<<< Dane tekstu >>>
Autor Roman Jaworski
Tytuł Medi
Pochodzenie Historje manjaków
Data wydania 1910
Wydawnictwo „Książka“
Druk Drukarnia Ludowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
MEDI.
Wyleciał w park szalony krzyk pawia. Połyskiem tępiącego miecza przebił wilgną gęstwę mroków. Katując zapłakaną twarz nocnej ciszy, upominkiem lęku legł na mej znużonej piersi. Porwałem się z trapiącego śnienia, a tłusty chłód wilgoci przylgnął do mego czoła. Drżę, jak drżę!

A paw ponowił bolesny krzyk klątwy. W żyły me wpływa przerażenie i wapnieje.
Pawiu — przyjacielu, czego chcesz, pawiu?
Od jezior idzie zimny wiew i głucho strąca z liści opad przedpółnocnej zlewy. W samotni mojej dogasają świeczniki, ostatni ślad życia w samotni mojej. Świetlane krążki padają na ruń gazonów. W ich złote obręcze wstąpił paw­‑widmo, gnąc wytworną szyjkę i małemi oczkami badawczo łysnął w stronę rozwartych okiennic.
I budzi wspomnienie.
O tym, jak czasu nocy zachodził do ciebie, ty luba, umarła dziewczynko. W te jasne, szczęsne noce, kiedy się kłonił przejrzały lipiec moich dni. Zaprawdę, jak tęsknię za tobą, Medi! — moja Medi.
A paw już wzbił się na okno i przysiadł na stalowej piersi. Widzę wyraźną ciekawość.
Nie mogę jednak nie myśleć o smutku i olśniewającej pustce, która mnie otacza.
Mój smutek — uboga tryzna w przestwornej, stęchłej świetlicy. I pajęczyny tyle zwisa z nad pułapu. Mój smutek — lśniąca tafla opuszczonej bulwarowej ławy, gdy czasu słoty błądzą po niej łkające migawki gazowych latarni. Czuły uśmiech nieszkodliwego idjotka do cudu wystawowych kwiatów. A pustka, ha! — pustka. W rodzinnego sygnetu pryzmacie łamie się, tysiąckrotnie łamie, w nieskończoność, którą już dostrzegam. Ale, wszak ostaje jeszcze pociecha, zimna, cicha, wymownych o północy szyb lustrzanych. I widzę cię, Medi, widzę wachlarz słodkich twoich główek. Pawiu, wierzaj mi przyjacielu, myślę o dziewczynce z plamką czerwoną na lewym policzku, a nie o mym smutku i pustce, która jest.
I już siedzimy w utulnym, przedmiejskim domku, wokół wywrotnego stołu i, milcząc, patrzymy na się nieprzyjaźnie. Matka twoja, twój ojciec i ja siedzimy, Medi najdroższa, zanim ty byłaś i imię twoje. Jak dawniej. Łoskotem spadającego nagle przedmiotu łamią ciszę słowa twego ojca. Przemawiał zawsze, gdy miał wychodzić. Więc nie zważałem, choć pamiętam. „Jeszcze rok jeden przetrwamy, Doro. Spróbujemy, by niepotrzebnie nie zawracać. Może się inaczej ułoży, może zrodzisz dziecię, którego pragnę. Czy pan uwierzy, że pragnę dziecięcia?“ Sławna twarz jego przyjęła uśmiech niewidomych.
Myśląc o pozorach w teraźniejszości, patrzyłem na panią Dorę, która nagłym skłonem sierpniowego zachodu ułożyła płaską głowę na tarczę w tył wygiętych dłoni, dając medaljon, nieźle wyrzeźbiony. Opadły szerokie rękawy peplosu, ukazując cudnie toczone ramiona, barwą brzasków napuszczone. Więc wchodziłem w radość piękna, gdy mogłem wywołać obojętność wobec rzeczy przewidzianej, prawie zamówionej.
Pan Fryderyk ujął w długie palce cud tych ramion i, naciskając je i poklepując, dowodził: „Dlatego, proszę pana, pragnę potomstwa, by nie zeszedł bez owoców typ tak doskonały. Z kobiety tej narodzić się musi czyste, ostateczne prawo ciała“. A przesunąwszy dłoń wzdłuż linji jej biustu i bioder, skłonił się i wyszedł.
Opadła mię banalna myśl o banalności pragnień. I czuwałem nad śpiącą panią Dorą.
A gdy się obudziła, zaraz spostrzegłem, że miała sen, który zamierzała urzeczywistnić. Więc usiłowałem przeszkodzić, czując silną niechęć do widocznych zamiarów. Szczególnie nie znoszę snów kobiet. Są one zazwyczaj najbliższą, nieutracalną myślą o rzeczach i niepotrzebnie odbierają im kształty. Gdzie zaś owa rzewność, co spływa w cieniach kształtów, i groza znanej tajemnicy, która cień tworzy? Ten brak pozostał w mej pamięci od czasu śnionych opowieści mej matki i piastunek, których miałem wiele. A wówczas zwłaszcza stał mi się nienawistny, gdy sam, dość późno, zacząłem doznawać snów.
Lecz jednym skinieniem głowy wstrzymała pani Dora chęć słów moich.
