaktor i wydawca „Odrodzonej myśli“ uważał za reformatorski obowiązek składać panu Pichoniowi zdaleka uprzedzający, przyjacielski ukłon, wedle manjer, przywiezionych z dwutygodniowych rozrywek na bulwarach paryskich.
Młody architekt, o satanicznej twarzy Baudelaire’a, żarliwie narzucał dyrektorowi zawiłe plany stylowych kamienic, bardzo hygjenicznych. Otwarcie głosił zasadę, że tysiące, na truposzach zdobyte, powinny stanowić niby drożdże, na których urośnie wyniosłe ludów dobrodziejstwo, dumne drapacze nieba. Milcząc, gardził pan Pichoń wymysłami potentatów zgłupiałego plebsu.
Słabą łaską obdarzał jedynie obcych przyjezdnych, którzy z zamiłowaniem przysiadali się do stolika tajemniczego dżentelmena. Temat poważnych roztrząsań mogła stanowić jedynie statystyka samobójstw lub nagłych wypadków śmierci. Ożywiał się pan Pichoń, słysząc, że nadprogramowo wyprowadził się z życia któryś z niepotrzebnych. Zdarzenia te wchodziły w zakres specjalnej jego umiejętności. Rosły więc zwarte pułki cyfr i zestawień, a pan dyrektor dowodził niemi, rozwijał je w przekonywujące kolumny, napadał znienacka lub też cofał się w podstępne pułapki, zasadzki. Na szerokim terenie rozwijała się strategja. Osądzano przeciętną śmiertelność w poszczególnych miastach, krajach. Dyrektor, z podełba zazierając, dowodził, że śmiertelność rośnie z pożytkiem dla narodów przeżytych, zatrutych we wszystkich ideach i sokach zdrowotnych. Kończył zwycięską apoteozą na rzecz śmierci, wyjątkowo pożytecznego i dodatniego czynnika w ustroju kosmicznym. Kiedy zaś już rozbudził należyty podziw i poszanowanie dla ogromu wiedzy oraz siły przekonań, nie omieszkał zgrabnie wtrącić, jaką jest jego rola na ziemi i skąd czerpie swoje dokładności i przeświadczenia. Oczywiste, że płoszył blednących słuchaczy, którzy, ze słodziutkim grymasem w kącikach źrenic, dziękowali apostołowi śmierci za pokrzepiające rekolekcje.
Z chwilą, kiedy Taras w dom jego się sprowadził, znikł w dyrektorze ten ostatni zapal do publicznych występów. Wcześnie wracał do swojej lepianki i cieszyło go, jak już zdaleka na moście przyjaźnie mrugały złote rzęsy, wysłane, niby z trójkątnego oczka opatrzności, przez lampkę kopcącą, którą w okno wstawiał sługa pamiętny. Bez utykania w ciemności śmiało wymijał kałuże zaułka i radośnie do sieni wpadał. Przyzwyczaił się zasiadać na barłogu Tarasa, wsłuchany w rozpaczliwe jego chrapanie lub w pojękanie harmonijki ze sąsiedniej stelmacha zagrody. Nachodziło go teraz coraz częściej jakieś truchlenie spotniałe. Więc budził przyjaciela, ciągnąc go ze wszystkich sił za poczerniały rękaw czerwonej koszuli. Taras oczy przecierał, spluwał w kąt i w kucki przysiadał. Pan do rozmowy ośmielał pytaniem:
— Jest jeszcze ciągle zaraza?
— A giną, niby robactwo zatrute. Dziś wyniósł już piąte od tego pisarza z magistratu.
— Cóż z tego — wszczął wywód dyrektor — że są dzieci grzeczne i rozumne. Jest ich niewiele. Wcale też zgodzić się nie mogę na to, coś wyrzekł niedawno, że zawsze dziecko coś warte. Tylko wyjątkowo. Wogóle zaś nic nie warte i to jest jedyna prawda. Ileż to ich dzień w dzień się rodzi i pomnażają te nieprzebrane roje ziemskiego plugastwa. Kiedyż wreszcie będzie koniec? Czyż niemałą mamy robotę z tą hałastrą, co się oddawna po świecie wałęsa. I jaka z tych dzieci korzyść? Czy nie skończą może za pośrednictwem pierwszorzędnego zakładu pogrzebowego? Trzeba tylko na nie nieraz długo czekać. One tymczasem wygodnie sobie podrastają, co wcale nie jest zajmujące. Przytym niewiedzieć czemu radosne i wrzaskliwe lub mazgaje beksiwe, jojkające, jak rynny dudnienie w dnie słotne. A co się z czasem w takim móżdżku ulęgnie, przewidzieć nie można. Synek pana radcy już ma pomysły, a cóż dopiero będzie z ekscelencji synkiem? Porządek rzeczy przemieni, che, che, powiadam ci, Tarasie. Potomek sławnego chemika pastylki na wieczność wynajdzie. Bardzo możliwe. Wystawią fabryki i przeczyć będą śmierci. A wieczność ich, to nie słoneczne bohaterstwo, to gnicie jeno cuchnące. Ot i korzyść z dzieci. Największe wrogi moje, te bachorów pokolenia. Jeszcze wyjątkowo ponure, które przedwcześnie zmierają... jeszcze te... No dla nich mam i wyrozumienie. Przecież sprawiłem im osobne powoziki, cacane, delikatne, zdobne w zasłony z przecudnie rzeźbionych koronek. I ciebie wyznaczyłem na usługi, chłopie mój zacny. Bije trzecia godzina i jadą sobie grzeczne dzieciątka. A z temi, co je nosisz pod pachą, obchodź się odpowiednio, nie tarmoś, nie przechylaj, by cię dobrze wspominały, pamiętaj!
Taras skubał mozoły na palcach i głośno stękał, bo lodowatość zaspana jęła w nim pękać od tego mówienia i rzewność, niby kra rozegnana, spływała z serca do gardła.
— Panoczku kochany — jąkał — pilnuję ci ja te kaczęta i żałość chwyta, kiedy patrzę. Napęcnieje niekiedy takie liche szczenię, niby topielec i ani rusz przymknąć wieko. Trzeba aż wgniatać na rączyny składnie złożone i na liczko grzeczne, uśmiechnięte do złotości włosków. A kiedy ćwieczki zabiję, już mnie bierze ochotność, by skrzynkę ze zgniłkiem w dół jaki grzmotnąć. I wpół obejmę, duchem gnam, niby płynę.
Kuny wszczęły piski na strychu i zajadle przegryzały powałę. Taras ćmił lulkę, by jakoś sobie ulżyć wśród tych straszności. Pan dyrektor tańczył w miejscu, przebierając małemi nóżkami i wymachiwał cudnemi rękami, jakgdyby chciał zaczerpnąć powietrza. Wreszcie oparł się o drzwi alkowy i martwym głosem ciskał wprost na ziemię ciężkie słowa rozżalenia:
— Chciałem ja mieć dziecko, z krwi mojej, własne. Takie byłoby coś warte. Miał dla niego spuściznę bardziej niż królewską, bo wieczną. Nie dano mi, Tarasie. Po prostu nie udało się. Nędzne było babsko, nie chciała. Hej! gdziebym już dziś nie był. Pod samym słońcem prawie, na jaśminowym z gwiazd posłaniu. Wychowałbym stworzenie nowe i łaskawe. Wszystko zmarniało, na perz, na łyko. Ot, same pozory. Czy ty wiesz, co to są pozory? Cala ludzkość niemi się żywi, pozorem każdy ruch twój, każde słowo twojego gamrata. Ja sam jestem sobie pozorem. A mogłem przejść granicę pozoru, czy ty wiesz, że mogłem? O tym nikt nie wie, ale ja wiem. Dzieciny tylko potrzebował i nie mam. Był czas wybrany, świąteczny, a teraz wszystko stracone. Wałęsam się dalej i powinność czynię, ale ciężko mi, bardzo ciężko, prawie że nie mogę. Nudzi już. Wiem komu służę i znam koniec lichy. Marna to służba i poco przedłużać. Wszak pójdę na pożarcie razem z wami.
— Panoczku, zgryzie ziemia, panoczku, i spokój nastanie — uspokajał Taras.
Pan Pichoń już całkiem głowę wbił w piersi i w drzwiach otwartych skomlił:
— Spokój — niespokój, wstyd jeno, który jak żelaziwo rozgrzane duszę wypala. Nie wywiozę wielu, wszystkich nie doczekam. Mrowie uparte. Wstyd, wstyd, że mi wspólna z wami droga.
Zawalił za sobą drzwi alkowy i spuścił podwójną zasuwę. Rozbijał się gwałtownie od ściany do ściany.
Wierny sługa czuwa, nadsłuchuje. Coś, jakby w alkowie runęło. Łomot. Głową o podłogę wali, pewnikiem głową. Dudni. Lecą jakieś pokrzyki, bardzo zastrachane. Wyraźnie przyzywa: hop! hop! Ale znowu ścicha. Idzie tylko rzeka, okrutnie bulgoce i ciągle się wzdyma. Wichury wiosennej słychać granie. Nie inaczej, nadciąga zlewa. Przylecą wody wezbrane, moc straty ludziskom wyrządzą. Pyka Taras z fajki i wcale do snu się nie układa. Siedząc na wygniecionym sienniku, oparł brodę o wystawione kolana. Nie wiele on ze wszystkiego zmiarkował, ale wzięło go jakieś nieszczęsne rozmyślanie, więc uparte zadumy w rozgorzałej głowie na zacny porządek układa.
Nikomu nic przydatnego nigdy nie wyrządził, nie było w nim dobroci po temu ni chęci. Zawsze ino grzebał i grzebał, a inną wszelaką markotność precz odpędzał. Dziś go jakoweś chcenie swędzi, niby coś wystrychnąć! wcale życzliwego dla dyrektora, tylko dla niego, bo trzeba, trzeba — żeby tak łbem swym nie tłukł.
Pchnął odrzwia, wszedł w świt. Brzask zimny po odsłoniętej piersi kudłatej go maca, nogi w błotnym ile grzęzną. Co wyczynić? Nie może oprzytomnieć. W porannej mrace przesuwają się przed nim wybladłe twarze znajomych przechodni. Przesłaniają oczy przed deszczu kroplami i gapią się w stronę pól zamglonych, skąd, wraz z rzeki szumem, płynie ciągiem jakaś groza na miasto.
— Ludzie! hej! — wykrzyknie — a co wam. Podchodzi do cieniów na moście. Ślad i węch całkiem zatracił, nie wie którędy — woda oczy mu zalewa. Ktoś gna. Parska, chlipce. Zetknęli się. Gruchnęły łbiska.
W Tarasie nastaje światłość, wie, że ma wyczynić. Przytrzymał pludra za szyję, pod pachę zagarnął i zwalił się razem z nim na ślizki pomost. Do ziemi głowę palczyskami przygwoździł i skrzykuje w ucho bliźniemu pierwszyznę swego żywota, sercowe zamiary: „Ty, brat, psubrat jeden, nie gnaj, nie uciekaj, kiedy masz słuchać radość człowieka! A czy wiesz ty, którędy droga, by coś wyczynić zdatnego? Widzisz? Nic nie wiesz. A ja ci każę, mów, bo inaczej nie puszczę. Zachlany jesteś braciszku, braciaszku, okowitą cuchniesz, ale daj usta, psia mać, ot i pocałuję. Żebyś miał pamiątkę, mordo zakuta, od przedniego człowieka, co dobrze ma zdziałać dla swojego dyrektora. Zapamiętasz, pokrako? Ha! przecie cię poznaję, tylko się tak nie szyj, bo i poco? Stelmachuniu dobrodziejaszku, pijaczyno zacny, miluchny sąsiadku! — a gdzie harmonijka? Porzuciłeś, nie chcesz wygrywać? Od wody szumiącej, od gnojnej chałupki straszność cię odpędza? Zmykasz kaleko, a tu cap i już nie możesz dalej. Aha? a widzisz? Czekaj, wiesz ty przypadkiem, gdzie jest jaka droga zacna, ratunek dla smutnego człowieka, któremu wciąż wszech­‑wobec cięży? Nic nie wiesz, a gnasz. Chłopie durny! Usta wykręcasz i wiercisz się, czyś oszalał? Spokojniutko, warjacie, spokojniutko, kułakiem w zęby cię zdzielę, tak, a teraz się oblizuj. Smakowało, co? Jak pies mi tu przywaruj i słuchaj: Syneczek twój, Franuś, ladaco, spadkobiercą będzie i panem nielada jakim. Już moja w tym głowa. Oj, na fircyka­‑galanta dyrektorek mój go wystrychnie. Ale tobie, ścierwo, zaraz musi być koniec. Abyś się potym może nie panoszył, na dyrektorku papierków nie wymuszał, wstydu i zakały dobrodziejowi nie przynosił, abyś człowieka dobrego nie przedrzeźniał i wiedział, kanaljo, już raz wiedział, kędy droga prawowita dla ciebie, dla wszystkich. Tak mi Pan Bóg dopomóż, że już z tobą koniec. Nie chciałeś całować, to splunąć ci w usta. Tak — a nie charcz, nic nie pomoże, dalej w mgiełki pognasz, jako chciałeś, choć pewnikiem nie miarkujesz po co i za co. Jeno kierunek nadam ci zacny, stelmachuniu, ścierwo — — —
Taras przyklęknął, siły zebrał, głęboko westchnął. A potym stygnącą ofiarę pięścią między oczy zdzielił. I migiem stelmacha za kostki nóg oburącz pochwycił, jak łuk w tył się wygiął i, zawijając ciężarem ponad poręcz mostu, w ulewę nim świsnął. Jak wzdęta pierzyna westchnęła rzeka. Wnet jednak zwalił się na nią deszczowy szum.
Żałobnik wodę z czapy strzepnął, błoto z rąk wytarł w podszewkę kieszeni i zmierzwione bokobrody wygładził. Kiedy mu minęły kolące drgawki w pęcinach, śmiało ruszył przez most, w stronę miastowego ghetto.


O zwykłej godzinie zasiadł pan dyrektor za swoim kantorkiem. Wcale uśmiechnięty i zwyczajnie dostojny, ale widocznie zmieniony na twarzy. Człowiek prawie cudzy. Oczy zakryte szkłami w złotej oprawie, a na czole sterczą sine guzy. Mózg mu jakby sparciał i myślenie ma robaczliwe i zmasakrowane. Ksiąg nie tknie, tylko pióro w palcach obraca lub globusik pieszczotliwie głaszcze. Poty uderzają w niego i czerwone plamy wystąpiły na karku. Nawet zwykłość zmienił, bo oto okno mleczne na oścież rozwarte i rynek cały wprost wgapił się w niego.
Wszedł Taras sprytnie uśmiechnięty, przodem wypycha pędraka w łachmanach.
— Czego? — surowo pyta dyrektor.
Wielkie serce w piersi przeogromnej ustało, nie tyka. Sługa chyli się kornie.
— Przybłęda, panie dyrektorze — tłumaczy — sierota, ale chłopak zacny. Przeziębło nieboże. Przecie pluta okropliwa.
Dzieciak ma krosty na twarzy. Włoski czarne, kędzierzawe, stroszą się zajadle. Czapkę cisnął odważnie w głąb otwartej trumny i odrapuje skrzydełka aniołkom na wieku. Po przez zęby lekko gwizda i strzela brudnemi oczkami, zarzucając zezem. Pacholę miłe.
Taras objaśnia: — Prostackie to stworzenie, syn pijanicy, stelmacha. Widział ja, jak sprawnie topił w rzece kocięta i naciągał pejsy żydkom na przedmieściu. Pod wieczór roznosi gazety. Bardzo mi się udał, muszę przyznać. Wczoraj zaraz o nim pomyślał, kiedy pan dyrektor wspominali o dziecku. A nuż się przyda. Prawda, że to cudze i plugawe, ale może jakoś da się przysposobić.
Pan dyrektor ujął chłopca pod brodę i patrzy w oczy dziwne. Jakgdyby mu kto własne z orbit wyłupił i w dziecinne jamki powprawiał. Oczy! Te same oczy! Zagląda pod światło. Migocą ślepki, które przyjmą w swe tęczówki tyle pozorów nowych, niespodzianych. Jest łączność między nim, samym Pichoniem, a dzieckiem. Jest wspólna wejrzenia zasada, bezsprzecznie. Otwiera się karta zapomnianej książki, dawno porzuconej. Jest wyraźnie stronica 87‑ma i wiersz, wydrukowany prawdziwie: „każdy człowiek coś sobie chowa“. Wiersz siódmy od dołu — czyta i rozmyśla plastycznie. Do podniebienia przylgło tłuste orzeczenie: „następca". Językiem je obraca i mlaska. Więc następca, tylko ten tutaj. — A kiedy się wychowa, tajemnicę wielką może odgadnie. Trzeba pomówić z prorokami, już nie dla siebie, lecz dla chłopca. — Inaczej nie można. Gdyby obiecali, gdyby —

Żywioł się rozgadał, daje przedstawienie, raz wraz walą teatralne pioruny. Dzieciak obojętny zasiadł na podłodze, zabawę urządza. Ściągnął z pułki białe pudełeczko, czuły schowek dla noworodka. Zgartuje trociny i wraz ze śmieciem wpycha do wnętrza. Przerywa sobie trud pracy hałaśliwym przymykaniem wieczka. Jest małomówny a śmiały. Posiada świat myśli odrębny. Słyszy pytanie:
— Podoba ci się, chłopcze, u mnie?
— Czemużby nie?
— I chciałbyś, żeby to wszystko do ciebie należało?
— O jej! — wykrzyknął, garnąc się do nowego opiekuna.
Pan Pichoń nie przyjmuje pieszczot, balaski kantorku zatrzasnął i upomina:
— Czego wrzeszczysz? Jeszcze nic nie wiem, nie można przewidzieć, jak będzie. A twój ojciec, ha?
— Albo ja wiem, gdzie go licho poniosło — burknie Franek.
Taras naprzód się wysuwa i z dumnym głosi przekonaniem:
— Ojciec, panie dyrektorze, nic nie znaczy. Pijaczysko i tyle. A siedzi już tam, tylkom sobie zapomniał, jak się to nazywa, no poprostu tam, gdzie żyje wszelaka ryba.
— Więc w akwarjum?
— Tak, tak, proszę łaski pana, to samo, w akwarjum.
Z poza kantorku wyrok zapada:
— Więc pozostaniesz u mnie. I naukę wyższą pobierzesz, ale raz tylko jedyny. Potym sam się już chowaj, jak ci będzie przykazane. Byle ludzkiemu nasieniu na utrapienie, na hańbę. Pamiętaj, ty mój syn przybrany.
Zaprowadził sługa Franka do szatni, oczyścił, ogarnął, jak na następcę przystało. Mały dziedzic porwał znak Tarasa, białą kitę i po podwórzu z nią się ugania, płosząc wróble. Kita dzisiaj niepotrzebna. W nagrodę za służbę prawowierną, na żałobnika spadło odznaczenie. Jako herold konny, w aksamitnym fraku, na czarnym rysaku wyrusza wyjątkowo, by należycie pogrzebać sławnego w całym kraju komendanta. Duma w piersi go kopie...
A jest znowu trzecia popołudniu, pan dyrektor rozdzielił między służbę dziurawe parasole i mruknął przed samym sobą: „czynię to po raz ostatni“. Nawet go nie zadrasnęło zagadnienie rogate: „dlaczego“? Wyrzekł sobie całkiem statecznie, z ufnością, jaka towarzyszy niezłomnym wnioskom, wyciągniętym z kolumny sumiennie zebranych przesłanek. Za przynętą powiedzenia przyczołgają się logiczne wypadki, wie o tym pan Pichoń i spisuje:

