Zepsuty ornament

<<< Dane tekstu >>>
Autor Roman Jaworski
Tytuł Zepsuty ornament
Pochodzenie Historje manjaków
Data wydania 1910
Wydawnictwo „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
ZEPSUTY ORNAMENT.
Zeszedłem z wirchów, niosąc mgłę w oczach. Przy ostatnim jeziorze żegnałem przymarłe ciała snów zwidzianych, gdy otulone w szare płótna smutku, usuwały się bezboleśnie w toń, mnie jedynie znaną. I szedłem już lekko, nie wyczuwając trudu nóg, wśród osypisk i żwiru. Towarzyszył mi jeno chrzęst natrętny złomisk i suszyc deptanych.

Wyczułem kres, a przymglony wzrok uderzył o migot trójbarwnych świateł. Przejrzałem. Otoczył mię zewsząd świegot małych, drżących dzwonków, które, zapadszy w głąb wieczornej ciszy, zdały się roić gwałtownie, w nieskończoność. Nie mogłem pojąć ich radosnej chęci, więc przysiadłem na ławie rzuconej w mroczny kąt cichego kolejowego przystanka. I skupiłem uwagę.
Było mi łatwo. Byłem pełen znużonej hojności. Żył we mnie giest pieściwy sennych, wydłużonych palców, dzielących losy ich radosnej dłoni, kiedy błogosławiąc, zawisła w próżni, nad godziną cudu. Więc była chwila wielkich przyjęć. I dla tych, co wracali z rozmyślań w pustyni i tych, co się zabyli w mrokach podziemnych krużganków. Dla pogwaru chłopka o pszennych losach minionego lata i dla przewlekłej opowieści z miasta o dziejach przetopionej miedzi. Było silne, szczere zrozumienie. Mógł zajść wędrowiec szalony, by śpiewał kłamaną balladę o cudach sadzawki Siloe i pachnący panicz mógł prawić słodko o skonie kochanki, lub szeptać boleśnie, że gnije młode jego ciało. Ach, i niewiasta wejść mogła, któraby zawodziła nad utraconym wiernym miłowaniem. Każdy mógł, mogła każda, mogli różni, wszyscy...
Coraz bardziej szerzył się świegot małych, drżących dzwonków.
Zauważyłem drzewa okólnego ogródka, skłębione w ciężką, bezplastyczną plamę. Z ledwo dostrzegalnych ruchów przeszły gałęzie w nieszporną nabożność. Zwolna wznosiły się pojedyńcze konary z soczystego kleksu. Zadanie swe pojęły zupełnie klasycznie. Szły więc strofy gładkie, wymierzone, a przeciw nim padały w odmiennej rozlewności rzewne antistrofy. Czasem burzyły ład wzorowy młode listki, wijąc się przekornie w kształt swawolnych pukli na karczątku zwinnego dziecięcia. Podchwyciłem rytm jeno, treść ostała obcą, więc przerzuciłem spojrzenie.
Pod drzewami spoczywała gromadka ludzi na posłaniu z mleczów i piołunów. Byli młodzi, a każdy z nich dźwigał bukiety uwiędłej zieleni. Mowa ich była burzliwa, gdy osądzali niepewne zdobycze. Powstał jeden z czworobokiem twarzy i spróchniałym głosem bełkotał:
— Wierzę, jestem pewny, że on to rozstrzygnie. On z pewnością. I właśnie, kiedy trzeba, by przybył wczas, właśnie mamy opóźnienie. Dlaczego ten pociąg się spóźnia?!
Z pieszczotą dzierżył w palcach ogromny liść przedziwnej, więdnącej paproci. A gromada troskliwie skrapiała liść wodą i z niechęcią spoglądała na czas zegarów.
I tuż, tuż ujrzałem, jak z pośród nich wypełgała tajemnicza wstęga, prawie całkiem realna i w kapryśnych zwojach śpieszyła ku innym gromadom, rozsianym po platformie. Dziwna linja — myślałem — symbol o jednym prawie wymiarze! A ona śpieszyła za obcemi, gdy zeszli nad sam brzeg kolejowego plantu i, prężąc szyję, rzucali niespokojne oczy w lejkowatą dal rubieży. Odtąd stali się zwartą całością, a oplotła ich owa tajemnicza wstęga.