— Dlaczego mię pan odwiedza? — pytała sennie. — Od lat już czeka pan na chwilę korzystną, z góry przewidzianą. Czeka pan ze spokojem, z wyrachowaną pewnością? Czyż nie uważasz, że nadeszła? —
Jak wszystko dokładnie pamiętam, Medi, i dziwię się, boć już tyle lat dzieli mię od zdarzeń. Pamiętam, że mogłem przemówić i, zadając kłam słowom, które nie były istotne, obalić tak groźne rojenia. Pamiętam, że jednak milczałem, jak zawsze, dążąc świadomie do myślowej przekory wobec zdarzeń w życiu. Tak czyniąc, mogłem popełniać rozliczne błędy, które przedłużają skutki zdarzeń i gmatwają je ciekawie, niezwykle. W tym dostrzegałem urok, więc łatwo przyjąłem stały zwyczaj i przywiązałem się do niego niepotrzebnie.
(Wiernie spowiadam się tobie, ma biedna dziecino, bom jest wobec ciebie winny).
Więc wówczas, wówczas... kłamiąc milczenie, patrzyłem na wyzierające z poza ram werandy owoce brzoskwiń dojrzałych. Chwilę jeszcze trwał nieudolny zamysł, by zwalczyć narzuconą, uporną myśl kobiety. Niemym ruchem wskazałem na brzemię owoców i czas ich dojrzały. Pani Dora przeszła ku oknu i, napełniwszy wazę z niebieskiego kryształu narzucającemi się spojrzeniu owocami, tuż przy mnie ją ustawiła. A gdy, prześladując nadal myśl powziętą, wskazałem szczerb, na wardze wazy widoczny, przesunęła poduszkę wskazującego palca po nim, raniąc się dotkliwie. Poczym obojętnie ujęła w zakrwawione palce ciężki owoc i chciwie wysysała słodki miąższ wraz z krwią dobrowolnej rany.
Wywołała u mnie podziw dla nieznanej rzeczy, gdyż nie chciałem szukać przyczyny, jak przypuszczałem, zbyt łatwej. Nie rozumiałem własnego podziwu, a wyczuwałem jedynie klęskę, oczekując jej z bierną trwogą.
Pani Dora szybko prawiła:
— Fryderyk zagroził mi dzisiaj, słyszał pan? Nie mogę nawet wyobrazić sobie, jakby to się mogło stać. Pan może nie wyczuwa całej jego władzy, jak ja muszę czuć. Przylgnęłam do niego, jak ciepła dłoń do stalowej płyty, czasu bezlitosnych mrozów. (Żachnąłem się mocno). Mróz wionie od niego, a jednak...
— Proszę pani, może bez przenośni lub nawet o czym innym...
— Muszę o nim i o próżni, która go gnębi.
— Więc? — pytałem szyderczo smutną twoją matkę. Chwyciła mię gwałtownie za rękę, tak jest, Medi, pamiętam doskonale, i wiodła przez amfiladę przyćmionych pokoi, naiwną dłonią błądząc rozpacznie po smutnej próżni. Ja zaś milczałem, wiem napewno, że milczałem, tylko może w oczach moich zaczaił się nieznaczny wyraz zrozumienia.
Przystanęliśmy w miejscu, gdzie potym spoczęła twoja kołyska, biedna moja Medi.
Dlaczego nie uderzysz w krzyk, pawiu? Dlaczego trzepoczesz piórami i w szept mojej spowiedzi bezlitośnie wplatasz grozę napomnienia?
Lecz teraz dobrze uważaj, Medi, wytężaj słuch, czujny pawiu. Rzecz ważną wam wyznam, rzecz trudną. I zakończę dziś jeszcze, tu na tym miejscu, gdzie spoczywała niezapomniana kołyska.
Tutaj się stało. Przylgnęła do mnie nagle, przedwcześnie. Gorącym oddechem całując muszlę ucha, szeptała:
— Czy pan wie, że Fryderyk winien? On winien, że u nas tak... Ja zaś mam precz pójść, precz, bo niepotrzebna. Ale nie — musi być wyjście, ratunek...
Milczałem, właśnie w tej chwili. I bardzo zawiniłem, czy słyszycie? Bardzo!
Jeszcze mówiła pani Dora. Długo, tylko nie słuchałem. Wnet musiałem oprzytomnieć, gdyż silnie ugryzła mię w ucho. Matka twoja, Medi! Krzyknąłem i padłem na szezlong, a Dora spoczęła tuż przy mnie, coś żebrząc. Zwinięta w czarny kłębek, jęła śmiać się serdecznie. Wzbudziła przez chwilę nieufność, niepewność. Lecz szybko objęła ramionami mą szyję (matka twoja!) i kapryśnie czyniła wyrzuty, że jestem śmieszny, że przecież zdrowa, zupełnie zdrowa, a pewnie lepsza od tylu innych. Targnął mną bolesny wstręt, naprawdę wstręt i już się porwałem, gdy na dłoniach poczułem wilgoć serdeczną warg dumnych, warg znanych... I usłyszałem cichy szloch, tak błagalny, że mię złamał, bezpowrotnie złamał.