TESTAMENT.
„Najlepiej zginąć na wiosnę, kiedy tęskność leniwa mieszka w kościach, a nuda żywota bije w uszach męcząco, gdyby rzechotek wielkopiątkich klekot. Wówczas zmieranie samowolne nachodzi jako dobry obowiązek. Sprzeciwianie się, zwyczaj ludzi zwykłych, w tym wypadku nie jest wskazane. Lepiej ulec.
Rzecz główną o sobie znam dokładnie, czuję, że nastąpi i dlatego gryzmolę ten legat. Przykro mi, że nie mogę podać bliższych szczegółów, dotyczących formy i sposobu mego zakończenia, ale nie przewidziałem. W ostatniej chwili dopiero wymyślę. Obecnie trudno mi się zdobyć na odpowiednią poradę.
Mam bowiem przed sobą zawiły rachunek, który rozwiązałem. Życie jest niezaprzeczenie potęgą, o wykładniku jednak zawsze zmiennym, zależnie od wartości, z którą ma być zrównane. Logarytmowałem tę życia zasadę niezliczone razy, dla liczb bogatych i skromnych, aż wyczułem zero i dla niego pokusiłem się wystawić zrównanie. Zero, o którym wspominam, odpowiada ustaniu pewnych wartości, które były. Teraz już ściśle matematyczne przeprowadzę wywody, które są tylko osobistym twierdzeniem, zwolnionym z praw ogólności. Jeżeli zasadę życia (złożonego z wielu jedności) nazwę b, a ustanie wartości = 0, wówczas liczbami mogę wyrazić moje zapytanie:
bχ = 0
Więc wykładnik χ jest nieznany. Nam zaś chodzi, by i w tym wypadku potęgę życia ocalić. Matematyka znachodzi jedno wyjście, przez które i my przejdziemy. Liczby twierdzą: jeżeli b > 1 (co się zgadza z życia wielomianem), wówczas
b − ∞ = 1/b = 0
logb 0 = − ∞
Jeśli podstawię przyjęte wartości, zrównanie opiewać będzie:
Zasada życia, podniesiona do ujemnej nieskończoności, równa się ustaniu wszelkich pewnych wartości, które były, czyli zeru (0).
Ten wykładnik ujemnie nieskończony długo mnie niepokoił i nęcił. Przez konieczność zewnętrzną, przez gromadę rozbieżnych wypadków i rozmyślanie czysto osobiste odgadłem go i zrównaniu narzucam niezwłocznie:
−∞ = śmierć,
a to dlatego, że potęga życia mojego doszła do ustania wartości, zerem się staje, więc wykładnika wymaga, któryby ją do zera doprowadził. Wykładnikiem zaś takim może być tylko śmierć, nawet z nieistniejących rzeczy stwarzająca zero materjalne. Podejmuję więc zmaterjalizowanie nieuchwytnego mego zera według dyktatu, jaki otrzymałem z wewnątrz. Będzie w tym niezamierzona zasługa społeczna.
Zatym ciekawy mój wypadek przedstawić się daje za pomocą określeń krańcowych i brutalnie ogólnych:
życie śmierć = 0
Ocalam życia potęgę, zero moje materjalizuję uczciwie, wykładnik — co prawda — uzyskuję nieskończenie wielki, ale ujemny. Coś się poza tym ukrywa, ale nie pojmuję. Nieskończoność moja nie sprawi mi radości, tyle wolno przypuszczać. Nie bez słuszności. Wieczne spoczywanie n. p. w żołądku żarłoka­‑wszechwładcy nie może być wesołe, ani przyjemne czy też wygodne. Dotąd jednak zawsze smutny, zgodzić się mogę na zapowiedź niezadowolenia wiecznego i smutku. Smutny dziś wyjdę z mojego kantorku, ale pójdę już, pójdę, skoro tak pięknie wszystko się składa i wypadł rachunek.
Synka sobie przybrałem, jemu to piszę. Imię jego Franio, Franuś, Franeczek, nazwiska nie pamiętam, zresztą niepotrzebne, moje bowiem przyjmie. W razie niepewności przyjaciel Taras go wskaże panom z władzą wykonawczą. Taras ma czuwać, by Franiowi oddano całą moją własność.
Ostawiam dziecinę niby moją a cudzą. Błąd w układzie ocznych spojówek przybliżył malca do mojego serca. Jest w tym błędzie wielkie do mnie podobieństwo i stąd moja czułość. Mam pewność, że wszelkich rzeczy u niego pojęcie mojemu pojęciu będzie równe i wszystkie moje błędy godnie się powtórzą. Zawsze zdradzałem słabość dla zezujących jednostek. O jednym tylko wspomnę, o Marcinie, płatniczym z „Continental“. Miłemu człowiekowi jedwabną kamizelkę darować zamierzałem. Nie zasłużył jednak, szlachetny błąd pod nóż chirurga oddał, kamizelka w szafie pozostała. Niechajże chłopak, któremu zaufałem, błędu nie poprawia!
Niechaj żyje i kwitnie w dostatku! Precz od nędzy, zdala. Nędza, to stan zdrowotny, to normalność podła, dla gromad zbitych nieodzowna. Wyradza kudłate, zmierzwione chęci i siły śmiesznie silne. Jej spojrzenie krótkowidne, a zawsze biega na szczudłach. Śmieje się wrzaskiem głupowatych małpek, popłakuje wyciem szakali. Serce nędzy, to kokon wołochaty, w którym gąsieniczki żarłoczne się lęgną i pręty winnicy wieczystej obsiędą. Ona to buduje miasta i miasta rozwala, wszech ludzi społem objęła w uścisk serdeczny.
Nie godzi się samotnikowi zaznawać nędzy, jako że przez nią wejść musi w pospólstwo. Samotnik jest jak sąsiad obcy dla domostw okolnych, jest jak stały przechodzień przez uliczne trakty, których miana nigdy nie spamięta. Przy gromadzie żadnej nie przystanie, nie ma o co bliźniego zagadnąć. Siedzi bowiem w nim wiedza wszechrzeczy widocznych, a w skrytości jeno z własną ślepotą się zmaga. Gdy musi (stan wyjątkowy) z gorszym bratem się wdawać, wybór czyni wśród ludzi. Unika sytych, zdrowych i szlachetnych. Co mu po nich? Sam dość nasycony, a zdrowie i szacunek jedynie zabawnym ptaszkom w klatce są potrzebne. Gardzi niemi człowiek wolny. Zajrzy niekiedy do pawilonów zakaźnych i na łożu odnajdzie sobie przyjaciela. Pamiętaj, Franiu, jeśli się zanosi kaszlem, czy krew mu popsuła dziewczyna, mózg zwietrzał czy ślepa kiszka ugniata, już zawsze coś wart taki człowiek. Bez obawy jakie słowo przed nim wyrzec możesz. Nawet trzeba.
Rzemiosło moje niechaj syn dalej prowadzi aż po czas, kiedy oświecony i pouczony będzie przez proroków, których ubłagam. Nie wiem, jak się stanie, czy prośby mojej wysłuchają. Ale nauk przecie nie pozostawiam, ze szczerej obawy przed paragrafów niemym smutkiem, gdy stosy zacnych wskazówek zwijają się w ochronne rurki dla smalcu czy migdałów, nigdy nie czytane. Wspomnę tylko, że radbym widział, gdyby Franuś wziął sobie jaką Honorcię, skoro czas przyjdzie pożyteczny i rozpocznie się przyobiecane wędrowanie. Niewiasta może być oporna, jako była moja. Wówczas niech się nie wzdryga i uczyni zbrodnię, najwygodniej według przepisu na trujące ciasta. W zanadrzu trupa mojego przepis ukryty będzie. Przykrej tej przeprawy można uniknąć, nie zastanawiającsię nigdy nad niewiastą wziętą. Rozkazanie w czas i należnie silne wystarczy.
Zanim Franuś wyruszy do przeznaczonych lądów, może podróżować dla pouczenia i rozrywki, może zwiedzać kraje znane dawno, ale nigdy niechaj nie wyjeżdża istotnie. Daleko godniej w marzeniach przewędruje glob ziemski, co go nie znuży, uwolni od kosztów. A niepotrzebna konieczność lichych ziemskich widoków w mrakę się zasnuje niewidzialną.
Tyle słów, spisanych dla ciebie, chłopczyku niepewny. Żadnego żegnania, gdy na nieskończoność idę, choć ujemną. Śmiesznie powiedzieć, a jednak ujemny wiecznie trwać będę. Odwołuję się na ścisły rachunek, podany u wstępu. Wobec faktu trwania zawsze, mogę Franiowi być pomocnym. Na żądanie nawet samego wielkorządcę­‑żarłoka przyślę. Tylko że wszelkie me działanie musi być zawsze ujemne.
Wynalazłem powagę, znaczenie odgadłem godziny trzeciej. Jakże wyjątkowa, ze wszystkich godzin jedyna! W niej się ostateczność waży: trud grzebania i objawienia wesołość.
Zaznałem słodkości i nic mi potym:
’Ασχαλάω[8]
Ot i godzinę sam sobie wydzwonię. Pełny jestem wstrętu.
Zgiełkiem nabijanej blachy radują się pijane przedmieścia. Więc niechaj spłoną! Przez dzieło litości niechaj spłoną!
A na jaskółczych skrzydłach pożarnych dymów uleci nuda waszego miasta, nuda świątyń, nuda pałaców —
nuda klombów sadzonych, nuda bawialni, nuda haremów — — —
Już może sen mój przyjdzie, mój sen upragniony —
Sen biały lodowców —
sen trwożny limby samotnej,
sen wonny azalji o skonie w przymroku nad świtem —
Tymczasem zajrzę jeszcze do proroków.


Przyozdobił papier podpisem i pieczęcią, na widoku kantorka go złożył i, nie oglądając się za niczym, wyszedł. W podwórzu zziajanego chłopca przycapił i powlókł.
Odeszła burza. Uciekają sponsowiałe obłoki pod zachód słońca. W powietrzu rozpachniała siarka. Kasztany zapaliły, niby boże drzewka, różowe świeczki swych kwiatów. W lipowych alejach ogrodu pobrzękiwały pierwsze chrabąszcze. Pan Pichoń sunie przez ścieżki rozmokłe. W ciemnej dłużni drzew prześwieca mu strzęp biały drzewnego włókna. Zwisa konar z pnia bezwładnie, odsłaniając ranę młodego, strzaskanego świerka. Wkoło park, cały płaczący. Padają łzy, słychać. Łzawią się mchy brodate, niejeden pień zgrzybiały stęka, gazony przez rzewność płynącą wymlaskane świeżo. Całe towarzystwo popłakujące. Za kim? Oczywiście za świerkiem. Młody, wysmukły, dorodny, przyszłość mieć musiał najwidoczniej. Żył w otoczeniu. Oglądano go. Padały uznania, oceny. Musiała się skupić około niego życzliwość. Pan Pichoń zaklął, wbijając stopę w nabrzmiałą od ulewy ścieżkę. Ucieszył się tym figlem malec, nie wiedząc, że opiekunowi brakło otoczenia, że w obcym, nieodpowiednim usychał klimacie, co, poważnie wzięte, przedstawia się smutno i inaczej, jak nogi tupnięciem, nie da się wyrazić.
Podeszli do drzewa. Palcem dłubie pan Pichoń w ranie strzępiastej. Tu żyła nadzieja, dokładnie wyczuwa, zdrapuje paznogciem. Jest dowód: niewolno mieć nadziei. Świerkowi niewolno, a i jemu także. Nadzieja w niebie się rodzi, w podziemiu się skrywa. Piorunom podobna. Obcowania z ludźmi, ze stworzeniem niezwyczajna. Druzgoce i mija. Jako w drzewo bujne ugodziła w niego, moc odebrała, wióry w duszy pozostały. Wiośniane zwiewy niepewności wdrożyły ziąb w cieplarnie marzonych jego krzewów — krzewy zwarzyły.
Niespokojny pędrak naprzód go ciągnie usilnie. Doszli do studni. Spacer pożegnalny. Miejsce ceremonji wyodrębnia się, pasmem mroku odrzyna się od oświetlonych, rynkowych kamieni.
Jako własność dawną bierze je w posiadanie uczeń wieczności wzgardzony. Na kupie wymulonych kamieni przysiadł wraz z dzieciakiem i głosem niedbałym, ospale, uwielbiane ongi postacie zagadnie:
— Czcigodni panowie, sługa wasz wierny łaskawym względom się przypomina.
Ukryli w ciemności wyraz twarzy. Łuna miasta wyświechtuje ich garby. Chłopak wlazł w wymuloną jamę i zbieraniem kamieni się zabawia.
Przywołuje ojciec: „Siądź przy mnie i słuchaj. Stąd jedynie może przyjść dla ciebie wybawienie. Inaczej marnie zginiesz, jak wszyscy inni, jak, naprzykład, ja zginę. Ze zbawcami temi pomówię, może do swej łaski ciebie przyjmą, a ty słuchaj pilnie!“
Straż nocna przeszła, więc się do jamy schronili. Tu wszczyna pan Pichoń szeptane pytania:
— Wielce szanowni panowie, nie dla siebie was nagabuję. Zgodnie z waszym życzeniem zerwaliśmy stosunki. Nie napieram się i do kogo innego idę na służbę. Dla tego oto synka proszę was o posłuchanie. Nie moja to latorośl, ale mnie podobna, sercu memu blizka. Możecie go ocalić z rąk tyrana, któremu ja poddać się muszę. Jeżeli nie chcecie przemawiać, znak tylko dajcie, że go w opiekę przyjmiecie, że życzliwi będziecie jego losom. Nic ponadto. Cóż panowie?
Posągi milczą.
— Hej! niedobrze panowie, żeście tacy zawzięci. Czas mi już odchodzić.
Zniecierpliwił się Franek. Jego pan prosi grzecznie, delikatnie, a te kamienne ciemięgi nie pisną, nie mrukną. Licho wie, czy się który po cichu nie natrząsa. Bierze Frania chętka, by którego z nich zamalować. Kamienie od czego? W kieszeń sięga.
Pan Pichoń przykląkł. Kaje się. Wszak wyrozumieć zechcą, że żałobnego zakładu dyrektor nie dla siebie wnosi prośbę. Do najbliższego z proroków ręce wyciągnął, jemu powierza wychowanka.
„Homo vigilans“ jest wielce znużony, zanim odejdzie, łaski pragnie. Głos podniósł ponad kanałów szemranie. W błocie obabrany, żarliwie się modli:
— Panie! zaklinam ciebie...
Żal przeogromnie w nim się rozwielmożnił. Słowa więzione z ust mu uciekają.
— Zaklinam ciebie przez wonne łkanie zdeptanego pęku,
przez burzę dzwonów pogrzebów płakanych,
przez szał organów płonącej świątyni,
przez bunt kurzawy pijanych orkanów,
przez obłęd dymów zagrzebanej wioski,
przez żar oddechów przebrzmiałej piosenki,
przez litość ciszy w spowiedzi wieczorów,
przez żal konarów za pieszczotą wiosny,
przez pojęk mewy, ciągnionej w odmęty,
przez szept oddali, zaprzedanych mrokom i przez złowieszcze stawisk mamrotanie —
O bądź łaskawy nad wielkością mych pragnień i nad ciężarem troskań bezlicznych, wiekuistych!
Znaj miłosierdzie zbawionych grzeszników, znaj głód pytania wędrownych pasterzy — i przemów —
Świsnął pocisk kamienia w powietrzu. Nie może usłyszeć pan dyrektor, zatopiony w sztucznym układaniu wzniosłego modlenia. Zauważył tylko, jak olbrzym głowę poczciwą nachyla, znak daje, usta w życzliwym uśmiechu porusza. Więc się dokonywa powinność, kamień da się wzruszyć. O pozory! o modlitwo!
Sypią się gruzy na skronie, na twarz pana Pichonia. Unieść oblicza nie odważy się, głowę kornie chyli coraz niżej.
A gdy już chciał przywołać chłopaka, by mu szczęśliwość oznajmić, ujrzał postać nieznaną i ze zdziwienia osłabł. Ledwie może patrzyć. Z krużganka okolnych cieniów na skręconych nóżkach bieży ku studni dziewczynka. Trzynastoletnia być może. Z brzydkiej twarzyczki uśmiecha się lubo. Liczko ciemności rozświetla. Skurczyła się, zasiadszy tuż pod cysterną. Znanym rytmem sieje studziennik w niemym ryhocie sine perły na drobną główkę i młodzi jej sploty, długim snem zmożone. Z zapachu domyśla się pan Pichoń: wiecznie powrotna wiosenka­‑krzywonóżka. Zawiewa od niej ciąg ciepły, łagodny. Biedne nożyny leniwie wyciąga. Odchyla sine usteczka. A Franek podbiegł i całuje jej powieki. Przebudzona, uśmiecha się do chłopczyka, koszulkę na piersi naciąga. Biorą się za ręce i odpływają powoli w głąb ogrodu, zapatrzeni w siebie.
Nie wrócą. Doskonale rozumie dyrektor. Zmarnowanie pożytkiem się stało, wysłuchana prośba. Wiosenka, proroków wysłanka, powiodła chłopczyka w szczęśliwe krainy. Przyjdzie odrodzenie, nowe światy zaludni. Pokolenia zacne się rozpłodnią. On sam, pan Pichoń, już się poświęci, precz zejdzie.
Wygramolił się z jamy i, potrącając gipsowe odłamki uszu, nosa, odchodzi. Kapelusz sztywnie trzyma w ręku, zgina się w ukłon poddańczy i zbawcom składa podziękę.
— Stoicie tutaj, panowie, więc was musiałem zagadnąć. Bo i czy stalibyście inaczej, nie mając nic do powiedzenia? Długo dajecie czekać, boście kamienni. W każdym razie ładnie, żeście choć w części usłuchali prośby. Bywajcie!
Nadciągają z powrotem halabardnicy nocni. Uważa za wskazane przed niemi uchodzić. Przestrzeni wolnej mu trzeba, nic nie może stanąć w drodze. Okropność nim wstrząsa na myśl o jakimkolwiek z ludźmi spotkaniu. Rzucił się w noc wielką.
Przebiera nieudolnie nogami, zapada się, rani. Ale świętość ze sobą unosi, więc po ziemi się kula, byle dalej. Przemknął wzdłuż strasznie chciwych na echo ścian kamienic, wytarzał się w białej mazi gościńca, przedarł przez zdradne podkopy okolnych wałów, wądoły wapienne minął, przystanął u mostu.
Musiał twarz rękami zakryć. Stłoczony, dźwigając tobołki, pociągnął tłum przedmiejski w stronę miasta. Spętał na chwilę uwagę, wyrozumiał zdarzenie: — przed zalewem chroni się nędza. Splunął za ciżbą.
Most opustoszał. Wypoczywa umęczony wędrownik. Oparł czoło o poręcz żelazną. Czuje, jak się pomost chybocze. Pod stopami rzeka pomrukuje, skupia się, siły zbiera. Brzegi wygryza coraz szerzej. Jako pochód niewstrzymany płynie. A lśni się, niby metalowa trumna. Chwały pełna. Niosą ją blaski setnych mieczów. Woda wzdyma się i ściele miękko, jedwabiście. Jest majestat i przejrzyste, kryształowe wieko. Rzeka — płynąca trumna. Dla pośrednika w rzeczach ostatecznych najbardziej odpowiednia. Chwila jedna w myśl mu cisnęła paradę arcytrudną.
Wybór uczynił nagły i zbiegł do swojej lepianki. Tarasa nie zastał. Po omacku wsunął się do czarnej izby i na klęczniku małą łojówkę umocnił. Odwiązał zwitek z przepisem na trujące ciasta, zeschłe bratki w dłoniach roztarł, ucałował kosmyk przechowanych włosów, poczym starannie świstek związał i w zanadrzu umieścił. Ze wszystkich łapek szczury powypuszczał, a gdy szmer po nich zaginął, księgę z poematem oraz wachlarz z podobiznami na pulpicie rozłożył. Otoczywszy się w ten sposób najdroższemi szczegółami swego posiadania, na klęczniku się rozparł, twarz dłoniom oddał.
Odtąd już tylko nienapisany poemat przeżywał, prawił przedzgonną egzortę, fragmentaryczny cykl tworzył:

LOS CAPRICHOS.

Nadsłuchuje: idzie rzeka, rośnie. Zdała skrzykują ludzie ratujący. Prysnął płomyk łojówki, ogarek zachwiał się i, na ziemię padszy, zgasnął. Wichr okiennice roztrącił, odrzuca zasłonę. Smugi łuczyw przez wartę palonych skróś rzeki się pokładły, niby przedługie zjadliwe jęzory. Fale lecą brudne, tłuste, potrącają się bezgłośnie. Tuż — tuż przez okno przelezą. Zbiją się, stłoczą, niby dzików zgłodniała czereda. Jako kły ostre biała piana łyska.
Rzeka puchnie. Fale jedwabiste, wodo okrutnie myśląca, trumno płynąca!
Tarzają się wiry wśród nadbrzeżnych wiklin, zwisie gałązki gnębią. Klekocą zajadle, szarpiąc korzeniami. Coś nagle bryźnie, chluśnie swawolnie i od nowa zaciskają się wód niedobre pięści, o ściany chałupki rozdzielają miarowe szturchańce.
Bąknął żuk czarnooki, przeleciał. Żywota czyjegoś ważkę dźwięcznoskrzydłą na kołysanych trzcin puszyste kity uniósł dla radości.
Usunął się pan Pichoń, o ziemię ciałem gruchnął i w głos się pożalił: O ważko, moja ważko, bycie, mój bycie!
Przylgnął ustami do białego kółka na gieograficznej posadzce. Ostatnim, rozpacznym westchnieniem zamyka przed sobą pocałunkowe wrota darowanych rajów, których nie dojrzy, do których nie wejdzie.
A domowina czuwa, jeszcze czuwa. Do alkowy głośno śmierć wchodzi, ta najlepsza, całkiem pospolita, z twardym żalem.
Milknijcie fale! ścichajcie!
Oto spowiedź głucha, gdyby odgłos pięści, zapadających w załom schorzałych skrzeli. Ropieją nabrzmiałe otoki. Więc czas? — Przemówmy, czując, że jeszcze —
Czasy! czasy! pisane i znaczone czasy. Cześć wam, nieznane czasy, wam, starcy nabożni, i wam, zakażone niemowlęta. Długim rzędem spocznijcie na przyzbie pilnie gotowanej, a głód wasz ukójcie we śnie o skwarze słońca, bacząc godziny śmiertelnego tężca.
Gromadzi się w piersiach głuche stękanie, niby dziewki najemnej utyskiwanie smętne za zmarniałym mieniem i za wianuszkiem, wianuszkiem, który zwiądł.
Zwiądł, świegotliwe ptaszęta, zwiądł.
Milknijcie fale! Spowiedź głucha, zmieranie ciężkie.
Skąd przybył? I po co? Z której przystani porwany jego korab odpływów podstępem? Która godzina? czy dzień który lub noc, gdzie wioska czy miasto, gdzie kraj ten dziwny czy morze nieznane, kędy się stało to jego poczęcie? Swoich nie znał, nie pamięta. W łozinowej porzucon kobiałce. Jako prorok smutny.
Prorok — niegodny — zmarnowany — smutny.
Skowytem szkła, wtłaczanego w żwir ścieżki nogą przechodnia —
zawrotnym piskaniem odrzwi u zawiasów trupiarni —
parnym jękaniem dziewicy zległej w zwidzeniach snu lubieżnego —
igielnym świstem konających, suchotniczych piersi —
szumnym płaczem brzozy nad wyschniętą rzeką —
skarży się młodość jego na minione lata, na błędne i ponure lata.
Był zawsze sam sobie okropnym zdziwieniem, co wrosło przed nim czarną, wilgną ścianą, pod którą cuchnęła potworna padlina, żywiąca mnogie, nieznane robactwo, na żabich nóżkach podskakujące w świątecznych pochodach, czułemi ślepkami łasiczek uwielbiające zaćmione księżyce.
Był, jako gałąź wczesna, odszczepiona ostrą dłonią wichru z pnia kwieciem płonącej czeremchy.
Gdzieś kwitnął ongi, w późną jakąś wiosnę na cmentarnym drzewie.
Dziś prorok, życia ofiarę czyniący —
Bywajcie fale! Ruszaj rzeko! Franek przecie wyzwolony będzie. Dzieło się zaczyna.
Skurcz kilkakrotnie nim szarpnął, ręce wygiął, wyprężył. Głową czołobitnie o przylądek dobrej nadziei uderza. I głuchnie na groźną przemowę rzeki. Woda pianę z ust mu zmywa — nie czuje. Sypie się na niego wapno wielkiemi płatami. Trzeszczą krokwie. Przez okno włazi skulona dnia słonecznego pogoda. Lekki powiew żałobne unosi zasłony i jako pogrzebu proporce nad Pichoniem wzdyma. A chatka już tańczy w brudnych nurtach powodzi.
W płynącej trumnie odjeżdża pośrednik w rzeczach ostatecznych ku oceanom rozlewnym. Niosą go prądy spiętrzone i zwolna odżyje. A tam, gdzie koniec, który być musi na kamiennym cyplu, wśród fal bijących usiądzie, by się zabyć w pamięci o nieosiągniętych rzeczach wieczystych. Dłoń lewą ułoży na grzywach spienionych wałachów, żywiąc kości łamiącym bólem ich obłędnej trwogi. Ujarzmi je w skoku nad głębią i drżące radośnie dzierżyć będzie w dłoni. Prawicą mewy znęci na łaskawość dla dni swoich ostatnich. Dla dni, kiedy od Franka przyjdą miłe wieści. Tchnie wówczas radośnie i poczną się wiry. Nad wirami, nad wirami pieśń zanuci o swoim szczęściu.

Zwraca uwagę najbardziej oślepłą i posiada znaczenie niepoślednie wszelkiego rodzaju:
PANTOMIMA POŚMIERTNA.