Śpieszyłem za nią pilnie, by nie utracić pomysłu.
Wśród relsów przebiegała służba, niepokojąc blaskiem latarek.
Z pokoju urzędu dochodziło warczenie, grzechot umęczonych aparatów i dygotanie zniechęconych dzwonków.
Więc chwila prawie obojętna. Towarzyszyłem jej tyle razy. Dziś jednak radosne u mnie przyjęcie, więc zastanowiłem się nad tym, co miało nadejść. Zamyśliłem się wiernie i wszedłem w nich, idąc śladem wstęgi.
„Niepokój skowyta w nas. Czemu nie przybywasz. Czekamy, drżący czekamy — wszyscy!“
A wszelkie stawanie się wokoło przeszło przedemną w zwoje ornamentu — wzorem upatrzonej wstęgi. Tylko musiałem się wprzód pochylić i patrzeć zblizka. Byłem sobie, jak uczniak­‑krótkowidz, gdy w umęczeniu, zgięty nad pulpitem, ciągnie kontury, grube, wyraziste. Pasmo okoleń wirowatych linji musiało mnie męczyć, nie czułem jednak. W mózgu rozsiadła się myśl, by ukończyć.
Pojąłem jedno — tajemnicza wstęga może być wyrazem nieznanej myśli, wspólnej im wszystkim. A przyjąwszy założenie, jąłem stylizować.
Pod grafjon mój nasunęła się para uwiędłych ludzi. Kobieta­‑agawa, dziwna. Sprawiła mi trudność. Ułatwił mężczyzna, wysmukły, w ostrych zarysach, o pierwotności sylwet asyryjskich. Mrok przysłaniał twarze, tłumił giesty, więc uradowałem się niezmiernie, zrozumiawszy, że o wiele łatwiej. Wszedłem w rytm słów dla rozrywki.
„A gdy nadjedzie mała twoja, wnet ich połączymy“.
— „Czy nadjedzie?...“
— „Za chwil kilka. Posiądą mienie moje i zaciszny dom w mieście“.
— „Dokąd zaś, dokąd my odejdziem, drogi?...“
— „Zdala od ich szczęścia, ostaniem tu w naszym zagłębiu“.
— „Na ostatek zmarnowanych dni, na krótki ostatek...“
— „Czy bardzo tęsknisz?“
— „Śpieszno mi; byle jak najprędzej!!“
I, spłynąwszy w jedną plamę, szli, jak wahadło senne, szepcąc: prędzej... prędzej.
Dzwonki przestały grać.
Jakiś aparat jeno walił nierytmicznie, uderzeniem pulsujących, trwogą opętanych serc.
Z urzędu wyskoczył młody pan w mundurze i wydawał urywane rozkazy. Zewsząd pośpieszyły spojrzenia ku niemu. On spostrzegł i zaczął grę. Zauważyłem, że tajemnicza wstęga zatrzymała się w pochodzie i konwulsyjnie wygięła, jakoby wyczekiwała na nowe losy. Więc ją porzuciłem i przeszedłem w szersze wymiary.
A zmusił mię do przejścia ten głupi urzędnik. Ogarnęło mię niezadowolenie, a tuż za nim szły domysły.
Przyjąłem, że urzędnik bardzo nieudolny. Nawet widziałem wyraźnie. Zapragnąłem dla niego artyzmu, dla urzędnika kolejowego. Pojąłem to, jako konieczność, pragnąłem — jak śmieszne! — artyzmu dla wszystkich kolejowych urzędników. Bo oto chwila ważna, pełna nabrzmiałych pragnień i drgawkowych niepokojów.