Wówczas — wówczas musiałem wspomnieć słotną noc w mieście, gdy na bulwarach spotkałem przemokłą dziewczynę. Rzewnie zawodząc, nuciła słowa przystępne, łatwo zrozumiałe. Doskonale uchwyciła ton bezwzględny, pełen przekonania. Więc wręczyć jej chciałem talara, ale wymknął mi się z uchwytu i jęknął o załzawiony żwir ścieżki. Właśnie zajaśniała błyskawica przypadkowa, łaskawa. Ujrzałem, jak dziewczyna przegięta szukała w szlochu, wciąż w tym samym, tak podobnym. A błyskawica i deszczu tkliwe mżenie i brzęk talara, wszystko spłynęło w ten jeden wielki szloch.
Wspomniałem i musiała powstać litość, ta sama, gdy szloch był jednaki z przed czasów i jednaka melodja, na którą jestem tak czuły.
Oto melodji zawdzięczasz, Medi, twe smutne powstanie i litości, nigdy nie myślanej. Ach! — i obojętności, dobrze, że nie zapomniałem, i obojętności.
Przez długie chwile i męczące wpatrywałem się w zmartwiałą panią Dorę. Jej twarz wrzynała się w mrok sypialni ostrym, kredowym zarysem znanej maski: dokonania. Dokonania zamiaru, który przestał istnieć. I powoli przyjąłem w świadomość, że już się stało. Przejął mię bolesny dreszcz ohydy. Wyszedłem, nie żegnając.
Właśnie tworzył zapadły wieczór dekorację z mgieł. Wydał mnogość festonów ociężałych, rozwlekłych. Wyczułem przeładowanie szczegółów i wypowiedziałem w sobie niepotrzebny sąd. Było mi duszno i z radością zagubiłem się w alei wierzbowych drzew. Wydęte opary przylgnęły do chromych pni, tworząc poszarpane żagle u strzaskanych masztów i dały mi złudzenie tajemniczych schorzałych korabi, odpływających ku przestwornej toni na zatratę. Zapragnąłem poszybować z niemi, gdy dopadły mię ogary, stróże domostwa pana Fryderyka, i zmusiły do gwałtownej ucieczki, wielce sromotnej. Aż przystanąłem na polanie wśród gęstego lasu i dumny, że zmyliłem czujny pościg, przysiadłem na pniu, by spocząć.
Wtedy to powstał pomysł o tobie, Medi, o twym imieniu i co miało zawrzeć słowo. Przewidziałem cię na tyle czasu. W czułej troskliwości słałem ci zdobną w złocone brokaty kolebkę infantki hiszpańskiej. Na pierwszą zabawę włożyłem w drobne twe piąstki, uchwytów niezdolne, łagodne bazie, odarte z różdżki­‑pamiątki, którą surowy Mikołaj zawiesił ongi nad moim dziecięcym łóżeczkiem. W zadumie poszedłem po pluszowy szmaragd łąk irlandzkich na pląsy dla stopek twoich drobniutkich. Marzyłem etjopskie dziewki, nucące muślinowe baśnie nad żałosnym płaczem pierwszych niemowlęcych nocy. Przebardzo cię darzyłem w wielkiej mej dobroci, dając żywot krótki i skon nagły, piękny.
Dumałem, gdy ujadały ogary, skarżąc utracony trop. Wnet wypadło na polanę stado spłoszonych saren. Dziś, kiedy spisuję to ostateczne wyznanie, czuję niezwykłą pospolitość sceny, lecz sumiennie nadmieniam, gdyż wiem­‑ci ja, Medi, że słuchasz, jak gdybym przemawiał, i przeliczasz szczegóły i ważność wyznaczasz na błędy, według których mam być sądzony.
Sarny nie zauważyły mojej obecności i były sobą. Spokojnie spoglądały, gdy dwa kozły zwarły się na zawzięty bój. Powtórzył się lichy olejodruk z myśliwskiego pokoju mego brata. Gdy jeden rogacz legł z przeciągłym rykiem, najspokojniejsza z łań lekkim truchtem odbiegła za zwycięzcą. I dziwnie przez łanię przyszedłem na myśl o pani Dorze. Odczułem nawet zadowolenie, rozumiejąc, że należałoby o niej pomyśleć, i byłem wdzięczny łani. Ożyła troska tej śmiesznej, czczącej powagi, z jaką spotkam matkę twoją, może jutro. A na czas późniejszy, gdy dźwigać będzie brzemię — jej kształt. Więc zakłopotanie pani Dory, całkiem zwykłe, i mój wyuczony szacunek, rzewna uważność...
Parsknąłem w szyderczy śmiech, a zaniepokojone puszczyki uderzyły w przeraźliwy kwikot, że zerwałem się z pnia, odczuwszy lęk. Lęk uświadomił mi las, w którym zabłądziłem. Tęskniłem za gościńcem do miasta. Potykając się w ciemności, przewaliłem się na poległego rogacza. Powstałem, umazany cuchnącą posoką. Bezwiednie uleciał mi wesoły okrzyk: pan Fryderyk! Wnet jednak dostrzegłem niesłuszność i brak porównania, więc chrząknięciem stłumiłem grożące echo, a spryt, zużyty na instynkt powrotu, wnet mię sprowadził na drogę ku miastu.