Teatrum odbywa się przeważnie w godzinach poobiednich i jest bezpłatne. Ludowa ta scena zgrywa się z naiwnością szekspirowską w ulicach miasta. Wychowuje i przyciąga najlekkomyślniejszych przechodni. I, jak w dramatach najbardziej rzeczywistych, tragiczność zeskakuje najczęściej do parteru, czyli tam, gdzie jej nikt nie szuka lub najwyżej jaki utylitarny karykaturzysta, również w pantomimie pośmiertnej najbardziej istotne jest znaczenie giestów u widzów, którzy w obojętności swojej zostali zaskoczeni. By krótką perypetję móc pochwycić, należy na migawkowe zdjęcie nastawić spostrzegawczość. Widzowie bowiem są w ruchu, do uprzyjemnień czy też zajęć śpieszą, a przedewszystkim osobliwie myślą, bo trawią. Zajmujące jest ustosunkowanie się wrażeń ujemnych do trawienia dodatnich przeżyć. Działanie piorunujące. Na widok żółtej czy czarnej skrzynki każdy z ulicznej gawiedzi naśladuje posąg kamienny, nieraz nawet pozostając w ruchu. Przez nieuchwytną chwilę zewsząd szpieg życia wybiega, pod próg tajemnicy konania podpełga. Jest bezwiedne oddanie nagrobnych rzeźb Thorwaldsena. Objaw gromadnie ludzki, a jego brzydota beznadziejnie poszukuje artysty. Może brzydki dlatego, że Thorwaldsena rzeźby są brzydkie, a dramatyczność, niebacznie w kamieniu więziona, do ludzi uciekła. Oddając, co się winno, żywą akcję wymienić należy, oraz cudnie nowoczesną, zastrachaną, szybką metodę przejrzystego wglądania w publiczne śmierci przedstawienie. Stąd doniosłe znaczenie Trzeciej godziny popołudniu. Pan Pichoń, który nawet kamiennym giestom nakładał podniosłe znaczenie, mógł bez wysiłku odkryć i godzinę Trzecią. Kryje się w tym jego nienagrodzona zasługa, o której mówić się musi w każdej monografji, choćby najbardziej ozdobnej, ale siłą praw ziemskich przeznaczonej dla pracowitych, zdrowych i skromnych obywateli.
Pośmiertna pantomima tego samego Pichonia doczekała się rozwlekłej oceny z pod pióra najzdolniejszego reportera w mieście. Szereg popłatnych wydarzeń, jak: barbarzyńskie uszkodzenie chluby miasta — starej rzeźby, osadzenie w aresztach małego roznosiciela gazet za niedozwoloną miłość w miejskim ogrodzie z nieletnią, głuchoniemą złodziejką, elementarna klęska powodzi, samobójstwo Charona i zbrodniczy testament, całą przeobfitość kinematograficznych programów w garnirowany feljeton ułożył. Studjum swe nagłówkiem opatrzył, który jest niejasny: „Konstrukcje Dziwactw Gienjalnych“ (przeoczył naczelny redaktor). Całość artykułu rozpadała się w chaosie szczegółów, nieraz nużąco lirycznych. Między innemi wspomina autor, że Taras ϰορυϑαιλος[9] w lichym czółenku gonił chatkę, unoszącą trupa samobójcy. Sentyment zbyteczny. W zakończeniu głosił awanturnicze pomysły, dozwolone wprawdzie, choć powinny być zakazane. Pisał z emfazą:
„Zapada się gmach estetyki urzędowej, wzdychania do piękności cichną. Nie mamy ludzi pięknych, ni długowłosych trubadurów, ni rycerzów dorodnych. Ludzie, których wywodzi nam nasza współczesność, są brzydcy. Podchodzą śmiało do życia ohydy, w śmietnikach grzęzną, a czasem jeno cicho tęsknią za lepszym.
Cierpienia ich muszą być brzydkie i dziwaczne i to jest całe ich piękno. Uczmy się nowego piękna, z bliźniemi zapoznawajmy się, z braćmi. Pisząc o nich, nie pisujmy pięknie o dziwactwie, ale dziwnie o brzydkiej piękności. Stwarzajmy konieczną, współczesną estetykę brzydoty, artystów jej dajmy, głośmy religję, szukajmy wyznawców“.
Ujemny wpływ pana Pichonia na potomność był więc zapewniony.


BANIA DOKTORA LIPKA.
„Łanom, skoszonym przez grady zawistne —

uschłym tujom i grabom w opuszczonym parku —
wam, od oglądań straszności spłowiałe rzęsy leśnych widnokręgów —
i wam, nikłe zajączki, które porwał lotny jastrząb —
okopconym kurnikom głupiej, ludzkiej nędzy —
bez chrztu pomazania zmarłym niemowlętom —
i tobie, pijany wisielcze, co dyndasz wśród jagód wiśni­‑krasawicy —
i tobie, szpetna dziewko, co cuchniesz na rogu ulicy, gdy zegary zwiastują godziny miłosne —
psino, piesku sparszywiały wśród bliźnich litości,
i tobie, a jakże, i tobie —
i przyjaciołom twoim, na których dobre, czułe ręce toczysz pianę wściekłą —
wyklętym szaleńcom, co z trupią główką w butonjerce mierzwią radość koncertowej tłuszczy —
wszelkiej nieprawości, która się mnoży i mrowiem gryzącym obsiada brzuchy, od cnoty wydęte nadmiernie —
prawd wielkich, głoszonych namiętnym szulerniom —
ściekom zaułków, co z kałem toczą łezki kryjome bankrutów —
kirkutom, z których trąd na miasto idzie —
pożogom, które się czają, by zacność w łożu chrapiącą udusić —
marzeniom, w których zaraza się lęgnie —
onym czuciom, które złość budzi —
tym myślom, co czuwając, wszędy kradną —