A on tak źle gra, tak źle. Oni — tamci, wszyscy tacy zwarci, jednolici. Pytają: „co?“ Nic więcej, tylko takie ogromnie rozpaczne: „co?“ On zaś mówi: — „He, he, wiem o wszystkim, ale nic nie powiem. Nie wypada, zresztą może wam zaszkodzi nagłe wstrząśnienie, groza jest, wielka groza, tylko nie umiem mówić o grozie, ni też grozie przeczyć. Patrzcie na mnie, powiadam, że wszystko bardzo dobrze. Ale nie wierzcie, bo przestalibyście spoglądać ku mnie. Dokądże indziej wam spoglądać?“
Płynęli ławą ku niemu, tacy zwarci, tacy jednolici.
Patrzył ponad nich, więc zawrócili.
I zatrwożył mię mocno los ornamentu.
Na ławie spoczęła, tuż przy mnie, ułomna staruszka. Szepleniąc, paplała: „Proszę pana, to już przecież czas. Wszystko zgotowałam, czekam, a tu niema. Panie, gdybyś wiedział, jakam niespokojna. Tam syn mój jedzie, bardzo chory. Lekarze kazali tutaj na świeże powietrze. Tyle kosztuje. Strach — a tu nie nadjeżdża. Tyle czasu... Może to jakie... zderzenie?... Panie... czy... zderzenie?...“
Miękkim krokiem wszedł piękny pan, błysnął złotem zegarka, ściągnął chmurnie twarz i wyniośle zagadnął urzędnika. Ten rozłożył ręce, wzniósł ramiona i w głębokim ukłonie uśmiechał się tajemniczo, głupio. Głupi urzędnik.
Opadła go zgraja okurzonych turystów. Dolatywały urywki: „Przeszkoda... nieznana... wysłano... musimy czekać...“
Nieuleczalny smutek czasu posuwał się błędnie wzdłuż czarnego palca po pomarańczowej tarczy oświetlonego zegara. Zmięty w poduszkach toczonego fotelu spoczywał młody mężczyzna i z chorym natężeniem sennych oczów prześladował posuwającą się wskazówkę.
Sfałdowane czoło zaznaczało się kolczastym kształtem, a piegowata, chuda dłoń z rozpaczą opadała na poręcz fotelu: „Co to jest, co ja jeść będę, jeśli nie przyjdzie z miasta świeże mięso? Antoni! Jak myślisz, czy ja będę dziś jeszcze jadł mięso?“ — Służący pocieszał. — „A jak nie przyjdzie, wyobraź sobie! Jakaś katastrofa, a my tu bez świeżego mięsa! Co pocznę?“ W beznadziejną troskę pochyliła się znękana głowa.
Z przeciwnej strony, od której odwróciła się myśl wszelka, wpadł rozszalały pociąg i popędził dalej.
Ruchem woskowych lalek runęła gromada ku plantowi i przystanęła w ostygłym zygzaku pękniętej tafli marmuru.
Pociąg ratunkowy.
I powoli, co już dawno wżyło się w świadomość, znalazło stanowczy wyraz.
Bardzo zwyczajnie ktoś w głos wyrzekł: nieszczęście! Zrozumiano odrazu. Zrodziła się nużąca powszedniość. Pochylili głowy i każdy przyjął słowo na wargi. Każdy czuł, że musi go najść wielkie zmartwienie. Poddali się i nałożyli na twarze odpowiednie grymasy. Milczeli, gdy z dosłyszalnym szmerem pracowała wyobraźnia. Poczym popadli w znaną, znaną rozpacz. Nietoperz­‑widmo rzucił się na szyby latarni i, łopocąc skrzydłami, wbijał ćwieki lęku w gromadę, zapadającą w konieczność rozpacznym ruchem trumiennego wieka.
Spojrzałem na ornament, który się wykończał. Musiałem pilnie chwytać...
Zachybotali się i potoczyli, niby głaz, nogą pchnięty, po ostrym zboczu w bezdenną otchłań śmiertelnej grozy.
Byli, których usta się rozpętały. Z urzędu dochodziły jęki.