W tępej obojętności trwałem samotny po dzień twego przyjścia. Wieść pewna o tobie wywołała mię. U wejścia do alkowy zwiastował uroczyście zadowolony pan Fryderyk:
— Dała mi Dora córkę, wywołaną przez mój nakaz, pamięta pan, onego wieczora? Żona porodziła ją z trwogi przed groźbą rozstania się ze mną. Dziecię ma też w sobie coś z przyrodzonej uległości, z obowiązku, który wypełniony został li tylko wskutek tchórzliwego posłuszeństwa.
Wszedłem, gdzie spoczywałaś, drobna dziecino, u boku wycieńczonej matki. Jakże byłaś mi wówczas wstrętną, Medi, jak męczące twe istnienie! Prawidłowe niemowlę, obce, owiane senną zadumą nad nieznanym bytem, z którego zostało wywołane. Pani Dora przylgnęła do ciebie ustami celebrującej kapłanki, a całkiem niepotrzebnie starała się dłoń moją uścisnąć. Czekałem, gdy rozewrzesz oczęta. Spojrzałaś. Wzrok twój pośpieszył ku mnie i wyczytałem w nim zwykły wstyd. Jest czasem taki w kielichach kwiatów, gdy rozkwitają nad rankiem. Więc, nie rozumiejąc, w głos zapytałem: dlaczego? A pani Dora, nie mogąc mówić, poczęła ronić łzy, co było nudne. Wyjąłem z kieszeni srebrne dzwoneczki, w przygotowaniach zdawna zakupione, i jąłem grać. Lecz matka twoja, źle pojąwszy, wyrwała mi je z ręki i cisnęła o dywan. Poszedłem do piastunki, by mi opowiedziała „całą historję“, i nie troszczyłem się o was.
Gdy zachorowałaś niebawem, uwierzyłem, że było konieczne, gdyż zwyczajnym zajęciem niemowląt jest krzykliwe chorzenie. Czuwałem jednak, wuczając się mozolnie w obowiązek poznania ciebie, malutka. Mogłem tylko z trudem, gdyż alkowa duszna była i senna, a piastunka fujarkowe zawodziła dumki, matka zaś twoja głupio szeptała pacierze.
Była noc, kiedy lekarz zadał ci sen spokojny i ja samotny ostałem przy twojej kołysce. Leniwym giestem zdziecinniałego starca opędzałem konieczne, rojne dumania. Patrząc w uśpione twe lice, starałem się marzyć o obcych rzeczach, boleśnie jednak utknąłem na obcym, a tak blizkim pojęciu szczęścia: dla ciebie, ciche niemowlę. Nie mogłem żadnej stworzyć formułki. Pomogła wyobraźnia, wielce usłużna w ujęciu rzeczy zwykłych, przez co zbyt trudnych. Doznając zwidzenia, przeszedłem beztrwożnie granicę dwuch krain, wielce sobie wrogich, przeszedłem nieświadomy, zapatrzony jeno w powabność przedziwną. Dziwność więc samą podaję, a szczerze unikam w słowach rozwiązania, gdy dobrze znam śmieszność wszelkiego twierdzenia, które się zlewa w syty, zgodny akord z krzykliwym brzmieniem wskazującego: tak.
Czy ty tylko zbyt się nie przerażasz, dziecino, i czy zrozumiesz?
Byliśmy już daleko, gdzieś w północnym kraju, dążąc do obiecanych cmentarzy, które widniały zdala. Właściwe ich miano mogłoby raczej opiewać: raj cichej radości, tak nieskalanie wesoło witały nas śnieżne bramy. Nie było słońca, które niepotrzebnie szczery kruszec żył ludzkich przetapia na drgający war, nie było smutnych ludzi, którzy, niepotrzebnie wzierając w gasnące powieki, budzą wzajemny żal. Mróz dobrotliwy mroził w nas tęsknotę za rzuconym krajem. Cichość wiała wielka. I wielkie rozlało się zgodne pragnienie, by nas zagarnął rozkoszny, ukojny sen. Dźwigając twój ciężar, świadomie wszedłem w ogrodzenie z czystych lodozwałów, pijąc orzeźwienie w wieczystym całunku przylgniętych naszych warg. Przystanąłem na chwilę, rozglądając się za posłyszanym szumem kosodrzewin, które nas żegnały. Już je przesłonił biały cud. Więc złożyłem cię na uboczu i jąłem grzebać puszyste, wspólne leże. Niebawem jednak przeraził me grzebiące dłonie nieznany cień krwawy. I usłyszałem szelest złowrogi. Gdy się porwałem, unosiła cię w ramionach niewiasta smukła, zwinna, a gnał za nią wicher nagły i śmigał jej śladem nieznany cień krwawy.
Rzuciłem się w pogoń. W ogromne przestrzenie ciskałem wydłużone okrzyki rozpaczy za tobą, Medi. Ścigałem was śmiesznie, nieudolnie. Ślad krwawy wsiąknął wnet w soczyste mchy gęstych smereczyn. Ustałem, kostniejąc w tępym żalu.