my, stały oddział zgranych w życiowej zabawie, ale prawdziwych Chrystusa żołdaków, z serc, smutkiem przepełnionych, pod wieczór, przed spaniem czułe ślemy pozdrowienie“.
Natchnione, bławatne oczki szybko w dół opuścił i małemi piąstkami, kurczowo przycapił własne, lniane bokobrody.
Sponsowiałe w całodziennym całowaniu górskich wymion wargi słońca przesunęły się tuż pod tafle szyby i krwawo pękły, rozpłomieniając łagodny mrok białej izby.
Z długiej ławy pod ścianą porwał się szereg łbów obwisłych w stroskanym myśleniu i jednogłośnie mruknął przed siebie: amen.
Od łuny okna odszedł wyniosły cień, chude ręce zawiesił w przestrzeni, łeb łysy, chorą nabrzmiały wielkością na piersi ułożył i, zanurzywszy palce w kudłach czarnej brody, grobowo orzekł:
— Mniej więcej nieźle wyraziłeś w słowach dusz naszych wyznanie.
A oni jeszcze bardziej pochylili głowy, nurzając je w rozkoszy zaćmionych dźwięków głosu, który czcili nadewszystko. W skupieniu oczekiwali na dalsze rozkazy przemądrego wodza, wszechwiedzącego Posła na Sąd Ostateczny, gdy karne milczenie znieważył dźwięk słów niesfornych, butnych:
— Ja, Książę, w imię sławnej mej niezawisłości protestuję. Suplent, jak zwyczajnie człowiek z roboczego gminu, głupio bredził. Nie mogę się zgodzić, by miał być wyrazem moich dostojnych, książęcych rozmyślań. Suplent niemiły ton bombastu w zadumę naszą wprowadził, z niesmakiem współczesności najwidoczniej jest w zmowie. Można przyjąć, że jesteśmy towarzystwem prawie wyborowym, z tą tylko różnicą, że zajmują nas rzeczy poważne. Wcale to jednak nie uwalnia od obowiązku dystynkcji, od wystrzegania się krzykliwej przesady i patosów niesmacznych. Suplent zdradza nowoczesne skłonności poetyckie, te najgorsze od czasu, kiedy istnieje poezja. Z przerażeniem odnajduję w Suplencie pewne zdolności do karjery świeckiej, kondotjerskiej i widzę, jak nieopatrznie działaliśmy, przyjmując do Oddziału człowieka, który poza naszemi murami znajdzie świetną egzystencję. Racz, dostojny Pośle, wziąć pod uwagę skromne moje słowa, kiedy w uroczysty sposób zakładam protest przeciw wkradaniu się w ścisłość naszego Obozu pierwiastków gromadno­‑życiowych, kołtunich, prostackich!“
Przemowa wytworzyła zamęt, rozluźniła wzorowe szeregi. Mlaskali złowrogo wargami.
Pierwszy Chrześcijanin, starowina wychudły o twarzyczce dziecka z obwisłym smutnie białym wąsem, wyrzucił w mrok wiedźmowe ręce i, kiwając się rozpaczliwie na kabłąkowatych nóżkach, do bokobrodego podpełgał młodzieńca. Usta, które od niestwierdzonych czasów w bolesnych drgawkach żuły milczenie, zwolniły po raz pierwszy wobec zgromadzenia i, rozwarte szerzej, jęły chlustać prosto w twarz śmiałka półdźwięki ochrypłe:
— Ćwiek ten sam, co od czasów Nerona tkwi w moim mózgu i gębę wraz z językiem na wylot mi przewiercił, dziś zwalnia, bym zranionym jęzorem mógł ci bryznąć: poganinie!
W środku izby zwalił się na kolana i z wielkim rozmachem jął sobie wymierzać symetryczne policzki.
Wprost z ławy pokulał się na ziemię krotochwilny Szczupak i za każdym uderzeniem ciała wykrzykiwał wesoło, z przekonaniem: „Na pożytek ludziom, ludziom na pożytek!“
Surowy Prokurator, grozą sytuacji przejęty, niespokojnie przeginał na wysmukłej szyjce czupurną główkę kokoszki i prawą nogą wykraczał ogromnie stanowczo, by zbuntowanych poskromić, gdy na rozgwar sali spadł huk przepotężny i Poseł karcąco zagrzmiał:
— Książę nędzny zawód, podłą przeszłość towarzysza wspomniał i uczynił głupio. A nie istnieje spór, czy niepewność, gdy raz już wyrzekłem.
Uchylone drzwi izby piskliwie się rozeszły, dozorca wpuścił przybysza.
Tłuścioszek potulny, okrąglutki. Przydreptał przed Posła i zdziwiony tuż przed nim utknął. Czarniawe, nastroszone wąsiki ustawiły się w płaczliwych kątach ust dość odpornie, a rubinowe oczęta wyszły ze swej oprawy i wszczęły zajęczą gonitwę po zmartwiałych nagle twarzach zgromadzenia.
Że go witało milczenie nielitosne, wyraził się — donośnie, krótko przez chichot przyjazny.
Poseł złożył ciężką dłoń na ramieniu człowieczka i, miękcząc fale głosu, stwierdzał przyjaźnie:
— Wiele jest, iż zdolność do uśmiechu wyjawiasz. Skąd jesteś?
— Przybysz z miasta.
Zadudniał pomruk zły i zawistny, zwartym kołem otoczyli Posła, a w przestrzeni trzepotało się kilka par dłoni, wyrażając protest.
Potężny, sino centkowany nos Pułkownika wojsk poległych krwawo odsapnął i wyraził się walecznie przy pomocy warg, boleśnie odwiniętych:
— Człowieku! Nie wspominaj miasta. Poza pamięcią naszą spoczęło na zawsze. Sam zburzyłem na czele tysięcy walecznych. I wszyscy polegli, słyszysz? Wszyscy! Ja pułkownik jeden jedyny ocalałem.
— Panie Pułkowniku — zapewniał dobrotliwie przybysz — naprawdę jest miasto, może inne, ale jest, bo właśnie od strony jego zdążam i niosę, no zgadnijcie, czcigodni, co takiego?
Dłonie w trąbkę przy ustach ułożył i beknął: Ideę.
— Nie lubię — wrzasnął Prokurator.
— Nie lu‑lu‑bię — huczał Szczupak.
— Nic nie lubię — pysznił się Książę z rękoma w kieszeni — nie lubię idei, przybyszów nie lubię, nie lubię przybyszów z ideą, ni też idei przybyszów.
— Ja lubię — słodko zadzwonił Suplent — stanowczo lubię aptekarza, u którego Romeo kupował truciznę.
— Wszystkim ideom od czasów Platona pościnałem głowy — zapewniał groźny Kat i zamaszyście rąbał w róg stołu wskazującym palczydłem.
Poseł ujął człowieczka za obie ręce, do siebie przyciągnął i, głaszcząc pod brodę, zachęcił:
— Mów rzecz twoją! Więc strwożone maleństwo skromnie i lękliwie stękało opowieść:
— Panie, ja wiem, że tam, tam — gdzie panowie nie chcą, jest wcale niedobrze. Dlatego uciekłem. Boję się po prostu. Groza, całkiem widoczna, w spodniach, w ogromnej czapie angielskiej na schylonej głowie i z fajeczką w zębach chodzi ulicami, w parkach się rozsiada, w restauracjach popija, pojada. I czyha na wszelką wartość, na każdą oszczędność. Poznałem ją osobiście.
Miałem ja tam — gdzie panowie nie chcą, majętność dziedziczną, dziesięć dużych kamienic.
— Łżesz — zapienił się Książę — wszystkie domy w mieście należą do mnie.
Człowieczyna najniespodziewaniej od czerwoności napęczniał i palczętami szczypiąc fałdzisty podbródek zaprzeczył z płaczliwą, ale stanowczą godnością:
— Przepraszam Księcia pana, Książę pan raczył może zapomnieć, ale dziesięć kamienic w mieście, to moja i bezwarunkowo tylko moja ojcowizna.
Nóżką przytupnął, lecz zaledwie złożył uroczyste oświadczenie, doniosłość słów własnych napełniła go lękiem i truchtem podbiegł do wyniosłych kolan Posła, sztywniejącego w zamyśleniu na ławie. A wielki człowiek małego człowieka przytulił, ugłaskał, więc niebawem rozbrzmiały ponownie pisklęce tony żałosnych wywnętrzeń:
— W każdej z dziesięciu kamienic miałem po sto pokoi. Naprawdę, akuratniuteńko w każdej po sto. W każdej z tych izb usiłowałem spocząć przez noc jedną i nigdzie snu nie zaznałem. Bo oto zawsze zjawiał się nademną ten cień ogromny, po sam sufit wyrosły, z angielską czapką na schylonej głowie, w pelerynie, z fajką w zębach. Prosto w ślepia świecił przerażającą, białą latarką i z łóżka przemocą mnie ściągał. Nie miałem czasu przyodziać się należycie. Jak szczeniaka na linewce w zimnych kleszczach swej łapy wlókł mnie za sobą. I nic nie mówił, tylko czasem splunął w powietrze.
A twarzy także nie widziałem nigdy. Wogóle to jakiś dziwny rodzaj gumowego człowieka, niby cyrkowiec, ten pan cień. Wyobraź sobie, dostojny Pośle, że on rósł dowolnie, zaraz za drzwiami, na schodach, a na ulicy ponad kamienice najniepotrzebniej w górę się wyciągał, ogromniał ponad całe miasto i zamaszyście człapał w krokach przeraźliwych, gnając, jak opętany, przed siebie na przestrzał. Najdokładniej widziałem, jak maluczkich przechodniów deptał, gniótł, roztrącał, dorożki druzgotał, tramwaje z szyn wyrzucał, burzył domy wyniosłe. A przed nim i za nim szedł pomruk tak zastraszający, iż ludziska chwytali się za serca, w biegu ustające, i tulili głowy nieprzytomne pod mury ścian ulicznych. Czasami znowu zdradzał chętki odmienne i dla rozmaitości kurczył się niepomiernie. Wówczas karzełkiem się stawał, ledwie od ziemi odrosłym, — tyciuteńkim. Wciskał się w gospody, kawiarnie, rozpijał gromady wesołych włóczęgów i na sam koniec jakąś zbrodnię krwawą wymyślał. Musiałem widzieć, jak prześladował ludzi, płoszył, kaleczył, zawsze ukryty, zawsze niewidoczny. I przeszkodzić nie umiałem, nie mogłem. Więc zaprzysiągłem mu zemstę za nieprzespanych tysiąc nocy i kazałem opieczętować wszystkie tysiąc pokoi, by się przypadkowo na dobre w nich nie rozgościł ów przykry pan z oślepiającą latarką.
— Głupie, — wycedził Prokurator — było zawezwać policję.
— Otóż to panowie — radośnie wykrzyknął przybysz — otóż to samo uczyniłem, tylko o wiele sumienniej — i dokładniej; sam we własnej osobie zostałem policjantem dla dobra ludzkości.
— Cóż za poniżenie! — ubolewał Książę.
— A tak, tak panowie, długie lata byłem wzorowym policjantem. Uzbrojony w zakrzywioną szablę, rewolwer i białą pałkę, proszę panów, w paradnym zielonkawym uniformie, odznaczony wielką wstęgą perską za nieustraszoność, i serbskim, boerskim, marokańskim, wenezuelskim, sjamskim oraz kreteńskim srebrnym krzyżem zasługi (wszystkie pierwszej klasy z koroną!) za wytrwałość — prześladowałem tego pana cienia bez wytchnienia, bez litości. Naturalnie znowu nic nie spałem i dlatego pieką mnie tak oczy, co wybaczyć zechciejcie. Straszydło wyłazi z wązkiej uliczki, a ja już — hyc! z poza węgła któregoś z moich domów — i wzywam: w imię prawa proszę odejść. Myślicie, że kiedy usłuchał? — gdzie tam. Więc strzelałem do niego. Wieleż to razy widziałem dokładnie, jak padał, krwią brocząc. Jak jeż zwijał się w kłębek i wnet podnosił się, ale już chłopaczek maleńki, zapłakany. Poczym najspokojniej, najbezczelniej udawał się na stację ratunkową, a ja sam musiałem go prowadzić za rękę, bo przecież taki mój obowiązek — i dobijać chłopczyka nie przystoi policjantowi.
— Strzały twoje były najwidoczniej niecelne — zarzucał niezadowolony Pułkownik.
Przybysz wyprostował się, jak do apelu.
— Melduję posłusznie, panie Pułkowniku, że najcelniejsze. Od czegóż i za co te liczne ordery? Chytrym ruchem sięgał do kieszeni w spodniach i czule wyjmował fantazyjne odznaki kotyljonowe, stare monety, blaszki i ołowiane plomby, nanizane na jedwabne wstążki.
Książę podszedł zaciekawiony — oglądał, wydąwszy pogardliwie wargi.
Poseł zmiął w dłoni cenne świecidełka i, ukrywszy je, zmuszał człowieka do zakończenia strasznej opowieści. A że przybysz już zasłużył na łaskawe względy, otoczyli go zewsząd kołem zwartym. Prokurator nawet dopraszał się uprzejmie:
— I cóż ta groza, panie policjancie, ta gumowa groza w przebraniu angielskim?
— Wcale nie gumowa — obruszył się przybysz — tylko, powiedzmy otwarcie, niezniszczalna, nieśmiertelna. Następnego wieczora, tuż po niefortunnej strzelaninie, napadłem spacerującego dziwoląga z wyostrzoną szablą i pokrajałem na ćwiartki. Miejscy posługacze pozbierali szczątki i pochowali w obliczu tłumów w niepoświęconej ziemi. I cóż powiecie o tym? — w samą noc sylwestrową spotykam go znowu na głównym rynku. Była słota — nie chciałem wierzyć własnym oczom. Podchodzę bliżej i mimo gęstą ciapaninę poznaję go; on, ten sam, pod pomnikiem narodowego wieszcza przysiadł niezgrabny, ogromny, rozpiął parasol, spuścił spodnie i tak pod parasolem robi bardzo brzydką rzecz, zanieczyszcza nietykalne miejsce. Podskoczyłem z oburzenia i zacząłem go okładać pałką po głowie, a on, zwinny jak piskorz, z rąk mi się wyrywa i jednym susem wskoczył na moje, moje plecy, jeszcze tak całkiem — jak siedział — moi panowie drodzy, zacni, jeszcze obabrany, cuchnący, niezapięty.
Przejęci opowieścią słuchacze obwąchiwali go starannie.
Dreszcz wstrząsnął nim i łkał rzewnie, kułaczkami ocierając oczy.
Już usiadł prawie ze wzruszenia na kolanach Posła i szlochał w miarowych drgawkach. Przez zęby wyrzucał trudno zrozumiałe szepty. Pochylili się nad nim.
— Przez całą zimę jeździł na mnie, jak na ośle. Gniotło boleśnie. Byłem w komisarjacie policji, na strażnicy pożarnej, u proboszcza, burmistrza i u komendanta korpusu. Ludzi na ulicy wzywałem do pomocy. Nikt nie umiał zdjąć potwora z moich ramion. W parlamencie uchwalono nagły wniosek z wezwaniem do niego w imieniu państwa, by zlazł ze mnie — nie usłuchał. Dopiero stary, poczciwy mój lekarz poradził mi, aby się do was udać, mężowie godni i potężni. I, rzeczywiście, dopiero co, przed chwilą, tuż przed waszą bramą zesunął się ze mnie, odrazu urósł ogromnie i, wygrażając pięścią, wzdłuż miedzy umknął z powrotem tam, do — gdzie panowie nie chcą. A tak był strasznie wyniosły, że zaćmił krwawo zachodzące słońce —
Odskoczyli od niego. — Popłoch ich ogarnął.
— Więc tu był? Aż tutaj? — wrzasnęli chórem.
— Gdzie Szpieg nasz, dlaczego nie doniósł? — wył pobladły Prokurator.
— Hu! hu! Groza pod murami, groza ante portas, a kulawy Szpieguś lula, lula sobie i nam na pożytek — skrzeczał Szczupak.
Z gromady oddzielił się kulawy brudas, z ogromnym nosem o garbie semickim, o wzroku uparcie w dół spuszczonym. Kusztykając, przedarł się przed Posła i usprawiedliwiał się głucho:
— Wiedziałem o zmorze pod murami, nie wspominałem, jako że nie jest w stanie do nas się przedostać. Mam inne, ważniejsze zadanie, muszę śledzić bez ustanku —
Niebezpieczeństwo i dziwność tu wśród naszych murów. Czy mogę mówić?
— Spokojnie — zezwolił Poseł.
— Otóż nasz wybawca i uzdrowiciel, przesławny doktór Lipek —
— On? on i co, co takiego? — rzucili się ze wszech stron.
— Otóż on, ten sam, uśmiecha się.
— Nie! to niemożliwe — kategorycznie i wesoło zaprzeczył Pułkownik.
— A ja stanowczo twierdzę, bo podpatrzyłem niejednokrotnie, że się uśmiecha rozkosznie całą gębą, ot tak — i zarechotał dziko.
— Ale do czego? ty, koszlawa kreaturo! — rzucił się zniecierpliwiony Książę.
Szpieg przechylił głowę, wykrzywił usta i ostro skrzyknął:
— Do bani, do ogrodowej bani!
Zwolna przesunął się pod okno i wskazywał w ogrodzie tajemnicze miejsce.
Prokurator wstrząsnął główką, podczesał groźne wąsy i, ująwszy się pod biodra, zagadnął Posła:
— Co to wszystko może znaczyć?
Zaś Poseł westchnął smutnie i burknął, co miało oznajmić, iż nie istnieją dla niego nierozwiązalne zagadnienia, problemy niejasne. Poczym powstał i, ujmując przybysza za ramię, wpatrywał się w jego z osłupienia granatowe oczki spojrzeniem wnikliwym, spokojnym. Wreszcie ogłosił:
— Z zeznań twoich wynika, Policjancie, iż odbyłeś już wstępne ćwiczenia i możesz wstąpić do Oddziału. Rozpoczniesz naturalnie od najniższego szczebla, ciurą będziesz, forysiem. Dla czujności twojej przydzielam cię do usług naszego kulawego Szpiega.
Szpieg skłonił się wodzowi, otworzył oczy i wzrokiem nerwowej pantarki oglądnął swoją ofiarę.
A na twarz Posła wchodzić zaczęły jakieś niezwykłe, promieniste brzaski. Uniesione w górę czoło wygładziło się na marmurowe, zamarzone sklepienie, oczy w bok rzucone pieściły się zachodem, a w półcieniach nad ustami zeszły się spokój i natchnienie. I uroczyście, jak gdyby z ponurego mszału, wyśpiewywał w głębi swych zamyśleń obwieszczenia zbawcze dla garstki wiernych wyzwoleńców:
— Baczność, żołnierze!
Oddział zakołysał się i wrósł w ziemię.
— Żołnierze! postrzyżyny nowozaciężnego i nadewszystko cenne zeznania kulawego Szpiega skłaniają mię do chęci, by zanurzyć myśl waszą w rozwadze nad istotą zadań doczesnych, jakie nam wypełnić przyjdzie. Zanim zastanowimy się wspólnie, niechaj każdy z was w cichości powtarza codzienne wyznanie, które na moje pytania w głos wypowie Pułkownik wojsk poległych.
— Kim jesteś?
— Jam jest prawdziwy żołnierz Chrystusa.
— Skąd przybywasz?
— Pochodzę wprost ze krwi siepaczy, którzy oglądali mądrość zbawienia na krzyżu, przybywam z okrutnej zawieruchy, która opanowała życie wszystkich światów.
— Gdzie jesteś obecnie?
— W twierdzy marzenia, zadumy i skupienia przed czynem.
— Jakie twe zadanie?
— Pokuta i zemsta.
— Dobrze Pułkowniku — chwalił Poseł — a teraz dalej niech wyznaje Książę: za co pokutujesz?
— Ee, kiedy on zawsze bałamuci — wtrącił skwaszony Prokurator.
— Nieprawda, oszczerstwo! Proszę, słuchajcie: Pokutuję za niecność i ślepotę rycernych przodków, którzy nie chcieli Zbawcy od mąk wyzwolić. Czy tak źle?
— Ależ bez zarzutu — przyznawał Poseł — a na kim wywrzesz zemstę?
— Na wszystkich narodach, które jad kryją w słodkich słowach modlitw i od wieków płodzą tylko same zbrodnie.
— Za co mścić się będziesz?
— Za zepsute dzieło Odkupienia, za zmarniały trud męki, za konieczne istnienie nasze, nieznośne i bez sensu, za trupią woń jesieni, wylęgłą już w kielichach naszych pierwiosnków, za udręki, które śladem cieni zdążają za nami, za ból piekący naszych zrozpaczonych mózgów, za rozełkaną wrzawę w naszych piersiach i tęsknienie zemdlałe serc, zwolna ścichających, za — —
— A? za — za — za — no i co? Co dalej, pytam? Widzisz! zapomniałeś, hultaju, zapomniałeś sobie i nam na pożytek! — wydzierał się ze wszystkich sił ucieszny Szczupak, urągając Księciu.
Poseł uznał za właściwe pominąć płochy wybryk Szczupaka, gdyż w dalszym ciągu podjął wywody z należytym namaszczeniem:
— Żołnierze! ze słów wygłoszonego katechizmu wynika, iż protest stały, niezachwiany, protest przeciw wszystkiemu, co żyje i istnieje, jest naszą wspólną właściwością. Pod tym względem najbardziej zbliżeni jesteśmy do wielkich poetów, których dotąd mieliśmy stanowczo za mało. I my, jak poeci, znienawidziliśmy wszelkie otoczenie, a patrząc na świat, złorzeczymy mu i kochamy równocześnie przez możność ujrzenia, jak wyglądałby inaczej, Na razie jest dom ten zamknięty naszą stałą siedzibą, jakkolwiek mieszkamy właściwie wszędzie, gdyż wszystko obejmuje szeroka myśl nasza. Zadaniem naszym oczyścić podstawowe prawa życia z niesprawiedliwych naleciałości, wniknąć w istotę bytów koniecznych i stworzyć im niezachwianą egzystencję.
W tym to celu ustawimy na wyniosłym ołtarzu dwa posągi, plecami o siebie oparte, by stanowiły jedno ciało a posiadały dwie głowy, jedną, wyrażającą ostatecznie ludzkie szczęście, drugą — nieszczęście.
— Coś w rodzaju dwulicych posążków greckich — zauważył Suplent.
— Zupełnie, niby Hermesa posążki. Głowy będą więc wyrażać dwie zasadnicze siły rozpędowe i kierujące w życiu tuziemskim (szczęście i nieszczęście), będą przedstawiać rzeczy nieistniejące a przemożne, w rzeźbionych łbach osiądą mózgi wszystkich drobnoustrojów, które tylko przez cud zrodzenia nie stały się rzeźbą. Tak więc powstanie pierwsza, naturalna i niezachwiana religja prawdy, a bóstwa zrobione milcząco i niewidocznie powtórzą i wykonają pięknie opisany ceremonjał powstania ze samego siebie.
Ku tym posągom (konkurs na odpowiednie projekty w koniecznym terminie rozpiszę) mają się piąć narody już zmądrzałe i oczyszczone, wolne od wszelkich przejętych czy wytworzonych religji, mytów, przesądów i wyuczonych gadek, narody silne i spokojne. U ołtarza będą wybierać, komu pokłon oddać należy, a wybór ich zależeć będzie od dowolnego upodobania w wyrazie jednej czy drugiej twarzy. Po wyborze i hołdzie każdy odejdzie w stronę, dokąd zwrócone są lica jego bóstwa. Tak to rozpadnie się świat na dwie równe, jednolite połowy, cokolwiek odmienne, a równie urozmaicone, ciekawe, ponętne.
— Jeśli obie połowy mają być równe, musimy ustawić ołtarz na samym równiku — upomniał się ścisły Prokurator.
— A gdzieżbyindziej? Naturalnie, że tylko tam. Otóż obie te połowy, żyjąc odmiennie a według wyboru, będą się nawzajem uzupełniać, co znowu stworzy całkowitą i zupełną mądrość oderwaną, która zawsze musi istnieć poza ludźmi i ponad niemi.
— Po jakie licho ta jakaś tam oderwana mądrość? — niecierpliwił się sędziwy Pułkownik.
— By stworzyć kosmiczną równowagę, zapewniającą naszej uświadomionej planecie, wobec wiru tysiąca innych, byt stały, wolny od nieprzewidzianych zewnętrznych napaści, kołowrotów, wstrząsów, katastrof. Ponieważ cały nasz system opiera się na prawie wolnego wyboru, odpadną same przez siebie wszelkie nierówności wewnętrzne, wszelka dwubarwność pojęć i niewymierność pragnień, wszelkie uczuciowe mazgajstwa, tęsknice, wszelkie mroki mistyczne i gazeciarskie jasności z chwilą, kiedy zdołamy prąd życia unormalnić, skupić w siłę jednolitą i wykorzystać. Życie samo w sobie, jako fakt widoczny i wystarczający, będzie jednocześnie dla siebie jedynym i doskonałym wyrazem, spłynie ono z ubocznych łożysk w wielką moc człowieczeństwa, jak morze sytego swych ogromności, swoich spiętrzonych gwałtów i zwierciadlanej zadumy, człowieczeństwa — żywiołu, powstałego z dobroczynnej konieczności, trwającego bez niepotrzebnych praw, ale i bez koniecznych zamiarów, człowieczeństwa, które nie uzna ni jednego człowieka, a w którym ni jeden człowiek nie będzie miał pojęć o człowieczeństwie, człowieczeństwa, będącego snem bydlęcym w ulewie słońca i walecznym myśleniem ciszy o chłodzie księżyca.
— To rozumiem — komentował Kat — życie, ot tak sobie, bez potrzeby i bez sensu.
— Bez potrzeby, ale z sensem. I wszystko to ma tak długo trwać, aż na bliźniaczych obliczach ukaże się równocześnie nuda. Bądźmy pewni, że zjawi się, gdy nie jest niczym innym, jak tylko dobrowolną abdykacją, której ulec muszą wszystkie bóstwa i potęgi, narzucone czy dobrowolnie przyjęte, protekcyjne czy konkursowe, z mięsa żywego czy z kości słoniowej, ołowiane czy kamienne.
Gdy więc ukaże się ta nuda, z obu stron świata pośpieszą przy życiu pozostali, do głosowania upełnomocnieni przez zmarłych, na równik, przed posągi i tam się odbędzie pierwsze ludów Walne Zgromadzenie, które większością głosów uchwali, co ma się począć ze światem.
Szpieg wystąpił na środek, pokłonił się przed Posłem.
— O! dzięki ci Mistrzu, iż zachowałeś wszechświatom konstytucję!
Poseł skinął łaskawie ręką i wywodził:
— Tu przewiduję różne ewentualności, właściwe dniom feralnym pierwszego stopnia, ale najgłówniejsze przedewszystkim dwie:
Jeżeli zapadnie uchwała za utrzymaniem planety, wówczas powstanie konieczność zmiany posągów, a z nią potrzeba nowego projektodawcy lub, w przeciwnym razie, gdy nuda bóstwa udzieli się ludom, musi się odbyć Sąd Ostateczny, w którym załatwione zostaną sumienne obrachunki i postanowioną będzie forma zakończenia.
Otóż ta mądrość oderwana, jako siła czuwająca, o której wspomniałem, zawsze wychowa sobie jednostki dla swojego użytku, a ci wybrańcy będą bądź członkami Sądu Ostatecznego, bądź też projektodawcami, zależnie od rozwoju wypadków.
Do takich ludzi ja należę. Przed niemi nic się nie ukryje, nie istnieją dla nich żadne wątpliwości, zagadki. Przewidują wszystko i są rodzajem żonglerów dusz i losów ludzkich.
Oddział złożył należny pokłon wodzowi.
— Bez wątpienia — prawił dalej natchniony Poseł — system, naszkicowany w ogólnych zarysach, wymaga opracowania szczegółów, przyczym pomoc wasza będzie mi potrzebną. Prokurator naprzykład może wygotować kodeks karny na sąd, który będzie wyrokować nad temi, co uczynili wybór pochopnie i, żyjąc w obranej dowolnie sferze, tłumili jarzącą się niechęć i rozpacz.
— Ale pamiętajcie, że dla dobra ogółu kara śmierci musi być zachowaną — upominał Kat.
— Przyszły ustrój państwowy musi się opierać na zasadach kabaretowych, gdy państwo ma być wyrazem smutnego zadowolenia z wesołego niezadowolenia — perorował zarumieniony Suplent.
Ale Poseł nie uważał na gorliwych doradców i współpracowników, lecz nadal ogłaszał wybawcze pomysły:
— Tak więc, na podstawie ogólnego zadowolenia i powszechnego, tajnego, równego prawa wolnego wyboru zbudowałem mój system, stąd więc od czasów Chrystusa jestem pierwszym realnym projektodawcą.
Zanim jednak myśl moją urzeczywistnię, muszę odbyć konieczną walkę. Do tej walki mam was, dzielni żołnierze, do niej też was sposobię.
Bój będzie srogi, musimy wszystko nam przeciwne zniszczyć, zwalić, mieczem, pożogą, zarazą, ale i słowem zatrutym a płomiennym. Cały świat musi przez nas oszaleć, zwarjować.
— Czuję, że ja już nie umiałbym zwarjować — ubolewał Policjant.
— To źle, musisz umieć w razie potrzeby. W tym to obozie pracuję głównie, by was najzupełniej uzbroić, usunąć w was wszelkie właściwe ludziom braki. Wszystkie obrzydłe właściwości ludzkie musicie znać dokładnie, co więcej musicie je w sobie na każdy wypadek wyrobić, by móc ich zażyć w potrzebie.
— Książę pan, dajmy na to, musi władać stryczkiem — tryumfował Kat.
— Wszystkie systemy ludzkiej władzy muszą stać się naszą własnością.
— Na klawjaturze ludzkich umiejętności wygrywać musimy wprawnie gamy, jak wirtuozy cudowni. Giest, wyraz — to potęgi, któremi króle ujarzmiają tłumy i które królami rządzą.
Giest, wyraz, to najpierwotniejsze władze i nie masz broni ponad nie.
Stwarzają je pewne warunki, okoliczności, wypadki z zewnątrz człowieka nachodzące, które, przyswojone, stają się rządem wewnętrznym.
Dzieje okoliczne i zdarzenia w nas samych dały licom naszym zimną pogodę, chmurną obojętność, ołowiane znieczulenie, strach zapobiegliwy i zamodlony smętek. Tylko po sobie spojrzyjcie! A gdzie karnawał, gdzie operetka, gdzie cyrkowe błazeństwo?
— U Szczupaka, Posłuńciu, u Szczupaka!
— Nie wystarcza jeszcze. Wszak znacie te tysiączne rzesze przez śmiech poruszane, w śmiechu brodzące, przez śmiech żywe i płodne, przez śmiech i w śmiechu zmierające? I jakże do nich wam obcym, innym, podejść przyjdzie, gdy rozpoczniecie dzieło?
Konieczny jest nam śmiech, który wokoło widzimy, którym zgłaszają się do nas najmroczniejsze oddale, śmiech ten musimy nabyć.
I po to jesteśmy tutaj, w tym obozie jest śmiechu konieczna, pierwszorzędna uczelnia.
A czujny Szpieg doniósł nam, iż groźny brytan, nad nami czuwający, szarlatan­‑uzdrowiciel, doktór Lipek, już kilkakrotnie się uśmiechnął.
Wiadomość, prawdziwie wstrząsająca, bieg wypadków przyśpiesza, więc baczmy, żołnierze, czuwajmy.
Czym jest śmiech?
Jest najmniej dwa razy „albo“, jak zresztą rzecz każda. Jako wyraz siły człowieczej musi być władzą podbijającą lub bronią wyzwalającą, więc często karą, a czasem nagrodą. Pochodzi bądź to z zupełnego nieżytu wewnętrznego i stanowi rodzaj charkotliwego wyziewu rzeczywistej próżni, bądź też rodzi się z nadmiaru świadomości, kiedy to wiedza wszechogarniająca wie, że umie niewiedzieć i stąd jest w pierwszym wypadku klęską, a w drugim tryumfem; stąd śmiech sylenów, faunów, elfów, kaznodziei, burmistrzów, uliczników, salonowców, młodych mężatek, kawek, niemowląt, źrebców, grzecznych panienek, pantarek, układnych młodzieńców —
i stąd śmiech schorzałych dziewcząt, zwycięskich starców, niepłodnych kobiet, bohaterskich jeńców —
śmiech skazańców, libertynów i śmiech patrycjuszów, Neronów, Heljogabalów, Atylli, Napoleona, Łukasińskiego, Chłopickich — śmiech boskich figurynek, pionków i na śmierć skazanych bogów żywych.
— Zaprawdę, Pośle — podjął zachwycony Suplent — wsłuchiwałem się nieraz w rozperlone ,c‘ dorodnego tenora, a potym w nieuchwytne gadanie na zwykłych, konających wargach i odnalazłem oba śmiechu bieguny, południk męczący i wiecznie świeżą, lodowatą północ.
— Baju, baju — zerwał się bełkocący Chrześcijanin — a czymże ci grożą odległe szumy wód wiosennych, czy chyboty topolowych prętów, nękanych przez listopad słotny? No powiedz, czy radosnym pośpiewem? A czym wabi cię, kochasiu, porykanie stajennego bydła w grudniowe świtanie lub ono kwilenie świerszczów w miedzach między koniczyną, czy przemądre balanse szuwarów wzdłuż błotnistej grobli, czy wilgi śpiew lipcowy w płodnym sadzie, no gadaj czymprędzej, mądralu, czym cię wabi, czy weselem może, krzyk niewiasty pod nożem rodzącej, a rozpacz aktorska w ostatniej scenie komedji, a bezsenny hejnał, grany ze szczytów historycznej wieży?
Poseł rozstawił dobrodusznie palce na głowinie staruszka, poskrobał go w ciemię i pouczył:
— Ot, wyliczyłeś, stary niedołęgo, same tony skonane, ponure, z rozpacznych wysiłków wylęgłe, a za niemi tuż — tuż sam śmiech, tylko oniemiały z chcenia i radości, ale gotowy i zdolny. Wsłuchiwałeś się tylko w same brzmienia, nie poszedłeś jednak dalej, nie podsłuchałeś ostatniej dźwięku granicy, gdzie ton dokonany przechodzi w własne przeciwieństwo i z nim się łączy. Nie dziwota, wszak uszy twoje ze starości tępe.
Więc wy, żołnierze, z przerażenia waszego i boleści uczyńcie wysiłek i przejdźcie w śmiech rozlewny, głoszony przez usta sprawne i uległe.
Książę złożył dłoń prawą na sercu, wypiął kadłub w bohaterskim gieście, brwi zmarszczył srogo i piorunował chrypliwym dyszkantem:
— Każdy przecie głos czy szept, co z przestrzeni wypadnie, do ciebie idzie, ale i po ciebie, żołnierzu źle zbrojny.
— Brawo, Książę! — ryknął Pułkownik.
— O proszę, ufajcie mym radom książęcym. Każdy dźwięk oczaruje żołnierza, ujarzmi, zaskoczy, moc wydrze z niego, by oddał grozę z siebie i z rycernego stał się służalczy, niesilny. Stąd zawsze gardziłem muzyką i nie ufałem wojskom, wyruszającym z orkiestrą na czele. Muzyka lęku ci zada i drżysz, leniwość do krwi naśle i tęsknisz nieukojny, rozpaczą zmiętosi ci wnętrze, pomrokę tępą w błyski oczów wetknie i zagasi na twym licu życia światłość. Również nie godzi się żołnierzom wielbić poezję. Zewsząd więc otacza nas niebezpieczeństwo głosów, szmerów, westchnień. I śmiech tylko sam jeden może i nas wybawić. Każdy ton, gdy się zbliża ku nam, wprzód odpowiedzi czeka, zanim nas zgwałci. Więc czemuż śmiechu w sobie nie wyrobić, śmiechu gotowego na przyjęcie? I ulżymy sobie i zachowamy dzielność. Wszak obojętną jest forma odpowiedzi, byle zawartość była trafną. Zatym śmiech równie dobrym i godnym jest wyrazem, jak płacz i ponury grymas. A istnieją śmiechu przednie, wytworne gatunki, jak śmiech — sąd łagodny i dobroć spokojna, dalej śmiech — ukryta siła i maska przyzwoita na niewłaściwą rzeczywistość, śmiech — pijacka orgja dla zbyt trzeźwych, czy śmiganie bicza na tłuszczę niesforną.
Można wybierać, a tymczasem mieczyk żołnierza śni w pochwie, gotując się na istotną waleczność. Więc śmiechem zawładnijmy na razie, by żołdacki ryngraf na wołochatych piersiach nie rozkolebił się zbytnio od czułości.
Szczupak, siny od wrzasku, uwiesił się całym ciężarem u poły książęcego surduta, ściągając mówcę, niby górnie bujający balon, z obłoków ku ziemi, a Policjant w płaczliwych podrygach dopraszał się uporczywie:
— Gwałtu! Książę Panie, nic a nic nie rozumiem, gwałtu!
Ale wódz — jak zawsze, wejrzeniem ocalił powagę i nastrój, głęboki głos Posła zapanował ponownie:
— Szeregi moje! niema w was śmiechu, nie znacie go — więc tutaj nabyjcie! A czas się zbliża.
— Ba — ba — ba — mruczał Kat — łatwo powiedzieć: nabyć, ale ciekawym skąd? gdzie? co najważniejsze, za co? Oddawna nie mam kogo wieszać, znikąd zarobić cokolwiek. Społeczeństwa cofają się w kulturze przez opętane umoralnienie; zacność, szlachetność traci na wyrazie i sile przez brak kontrastów, szubienice cierpią na melancholję przez nieustanną samotność, nieużyteczność —
— Jakto, Pośle — naiwnie dopytywał się Chrześcijanin, — więc można śmiech zdobyć może przez kurację? Powiedz zatym, czy ma to być masaż odpowiednich mięśni, czy też dwie łyżeczki co godzinę, czy jaka groźna operacja?
— Pytam — urzędowo głosił Prokurator — co ma za wzór służyć, czy rechot Falstaffa przy kufelku, czy chrypienie Mefista do miłej Kasieńki, czy arlekinady kabaretowa licytacja lub słoneczne mazgajstwo pochmurnej tragiedji, a może przypadkiem weselne kiwanie ogonków u zaznajamiających się piesków? Pytam stanowczo i nie cofam.
Poseł przyciągnął Prokuratora za ucho i huknął:
— Śmiech, którego dla was pragnę, to błysk i cięcie. Zawsze ofiarę za sobą pociąga, zawsze jest skuteczny i cel swój osiąga naocznie. Gdy skurczeni, ująwszy dłonią podbródek, zasiadacie na rozgwary z samemi sobą, niechaj każdy wsłuchuje się dobrze w poruszenia własnych głębi, czy może chcenie jakie w głos się nie odezwie, czy nie pojawi się znak widomy: za śmiechem, za radością, która w członkach mieszka i zawsze jest gotowa. Boć wyznam wam, towarzysze, a moje usta odważne są i zawsze mówią: oto stęsknieni jesteśmy nieskończenie za wesołością przedśmiertną. Jużeśmy blizcy posłyszenia skowroniego hymnu i zdolność ku śpiewaniu w każdym z nas dorasta, a grozi nam jeno lęk, by pierwsze ust pogodne nachylenie nie było omyłką. A śmiech­‑omyłka, to anioła kichnięcie, rozporek w spodniach rzewnego amanta, sumiaste wąsy uwiędłej kokietki, to śmieszność i pospolita klęska. Niechaj czujność nas uchowa przed zagładą dojrzewających uśmiechów, a również wystrzegajmy się śmiechu krotochwili, śmiechu przez zastępstwo.
Dozwólmy łzom, niech spływają, gdy płacz najdzie, lecz nie wgryzajmy warg, gdy dostojność nasza przez śmiech poważny objawić się zapragnie.
Skąd zaś śmiechu nabyć? Już wiem, prawie jestem pewny. I nie będzie żadnych kosztów. Tajemnicy kupić nie można, raczej trzeba ją zdobyć lub podstępnie ukraść. A źródło śmiechu jest tajemnicą właśnie.
Więc wiadomość nader ważna, że doktór Lipek uśmiecha się do ogrodowej bani. Tam zapewne wesołości ukryte źródło. Wietrząc przez chytrość, natrafił Lipek na cudowność, nam przeznaczoną, nieodzowną. Przed nami ukrywa, nam radości skąpi. Bohaterskie nasze gniazdo hańbi, gnębi, a tam czule się uśmiecha. Nic to jednak, że karczydło ma nadmiernie szerokie i żylaste mięśnie, nic to, że uśmiechać się zdolny, kiedy dusza, pospolitością okopcona, od marności wyschła. Nie nasz on człowiek i niebawem precz, daleko pójdzie matoł chichoczący. A wyrok nad nim wydam słuszny i nielitosny. Zaś jutro do źródła radości podejdę, podpatrzę, porwę i wam oddam, co należne. Noc dzisiejsza, to noc przesilenia dla nas, rycerni, brzask jutra do nas się uśmiechnie, skruszy marmury ust, z których śmiech wytryśnie.
Dobranoc, żołnierze!
Wychodzili. W hardych głowach dźwigali zamiary straszne, a w ustach przeżuwali mamrotane groźby.
Jeden po drugim sunęli posępni i zaciekli, a za niemi zapadały z łoskotem cel samotnych nielitośne odrzwia, przytrącane potężną łapą dozorcy.
Na pogodne niebo wypłynął księżyc, przez krótką chwilę zdumiewał się własnym ogromem i w zadowolonym uśmiechu między odwinięte wargi rozlał srebrną, kleistą posokę na uśpione z umęczenia przestrzenie. A gdy napotkał ponury dom samotny, pobielił go lśniącą polewą i duszę mu prześwietlił.
I wyszła wygnana dusza domu, bolesna i niemocna, w szarpanych strzępach między konary kwitnących kasztanów upadła, wiła się skurczona po ścieżkach i klombach, a czarnemi plamami zgasłych oczu wodziła po omacku wzdłuż okolnych, zwilgoconych od starości murów.
Za kratami, przez szczeliny okiennic zoczyli widocznie, przeczuli waleczni żołnierze duszę twierdzy wędrującą, duszę lunatyczkę, więc przywoływać ją jęli, zrazu zcicha, tęsknie i żałośnie. Gdy nie usłuchała, chwyciła się rozpacz mężnych. Wspinali się po kratach, bijąc pięściami o skrzydła okiennic i podnosząc lament srogi a bolesny. W skrzykiwaniu kłębiło się zmarznięte wstawanie deszczowych poranków i krwawe ziewanie słońc usypiających, łamał się trzask wyniosłych próchien, druzgotanych przez wichry, grzmiały klątwy znudzonych oceanów i żarłoczne chóry zwierząt wśród puszczy za wodą łaknących, rzucał się bełkot niemych, ślizgało się kwiczenie podrzutka w dole kloacznym i płacz ptaków za strąconym gniazdem, wałęsał się przedzgonny charkot wisielców i prażący oddech gór, lawą ziejących.
I trwał ów sabbat, owo wielkie smutków przesilenie przed pierwszym uśmiechnięciem, jak długo błądziła dusza twierdzy, przerażając pogodę wyziębłych niebiosów, aż po zbawcze błękitnienie jutrzni.
Urodził się zmęczony, spłakany majowy poranek. Twierdza umilkła. W zwyczajnej godzinie przybył doktór Lipek z miasta. Zła jego ponurość ukryła się całkowicie w dużym, szarym płaszczu, okurzonym, niby opończa tajemniczego wędrowca. Z pochyloną twarzą wkroczył ciężko w szpitalny ogródek i, depcząc gazony, przystanął przed banią. Rozkraczył się szeroko, pohuśtał na rozstawionych nogach i, pewny już swej całkowitej równowagi, pół ciała wtył odrzucił. Z rozlanej, sinej twarzy wyskoczyły zielone, szklane oczki i utknęły nieruchomo w mętnym firmamencie. Falisty podbródek coraz bardziej z naprężenia pęczniał i wyszło na wierzch znamię grzechów pierworodnych, grdyka przeogromna, stercząc niby niema skarga, a z poza uchylonych warg błysnęły żółte kły zwierzęce, wgryzające się zajadle w próżnię. Kilkakrotnie drapieżne palczydła ku niebu wyprężał, jak gdyby pomocy wzywając napróżno. Nagle przeraźliwie odsapnął i wyprostował się dumnie. Widocznie ukończył nieciekawy przegląd nadziemskich widoków, czy może rokowania jakie tajne zerwał. Już nic więcej nie widział wokoło siebie, tylko banię różową, połyskującą w słońcu.
Wytarł ją starannie z kurzu rękawem płaszcza, ucałował szybko trzykrotnie i zwierzęcym półgłosem radośnie zaskomlił. Zwolna zaczął się wpatrywać w oślizgłe zwierciadło. Poczym odszedł w bok na chwilę i, przykrywając ręką usta w stronę twierdzy, zachichotał donośnie, krótko. Wrócił niebawem, a bania dostarczyła mu nie mało radości wymyślnej, gdyż zajrzawszy ponownie, za brzuch oburącz się chwycił i, przysiadając w takt do ziemi, dusił się od śmiechu w dzikiej czkawce.
Nie wiedział jednak doktór Lipek, iż za kratami czuwają milczący żołnierze i patrzą. Nie widział, jak złowrogie zamiary kryją w szczelinach zmrużonych powiek. Zaśmiewał się, a tu nagle okrutny ryk Posła, złowróżbny i zwycięski w kość pacierzową go kopnął, mrowiem po mózgu przepełgał i w gardle piekący utknął. Zdrętwiał, nadsłuchując. Potym potwornemi rękoma gwałtownie trzepotał, bijąc się po uszach. Z wysiłkiem starał się przełknąć jakąś gorycz twardą, którą usta miętosiły kurczowo. Wzdychając miarowo, śmiesznie, ruszył sztywnym, chorym krokiem na górę do swoich pupilów, gdzie głośno i zaciekle mścił się za zniszczone wesele ucieszne.
Pogodne południe witał znowu małpi lament, znowu zapłakała twierdza.
A gdy już każdy z bojowników ozdobił swe ciało w sińce przedniego rodzaju i godne widoku pręgi, jako potulnych gromada do ogrodu na przechadzkę wylegli. Niespokojni krążyli, jak przed żerem zwierzęta, wśród krętych ścieżyn po czas, aż zjawił się Poseł, najbardziej hardy i głośny, więc za karę wypuszczony ostatni. Wkoło wodza się skupili, a on powiódł ich przed banię bez namysłu.
Zatrzymali się w przyzwoitej odległości, wpatrując się w szklaną kulę nieprzytomnie. Opadł ich nawet jakiś lęk niezwykły, gdyż zaczęli się kryć za plecami towarzyszów broni, jeden drugiego wypychając przed siebie. Na czele oddziału wysunął się rycerski Książę, ostatnim w szeregu był trwożliwy Suplent, a dokoła gazonu krążył czujny Szpieg, nadsłuchując i bacząc, by wielkiej chwili nie zniweczył wtargnięciem którykolwiek z dozorców.
Poseł zakasał rękawy długiego surduta, obnażone ręce wahadłowo poruszył, przetarł czoło, wziął tułowiem rozmach i ruszył ku bani. Nosem prawie o nią uderzył, ramiona, zwyczajem krogulca, niby skrzydła w górę dźwignął i runął cały wzrokiem przekrwionym w tajemnicę szklistą. Od nachylenia jego padł cień olbrzymi na cały ogród. Zapewne dojrzał siebie i swoich zaciężnych w kształtach wymarzonych, upragnionych zdawna, dojrzał rozbujałe podobizny tych samych a innych, gdy błądzą wśród światów zróżowiałych cudnie i noszą śpiew nowego życia na wydętych od uśmiechów ustach, zapewne dostrzegł swój własny ogrom zmniejszony pociesznie na użytek ziemski, gdyż kilkakrotnie przecierał powieki, namacywał własne skronie, aż odwrócił się nagle i ukazał struchlałym i oczekującym nowe swe oblicze. Od bruzd nad ustami aż po wgłębienia oczu zmięła się skóra twarzy w poziome falbanki, bardzo wesołe, z poza cienistych rzęs połyskiwały ogniki szelmowskie, a głęboki, bolesny wrąb na czole między brwiami wypełnił się zasiewem pogodnym. Istotnie na twarzy samego Posła zakiełkował uśmiech!
Osłupieli. Długo wpatrywali się w niego, nie ufając oczom, poczym ruszyli bezładnie, przeciskając się jeden przez drugiego — ku bani. Stłoczyli się około niej ze wszystkich stron. Wpatrując się, widzieli własne oczy, nosy, brody wydłużone, przyplaskane lub opuchłe niewymiernie, a wszystko na tle różowego ogrodu, różowych wstęg ścieżyn i całkiem zróżowiałej twierdzy. Na widok tej krotochwilnej jutrzenki tajały w mężnych piersiach żale zaskrzepłe i ruszyły silnym pędem wesołości szumiące, perliste z mózgu do serca. Ocknęły się młoty dygocących pulsów, uderzając taktownie, a macki świerzbiące rozpuściły uporczywe chody wzdłuż wargowych mięśni, w okolu szyi i aż po wnętrze brzucha się wdarły. Tu rozigrały się niepomiernie, wyczyniając łaskotliwe harce.
Odchodzili od bani kolejno, każdy krztusząc się od śmiechu pod osłoną dłoni, do ust przytkniętej figlarnie. Nieumiarkowany Szczupak zwalił się wprost na trawnik i, rozparpując nogami ziemię, wyrzucał piasek w powietrze, poczym tarzał się z wyuzdaną radością. Biedny policjant z powodu karlego wzrostu rozpaczliwe czynił wysiłki, by również do bani zajrzeć. Daremnie wspinał się na krótkich nóżętach, aż wreszcie rzewnym płaczem wybuchnął. Wtedy to rozbawieni staruszkowie, Pierwszy Chrześcijanin i sędziwy Pułkownik, wśród nietajonych objawów radości dźwignęli w górę człowieczka, aż zajrzał odrazu i, jak na dany znak, źrebięcym rżeniem parsknął. W samym końcu i Szpieg, opierając się mozolnie na lasce, do wesołości zaglądnął, ale nikt go w czuwaniu nie zastąpił, więc zjawił się niespostrzeżony dozorca i wymyślał:
— Hej tam! hołota psiakrewska, chodników nie tłamsić!
Z dyplomatycznym ukłonem podszedł ku niemu Prokurator, kołysając główką.
— Szanowny Panie — prosił — czcigodny sekretarzu wielkiego psa lądowego, jołopa Lipka, zacny dostojniku, zechciej nie psuć nam wyśmienitej gry towarzyskiej. Bawimy się w zdobycie sztandaru czyli śmiesznej tajemnicy, która mieszka stale w bani szklanej. Może szanowny pan pozwoli z nami?
— Kusz, warjat! — zgrzytnął dozorca i nie skorzystał z uprzejmego zaproszenia. Więc rozłożyli się obozem pod banią i biwakowali. Powoli oddalali od ust wstydliwe dłonie, okazując nowe miny czupurne. Oglądali je nawzajem z ciekawością. I dziwne, nie wyglądali już podobni ludziom, lecz raczej sprzętom wylakierowanym, odświeżonym na wiosnę.
Do Posła zbliżył się roztrzęsiony Pierwszy Chrześcijanin, wskazujący palec sztywnie przed nos wytknął i zaklekotał:
— Azali, dostojny Pośle, uznajesz za wskazane, bym śmiechu właściwość posiadał stale, czy też tylko dzisiaj taki festyn?
— Zasmakowałeś, staruszku? No dobrze, bądź cierpliwy, posiądziesz na zawsze.
Staruszek zaperzył się gwałtownie:
— Cóż to za bajanie: na zawsze, na zawsze, kiedy tylko jedna bania, ta tu różowiutka baniusieńka, skąd wesołości nabrać można, a tymczasem nas tylu, bo i ja i ty i Książę i Szpicel i Prokurator i Kat i Suplent i... i, aj — aj, aż zanadto jest i do tego jeszcze wędrować mamy po szerokim świecie. —
Zakłopotanie udzieliło się wszystkim. Gromadzili się przed wodzem, utyskując — aha! no a jak teraz będzie? Gniew uniósł Posła: — Podli, o wynędzniałych mózgach i sercach niewiernych. Oto wskazałem wam cudowne źródło i jeszcze nieufność i lęk wami włada. We wszystkim chwiejni, mężnego kroku uczynić niezdolni. Wszędzie pomoc wam potrzebna. Oto dowiedzcie się: banię rozbije się, bania pryśnie.
Oburzył się nawet Kat milczący:
— Co? co? to cudowne, święte źródło wesela ma paść ofiarą rąk bestjalskich? Uznaję postępowanie takie za niegodne, nieludzkie!
— Nie pozwolimy — ryczeli żołnierze groźni.
— Głupi, małoduszni, podli — częstował przydomkami Poseł — bania pęknąć musi. Wówczas bowiem każdy z nas mały jej odłamek może unieść ze sobą i mieć zawsze, na wieczność. W każdym bowiem fragmencie, w okruszynie każdej kryje się cudowna właściwość całości. Zaglądnij do jednego czerepka, a ujrzysz to samo, czemu przyglądasz się w całej okrągłości. O wy, bezrozumni. Wy, którzy nie znacie istoty cudnej tajemniczości! Naprzód, nędzni tchórze, póki czas, zanim zjawi się doktór Lipek, rozbijcie banię i śmiech wesoły ze sobą zabierzcie!
Zawstydzeni cofali się bezładnie i wzrok ich podążył do bani, a za wzrokiem poszedł utajony żal ludzi bardzo mężnych. Jakby żegnali w milczeniu tajemnicę różowych wesołości.
Pierwszy otrząsnął się ze zdrętwienia Szczupak lekkomyślny, podjął ze żwiru ścieżki kamyczek ostry i, wręczając go uroczyście Posłowi, wzywał:
— No jeżeli już tyle naplotłeś, to czas śmigać, panie Pośle, niech bania zrobi wreszcie dzyń — dzyń, kiedy trzeba na pożytek ludziom, ludziom na pożytek.
Poseł kamyk odrzucił, ręce strzepnął i z wyraźną urazą w głosie oświadczył:
— Idź, bałwanie, czynność ta rąk moich niegodna, to należy do was!
Niezrażony Szczupak wyszukał kamyczek i z lubym uśmiechem podał go przerażonemu Suplentowi. Lecz ten przeraźliwie wrzasnął i począł umykać, kryjąc się za plecy towarzyszów broni. I namawiali się nawzajem do bohaterskiej czynności, potrącając jeden drugiego łokciami dla zachęty. Wreszcie wyruszył Książę, w pewnym oddaleniu przed banią przyklęknął i ogłosił uroczyście:
— Zamiera duch rycerski. Ale nie ubolewam, czując w sobie siły, by ducha podtrzymać i wzmocnić. Kocham ramię moje dzielne, wielbię sokolich mych oczu celność. Ja, który w Monte Carlo zbierałem pierwsze nagrody za strzelanie gołębi, ja, który z pistoletu wystrzelałem asa na odległość kroków pięćdziesięciu, ja, który dwudziestu wartogłowów uśmierciłem w pojedynkach, a poza tym mam na sumieniu trzysta trupów jelenich i dziewięćdziesiąt dzików, ja, postrach junaków z chodników wielkomiejskich, krakowskich, londyńskich, przemyskich, paryskich, jasielskich — ja nie wzdrygnę się przed rzutem celnym!
Przymrużył powieki, lewą nogę wysunął naprzód i, podczas gdy czekali z zapartym oddechem, celował długo. Cisnął. Bania prysła.
Z okrzykiem hurra! głuszącym lament dozorców, rzucili się, jeden przewalając i tratując drugiego, w stronę, gdzie padły odłamki szkła. Porywali je i, wrzeszcząc nieludzko, uciekali do twierdzy. Nad stratowanym gazonem unosiły się długo przekleństwa dozorców.
Nadciągnęła popołudniowa burza wiosenna, niespodziewana, prawie nielogiczna, zwyczajny zresztą objaw majowej nerwicy niebios. W tumany kurzu i ulewy spowiła twierdzę.
Obowiązkowy doktór Lipek zjawił się pod wieczór. Kaptur zmoczonego przez zlewę płaszcza nasunął na głowę i, jakby przeczuciem nieszczęścia wiedziony, wszedł w zniszczony przez wichurę ogród. Kroczył jak mnich w udręce na pokucie błądzący. Nagle uniósł ręce w górę, odrzucił kaptur i padł jak długi przed strzaskaną banią. Z kleistego błota wyciągał różowe okruszyny, całował żarliwie, rzucając się we wszystkie strony, gdzie tylko błysnęło świecidełko. I długo tarzał się na kolanach, bijąc głową pokłony w ziemię, pokłony przed osamotnioną tyczką, która dziś jeszcze dźwigała całą jego banię. Wreszcie powstał i, jak zwierz drapieżny, wytężając twarzy ścięgna i kurcząc grzbiet, ryknął, zapewne z okrutnej dolegliwości, ale zagłuszył go grzmot przeciągły odchodzącej burzy.
Nieprzytomny, oklejony błotem, ociekający z deszczu, ale obowiązkowy doktór Lipek wyszedł do swoich pacjentów. Niezaprzeczenie cichą, świeżą mogiłę niósł on w swojej piersi, więc razić go musiał boleśnie niesłyszany dotąd, dokuczliwy chichot, który zewsząd przedzierał się na kurytarze. Wszedł do celi Posła i zrazu nigdzie nie mógł go spostrzec. Wreszcie zawadził końcem nosa w but wystający i, zadarszy głowę, ujrzał olbrzyma w niewygodnym przegięciu koczującego na szczycie pieca. Poseł spogląda w rozłożone dłonie, jak gdyby odczytywał najweselsze wróżby i zaśmiewa się łapczywie, tubalnie. Zauważył doktora i, unosząc w górę różowe świecidełko, podrwiwa ze szczytów.
— Moje uszanowanie, padam do nóg pana doktora. Czego dobrodziej sobie życzy?
Już pan niepotrzebny, już pan niczego nie nauczy, nic nie da. Ukrywałeś, gnębiłeś, wzięliśmy sami. Teraz potrafimy już sami uśmiać się do syta.
Jeżeli panu również uśmieszek potrzebny, proszę potrudzić się do ogrodu i poszukać, może jeszcze jaki odłamek się znajdzie, choć wątpię. A teraz proszę mi nie przeszkadzać, wesołej nocy!
I nie słuchał już Poseł nic więcej i nie słyszał prócz własnego śmiechu.
W celi Szczupaka sprężynowe materace leżą na podłodze, a gospodarz tarza się po materacach, w których głębi ukrył cenny czerep.
Książę śmieje się na całe gardło, niepomny dystynkcji, ukrywszy głowę w szufladzie przyłóżka.
Śmieje się Chrześcijanin i Kat się śmieje i Suplent.
Twierdza ponurych żołdaków, dom płaczący przemienił się w siedzibę nieustannych rozgwarów weselnych. A po burzy wypogadza się niebo wieczorne.
Obowiązkowy doktór Lipek jest niepotrzebny. Sam rozumie, więc do ogrodu podążył, gdzie nazbierał pozostałą garść okruchów szklanych. A że naprzeciw miejsca, gdzie strzaskano banię, znajduje się wolna niezamieszkała cela, więc do niej zaszedł, okruchy na stół wysypał i usiadł przy otwartym oknie. Zbłocone palczyska skrzyżował na piersiach i spogląda w miejsce, gdzie stała jego bania. Spogląda całkiem spokojnie, bez wyrazu, tępo.
Czasami miarowo, banalnie w głos wyrzeknie: banio! banio! i głowę coraz niżej schyla. I wedle wszelkich przepisów buddyjskich, godzinami wpatruje się w kierunku własnego pępka.
W wolnej celi stale mieszka.
Nic nie wie, że twardzi a uśmiechnięci żołnierze już wyruszyli w świat daleki, na podbój.