„Muszę mieć pewność, mam prawo żądać!“
„Czy kto zginął?...“ — Wszyscy zginęli?...“ — „Żyją, czy żyją?“
W zwartym półkolu przylgnęli do siebie i stanęli jak jedność, wspólnego nieszczęścia jedna rodzina...
Powoli przyjmował wzrok mój ich odmienne maski na stałość. Popadali w sen, który miał utrwalić zrozumienie dla rzeczy, które przyjdą. W mózgach osadzała się pogodną barwą zgoda na konieczność.
Tajemnicza wstęga zdała się kończyć uciążliwy pochód.
Chwilami wzdrygali się w bolesnym dreszczu na odgłos nieznanych szmerów.
Z sąsiedniej wsi dolatywały w tęsknych oddechach tłumione przyśpiewki.
Na chwilę pomyślałem w ciszy o wsi. Jak już usypia skulona, gnębiąc się w zadumie nad grozą pożarów i losami trzody, rozbiegłej po nocnych pastwiskach.
A z myślą tą naszła mię obca dobroć, która przyjaźnie spoglądała na półuśpione siostrzyce: grozę i nieszczęście.
Do gromady podeszła cuchnąca handlarka, podając ciepłe napoje, brudne słodycze i zeschłe pomarańcze. Ktoś wypił kieliszek wódki. Padło westchnienie. Poruszyli się.
„Czasem nikt z życiem nie uchodzi“. — „Ostają kaleki i chorzy“. — „Żeby przynajmniej dobrze zapłacili, ale gdzie tam“.
Jakiś głos o drewnianym timbre spokojnie opowiadał: „Niedaleko Medjolanu widziałem zderzenie. Przejeżdżaliśmy obok, w kilka godzin po wypadku. Jeszcze snuły się dymy i słychać było trzask rozpadających się w ostateczność szczątków. W rowie leżało kilka wagonów przewalonych, jakby od niechcenia, w śpiącym ułożeniu znużonego kamelota. Na szczycie wału stał wyniosły fragment dwuch spiętrzonych wozów, które się wbiły w siebie czołami z zajadłością rozwścieczonych byków. Obie maszyny zlały się w jedność miażdżącego uścisku. W powietrzu wirowały dławiące, dokuczliwe pyłki. Opodal na grudzie ziemnej zwidziałem bardzo białą, cieniuchną, kobiecą koszulkę. W jednym miejscu można było dostrzec jakąś część zmiażdżonego ciała, która przezierała przez batyst, różowiąc się delikatnie. Jakaś obnażona szpada połyskiwała w słońcu. A dalej leżał nowiutki cylinder, nienaruszony, lśniący. W jego cieniu zakrzepłą plamą krwi przylgnęła do ziemi głowa mężczyzny. Sama głowa. Jak odcięta, proszę państwa, jak równiutko, niby rozmachem topora, niby uderzeniem gilotyny! W oddali rzęziło konające dziecię, które trup matki przygniótł swym ciężarem. Staruszek, z oderwaną, zwisającą szczęką, obłąkany z bólu, miął pięści i ciskał żużle ku niebu. Od miasta nadchodzili ludzie, niosąc pomoc. Układano trupy rzędem w rowie, a kobiety przysłaniały im twarze brudnemi płachtami. Właśnie wleczono na nosze człowieka, który oszalał i miotał się rozpaczliwie, mimo rany. Chwilami zachodziła cisza i zdało się, iż wszystko słucha jeno głosu tego szaleńca, nawet to wielkie, tak pogodne słońce. Wnet jednak w głąb żwiru wbijały się z sykiem rydle i ćwirczały naprężone łańcuchy dźwigarów. Padały wołania lekarzy. W oddali kołowali ludzie i kradli...“
Ułomna staruszka, słuchając, spazmatycznie łkała.
Z przedsionka wyszli woźnice, znużeni, zaspani, i życzliwie zapraszali gromadę do powrotu.
W szynkowni pogaszono światła.
Z poblizkiego gaju oliwek zerwała się przebudzona kawka i wszczęła przeraźliwy szczekot wielkiej, wielkiej hańby.