Martwo dążyłem dalej w nieznanym kierunku. Natrafiłem po czasie na nędzną lepianę, dokąd wszedłem bez celu. W rozpylonym świetle kopcącego ogarka dojrzałem nikłą postać, skarlałą w przegięciu nad szeroką księgą, opartą na kolanach. Nie wejrzał ku mnie. Podszedłem i, poznawszy z liter księgi jakąś mowę znaną, krzycząc, pytałem: „Chłopie, czy nie spotkałeś przed twoim domostwem niewiasty, unoszącej dziecię na ręku?“ Ciasny, głupowaty półśmiech rozwidnił ponurą twarz mieszkańca lodowej krainy. Przyznając, wesoło skinął głową i dalej sunął brudnym palcem po zatłuszczonej karcie księgi. Ja zaś niespokojnie badałem, co za kobieta i w którą odeszła stronę. Spojrzał surowo i twardo wyrzekł: „Obcy jesteś, a jednak błąd jest wielki w tobie, gdy nie znasz niewiasty, o którą pytasz. Raczej żart ze mnie czynisz nieuczciwy, bo któż jej nie zna. Jest wróżka, jest nazwana Ajataa. W całym kraju zorzy porannej nie narodzi się dziecię, o którymby nie pamiętała. Trzeba niemowlęta strzec, szczęśliwe niemowlęta. Jest Ajataa, jest piastunka“.
Wściekły, przerwałem powolnemu człowiekowi: „Chłopie, pilno mi, nie praw baśni, które już gdzieś czytałem!“
„Źle czytałeś — ciągnął wytrwale — czytałeś, nie rozumiejąc. Bez wiary dobrej czytałeś. Trzeba niemowlęta strzec, a nie myśleć o szczęściu dla nich. Inaczej porwie maleństwo i z piersi zatrutej nakarmi. Jest wróżka, jest niedobra Ajataa“. Kołysał się sennie. Więc ugodziłem go pięścią w ciemię. Westchnął ciężko, lecz nie powstał. Pragnąłem go rozweselić: „Zacny niezdaro — wołałem — przemawiasz w symbolach niebacznie. W ojczyźnie mojej mam mnogich przyjaciół, wiernych i oddanych. Czyż nie wiesz, że ci ludzie nie znoszą symbolów i legiend przyćmionych? Jak śmiałeś! Jakże mi do nich uciec się o pomoc, jak się użalić? Czyż wybaczą symbol? Uwierzą w Ajataę?“
Byłem bardzo gniewny na chłopa i zrozpaczony, śmiejąc się w dzikim ryhocie. Chłop ziewał nieczuły i, kończąc, mamrotał: „Jeśli to jest twoje niemowlę, które dziś wróżka porwała — nieszczęśliwe będzie. I twoja będzie wina. Tak mi Panie dopomóż!“ Uczynił znak krzyża i, zgrzytając złowieszczo zębami, nadal czytał w księdze. Więc skradłem mu z ciemnego kąta kożuch z białych niedźwiedzi i, otuliwszy się przezornie, uszedłem.
O północy byłem już z powrotem przy twojej kołysce w alkowie. Przestrzenie zbytnio uległy mym lotom, zbytnio zmalały, pośpiesznie zbliżając mię faktom, gdy złośliwie wydzieliły czas i możność wszelkiego w nim przemyślenia. Ujrzałem cię w objęciu wdzięcznie obnażonej, przedziwnej kobiety. Chciwie ssałaś jej piersi, o nieświadoma, żarłoczna dziecino. Poczułem straszny lęk. Rozwalona na tapczanie, ciężko ze zdławionej gardzieli wyrzucając bulgocące fale oddechu, spała dziewka­‑piastunka. Z przyległej sypialni, z małżeńskiego łoża zalatywał mlaskany szept pani Dory, wynajdującej powabne pieszczoty dla znudzonego pana Fryderyka. Wstrętnie zachrzęściło małżeńskie łoże. Parność wielka ugodziła mię w lice, rozpełzała po czole i, przepalając czaszkę, obłąkanym żarem na mózg się zwaliła.
Odeszła mię myśl wszelka.
Chwyciłem z konsoli w plusz oprawiony, wenecki sztylet twej matki i zatopiłem w jadem napuszczoną, białą pierś obcej niewiasty. Raz jeden wejrzała ku mnie wielce łagodnie, i przewaliła się bezgłośnie, pociągając ciebie, Medi, za sobą. A z rany wytrysnęła jedna, jedyna kropelka krwi wiśniowej i bryznęła — wyraźnie widziałem — na lewe twe liczko, krzepnąc po wszystek czas. Uderzyłaś w zawodny płacz. Złożyłem cię przezornie w ciszę kołyski i starałem się przebiegle unieść świadczącego trupa. Niepotrzebnie. Macając wokół rękoma, czołgałem się po posadzce, nie mogłem jednak nigdzie znaleźć. Opadszy z sił, ległem wreszcie gdzieś w kącie, znużony.
Gdy już powracałem do przytomności, słyszałem, jak orzekał lekarz nad twoją kołyską: „Stan poważny, zapewne skutek epidemji. Ale na lewej twarzyczce niewyjaśnione zaczerwienienie. Najprawdopodobniej znamię, które już zostanie“. Odrazu wspomniałem na straszliwą scenę i wiedziałem, skąd pochodzi plamka. Rozumiałem, że oglądając ją dzień w dzień, sam jeden zachowam tajemnicę, która trapić mię będzie i szklanym napawać lękiem.