AMOR MILCZĄCY
CZYLI O ABSOLUTNEJ NIEMOŻLIWOŚCI, BY

PEWIEN MŁODZIAN ZAKOCHAŁ SIĘ W DAMIE

JAKIEJKOLWIEK.
P. T. Publiko Słowików, Skowronków i innych dźwiękliwych Ptaszątek!

Oto przedewszystkim uspokoić Was muszę, iż przez swywolnie obrany temat wcale nie usiłowałem wtargnąć w granice cudzego państwa. Przeciwnie, zapewniam Was, że trylowych popisów w zaciszu bzów majowych swoją opowieścią o „Amorze“ nie zmącę, że, powszedniości ciężarem przytłoczon, niezdolny jestem wzbić się w perłowe przestwory jutrzenkowych poranków i głosić niepłatne peany ku pokrzepieniu ziemskich optymizmów. Moje bowiem dotychczasowe doświadczenia i utrwalone zdjęcia z panoramy miłosnych wydarzeń w spróchniałe gwizdanie ułożyły gadatliwe usta i zaopatrzyły chęć moją w psotność, jeno czyhającą na niszczące zgrzyty podczas symfonji płciowych uniesień. Cześć i chwałę śpiewacie zdarzającym się prawdom, ckliwie zagapione w ich bawole oczy, ja zaś przekrwionym z niedowiarstwa wzrokiem poza plecy prawdziwości sięgam i, niestety — tęsknię za przejrzystą plotką. Niegodny więc jestem śpiewać z Wami w chórze, a obawa o konflikt tematów zapewne zniknie, gdy niema pokrewieństwa dobrej woli i rozrodczych zapędów.
O! pośnijcie skołysane na wiotkich zarośli gałązkach, ukrywszy uczciwe dzióbki w piór zanadrzu, pośnijcie, ptaszęta, spokojne, gdyż nie istnieje groza niezdrowej z mej strony konkurencji. Wszak aksamitnym Waszym gardziołkom przyrodzone są wabiki cenne i tłumy sprawnych a czułych słuchaczy na ich odgłos się zbiegną. Ja zaś, Ptaszęta, ja nie jestem śpiewny. Głos mój od licznych przemilczeń zagasły, pół­‑martwy. Nikt rzeszy moich wielbicieli nie zna. Sam ich sobie spłodziłem z cichej mej radości i zazdrosny o nich jestem. Gdy zgryźliwie zrzędzę, ostrożnie wtykają ciekawe uszy w szpary u podłogi mej lichej izdebki, za kominkiem się gnieżdżą, a niektórzy śmielsi wtulają się w stare stękające fotele i podsłuchują chytrze. Wówczas rozkosz za skronie mię ujmuje i daje podnietę, by gędzić dla szpiegów ze wspomnień nad niecnym życia mego przemysłem. Im to wydaję wszystkie me ofiary, a oni mądrzeją przezemnie i, korzystając z wykrytych tajemnic, nie tęsknią za światłością dzienną, lecz niewywołane wśród cieniów szerzą zdradliwą agiencję dla moich korzyści.
Ale Wy nie rozśpiewajcie, Ptaszęta, mych przed Wami zeznań! Prawie bratem Wam jestem serdecznym, choć wielce nieszczęsnym. Zaś w gronie zasłuchanych gapiów zawsze jestem, stały Wasz wielbiciel i nieufny wyznawca. Nie zdradźcie mię, Ptaszęta!
Gdy już jako tako (dość niezrozumiale dla tych ptasich móżdżków) załatwiłem się z tą niesforną i pretensjonalną bandą lirycznych śmierdziuchów, poszukam głębszego zrozumienia u istot wyposażonych najwyższym ustrojem organicznym. Ale i wśród tych ostatnich, jako zróżniczkowanych na klasy i podklasy, wybiorę sobie dla szybszego porozumienia tylko te ofiary rodzącej przyrody, które, skarlałe fizycznie na korzyść rozpanoszonych intelektów, zdolne są do szybkiego procesu najdziwaczniejszych skojarzeń.
Nie w zarozumiałości mej powód, że tak wysoko sięgam, lecz tylko w skromnym fakcie, który przez spryt praktyczny najbardziej oburzonych nawet ułaskawić może. Zaś fakt ten — to brak wszelkiej twórczości we mnie, zastąpiony przez wytwórczość. A więc w miejsce solidnych, dla pokoleń przeznaczonych płodów, swojska staranna tandeta. Tandeta zaś, to serce współczesnych giełdziarskich obrotów i istota wymiany koniecznych towarów. Jest drogocenną we wszystkich pozorach i istotę rzeczy niedostępnych uprzystępnia, na zbyt podaje za tani pieniądz. Tandeta — to sztuka dążąca w samej sobie do swoich celów, do rozpowszechnień ogólnych i zawładnięć w sferze zjawisk zbyt masywnych, skrytych lub spłowiałych z doznanej obojętności.
P. T. Ewentualna Publiko Przygodnych Czytelników! o nadmiernie rozwiniętych mózgach i rozrzutnej pojemności wrażeń, zaprawdę pragnę, byś zechciała przyjąć moją tandetę i ocenić.
W przystępie niezwykłej śmiałości ośmielam się wezwać Was, byście z fałszywym uchwytem nie przystępowali do kartkowania mych „Historji“, jako zwyczajni jesteście z naślinionym palcem przebiegać strony wzruszających dzieł „literatury pięknej“. Pragnę bowiem zapoczątkować w mej Ojczyźnie literaturę brzydką i trudną.
Lecz w tym wypadku niewolno Wam doszukiwać się uporczywie banalnej chorości w opowieściach, które o tyle są chore, o ile wszystko, co żywe, musi chorzeć. A przyznam się, że nieznaczące słowo choroba w schorzałych Waszych ustach jest co najmniej nieprzyzwoite.
Zadaniem „Historji“ jest dotrzeć do istoty zapoznanych, pomijanych (przez Was!) ludzi, żyjących życiem podwójnym, Waszym szablonem współczesnym, bardzo chorym i ich oddechem samoistnym, do zdrowia tęskniącym. W nich oglądać możecie Waszą winę i przodków Waszych winki, więc nie zżymajcie się zbytnio, jeno najmniejszą wdzięcznością mi odpłaćcie, co zresztą kosztem równym uniesieniu załatwić możecie.
Historje są niewesołe, gdyż wszystkie wesołe (zapewniam!) już dawno rozeszły się w tysiącach egzemplarzy lub dziś jeszcze na gwałt są powtarzane i rozchwytywane. A już wobec Ptasząt uczciwie wspomniałem, iż nie czuję się na siłach do niezdrowej, naśladowczej konkurencji. Zapraszając Was, Przygodni Czytelnicy, do słuchania i patrzenia, zapraszam do pracy nad osnową moich opowieści.
Bądźcie łaskawi spodziewać się pomyśleń nawet w słowach skromnych i maciutkich i sami składajcie sobie pogmatwane sensy, marząc, gdyż w tym jest rozkosz czytania.
Wytchnienia napróżno nie wymagajcie, gdyż skąd go Wam dostarczyć, kiedy sny nawet nie są wypoczynkiem, a zmorą tylko i zdrętwieniem przedzgonnym.
Zaś stanowczo nie czytajcie „Historji“ na szezlongu, z przepełnionym żołądkiem, gdyż wówczas — za należyte trawienie nie ręczę!
Gdybyście zaś mieli popadać w paroksyzmy furji nademną, lub dali się unieść niezadowoleniu z niejasności tematu aż po granicę wymyślań trywjalnych, pozwolę sobie przypomnieć Wam skuteczny środek na złagodzenie wzburzenia, a mianowicie manifestacyjne wzruszenie ramion, o Przygodni Czytelnicy moi! — których nie kocham.