Wtym od nowa poczęły grać dzwonki. Na plancie ukazała się służba i głupi urzędnik. Z ciemności dochodził bardzo łagodny szmer i stawał się coraz wyraźniejszy.
Ktoś podniósł się z zadumy i przeciągnął członki. Zrozumiał: „już ich wiozą, wiozą nieszczęśliwych, by powierzyć matce ziemi“.
Tajemnicza wstęga w ostatnim zakręcie dobiegała do kresu przedsięwzięcia. Naraz...
Nagłym wkroczeniem cudu w bezwiedną samotność wpełzał wąż żelaznych wozów przed uśpioną gromadę i z odsapnięciem ulgi spoczął, jak ciężkie zaprzeczenie, na wychudłym cielsku pokornej konieczności.
Łomot otwieranych drzwiczek szczęknął, jak bolesny zawód.
W oknach uśmiechnięte twarze. Z głębi wozów idzie śpiew chóralny. Więc ocaleli... wszyscy ocaleli?...
Czyż gromada wciąż uśpiona? Tylko wstęga, wstęga, plącze się, wciąż plącze, ach — ornament!!
Gienialny starzec przystanął wśród młodych ludzi. Ściska ich dłonie, a oni, oniemiali, patrzą — patrzą. Niespokojne palce bezwiednie szarpią listki niezwykłej paproci.
Młode dziewczę spoczęło na piersiach kobiety­‑agawy. Nie może odnaleźć ust matki.
Wyniesiono chorego syna, który skomli radośnie. A ułomna staruszka drepce obok, utykając, i złą dłonią błądzi nieufna po jego czole.
U stóp pana w toczonym fotelu złożono woreczek najświeższego mięsa. Nie patrzy, jeno gdera, wywijając piegowatą dłonią: „Popatrz Antoni, a ja myślałem, że to katastrofa, naprawdę katastrofa. Takie nieporządki. A to szelmowski zarząd, widział to kto?“
Ktoś pyta w ścisku: „Więc tylko przeszkoda. A myśmy myśleli, że naprawdę...“
Naprawdę!...
Biedna gromado! Cóż ci uczyniono! Jaki trudny zawód! A jeszcze trudniej zniweczyć szczep własnej dłoni, gdy nacięcie jest takie bolesne. Ocaleli, gdy wyście ich odwieźli na ciche cmentarze! I obliczyli koszta i zgotowali żal i żałobę. Biedna gromado!
Żegnałem ich, jadąc w obce strony. Szczerze martwił mię zepsuty ornament, gdym ujrzał, jak złośliwy zygzak wskroś przekreślił cały trud. A tajemnicza wstęga powlokła się niepostrzeżona smutnym chodem psa włóczęgi za gromadą do ich schronisk.
Wskoczyłem do przedziału. Sąsiad, garbusek, przebudził się i badał nieśmiało. Niebawem zagadnął z życzliwym uśmiechem: „Pan zapewne z wycieczki po studja. O! Tu niejeden wspaniały motyw, tylko mało kto kraj nasz odwiedza. Ale co widzę — ornament! Zapewne szkic, tak z nudów, wskutek opóźnienia. Ale pan jeszcze nie skończył, widzę nawet: przekreślone. Tu zaś niema stoliczka i zanadto wóz się chwieje. Wie pan, ogromnie kocham sztukę. Dla niej wszystko poświęcę. Ot proszę, jeśli łaska, oprzeć rysunek na moim garbie, będzie wygodniej. Bo ja rozumiem, co znaczy chwila, trzeba zaraz wykorzystać, inaczej stracone. Ja sam... tego... Proszę śmiało, jeśli łaska“.
Oparł piąsteczki o kolanka i poddał garb. Ułożyłem zepsuty ornament. Kołysało się przedemną złośliwe przekreślenie, — symbol o jednym wymiarze — zabawnie kołysało na uprzejmym garbku. Nie umiałem dokończyć.
Wkrótce wjechaliśmy w miasto.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Jaworski.