Przez czas pragnąłem nawet, byś mię zwolniła od grozy patrzenia i strasznego wspominania rzeczy niewyjaśnionych. Pragnąłem, byś uległa trawiącej chorobie. Cóż, kiedy pozostał sztylecik, jak dawniej w aksamit oprawny i cudnie błyszczący, tylko już groźny teraz i wymowny przez wypadek, w który został wtrącony. Cisnąłem go wprawdzie między rupiecie za stary kominek, ale nie mogłem zapomnieć, że on tam właśnie spoczywa. I biały kożuch zawisł na wieszadle, cenny, ukradziony kożuch. Miałem więc wciąż ze sobą niemych świadków dwoje, od których nijak mi było się uwolnić.
Myślałem nawet, by się komu zwierzyć. Bez wyboru, jedynie dla pozoru ulgi. Była blizka sposobność: pan Fryderyk. Zauważyłem jednak, że jest bardzo chmurny. Gwałtownie ujął mię pod ramię i wciągnął w głąb swojej pracowni. Tu wyjął księgę ważnych zapisów i pod datą dnia znanego wpisywał czerwonym ołówkiem, w głos wypowiadając:
„W dniu dzisiejszym zauważyłem niespodziewanie czerwoną plamkę na lewym policzku mej córeczki, zrodzonej z doskonale pięknej mej małżonki, Dory. Plamka ta, to stygmat, który mówi, że doskonałość fizyczna jest wysiłkiem przyrody, niezdolnym do dalszych świadczeń. Owoc więc każdej doskonałości musi być niedoskonały, musi być uszczupleniem pojęcia i jego zacieśnieniem. Doskonałość winna wystrzegać się owoców, które przez brak lub błąd konieczny stają się niepotrzebne. Jej los — to milczenie i dostojne trwanie w jasnej świadomości. Doskonałość — to zakończenie. Córka moja, jako niepotrzebna, od dzisiejszego dnia staje mi się obojętną“.
Dziwne, że błazeństwo nie rozgniewało mnie, ni też ubawiło. Przyjąłem jako rzecz, która być powinna. Zato myśl we mnie o tobie, Medi, i o tajemnym naszym wydarzeniu całkiem się zmieniła. I poczułem: przez plamkę, tak drobniutką, przez tajemniczy stygmat, stałaś mi się, Medi, tak drogą, tak drogą —
Zamieszkałem w domu waszym. Odtąd nieustannie patrzyłem w ciche oczy twoje, jak brałaś teorje z ludzi, którzy cię otaczali, i z przedmiotów. Zwolna wdrażała się w ciebie myśl obca, myśl fałszywa, o której mówią, że jest dobrą pomocnicą biednych ludzi. Niepokoił cię wszelki ruch, więc wywijałaś rączkami, naśladując nieudolnie, uczciwie. Szedłem za stawaniem się twoim, jak szpieg. Wypatrywałem, wiele nie rozumiejąc. Oboje milczeliśmy z konieczności. Raz, gdy wyczekiwałem pierwszego słowa, uderzyłaś mię mocno piąsteczką w twarz. A potym rzewnie, cicho, wyrzekłaś w zdziwionym brzmieniu: „ma‑ma“. Byłem zrażony, wiedząc, że wszystkie dzieci wypowiadają to pierwsze słowo. I wcale przecież mnie się nie należało. Czas jakiś wstydziłem się nawet, gdy mię tak stale odtąd wołałaś. Zgromiłem srodze ruską piastunkę, która uczyła cię pospolitości i precz ją nagnałem. Przywiodłem natomiast z ogrodu poczciwego pawia, który, turkając trwożnie, spoglądał w twoją kołyskę. Rozkosznie wyciągnęłaś ku niemu rączęta i objęłaś za szyjkę. Nie uchodził, tuląc się wiernie. I wciąż turkając, począł udzielać wyższej mądrości.
Zaraza zawisła nad tobą, jak myszołów w przestworach przystawa nad ukrytym w miedzy stworzonkiem. Długo bujała, nie dobijając. A gdy już miała odejść, cichy lęk twój przeszedł w rzewny płacz. Płacz był przeszkodą dla pana Fryderyka w koniecznym śnie. Słyszałem, jak cię gromił słowami. Maleństwo niepojętne, czemuż nie usłuchałaś? Pan Fryderyk wpadł do twej alkowy i wnet przez ciszę nocy przechodziły tępe uderzenia, zawzięte, obliczone razy. Już byłem przy tobie. Przedemną śmieszne bydlę, ogłuchłe we wściekłości: „Córka niepotrzebna“. Zdjął z nogi pantofel i tryumfalnym ruchem indyjskiego wojownika, gdy wywija tomahawkiem, brał rozmach nad przegiętym, czerwonym karkiem i, opuszczając — bił zapamiętale. W stalowym uchwycie palców przylgnąłem do jego gardła, drugą ręką porwałem brodę uwielbianą, mądrą i cisnąłem go na podwórze, w słotną noc jesienną. Nie dobijał się do zaryglowanych drzwi. Przespał w stajni i opuścił nas nazajutrz.
Szły dnie długiej, zawziętej rozpaczy pani Dory. Obmyślała pogoń. Byłem jej pomocny. Bezskutecznie. Pan Fryderyk zginął przebiegle, wielce umiejętnie zatarł ślady. Wreszcie nadesłał wieści: „nie powróci nigdy. Nie może pozostawać wśród niepotrzebnych. Wyruszył szukać nowej racji“.