Z pełnym brakiem artystycznego obmyślenia i sprytu zapowiadam u wstępu, iż bohater tej sztucznej awantury już nie żyje. Nie żyje, gdyż padł ofiarą konfliktu, którego nigdy należycie nie był świadom, a który ja mu z całą bezwzględnością narzuciłem w pogoni za cudactwami.
Wiem, że historje, kończące się źle (a śmierć przecie ogólnie uważaną bywa za zły koniec choćby najgorszych początków), że więc te historje są niepoczytne. Jeżeli kiedy autor posuwa się tak daleko, iż każe umierać bohaterowi, powinien nagromadzić istny stek najróżnorodniejszych przeciwności, dziedzicznych obciążeń, bohaterskich rozpędów, uczuciowych rozmiękczeń i potwornych fatalizmów, by się usprawiedliwić i wzbudzić litość, przedewszystkim dla siebie samego, jako ponoszącego ogrom tych wysiłków, a dalej dla bohatera, który tym ogromem przytłoczony został. Litość bowiem z każdym losem się brata, dla każdego wymysłu znajdzie zrozumienie.
Tymczasem mój bohater umiera z powodu nieobliczalności mej wyobraźni, która śmierć jego ustanowiła jako takt niezachwiany, bez popularnych wyjaśnień. Wyobraźnia moja, mianowicie, twierdzi (o ile tylko zdolną jest do podobnej funkcji), iż śmierć literackich bohaterów nie powinna nigdy być zajściem psychologicznym (według pewnych zasad czy reguł), lecz tylko niespodzianką, czyli faktem nawskroś nielogicznym. Ja zaś pozostaję w trwałej zgodzie z moją wyobraźnią.
Również niewolno mi starać się o litość, co już sama materja opowieści wyjaśni. Wszak niema wybaczenia dla takiej potworności, jak brak szczerych, żywych uczuć dla kobiet w piersiach młodzieńczych. To stan anormalny, a anormalności w zdrowych społeczeństwach (np. nasze!) nie mogą liczyć na wyrozumienie.
Bohater mój, gdy już raz nim został i zejść nie chce z pod pióra, zgodził się jeszcze przed śmiercią na brak głębszego współczucia w szerszych warstwach społeczności, ale ja w mym trudnym położeniu muszę dążyć przez to pośmiertne rozpamiętywanie przynajmniej do wywołania zewnętrznego efektu, więc beznadziejnym głosem upraszam:
P. T. Ogóle Czytającej, Zdrowej Publiki, racz wydać ze siebie choć jednego wyrodka, reprezentanta anormalnej litości, któryby anormalnie westchnął nad losami anormalnej opowieści.
Znałem mecenasa Jerzego, bohatera, i mogę zapewnić, iż gdyby był pożył choć dzień dłużej ponad termin katastrofy, jaka go spotkała, byłby niewątpliwie ukazał się na deskach pierwszego lepszego z przedmiejskich teatrów rozmaitości, przebrany za klowna i skrzeczący z pełnego gardła rozpaczliwą arję Leoncavalla: „śmiej się, pajacu“. Występów swoich nigdy nikomu nie potrafiłby wyjaśnić, choć zachłystywałby się z rozpacznego wrzasku co wieczora aż po ostatek przeżywanych dni.
Stąd wniosek prosty, że posiadał on dość rozwinięte poczucie a raczej przeczucie kiełkującej w nim dramatyczności, bez najlżejszego uświadomienia sobie prawideł przyczynowości, co spowodowało znowu w epoce przedzgonnej przejście stanu półświadomości w manifestację histerycznych absurdów.
Objawił się mecenas dla mnie i mojego interesu całkiem pospolicie, na wielkomiejskiej ulicy. Zacząłem go śledzić przedewszystkim w przestrzeni.
Gdy szedł, smukły tułów niedbale i z łaskawym lekceważeniem chybotał w rytmicznym spadku ku obu stronom drogi. Była jakaś niezamierzona sprawiedliwość w składaniu tego bezwiednego, lekkiego pokłonu w stronę zgromadzonej na obu chodnikach rzeszy miejskiej.
Stanowczo sprzeciwiała się temu bujaniu w przestrzeni głowa pana mecenasa, do sztywnie osadzonej szyi sztywnie przytwierdzona. Podczas gdy ręce swywoliły z całym korpusem, głowa ta ulegała odruchom tylko z konieczności, z widocznym ociąganiem się i ze smętnym wyrazem protestu w zielonkawych oczach, które automatycznie łypały ku nadulicznym firmamentom, jako zasadnicza demonstracja górniejszych odlotów i prometejskich tendencji. Z orlego nosa spływała mastna wzgarda na wystającą dolną wargę, która, pnąc się uporczywie w górę, ponuro sprzeciwiała się zarówno protestowi w oczach, jak i podrygom beztroskiego kadłuba.
Rozdyndana ta, a w szczegółach sama przeciw sobie prężąca się sylwetka mecenasa zjednała mu ogólnie nieprzyzwoite miano doktora Fallusa. Miano to pielęgnowano z niezwykłym pjetyzmem zarówno w stadzie szanujących się pań miejskich, jak i w różanych wianuszkach balowych niewiniątek. Zaś wszystkie odmiany radców, rajców, rejentów czy referendarzy, jako przedstawiciele płci męskiej, bardziej rzekomo uzdolnionej do roztrząsań analitycznych, poddawali to przezwisko nieuniknionej interpretacji przy każdowieczornym piwku. Z rycerską pobłażliwością stwierdzali, że zmiany nazwiska mecenasa dokonała opinja publiczna, a więc najwyższa wyrocznia w sprawach, ogółu dotyczących, wobec czego nie należy dopatrywać się w przezwisku złośliwych tendencji, lecz raczej dążenia do syntezy w ujęciu nieuchwytnej jednostki.
Tego to mecenasa wprowadziłem razu pewnego w grono kawiarnianych podglądaczy rzeczywistości, ale ci orzekli jednomyślnie, iż okaz nieciekawy, typ banalny, nie mogący służyć za przedmiot choćby przejściowej obserwacji. Wyrok ten utrwalił mię w podejrzeniu, że z biegiem czasu mecenas stać się może moim bohaterem.
Owe zewnętrzne banalności były dla mnie (autora) niezwykle miłe i pożądane. Niezwykłe dobra doczesne mecenasa, jak potęga dziedzicznego majątku i wdzięk młodej, nadzieją rentowności dyszącej kancelarji, pozwalały szarym dniom następować po sobie we wzorowym szeregu, bez szczególnych przerw i bytowych kataklizmów. Zaś za parawanikiem codzienności mogły śmiało i bezwstydnie obnażać się wypadki i wypadeczki, niczym nienaglone, rozmiłowane same w sobie, zwolnione od jarzma najistotniejszej powszedniości.
Posiadał więc mecenas, prócz kancelarji, ciekawej sylwetki i złośliwego przydomka, jeszcze i samego siebie, osobistość we wszystkich gałęziach ludzkich wymysłów i usiłowań bardzo sprawną oraz wymowną. Mógł więc przewijać się z zaletami swemi przez ulice miasta gładko i swobodnie, jak pogodny bohater, wędrujący niestrudzenie wzdłuż beznadziejnie obfitych kart romansu, który służy ku podniesieniu ducha i pokrzepieniu serca.
A że się inaczej stało, wina autora, pozbawionego wszelkiej inklinacji w kierunku pomyślności.
W równej mierze wina i samego bohatera, który owe liczne dobra doczesne i wybitne przymioty, jakie mu z niewiadomych powodów i z obojętnego źródła przypadły w udziale, przed wszystkiemi odkrywał całkiem bezwstydnie. W ten sposób uwydatniał nader silnie owo w wyrazie twarzy zaznaczone zmaganie się sił, wzajem sobie wrogich a tajemnych. Niepotrzebnie wywoływał z niezbadanych swych głębi nieustępliwe wyroki, przeczenia, grymasy wątpiące, które towarzyszyły każdej myśli dorodnej, każdej oczu odmianie, czy wygięciu ręki.
Zapewne z rozpaczy, nie mogąc żadnego ze swych przymiotów doprowadzić do wymiany na korzyść realną, trawiony przemocą, wstrzymującą wszelkie powodzenie u samego ujścia, używał swych darów z lekceważeniem i nieumiarkowaniem, jak gdyby ich pochodzenie nie posiadało najmniejszego uzasadnienia logicznego. Przy każdym jednak rozrywkowym podrygu stwarzał sposobność do uwidocznienia swej koniecznej klęski, jak gdyby wysługując się na użytek owego przemożnego a pompatycznego, samorodnego „a jednak“, które z urzędowym spokojem wypełniało łatwe czynności krzyżowania, gmatwania, dławienia.
Przez tę efronterję w obnoszeniu samego siebie pogłębiał ów fatalny kontrast między pomyślnością istniejących warunków a brakiem wszelkich uwidocznionych skutków, popularyzował swą niemoc mistyczną, pobudzał do błahych domysłów, jątrzył plotek palenisko. Stąd też wynikło, że do frapującej tajemniczością mecenasowskiej sylwetki przypięto przezwisko i że komentatorowie miejskiego wymiaru należytości stworzyli nędzną hipotezę o „pozerstwie“, która, z aplauzem przyjęta, zakorzeniła się powszechnie.
Doktór Fallus wiedział o swym bolesnym stygmacie i znosił go prawie że z poddaniem się wyższej woli, niby doktór Faust, zgnębiony swą wiedzą o niewiedzy własnej.
Gdy wśród natłoczonej sali obrad sądowych młody obrońca roztaczał swe niezmiernie chlubne i ciekawe poglądy na istotę krzywizn społecznych i bezdennych przepaści w organizacjach ludzkich, gdy w kwestjach kieszonkowego złodziejstwa, dzieciobójstwa, szpiegostwa, cudzołóstwa, lichwy czy rabunku olśniewał przysięgłych pewnością i trafnością djagnozy, nie umiał nigdy usunąć tego tajemniczego sprzeciwu, który wraz z ostatnim tryumfalnym słowem zjawiał się w załamanym głosie, w kurczowym dygotaniu ręki, w źrenic mglistym załzawieniu czy półuśmiechu bolesnym.
Działanie tych odruchów, mimo ich nieuchwytności, było bardzo silne. Burzyło ład wywodów, sprzeciwiało się treści, a słuchaczy, ulegających z rozkoszą urokowi zwycięskiej myśli, przerzucało w mroczną i słotną krainę zwątpień. Nieomylni i opancerzeni sędziowie, zakażeni zjadliwością tego niszczącego lasecznika samoprzeczenia, wydawali niejednokrotnie wyroki wbrew świetnym i żmudnym filipikom nieszczęsnego obrońcy.
Podobnie działo się w czasie towarzyskich zebrań, gdzie doskonale przyrządzone paradoksy mecenasa o sztuce i jej ludziach, o nieobecnych a wzmianki godnych, o gospodarce miejskiej, domokrąstwie i wodociągach przepychem barw wprost porywały zebranych, ogólną wesołość doprowadzały do szczytu napięcia, gdy nagłe objawienie się owej demonicznej manjery, w sposobach nieprzewidzianych, najodmienniejszych, ścinało uśmiechy i w milczący niepokój grążyło ucztujących.
U wyniku więc każdego przedsięwzięcia czy śmielszego giestu wyskakiwał, jak pajac na drucie, gdzieś z głębi rozchylonych ust mecenasa, tajemniczy towarzysz­‑koboldzik i, wstrzymując zakończenie, w najdzikszych tonacjach zgłaszał swoje „veto“.
Wówczas mecenas tężał w zniedołężnieniu uciesznym, niby porażony udarem nagłym. Gwałtownie opadał ze sił, na czole występowało spotnienie a w tęczówkach oczu tępo lśniło bolesne osłupienie. Z czasem jednak, po szeregu bezowocnych zmagań, pokrywał on wszelkie zamachy złowieszczej przemocy melancholijnym uśmieszkiem.
Ponieważ wszystkie te paroksyzmy i walki dwuch ukrytych sił o władzę nad bezsilną ofiarą odbywały się w granicach ledwie dostrzegalnych, prawie niedostępnych dla niewprawnych spojrzeń, sąd społeczności nad bohaterem moim musiał być niedokładny, a więc i nieskromny. Zwłaszcza poważne matrony stawiały mecenasa jako ujemny wzór przykrych nawyczek, nieoględności lat młodzieńczych czy niedbalstwa ze strony wychowawców. W imieniu bohatera wybaczam wam płochość waszą, matrony zacne!
Z wyjątkową starannością unikał mecenas pozorów tragizmu, wywołując złudę beztroski. Klątwę swoją dźwigał na ogół wesoło, dobrodusznie. Przekonawszy się o nieodporności własnej wobec niezbadanych nad sobą rządów, przeszedł w stan apatycznej negacji, nie dążąc do celów istotnych, zawodowe obowiązki wykonując rzadko i od niechcenia.
Pozostała mu jedna jedyna sfera, wśród której obracał się z właściwym sobie tupetem, gdzie się niestrudzenie rozciekawiał i wiecznie czegoś spodziewał, sfera zagadnień miłosnych. Jej wyjątkowo nie stoczył dotąd wżerający się wszędzie bakcyl zwątpienia i sprzeciwu. W niej tylko prawie żył mecenas, jej zawdzięczał jakie takie poczucie możliwości istnienia.
Zbyt narzucająca się rzeczywistość faktów miłosnych uczyniła z niego bałwochwalczego wyznawcę tych niezbicie istotnych przejawów życiowych. Był więc zażartym teoretykiem zjawisk miłosnych, sumiennym poszukiwaczem obfitych materjałów dowodowych, wynalazcą przewrotowych hipotez. Prawie de Stendhal, tylko ksiąg nie spisujący. Znawca specjalista w kwestjach, afektów dotyczących.
Przez upodobanie w swym właściwym zawodzie i przez nieskalaną czystość intencji, własną osobę trzymał zawzięcie zdała od wszelkich konfliktów miłosnych. Czy obawiał się i tutaj również sprzeciwów niszczących? Dla ścisłości ten główny motyw uwzględnić należy, jakkolwiek prawdopodobniejsze będzie przypuszczenie, iż, przez nieustanną w samym sobie walkę, wyzbył się najzupełniej wszelkich szerszych rozpędów osobistych i że z upływem lat zanikła w nim wszystka możność w tym kierunku.
Dla zakochanych, wzgardzonych, zazdrosnych i oszukiwanych stał się nieodzownym doradcą, w kwestjach sercowych spornych lub niejasnych — najwyższą instancją.
Rezydował doktór Fallus i przyjmował w godzinach wieczornych w znanym, śródmiejskim handelku, gdzie gromadziła się stała jego kompanja. Dobrał sobie grono, złożone ze samych Don Juanów na pensji, uczuciowych rozbitków i wycofanych z obiegu lowelasów.
Najstarszym i najokazalszym członkiem towarzystwa był opasły, najzupełniej spiwiały major strzelców tyrolskich, ongi konny ideał wszystkich pensjonarek, pokojówek i panienek z najlepszych domów, zaś u schyłku żywota bełkocący gawędziarz na temat sprośnych dykteryjek. Obok niego kilku tombakowych młodzieńców z przewietrzonemi symetrycznie fryzurami i cynicznym szeplenieniem przez spróchniałe zęby, marny a srogo nastroszony adwokacina, Duduś Kręcicki, żywiący się z ochłapów zaniedbanej klijenteli mecenasa Jerzego, stale umęczony, przepocony i zakochany rządowy gieometra, o wyrazie nieuleczalnego mazgaja, pełen imaginacyjnych obaw z powodu rzekomych sideł miłosnych, zastawianych na niego przez robotnice polne, córki stróżowych i kuzynki gospodyń — zmizerowany, kędzierzawy inżynjer Beksay, oraz kilku jeszcze innych, przez tragizm życia lekko skaleczonych, mdłych typików.
Hospitantem klubu „miłośników miłości“ (nazwa pochodząca od mecenasa Jerzego) był pan August Matołek. Piękny, ceniony, zaszczytnie znany pejzażysta. Zjawiał się w klubie tylko w chwilach, jak je sam nazwał, „ogólnego upadku“. Wówczas odznaczał się demoniczną ponurością, rozczochraną bródką, zaniedbanym strojem i wilczym apetytem. Zazwyczaj milczał znacząco, połykając niewiarogodne porcje smakołyków, naturalnie na rachunek wspólnej kasy klubowców. Wreszcie, odchmurniawszy przy dziesiątym kufelku, wszczynał niedbale, dychawicznym szeptem frapujące wyznania z przeżyć miłosnych. Przy kufelkowym stole był pierwszym ulubieńcem i niezawodnym zbawcą przed grozą nudy czy wyczerpania orzeźwiających tematów.
Pomiędzy członkami klubu zachodziły drobne antagonizmy i nierówności, ale bez ujemnego wpływu na zwartość i spoistość szanownego grona. Przeważnie i ogólnie zazdroszczono Matołkowi jego jeszcze czynnej roli w zakresie, przedstawiającym dla reszty zgromadzenia wartość, niestety, już tylko teoretyczną, zazdroszczono mu zwalistych bar, sprężystych łydek i spojrzeń czelnie wyzywających, a co za tym szło i niepospolitych zdobyczy w istotnych wyprawach po serce.
Major współzawodniczył z nim w znoszeniu sensacyjnych nowinek, Kręcicki nie mógł Guciowi wybaczyć bezkarnej konsekwencji w popełnianiu błędów djetetycznych, Beksay łzawo podrwiwał z jego wypolerowanych paznogci, wszyscy zaś razem, nie wyłączając Matołka, odnosili się z cichą nieufnością i kłopotliwym zdumieniem do zlodowacenia czy pełnego zaniku instynktów miłosnych u prezesa klubu, doskonałego doktora Fallusa.
Prezes zaś niezmordowanie podsycał wiarę towarzyszów w niezaprzeczone istnienie czystych uczuć, odmienne płci ze sobą skuwających, łagodził wszelkie klubowe niezgody i silną dłonią dzierżył rząd dusz, niedopuszczając do rozluźnienia węzłów karności. Równocześnie, uważając zapewne Matołka za doskonałe medjum eksperymentalne w dziedzinie swych dociekań, z przejęciem zajmował się przemycaniem niezliczonych błękitnych papierków i ociężałych pięciokoronówek z prezesowskiej kieszeni do bezdennej sakwy Gucia­‑uwodziciela.
Tak przetrwali najcięższe czasy groźnych przesileń w postaci wątpliwych afer, dwuznacznych skandalików miłosnych, mogących osłabić wiarę w istnienie jakichkolwiek uczuć istotnych. Niestety, po szeregu lat wzorowej składności, po ogniowych próbach, wykazujących niewygasłe znicze szczerej wiary w piersiach „miłośników miłości“, zaszedł wypadek wprost niewiarogodny a jednak nawskroś tragiczny w skutkach: do miasta zjechała na gościnne występy gwiazda europejska, fenomen na kabaretowych deskach, chluba trapezowej sztuki, gumowa dama,

MISS HAIDEE DEDDY.

Zmiana programu, galowe przedstawienie, więc tłumy, zwabione rozreklamowaną atrakcją. Klub stawił się w komplecie i wypełnił obie proscenjowe loże. Klub rozmyślnie lekceważy inne punkty programu, oczekując z zapasem wszechstronnej uwagi na „clou“ wieczornego gaudjum.
Wreszcie zjawia się ona sama, miss gumowa. Wchodzi niedbale, leniwo, nikogo nie widzi. Dziwnie modre wejrzenie utkwiła z przerażeniem w zawieszony nad nią w wysokości trapez.
Jest smukła, cała w czarnych jedwabnych trykotach, bez śladu wycięć, obnażeń, dekoltu. Czarna, zapięta, salonowa dama. W kasztanowych warkoczach o zielonawym odblasku spokojna, biała róża. Przed siebie wyrzuciła poziomo chude, żylaste ręce. I zwolna wspina się po drabince na wysokość trapezu.
Klub lornetuje zaciekle i widzi ekstatyczną twarz jakiejś zabłąkanej Dziewicy Orleańskiej, bohaterki, która nie otrzymała w darze od rządzących losów swej historycznej epoki. Lub może średniowiecznej sekciarki, na szafot idącej, czy fanatycznej gienerałowej, gdy dowodzi współczesną „Armją Zbawienia“. Klub dziwuje się i jest niespokojny.
Ona zaś balansowała w górze czas dłuższy, pocierając gwałtownie dłonią to czoło, to kark, aż wreszcie, zerwawszy się na równe nogi i przez sekundę przystanąwszy na bimbającym drążku, z przeciągłym, zastraszającym miauczeniem runęła z kilkumetrowej wysokości, głową w dół — na wyścielone podjum. Stąd odbiła się migiem, wykonała w powietrzu zawrotne salto­‑mortale, spadła na ziemię i odbijała się coraz wyżej, aż z powrotem zawisła na drążku. Poczym spokojnie i zwolna zeszła po drabince z wysokości trapezu.
Ciężko dyszy. Stanęła przy rampie, a przepastne jej, rozszerzone źrenice rzuciły się w głąb czarnej, z podziwu umilkłej sali.
A wtym jedno drobne zajście, niby alarmowy sygnał nadpływających spienionych wydarzeń, wątły szczególik pierwszorzędnego jednak znaczenia dla „miłośników miłości“.
Z rzędu pierwszych foteli unosi się barczysta postać męska i z rąk jej leci pod stopy akrobatki dźwięczący przedmiot (złotem połyskuje).
Sala milczy. Towarzyski nietakt. Damom należą się kwiaty, precjoza przesyła się (o ile to konieczne) przez posłańca w puzderku. Dama obrazi się niezawodnie, wzgardzi.
Artystka posiada jednak swoje manjery odrębne. Oto się schyla, podnosi cacko i dokładnie w oświetleniu kinkietów ogląda. Z widocznym znawstwem ocenia, jest zadowolona, złote okowy bransolety spina na czarnym rękawie powyżej kostki naręcznej. Nie kłoni się wdzięcznie, subretkowego nie śle całusa, jeno z poważnym namysłem białą różę ze splotów wyjmuje, uważnie w pierwszy rząd foteli spogląda, wymierzyła i czysty kwiat o rozrosłą męską pierś ciska. Wnet odwróciła się i leniwie odchodzi, jak przyszła.
Rumor oklasków, nieprzestanny, uparty. Nóg tupotanie, okrzyki, gwizdy. Lecz czarna miss już nie wyjdzie. Ma swoją odrębną manjerę. Z pod smyczków cygańskiej kapeli sączy się wytworny, sentymentalny walczyk Crémieux’a:

Quand l’amour refleurit.
W rzuconym na scenę przedmiocie rozpoznał klub bransoletkę, którą przesadny w elegancji Matołek zwykł był nosić podczas uroczystych występów lub na wypadek niezwykłych konkurów.