Zakupiłem jego majętność, a dom kazałem rozszerzyć, przeinaczyć. Tak więc, siłą zdarzeń, przeznaczony zostałem, by przeżyć z wami przesilenie nieudałego pomysłu twej matki. Dziwiło mię, że, spokojna na pozór, została wraz ze mną w domostwie. Ocieraliśmy się o siebie, jak dawniej, obojętnie wymijając się w drzwiach pokojów. Przypuszczałem, że cierpi normalnie i unikałem dłuższego spotkania z obawy przed nudą zwierzeń. Raz jednak, trwogą nocy przejęta, weszła do mojej sypialni, cudna w swej nagości. Widziałem jasno. Lecz broniąc się, odegrałem scenę. Chwyciłem za szpadę, która nad łóżkiem zwisała, grożąc, że przebiję. Usiłowała, przemawiając, zmusić mię do rozpoznania. Niezmiennie jednak godziłem ostrzem w miejsce, gdzie złoty zwisał medaljon. Trwożnie syknęła: „tchórz!“ i uszła, nie usiłując więcej.
Odtąd była spokojna i smutnie milcząca. Używała jeno wielkich swych uroczystości, by okazać, że nie zapomniała rozpaczy. Starała się gwałtownie nam przedstawić, jak cierpi i przez co. Więc patrzyłem bez oceny, stwierdzając.
Ciężki czas ołowianych błękitów usuwał się wzdłuż martwych okiennic i dążyliśmy za nim posłusznym spojrzeniem, które nie śmiało się przebić, wyprzedzić, gdy usta milczały, nie pytając: co dalej? Niekiedy wprowadzałem urozmaicenie, które jednak zbyt szybko w krew się wpijało i stawało zwykłością. Nieświadome kwadranse spędzałem za kominkiem, szukając sztyletu wśród rupieci, azali nie zniknął. Zawsze znachodziłem i dotykałem się go nieznacznie drętwiejącemi z lęku palcami. Zazwyczaj pozostawałem potym na chwilę nieprzytomny, zaniedbując ciebie, Medi. Również i kożuch skradziony nie wyszedł z mej pamięci. Kazałem go pociąć na podłużne pasy i sporządzić skórę podnożną, by móc deptać, skoro wspomnienia zaczną się stawać nieznośnie natrętne.
Na tej skórze z białych niedźwiedzi stanęłaś po raz pierwszy w jasny, wrześniowy poranek. Przeszłaś wzdłuż chwiejnie, nieudolnie. Przed tobą kroczył troskliwie paw­‑nauczyciel. Uderzył mię posłyszany niezwykły śmiech pani Dory, podobny wahadłowemu zakołysaniu się nieboskłonu, czasu pogodnych, błyskawicowych nocy. Zbliżyła twarz ku tobie z miłą pieszczotą, gdy nagle stężała, wpatrzona w twą czerwoną plamkę. Białka jej oczu wyszły gwałtownie i zazieleniały, zdław chwycił gardło i jęła toczyć z ust żółtą pianę. Trzymając twe rączki w silnym uchwycie, skręciła je gwałtownie i cisnęła cię o ziemię. Skrępowałem matkę twoją i zamknąłem na piętrze domostwa, by dowolnie szalała. Troskę nad nią oddałem lekarzom.
Pozostaliśmy swobodni na dole. Pocałunkami budziłem twe oczęta w bławatne poranki, pocałunkami koiłem szczebiot twych usteczek w pierzaste, wiedźmowe wieczorów zachody. Uśpioną tuliłem cię w ramionach i późno w noc wsłuchiwałem się w łopot kroków matki twojej, mierzącej niestrudzenie rozległe izby nad nami. I nieraz zdawało mi się, że płyniemy gdzieś bez celu, na oszalałym jakimś statku, zaprzepaszczeni wśród wirów ostatecznej zagłady. Lecz ptak nasz czujny zwykle nas ocalał, wzlatując ku oknu i dobrotliwie wglądając spojrzeniem pełnym troski. I przybijaliśmy do stałych lądów.
Po bielonych słońcem ścieżkach parku jęłaś bujać swobodnie i nie odstępował ciebie barwnopióry, poważny opiekun. Patrzyłem ku wam z werandy. Często znikaliście za skrętami klombów. Czybyś mogła zapomnieć zaciszne ustronie? Wiesz — za grabową aleją, już prawie nad łąką, gdzie pawie zbudowały gniazdo. Tyle łagodnych poranków spędzałaś tam w odosobnieniu. Samotna pawica siedziała na gnieździe, gdy paw szukał za żerem. Więc prawiłaś ptaszycy dziwne opowieści, w twym lubym szczebiocie. I weseliłaś jej smutek. Porozumiewałyście się bez trudu, a pawica wsłuchiwała się rozkosznie, oczarowana. Gdy zaś on powrócił z łowów, nad wyraz bywał czuły i uczył cię wiedzy, dla nikogo pewnie nieprzystępnej. Zapewne prawił o dziejach świata, patrzonych z lotu ptaka, i o życiu gąszczów, w które nikt nie wzierał. Czy tak, maleństwo? O! Wybacz, że was podglądałem. Lecz byłem zdziwiony, kiedy pochmurna stawałaś przedemną i, mierzwiąc pięstuczkiem płowe loki nad czółkiem, powtarzałaś: „Ma‑ma — Medi wie — tam — dużo — tam“.