Dla tego jest klub od czasu pamiętnego przedstawienia bardzo niespokojny i tworzy domysły. Jak na złość Gucio unika wszelkiego spotkania z towarzyszami piwnych posiedzeń.
Bez wątpienia należało przypisywać przydługą nieobecność fazie „ogólnego rozkwitu“ Matołka.
Jedyny prezes nosi wyjątkowo uśmiechniętą maskę, milczy dyskretnie a chwilami nawet zapada w rozkoszne marzenia, giestykulując sam ze sobą dość zabawnie.
Wskutek wszystkich tych wydarzeń pan major naocznie zmizerniał i osowiał. Nie orjentuje się w całej kabale. Dał się nawet wyprzedzić takiemu Kręcickiemu, który pewnego wieczora mógł tryumfalnie oznajmić:
— Widziałem wczoraj Matołka!
Majorowi piana ze świeżej bombki zastygła na wąsach. Barwa twarzy fijoletem nabiegła.
— Z kim, Dudusiu? — wykrztusił.
— Ano z tą komedjantką. Zjedliśmy kolację w „Saskim“. Co ten narwaniec nie wyprawiał! Wyobraźcie sobie: rakowa zupa, zrazy nelsońskie, korniszony, karczochy, piwo, wino, sery — istny galimatjas, miserere zapewnione, nie wiem, czy dożył dnia dzisiejszego.
— W najlepszym zdrowiu — uspokoił nagle doktór Fallus.
Beksay żachnął się. Stale cierpiał na udręki wewnętrzne i stale przeszkadzały mu w ich wyrażaniu najwymyślniejsze dolegliwości fizyczne. Zwyczajnym członkiem klubu stał się od czasu ostatniej katastrofy miłosnej, kiedy wysoce romantyczny stosunek do pewnej przeczulonej nauczycielki uległ trywjalno­‑realistycznemu zerwaniu z powodu regularnych krwotoków, jakiemi prześladowały pana inżynjera jego prastare hemoroidy podczas uniesień najczulszych. I tym razem na odmianę zapalenie okostnej uniemożliwiało mu godne napiętnowanie prezesowskiej reżyserji w nowej intrydze miłosnej.
Wszyscy zgodnie odnieśli wrażenie, że stosunek Matołka do gumowej cyrkówki to dzieło mecenasa Jerzego.
Wyraził wprost Kręcicki: Dziwię się temu sztucznemu wtrącaniu Gucia w coraz to nowe ramiona przeróżnych awanturnic. Osłabia to ogromnie wartość i znaczenie stosunków istotnych, zdeprawuje i tak już nadpsutego lekkoducha ostatecznie, a z materjalnego punktu widzenia cała impreza jest karygodnym utracjuszostwem.
Major przebudził się, łypnął białkami ślepiów, pociągnął haust z kufla, cmoknął i wykrztusił:
— Stwarzanie pomyślnych konjunktur materjalnych jest bezwarunkowo denaturowaniem stosunków miłosnych, jest wypaczaniem linji, po której dążą ku sobie zakochani. Chwilowe, ułudne dobro na niekorzyść prawdziwości mających się ukształtować warunków. Gdybym był uzyskał skądkolwiek kaucję na połączenie się trwałe z nieboszczką moją Mizzi, niezawodnie żyłaby ona dotąd z kopą bachorów, a ja rejterowałbym zwinny i świetny na czele gieneralnych sztabów. Ale czy byłoby lepiej ze względu na istotę uczucia? Ona kochała się tylko ze mną i z tym w grób poszła. Ja po niej już żadnej baby nie przytuliłem do siebie. Na serdecznym wspomnieniu usiadłem, jak na miękkim wojłoku, i z rozpamiętywania utyłem. Miasto pchać się w górę, ku ziemskiemu padołowi ciążę, co bardziej naturalne. Miasto bujać, tonę sobie powoli w mym smacznym, piwnym jeziorku i nie wypłynę. Ale miłość była, pozostanie i ze mną umrze. Ende gut, alles gut.
Inżynjer zmógł ból dziąseł i w chórze malkontentów pierwszy z tłumionemi wywodami wystąpił.
— A czemu Fallus nie zjawił się wówczas, kiedy miałem lat piętnaście. Czemu nie przyszedł na biedną, studencką stancyjkę i nie uprawiał tam swej eksperymentalnej, rajfurskiej filantropji? Zabawy było dosyta i obserwacji złote źródło. Stara aktorska żona, jej statystująca córeczka, podstarzała Marta i nadobne koleżanki córeczki. Nędza rodziców ukryła mię w tej norze, gwoli stworzenia sposobności dla wykształcenia ducha i pokrzepienia ciała. Marta otaczała mię szczególną opieką, zaznaczając, że jestem chłopak gładki i chwacki. Odrazę czułem do wyszminkowanej poczwary, której z ust zionęło śledziami, cebulą i tytoniem. Chciałem uciec, ale dokąd? W norze było bardzo tanio, były zakulisowe protekcyjki obrotnej aktorzycy, przełaziłem z klasy do klasy. A chodziło rodzicom (nie mnie) o dyplom dojrzałości jak najprędzej. Błagałem o uwolnienie mię z bagna, ale zburczeli mię za grymasy, za niewdzięczność wobec ludzi niezwykle uczynnych. Więc gniłem, a Marta kochała gorąco. Gdy światła w tym schronisku pogasły, zjawiała się Marta nad moim łóżeczkiem i wyciągała pędraka do swojej alkowy na powtarzanie lekcji. W negliżu i bez negliżu uczyła mię miłości. Czemu wówczas Fallus się nie zjawił, wszechmocny kompozytor stosunków istotnych, przeczystych? Jak w malignie ukończyłem szkołę. Marta zaprotegowała mię do zamożnej, zwyrodniałej damy, utrzymującej ze świetnych dochodów męża i poza jego naiwnemi plecami cały szereg bubków na użytek w kulturalnych misterjach. Posiadałem już wówczas moją „czystą“ konstrukcję miłości. Dla siwowłosej damulki stałem się przy wyuczonych zaletach cennym nabytkiem, pierwszą napotkaną duszą bratnią, „tym jedynym“. I mogłem bez troski, bez najmniejszego dla rodziców uszczerbku ukończyć politechnikę. Żywego, młodego ciała nigdy nie dotknąłem utęsknioną ręką, młodzieńcze moje wargi starły swą purpurę na tłuszczu warkoczyków siwiutkich i na chropawej skórze piersi uschłych. Utrzymanek i wychowanek półtrupka trupio o miłości myślę. Rokrocznie lampki palę na grobie mej matki­‑kochanki i modlę się szyderczo do stęchłej o niej pamięci. Zgnilizna w krew mi weszła i zwolna ciało toczy —
— Lecz cóż z nauczycielką? Wszak przyszły potym pragnienia, zachcianki — badał nielitosny Kręcicki.
— Pomściła się na mnie za mnie samego. Zresztą już nic nie wiem i wiedzieć nie chcę, prócz jednego: dla czego dobroczyńca par miłosnych nie zjawił się u nas, u mnie i mojej nauczycielki, dla czego nas nie uszczęśliwił, nie usunął niepokonalnych przeszkód i nieuniknionych wstrętów, dla czego nie ułatwił rozwoju spóźnionej miłości, dla czego zbawczą sakwą nie zabrzęknął?
I pytanie „dla czego?“ powtarzał w kółko, uparcie, prawie z metafizycznym akcentem. Napuchła twarz Beksaya rozbeksiła się beznadziejnie.
Klub zorganizował improwizowany atak na prezesa. Pomadowane głowy młodzieńców obojętnych przyłączyły się przez groźne nachylenie rozdziałów do ogólnego rokoszu, a nawet Kręcicki nie szczędził sobie podniesienia pretensji:
— A dla czego do mnie prezes nie przybył i nie uwolnił domu od nędzy. Wszak i u nas miłość kwitła. Dopiero niedostatek, mimo nadludzkie wysiłki, wtrącił żonę moją w objęcia kochanków. Ale ja nigdy nie byłem „persona grata“. Psiakrew! łatwo to powiedzieć sobie: wierzę w istnienie miłości. A potym wciąż wierzyć i u drugich oglądać. Wybierać sobie klasyczne przykłady, zauważone szczegóły przemyślać, roztrząsać. Urządzać kosztowne kombinacje, protegować rasowych buhajków a samemu stać zdala, nie przeżywszy w sobie ni jednego z uczuć przesilenia, ni jednego miłosnego dreszczu. Zaspokoić pokątnie chuć zwykłą, nie wtrąciwszy siebie w odmęt porywów, popędów, w gwałt i zgrzyt odruchów ludzkich, istotnych. Łatwo od wszystkiego się uwolnić i być wyrodkiem.
— Wogóle móc nie kochać czy też nie móc kochać, to istny zysk i właściwość bardzo praktyczna — zjadliwie zauważył major.
— Intratne zajęcie, bezpłatne stręczycielstwo, l’art pour l’art — dorzucił podniecony Duduś.
Mecenas Jerzy bladł i milczał. Zaskoczyła go nienawiść blizkich towarzyszy, trwożyły losy podjętych przedsięwzięć, oburzała zarzutów płaska niecność. A nad wszystkim górowała świadomość, że idą ku niemu jakieś moce ostateczne, z dwuch stron, że chwytają go za obie ręce i każda z równą siłą ciągnie go w swoim kierunku. On stoi bezsilny, nawet w żadną stronę przechylić się nie może. Stoi wpośrodku, moce ciągną, szarpią. I rozpołowią go, rozszczepią. Serce tłucze się, pod gardło ciśnie. Usta rozchylić niezdolny. Ratunku!
Porwał się zzieleniały. Na ramiona zarzucił płaszczyk ekscentryczny, na głowę wtłoczył filuterny kapelusik tyrolski, do stołu powrócił i, wsparty dłonią o marmurową płytę, oświadcza:
— A jednak to są rzeczy, które się nie kończą, które nie mogą się kończyć, te przejawy miłosne, za któremi wzrok mój i myśl moja podąża. Panowie podnosili zarzuty, ogłaszali skargi — niesłuszne. Rozbitkami jesteście, ofiarami stosunków obliczonych, wymierzonych. Stosunków powstałych, a więc godnych żyć szczęściem powstania ze siebie. Stosunków zniszczonych przez chęć ulepszenia, utrwalenia, uszlachetnienia — a więc i zakończenia. Istotnie miłosne przejawy nigdy się nie kończą, gdyż żyją tylko życiem swych początków i jak dym rozpływają się po przestworach, jak mydlane bańki pryskają tęczowo, znienacka. Nie uznają żadnych praw, żadnej logiki, nie posiadają żadnych granic (od — do), cienia po sobie mieć nie chcą, a w samobójczej śmierci przed zakończeniem niejednokrotnie szukają ucieczki. Można je nieraz sztucznie wywołać z niczego, można w cherlawym niemowlęctwie odkarmić, w nieudolnym raczkowaniu podeprzeć, ale gdy staną na trwałych nogach — podtrzymywać, podsycać, ożywiać niewolno. W popieraniu Gucia nie dopuściłem się najmniejszego grzechu, żadnego przestępstwa. Śledziłem u niego i święciłem z nim razem narodziny różnych jego miłości. Dla tego zawsze śpieszyłem z pomocą do niego, dla tego nie byłem nigdy u was, panie Beksay czy Kręcicki, czy inny klubowcze, nie byłem i nigdy nie będę. Przyszliście do mnie już gotowi, a to, co potym być mogło, musiało być nieistotne. Zaś u Matołka żyje niewygasłe źródło ożywczych, miłosnych odrodzeń. W oglądaniu jego miłostek krzepi się moja wiara w miłość, którą kocham zdala, by móc kochać. A wiary mojej nie dam sobie wydrzeć, mimo wasze szykany i bezeceństwa.
Lecz tu widocznie szarpnęły nim zmagające się moce zbyt silnie, gdyż, o zgrozo! nagle ukazał się w ust bolesnym skurczu ów wewnętrzny, straszny sprzeciw, który po raz pierwszy wtargnął w nienaruszoną dotąd dziedzinę sercowych dysertacji i założył protest przeciw uroczystemu oświadczeniu.
Bolesny dreszcz nim wstrząsnął. Zanim zdołali dłoń jego uścisnąć, rozżalonego pocieszyć, przejednać — zielony kapelusik z wywróconym piórkiem utonął w ciżbie handelkowych gości.
Odtąd klub prawie nie istniał. Schodzili się wprawdzie, jak dawniej, ale stół wspólny stracił swoją duszę i ideowe założenie przez ubytek mecenasa. Krzepili się wprawdzie wzajemnie udzielanemi wiadomościami, że ten lub ów widział w oddali doktora Fallusa i to przeważnie w towarzystwie nowych państwa Matołków, ale wobec niemożliwości zasięgnięcia bardziej zażywnych wieści, spoistość interesów ulegała powolnemu wyparowaniu.
Wreszcie major został rażony apoplektycznym atakiem. Napół obezwładnionego odwiedził Kręcicki, który przyniósł rekonwalescentowi konieczne do wyzdrowienia a konkretne nowinki. Oto doktór Fallus wyjechał gdzieś do zamorskich krajów, pono rozbijał się w Indjach. Miss Haidee Deddy porzuciła karjerę akrobatyczną i zamieszkała wspólnie z Matołkiem, jako oficjalna kochanka, w ładnym mieszkanku przy ulicy Królewskiej, na trzecim piętrze. Gucio spłókał się doszczętnie z wszelkich zapasów pieniężnych, uzyskanych ze sprzedaży lichych i na gwałt babranych krajobrazów (wszystkie ten zwarjowany Jerzy zakupił!), i żyją obecnie dość wystawnie z gotówki, uciułanej przez przezorną gumową damę.
Major odżył wprawdzie po tym sprawozdaniu i dźwignął się na nogi, ale te nogi właśnie nie chciały go już zanieść do umiłowanego handelku. Równocześnie kanalizacyjne roboty przeniosły Beksaya poza obręb miasta, a obfity żer, jako pozostałość kancelarji Jerzego, zmusił Kręcickiego do niestrawnego przeładowywania się dochodami z zawodowych obowiązków. Wypomadowani panicze poświęcili się zakulisowemu kultowi operetki, właściciel handelku zmarł nagle, więc klub „miłośników miłości“ musiał pójść w rozsypkę.


Nie minął jednak rok pełny, gdy odświeżone, przewietrzone i odwędzone mózgi klubowców ulegać zaczęły silnym atakom tęsknicy za zerwaną wspólnością. W samotni odżywały zwolna dawne nałogi i nieprzeparta potrzeba kufelkowych zachwytów, uwielbień i medytacji. Z tęsknotą łączyła się wyraźna niechęć do miss Haidee Deddy, jako głównej winowajczyni ostatnich wypadków i nieporozumień.
Szczególnie przychodzący do sił major klął czarną damę siarczyście, drepcąc po pokoju już dosyć zuchwale i wszelkie pasje popierając groźnym wywijaniem laską.
Przerwało mu nagłe zjawienie się Gucia.
— Matoł! saperlot, skądże, poco?
— Cześć ci, waleczny piwoszu, przygnała mię tęsknota!
— Lecz cóż znaczą te krótkie turystyczne spodeńki?
— Prowokuję wiosnę. A prowokacja kosztowna. Trzeba kilka kiczów odwalić. Mieszkam na wsi, życie drogie.
— Donner-wetter! Cóż miss na to?
— Jesteś arogancko ciekawy, staruszku. Otóż miss mieszka, jak dawniej, obecnie widujemy się rzadko.
— Aha! więc już gotowe, rozumiem. Gumowa dama zajmuje się elastycznym odbijaniem od ściany do ściany. Wszystko w porządku. Masz tu konterfekt mojej Mizzi. Odsmaruj z tego, tylko bym z bohomazu nie musiał oślepnąć. Dziesięć koron zaliczka. Masz i fruwaj dalej. Bądź zdrów!
— Cudownie niestrawny, słodowy ekstrakcie. Znikam, zaś procent płacę z góry w monecie nowinkowej: Jerzy wraca!
Konwulsyjne drgawki ciekawości wstrząsają majorem. Galę przyodział i cichaczem pomknął w dorożce na Królewską.
Zasapany staje u progów Matołkowego gniazdka. Odpiął pałasz i wszystka odwaga go odeszła. Zjawia się przed nim miss przedziwna, od szyi do stóp spętana w perłowej sukni obcisłej. Twarz jej nie dziwi się niczemu, jest prawie uśmiechnięta i zaledwie smutna. Tylko biust, ramiona i wzdłuż ciała opuszczone ręce przyczaiły się pod uściskiem sukni, jak przykucnięta kocica, gotowa do skoków sprężystych. Oczy rozszerzone, ciężkie patrzą ponad głowę gościa, raz wraz uderzają w łysinę majora. Coraz niżej przysiada w ukłonach, boli go ciemię. Klapnął na wskazany taboret i słyszy głos altowy, zmarzły, nielitosny:
Good evening, Sir!
Więc bezdźwięcznie ostrogami brzęknął, poprawił wystający z poza kołnierza krawat i wyjaśnia, jak ścisłe łączą go węzły z Matołkiem, że, wiedziony troską o byt i powodzenie młodych państwa, przybywa, aby roztoczyć rodzaj opieki nad Guciem, który, jak każdy artysta, musi być prowadzony za rączkę. Zaś cudnej pani w jej tymczasowym osamotnieniu pragnie być pomocnym, usłużnym, pragnie usuwać trudności powszednie.
Ćmi, oblizując, ofiarowane cygaro i lubieżnie świdruje oczyma miss niezwykle elastyczną.
A miss wsparła łokcie na wystawionych kolanach, pochyloną wprzód głowę położyła w dłonie, słucha niby uważnie i pomrukuje. Kotek, który pacierz odmawia.
Wreszcie głos się rozegrzał, zwilgotniał.
Then it is a protector, very nice! Ale nie trzeba, nie, thank you.
Nie ma pragnień. Zaspokojone.
Major niezupełnie rozumie, nie dowierza. W zwapniałych aortach krew nierówno krąży, zamęt w głowie uciska. Ku damie się nachyla i o Guciu wspomina z wyrozumieniem, ckliwie, ostrożnie. W prośbach swych, w zaklęciach o doktorze Fallusie wspomniał.
Dama zerwała się nagle, dłoń majora ściska i głosi prawie ciepło:
— Mister Jerzy! On jest, on już wróci. Adres przysłał i pamiątkę dla miss Haidee Deddy.
Przechodzą do sypialni. Na stoliczku u stóp francuskiego łóżka stoi figurynka z bronzu. Dar Jerzego. Nagi amorek trzyma w lewej ręce opuszczony ku dołowi, strzaskany łuk, zaś wskazujący palec prawej ręki położył na ustach i z tajemniczym wyrazem nakazuje milczenie.
Misterna podobizna dzieła Celliniego.
Major jest nieprzytomny. Wciąga dym cygara i kółka błękitne puszcza w powietrze. Jest przekonany, że mu się nagle wiele wyjaśnia. Jerzy przysyła gumowej kobietce w bronz zakute wyznanie. Jerzego ucieczka. Jerzy rok cały na obczyźnie się rozbija. Jerzy miłością nietknięty. Jerzy teraz kocha tę, tę właśnie miss Haidee Deddy.

AMOR MILCZĄCY.

Major zakrztusił się cygarem.
Słyszy ze zdziwieniem, jak dama, o postumencik wsparta, rozważa:
— Co on tu chciał powiedzieć? Może pan zrozumie? Każe milczeć. Komu? Sobie? O czym milczeć? Taki amorek stał w średnich wiekach na stole, przy którym rozmyślał wielki piewca awantur miłosnych. Ale Ariosto miał dużo kobiet kochanych, więc mnóstwo tajemnic. Musiał milczeć, na niedyskretne pytania odpowiadał wskazaniem na — amorka. Ale mister Jerzy, on żadnej nie doznał przygody, nie kochał nigdy —
— Ale będzie kochał — zadecydował major rubasznie, urwał rozmowę i wypadł, jak bomba, źle eksplodująca.
Po schodach pędzi, nogi mu się plączą, ale odradza się w nim wiara dawna klubowa. Po raz pierwszy inicjatywa w mózgu się zrodziła, nim rządzi. Sam sobą surowo komenderuje, jak sprawną żołnierzy kompanją. W telegraficznym urzędzie do Florencji depeszę nadaje pod uzyskanym adresem: Wracaj — prawie nieszczęście — Matołkowa — samotność — rozwiało się.
Już mu obojętne, że się trudzi, męczy. Najwyżej jutro pomrze. Może nawet za godzinę, ale między „dziś“ a chwilą ostatnią gorzkiej nie będzie pamięci, wiara gotuje się, kipi, nie zastygnie. Ożywcza klubowa wiara. Nowa miłość zakwitnie. Jerzy!
Do odnowionego handelku wstąpił. Przywitał go grzmot oklasków.
Kręcicki należycie trawiący, Beksay wodociągi naprawiający (bez spuchniętej szczęki, ale z jęczmieniem na lewym oku), Matołek rozczochrany, półprzytomny, zaliczkę majorową przepijający i nieprzyzwoita sfora operetkowych bubków.
Poprawny panicz, blondynek przejasny, strojem jaśniejący, o niewytłumaczonym nosku mongolskim i ustach w kształcie kaczopyska, interpeluje Gucia:
— Pardon, czy to prawda, że ta niezła gumowa linoskoczka, to pańska na razie wyłączność.
— Miss Haidee Deddy jest moją dobrą znajomą. Proszę panów do niej na znakomitą herbatę angielską — bredzi podpity Matołek.
— Wszystko w porządku, zacny panie — z uznaniem oświadcza rumiany chłopczyk, o buzi prosięcia — ale chciałbym wiedzieć, wiele to kosztuje?
Matołek jest zachwycony tą naiwną szczerością i pertraktuje szeptem. Równocześnie wymagają od niego zewsząd zeznań, jak się ma sprawa z ową gumową właściwością, czy możliwy jest jakikolwiek uścisk wobec nadmiernej elastyczności ciała, czy naprzykład dama ta, siadszy na kolanach, nie odbije się zaraz w górę aż po sam sufit.
Matołek uspokaja, wtajemnicza, jest popularny, spokojny o przyszłość.
Major wstrętu doznaje i zapija go bawarkiem. Klub się nie odrodzi. Cynizm staje się ośrodkiem wspólności.
W szlachetnym uniesieniu zwraca się do Matołka:
— Więc zerwałeś z Haidee Deddy zupełnie, panie artysto!
— Mylisz się, rycerzu! — bełkoce pijany Gucio. — Dziś noc u siebie na Królewskiej przepędzę, gdyż nie warto odjeżdżać na noc w taką plutę.
— A miss wpuści?
— Zawsze, nachalny inwalido, o każdej porze.
Major spluwa z wielkiej ohydy, nie dopił, nie doćmił — wychodzi.
Długa, pusta, słotna ulica. Naprzeciw ktoś zdąża. Uderza nogami o asfaltowe płyty silnie, z trudem. Wypracowuje każdy krok. Nogami raczej suwa. Doskonały tabetyk. Głową w dół schyloną nierytmicznie wstrząsa i szyję wydłuża. Zmęczył się, przystanął pod latarnią. Wargi odwinął boleśnie, rząd białych, silnych zębów wyszczerzył, jak osieł, gotujący się do wrzaskliwego uśmiechu.
W bolesnym tym grymasie, w stygmacie nieodmiennym, mimo słotę i półcienie, odnalazł major Jerzego.
Przeraził się i tchórzliwie skrzyknął: Stój!
Fallus nadsłuchiwał czas jakiś, poczym głos rozpoznawszy, nie podnosząc głowy, posunął się w stronę majora.
Dłoń wyciągnął, ciągle nachylony.
— Jak się ludzie często najniepotrzebniej spotykają — zgrzytnął.
Major jest zły. Wysłał depeszę i, zanim ona doszła, już Jerzy się zjawił. Co się stanie, nie będzie skutkiem majorowego działania.
Z impetem rzucił się do zeznań. Łapą osłabionego Fallusa do ściany przygwoździł i Matołkową tragiedję wyjawia.
Suną powoli w stronę Królewskiej ulicy. Bezwiednie. Major pieni się na widok obojętności Fallusa. Przedstawia stosunku potworność. Gucio kobietę wyzyskał i rzucił. Zerwał i wykorzystuje nadal.
Na co się przydała owa wiara Fallusa, wiara w miłość.
Jerzy ciężko stąpa i milczy, co majora o obłęd przyprawia. Wchodzą do kamienicy, drapią się na trzecie piętro.
Tuż przed drzwiami stwierdza Jerzy: Ona kocha i to wystarcza.
Miss wita spokojnie, śledzi Fallusa przenikliwie, bacznie. Usiadła w cieniu i podaje wiadomość:
— Gucio pisał, dziś wieczór będzie w domu.
Fallus wstaje z trudem, zarżał w półśmiechu i rękę jej całuje z podzięką.
— A pan, co ze sobą zrobił? — pyta dama gościa. — Pan miał przedtym włosy — a teraz nie ma, pan miał oczy — a teraz nie ma —
— Miał mlecz w kości pacierzowej, a teraz nie ma, wydmuchana rura — zgryźliwie dodaje major.
— Wszystko postradałem w Indjach, wszystko — z uśmiechem objaśnia Jerzy — prócz drobnostki, która mi potrzebna.
— Papa-lapa — sprzeciwia się major — i tej się wyzbędziesz, czekaj, wyleczy cię Matołek.
Fallus palcem o lśniącym paznogciu chytrze kiwa w stronę majora, jest zarozumiały, ufny w niezwyciężoną moc wiary.
Major odchrząknął, dłonie wsparł na biodrach i, niestrudzony w swych zabiegach, akt oskarżenia przeciw Matołkowi wnosi, dowodami popiera. Wywód swój, zdążający do usunięcia Gucia, celem oczyszczenia miejsca dla Fallusa, kończy orzeczeniem: Gucio, to podlec!
Dama ma lekkie różowe plamy na skroniach, lecz broni kochanka:
He is a good boy, but not much of a man.
Lecz słowa jej giną w pijanym ryku, do mieszkania wpada Matołkowa czereda. Fallus na powitanie całuje Gucia w same usta. Uczyniwszy to, patrzy na miss zachwyconą, prześliczną i szybko w mroczny kąt się usuwa, by starannie wytrzeć zohydzone wargi.
Czereda zachowuje się swobodnie, z pierwszoklasowych składa się ludzi. Reprezentanci najwyższych dziesięciu tysięcy. Godni, dumni, rycerni. Żadnej nie uznają przeszkody.
Interpelują Jerzego: Pardon, pan jest, z przeproszeniem, ten dziwny człowiek, co w indyjskich dżunglach hodował swą niezłomną wiarę w miłość?
— Czy pan wszystko przywiózł ze sobą do Europy? Ależ to można u nas z tym się produkować publicznie, to majątek w kieszeni!
Jerzy milczy, razem z błaznami się śmieje. Spokojnie przed elastyczną damą manifestuje, iż umie z poddaniem i pokorą cierpieć za ideę. Zezwala na drwiny.
Wzamian dama jest wyrozumiałą — na wybryki pijanej zgrai, byle w niczym nie urazić Gucia.
Bubkowie coraz bardziej stają się bezczelni. Dobrze odżywione temperamenty wyładować się pragną.
Kaczopyski młodzik jest wprost niedyskretny. Czyni rewelacje na temat Matołka.
— Wprost nie rozumiem, jak pan, posiadając tak wspaniałą kobietę (tu wskazał palcem na miss Haidee Deddy), może utrzymywać pozaplecowe stosunki z kobietami tak trzeciorzędnemi, jak np. mecenasowa Bajgełesowa, tymbardziej, że się to panu tak licho opłaca, w postaci obrzydliwych kolacji i lichwiarskich dwukoronowych darowizn.
Bubki zdążały najwidoczniej do skompromitowania Gucia. Ale ten, pijany, uśmiechał się dobrodusznie, napełniał kolejki likieru i klepał potężną dłonią swoich potwarców po plecach.
Jerzy, chcąc załagodzić duszną sytuację (przez wzgląd na miss wyniośle bladą), ogłosił bez przekonania:
— Wszyscy rozumiemy żarty, jakkolwiek trochę za daleko idące. Gucio znany jest z lekkomyślności, ale w podobnej kombinacji nikt go sobie nie wyobrazi na serjo.
Tu Matołek z niewiadomych przyczyn wybałuszył ślepie, skurczył pięści, podsunął je pod nos Jerzego i, dławiąc się w alkoholicznej czkawce, ryknął:
— Milcz, ślamazarny jołopie, wymoczku indyjski, przyjaciół moich obrażać nie wolno. Mówią świętą prawdę!
Major zacierał ręce z zadowolenia, wśród zgromadzonych objawiło się ogólne poruszenie, które obudziło śpiącego na kozetce dryblasa w smokingu, z brylantami w gorsie, znanego zawadjakę i putacza rodowej miljonowej fortuny.
Przetarł oczy, wlepił w stojącą we wnęce okna miss Haidee Deddy, prawdziwie ekonomską łapą w stół uderzył i z kretynim chichotem zagadnął:
— Cóż, Matołku, jak długo myślisz mię za nos wodzić? Powiedziałeś, że kosztuje tysiączkę. Proszę, składam taksę. (Złożył banknot na stole). Pierwszy wnoszę ofertę i zdaje mi się, że utrzymam się przy niej. Zostaję więc, a szanowne towarzystwo raczy wybaczyć i, przez wzgląd na spóźnioną porę, przeniesie się do bardziej publicznego lokalu. My z miss powabną wystarczymy sobie.
Zanim jednak zdołał zbliżyć się do opłaconej damy, mecenas Jerzy rzucił się ku niemu i pięścią ugodził go między oczy. Olbrzym runął na ziemię nieprzytomny.
Miss zbezczeszczona własnoręcznie cuciła omdlałego, własnoręcznie założyła opatrunek na uszkodzone oko. Wreszcie posadzono dryblasa przy stole, a on, wsparty na ramieniu, zdziwionym głosem tłumaczył się zebranym, a w szczególności przemawiał do zrozumienia u Jerzego.
— Nie wiem, co szanownych państwa oburza? I za co pan, panie Fallusie, podbił mi oko? Kiedy służyłem w gwardyjskich huzarach w Berlinie, mieliśmy zawsze wspólne dziewczęta, które u jednego z przyjaciół mieszkały, a my, w razie ochoty, płaciliśmy za naszą wygodę i jego chwilową niewygodę. Nikt w tym nic zdrożnego nie widział. Z Guciem umówiliśmy się już dawno co do dzisiejszego wieczora. Że pan, panie Fallusie, nie wiedział o tym, to jeszcze nie powód, bym nosił guza na czole.Tylko wśród naszych barbarzyńskich stosunków możliwe podobne afery.
Był zrozpaczony, zaś major z paradnym sapaniem ujął tysiąc koronowy banknot, przyłożył go do świecy i zapalił płonącym papierem ogromne cygaro.
Zgnębił młodzieńców zupełnie. Wyjmowali dziesięciokoronowe papierki i zapalali papierosy. Lecz nie zdołali odwrócić od siebie widocznego pogromu.
Jerzy usiadł naprzeciw amorkowej statuetki i, wpatrzony, milczał, jak gdyby nie wiedząc o niczyim współistnieniu.
Wśród zakopconej ciszy padła surowa komenda:
— Matołek, proszę, sir, zabrać kompanję i wyjść!
Gumowa dama ręką drzwi wskazywała.
Matołek zgodził się natychmiastowo, raźno wyszukiwał narzutki, podawał kapelusze.
Zbliżył się do miss, która się cofnęła w kierunku majora i Jerzego.
— Dobranoc, aniołku, wrócę dopiero nad ranem.
It does not matter. Drzwi będą zamknięte.
— Bardzo ładnie, ale gdzież mam spać do licha?
— W hotelu! — brzmi odpowiedź surowa.
— Co, mam pieniądze wydawać na hotel? Dobrze, ale zapłać!
Po raz pierwszy okazała widzom chmurę na czole miss spokojna.
Wręczając Matołkowi złotą monetę, donośnie zapowiadała:
— Masz, ale mi już nie wracaj nigdy, słyszał? Inaczej każę zrzucić ze schodów.
Matołek kiwał się przez chwilę na osłabionych nogach to wtył, to wprzód. Trzymając monetę na dłoni, ważył ją i uśmiechał się głupkowato. Wreszcie z głośnym odbijaniem, tchórzliwie wskazując na zmartwiałego Jerzego, wyrzekł ostrzeżenie:
— Teraz on tu zostaje, ale to się źle skończy wszystko razem. Powiadam, źle się skończy.
That is a very bad prophecy — odrzekła z uśmiechem wierna kochanka.
Zniecierpliwiony major pchnął Gucia, a za nim nieprzytomna czereda runęła w stronę uchylonych drzwi. Odeszli. Tragiedja skończona. Jednak rządzące losy nie odznaczają się darem artystycznego obmyślenia. Dodają akt czwarty, najtragiczniejszy, chociaż niepotrzebny. W tym właśnie rozstrzygną się losy naszego bohatera.
Major pozostał przy drzwiach. Zaryglował podwójnie, łańcuchem bezpieczeństwa opatrzył, ale nie ufa, obawiając się powrotu i szturmu hałastry. Więc pozostaje na straży, w mrocznym przedpokoju. Przysiadł na plecionym krzesełku, ze zmęczenia doznaje zawrotów głowy i mdłości, ale trzyma się ostatnim sił napięciem, szablę dobył z pochwy i czuwa w pozycji wojennej. Czuwa ostatni, niezłomny „miłośnik miłości“. Czuwa, by się mógł dokonać przeczysty akt wiary, by się mogli porozumieć ci oboje, do siebie oddawna przynależni, milczący śpiewacy wielkich hymnów sercowych uniesień.
Nikt się o staruszka nie troszczy. Słuchem łowi padające w głębi mieszkania słowa równe, spokojne. O, gdyby były rozełkane, pragnień i posuchy pełne, o, gdyby były drżące!
Lśniąca szpada wymyka mu się z uchwytu. Pochyliła się na kolana. Pod powieki wchodzi sen, bolesny, przemożny, piekący. A bawar był stanowczo za ciężki, a cygara niewątpliwie za mocne, a przejścia, a wstrząsy zbyt dotkliwe. O lekkomyślny lejbgwardzisto, u wejścia do królewskiej komnaty miłości stróżujący! — o farsowa figurko! — usypiasz z serduszkiem wiernym, lecz w tłuszczu stygnącym; baczność na sen! — twardy będzie, bez przebudzeń srogich i niszczących — — —
Jerzy chłodzi wzburzenie przy otwartym oknie. Ulica przesyła do stratowanych pokoi podłą ciszę nocy wielkomiejskiej. Tylko pod podłogą w fabryce celuloidu głucho stękają jakieś uderzenia, suwania, poświsty.
Miss Haidee Deddy w koronkowym negliżu spoczywa na nieposłanym łóżku. O poręcz łóżka wsparła nogi w marokańskich pantofelkach, głowę ułożyła nizko i badawczo, ze wzgardą patrzy na amorka.
Jerzy pyta:
— Czy jednak to stanowczo niemożliwe, by on mógł powrócić tutaj?
— Nie, sir! On już nie wróci.
Wówczas splata Jerzy ręce przed sobą boleśnie, ciężko sunie, przed łożem zatrzymał się i zwierzęco ryknie:
— Ale ja nie chciałem takiego końca. W co ja mam teraz wierzyć?
Miss podnosi się, strapionego obok siebie sadza, uspokaja.
— Pan jest bardzo mądry człowiek. Mnie zawsze ogromnie cieszyło, kiedy pan mówił: coś jest tak a tak, zaś za chwilę: to samo jest i może być wręcz przeciwnie. Powiedział pan sobie: Matołek jest tak, miłość jest tak, dlaczego mister Jerzy nie powie: Matołek jest owak, miłość jest owak?
— O miss, miss — jęczał Fallus — ja was oglądałem w takim szczęściu. Ja wiedziałem, że przeminie, że rozpłynie się gdzieś, jak każda miłość czysta. Wierzyłem w to, tym żyłem. Do Indji uciekłem, by was nie skalać radosnym, pożądliwym moim oglądaniem. A on mnie oszukiwał i ciebie, miss, miłości nad wyraz godna. Sprzedał nas oboje, splugawił — — —
— Więc poszedł precz. Ale miss została, czy ona wiary Jerzego niegodna?
Odsapnął ciężko, słowa przewracały mu się w ustach bezwładne.
— Ja kochałem Haidee Deddy, kochałem w jej miłości do niego. Za morze uciekłem, pod Himalaje się skryłem, by nie wywrzeszczeć moich ukochań. Na pamięć moją sypałem wały, stawiałem mury ochronne, by z niej ślady wspomnień zetrzeć, by nawet cień śladów mego miłowania nigdy mnie nie zdradził, przeciw mnie nie świadczył. Tarzałem się w zapomnieniu, w rozpuście. Poco było wszystko, kiedy tu nie było miłości — nigdy!
— Haidee Deddy bardzo kochała Matołka, naprawdę — zapewniała z prostotą dziecięcą.
— Dla czegóż więc, miss, dla czegóż pozwoliłaś mu odejść, precz wygnałaś? Mimo potworności, mimo frymarkę i oszustwa, za nim iść powinnaś, dopóki się nie rozwieje, co istotne, dopóki samo nie umrze. A ty na widok łotra zabiłaś w sobie żywe uczucie, przez łotra, który jednak może być kochankiem. Dla czego nie kochasz łotra, dla czego nie byłaś w stanie jednym wejrzeniem ocalić go, oczyścić, wyświęcić? Dla czego nie rzuciłaś go do swoich stóp, tego czarnego, upadłego anioła? Zmogłaś, przezwyciężyłaś, co żyło w twoim sercu, do czego ja się modliłem w moich niepewności przerażającej samotni. O miss Haidee, zaprawdę okrutną ty jesteś zbrodniarką!
Wbiła się w niego wzrokiem, słuchała pilnie, aż znużona złożyła mu głowę na ramieniu i w jedwabnym, jak najczulsza pieszczota, powiedzeniu wyrzekła:
You are a poor dreamer and a lost man.
Wdychiwał odurzającą woń jej batystów, a z ogłupiałych, oszalałych oczów spływały wielkie łzy. Ona ręką je wychwytywała, zcałowując wązkiemi, blademi ustami.
Zarzuciła mu ramię na szyję, drugą ręką podważa schylony podbródek, do załzawionych oczu wgląda i pyta:
— A samej elastycznej damy, bez miłości Matołka, to już nikt nie kocha? To miss sama nic nie znaczy?
W szlochu bredzi Jerzy:
— Nigdy nie kochałem przedtym. W zwierciadle waszej miłości uwielbiałem ciebie, zwierciadło prysło, widzę same szczerby. Nic już nie rozumiem.
— Ale miss kocha Jerzego, już dawno i wie, że Jerzy kocha...
Zerwał się. Ujął skronie w ręce, patrzy w próżnię, oczy mu się żarzą.
— Kochałem — szepcze — może bardzo, ale mnie wymówić niewolno, niewolno napawać się własnym szczęściem, bo przyjdzie moc tajemnicza, wyciągnie łapę i zdławi. Do stóp twoich upadnę i wyznam kochanie, a zaraz złe jakieś ze mnie wyjdzie i zaprzeczy, kłam zada. Wszystko, co miałem tobie powiedzieć od siebie, statuetka przesłana wyraża, niech ona mówi za mnie.
Wspięła się na palce, przytuliła twarz mleczną do jego rozpalonych lic i filuternie szepcze:
— Ale ja wiem, że ten, co się tak brzydko nazywa, ten Fallus kocha elastyczną damę. Dama amorka dobrze zrozumiała.
— Więc niechaj nam wystarcza. Poco wyzywać ohydę rozczarowania, poco narażać się na mękę szarego rozstania. Poco zaczynać, co ma się skończyć przed czasem?
— A dla czego ma być koniecznie męka? Jerzy nie ma odwagi, a Haidee Deddy taka spragniona całowania przez jego usta...
Potrząsała nim, w oczy się wpijała wejrzeniem złotym, rozkosznym.
Stał ciągle ponury, pełen trwogi i zadumy przed tonem, przed akordem ostatecznym, w który uderzyć mu przyjdzie, by życie stworzyć czy wydać życie na zagładę.
W siebie się cofa, instynkt zachowawczy podjudza, spryt do pomocy przywołuje, profilaktyczne roztacza zamiary.
Od niechcenia stwierdza:
— Ja nie znam, miss droga, zewnętrznej mechaniki uczuć istotnych. Nie umiem wyrazić się, objawić...
— Niekonieczne. Mogę pokazać. I’ll not advise you, but you can try. Zresztą pan używał dziewcząt, dużo, prawda? Skwapliwie korzysta ze sposobności zohydzenia siebie, odwrócenia tematu i grożącej katastrofy, którą już przeczuwa. Więc wylicza bez zająknienia nazwiska swych płatnych kochanic: Lola May, Anerl Weyner, Margot Grammont, Riga Mella, Anna Györi, Poldi Roggee, Hansi Kürg, Lisi Liszlotte, Erna Held —
Rozbawiona zatyka mu usta.
— Dosyć. Więc, jak z niemi, niechaj Jerzy i ze mną sobie pocznie. Ale bardzo, bardzo serdecznie!
Skoczyła do saloniku, drzeworyt niesie i ukazuje. Etcheverry „Vertige“. Prosi: Naprzykład, niech Jerzy ze mną tak zrobi, jak tutaj.
Sadowi się na sofce według wzoru, głowę wtył pochyla, oczy przymyka w omdlałym pragnieniu. I czeka, kiedy stanie za nią i w usta się wpije. Długo czeka.
On tymczasem przed wielkim lustrem się zatrzymał, wszystkie światła wzniecił, rzęsy przeciera, w siebie się wpatruje.
Więc niema zasadniczej różnicy. Miłość tą samą, utartą drogą stąpa. Kupiona czy wybranka.
Wyprostował się. Krawat uszykował. Pył z surduta strzepnął. Odchrząknął i w retorskiej postawie, z przekonaniem, do siebie w lustrze ogłasza:

Kocham miss Haidee Deddy.

Lecz równocześnie kandelabr z rąk mu wypada. Na spieczonych ustach zjawia się przyjaciółka­‑zmora, bolesny stygmat na twarzy wyciska, mózg w rozpacz krwawo płonącą pogrąża. W oszalałym ryhocie sam sobie bluźni i wali się przed lustrem na kolana, sam do siebie zanosi błagania o mąk zwolnienie.
A ona wciąż przechylona siedzi na kozetce i słucha pilnie. Wyprężyła się tylko dziko i czeka, czy na skok drapieżny, czy na pocałunek? — sama nie wie.
Jak gdyby przez sen cedzi ze ściśniętych zębów, ze zdławionej gardzieli:
You search for trouble!
Wówczas podnosi się Fallus z klęczek. Idzie powoli, suwa. Ciężkie kroki giną w sieni, słychać trzask drzwi otwieranych.
Skoczyła. Chwyciła w ręce ogromną, stołową lampę, by drogę oświetlić. Obojętnie przelazła przez ciało majora.
Schody jęczą pod statecznemi krokami Jerzego. Nieznośne, drewniane, stare schody. Schody, po których już nikt chodzić nie będzie.
Wychyliła się przez balustradę, świeci zstępującemu kochankowi.
On stoi właśnie na wysokości drugiego piętra, tuż pod drzwiami, które do fabryki wiodą, wśród pak i rozrzuconych słomianych wiechci. Podnosi ku niej swoje lotne oczy i żegna uchyleniem kapelusza:
— Nie kocham miss Haidee Deddy!
No matter! — odpowiada słodko.
W tej chwili jakiś oszalały piorun oświeca wnękę klatki schodowej. Nieznośny, niemilknący brzęk szkła. Płomienie buchają, przysiadły i rosną w górę. Na ziemi leży Fallus. Krew z głowy się sączy. Z głowy, w której urodziła się wiara w miłość, z głowy, na którą spadła płonąca lampa, strącona ręką ukochanej, jedynej.
Miss Haidee Deddy stoi niewzruszona, widokiem się pieści. Widzi, jak płyn ognisty się rozlewa, płomienie objęły człowieka, który się czołga w męczarniach, płoną paki, słoma, tlą się schody, ogień do fabryki idzie.
 — Brawo!  — klasnęła w dłonie. Kłęby gryzącego dymu zasłoniły jej widowisko. Spokojnie wraca do mieszkania, drzwi zatrzasnęła. Zauważyła wyciągniętego majora. Schyla się nad nim. Nie słychać tętentu wiernego serduszka.
Wstawaj, majorku. Już po wielkim ślubie, już się dokonała miłość istotna. Słyszysz? We fabryce eksplozja. Bum, bum. Podrzuca nami. Do broni! Do broni! Zamach na nasze istnienie. Nie chcesz obronić swojej miss, damy bezradnej, bezsilnej. Posłuchaj, jak grają strażackie trąbki? Nie czujesz swędu? Łysinę ci osmali, ty śpiochu! Zresztą, jak chcesz, majorku, ale zwęglejesz, zamiast by się miały pożywić tobą robaczki. Ale słusznie, wszystko jedno, więc do widzenia, mój rycerzu, muszę się przebrać do ostatniego występu.
Szybko wdziała czarne trykoty. W gramofonie założyła świeżą płytę i wsłuchuje się w dystyngowane dźwięki walczyka:

Quand l’amour meurt.

Do piersi oburącz przycisnęła statuetkę i stanęła w rozwartym oknie.
Przed nią noc płonąca. Czarne pióropusze dymów unoszą się ku niebiosom w bałwochwalczych hymnach. Cześć śpiewają przestworom, któremi włada miłość odwieczna.
U stóp jej krwawe piekło. Na dnie piekła czernią się djabełki ludzkie, biegają, tłoczą się w splotach rozpacznych. Huk domem wstrząsa. Sypią się gruzy w odmęt czerwieniejącego krateru. Zamiastowe syreny zawodzą, jęczą. Syczą wodne węże. Kopyta koni walą o bruk, tratują gapiów czernię. Przeraźliwe gwizdy szarpią ciszę, dogorywającą w cieniów marnych strzępach.
A miss niezwykle elastyczna stoi, jak posąg, spokojna, chwilę patrzy na święto miłości, aż wreszcie nasycona, z precyzją wykonuje swój niezrównany skok z trzeciego piętra wymarzonych pragnień na niewyścielony, zimny bruk ziemskiej rzeczywistości.
Tym razem gumowa jej właściwość odbiła ją od ziemi do wysokości nazbyt niewymiernej, gdyż nie powróciła już do wdzięcznych widzów, pozostawiając im tylko zastygłe ciało w czarnych, pod szyję zapiętych trykotach i z milczącym amorem przy zsiniałej piersi.


Przypisy

  1.   franc. dosł. „złota kropla“; nazwa jednej z dzielnic Paryża
  2. Do oglądania w rzeczywistości:
  3. [2]Academia de San Fernando.
  4.    Petersburg: Ermitaż.
  5.    Florencja: Uffizia.
  6.    Annibale Carraci: „Zeus i Hera“ Rzym: Palazzo Farnese.
  7.    Monachjum: Pinakoteka.
  8. Rozpaczam.
  9. O barwnym pióropuszu.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Jaworski.