Lub też w ogródku, pod ścianą starych kazamatów, powiedz, czy źle ci było, dziecino? Powiedz! Grzebiąc w ziemi różanym paluszkiem, sadziłaś jasne kwiatki. Pragnienie gasiły chętne twych usteczek wonne truskawki. Na złotych tarczach słoneczników wesoło ćwirkały małe, płoche ptaszki. A wysoko, na grzbiecie murów, ponad grzywami rozczochranych bluszczów przystawał, jak zwykle, usłużny paw i, rozpiąwszy lśniący wachlarz piór, cień rzucał, by chronić twą główkę przed żarem słońca. Z ukrytych ziół biły słodkie aromaty, wśród których perliły się roje złotych muszek. Niekiedy strzępiasty obłok gasił wszelką światłość i nagle sztywnieliście, gdy was zalała twarda matowość. Paw uderzał w krzyk. Niebawem odżywaliście w rozlewnej jasności.
Zapędzał się ku wam często przemądry Sokrat, stary kogut biały. A za nim nieodłączna czereda. Więc pytałaś, czy Sokrat ma żonę. Szukaliśmy, by ją poznać. Zbliżyliśmy się do zacnej gromadki. Podałem ci nawet imię tej żony: Ksantypa — i wołałaś donośnie. Właśnie targał Sokrat czarną kwoczkę za bujny czub, całkiem bezwzględnie. Więc pytałaś: „Ma‑ma, czy to ta?“
Wkrótce jednak staruszek i inne kury równemi obdarzał względami. I nie mogłem ci wskazać właściwej. Ten Sokrat, ten Sokrat! Miał Ksantyp tak wiele. Niegrzeczny Sokrat. Byłaś smutna i niepocieszona.
Przeszliśmy do sali rycerskiej, gdzie postanowiłaś niezwłocznie odbyć zrękowiny wszystkich twych lalek. Sadowiłaś je u stóp moich na wzorzystym dywanie, układając parami. W pośpiechu niebezpieczne powstały mezaljansy. Chciałem zwrócić twoją uwagę na możliwy skandal. Lecz zniecierpliwiona postanowiłaś zaraz. Więc wyszła pobożna rybaczka z Holandji za wątłego, karnawałowego pierrota, o zupełnie nieznanej przeszłości. Wytwornej księżniczce z ogrodów wersalskich dostał się zwalisty dragon szwedzki. Dumny grand hiszpański musiał się zgodzić na płochą gryzetkę, a skoczny piekarczyk na poważną, siwowłosą damę, w czarnej, aksamitnej sukni. Zbyt gwałtownie postąpiłaś, Medi, i wbrew przyjętym zwyczajom. Po ceremonji, w której żywy brałem udział, kazałaś mi złączone pary pozamykać w mrocznych, zimnych szufladach wielkiej szafy bibljotecznej. Musiałem na klucz pozamykać, by cię uspokoić. Czyż można było? A jednak podziśdzień tam spoczywają — niedawno zaglądałem — w zupełnej zgodzie i z piętnem tożsamości na obliczu.
Po latach zaś dzień twej koronacji — jakże uroczysty, a jaki okropny w następstwach!
Byłaś już panienką i spoczywałaś w sukience z niebieskich koronek na rzeźbionym krześle z czarnego dębu. W zadumie główkę w tył pochyliłaś (matki zwyczajem) i mglistemi oczkami chciwie wpiłaś się w przeciwległy wielki gobelin rozpostarty. A na nim wielka odbywała się parada. Po bokach trębacze w uroczyste uderzali hejnały i zewsząd schodził się dwór strojny: dzielni rycerze w ciężkich zbrojach i urocze niewiasty w sukniach drogocennych, powłóczystych. W samym środku mąż poważny, wyniosły, wkładał koronę na główkę dziewczynki, co u stóp jego przyklękła. Wpatrując się, przeżyłaś zapewne zwidzenie senne, gdyż postanowiłaś urzeczywistnić (zwyczajem matki). I już nie sprzeciwiałem się, przeciwnie byłem bardzo skłonny, gdyż wszelka twa prośba była mi drogą i przeczuwałem w niej nieznany sens głębszy.
Rozporządziłem. Z mansardy kazałem powynosić stare stroje i wszelkie rodzaje broni, cały mój zbiór cenny, okazały. Starą lektykę z czasów augustowskich świeżo obito różowym adamaszkiem. Salę rycerską przystrojono na komnatę królewską. W środku ustawiono wyniosły tron pod gwiaździstym baldachimem. Po podłogach rozrzucono pyszne smyrneńskie kobierce. Ze stropów zwisały złocone gdańskie pająki.
We dworze wrzało. Nagły, niezwyczajny ruch oszołomił rozkosznie.
Pani Dora umilkła zawzięcie, ty zaś wyczekiwałaś wytrwale, pochmurnie. Paw jeden był niespokojny i plątał się wszędzie, krzykliwie przeszkadzając. Kazałem go wygnać na gazon.
Uprzejmie sprosiłem znanych dawniej ludzi. Skwapliwie przybyli na wyznaczony czas. Przywiodła ich prostacka ciekawość. U progu zapowiedziałem uroczystą zabawę. Rozdałem role, które chętnie przez próżność przyjęli. Nad wieczorem dwór już był gotowy. Sędziwi senatorowie, pyszni rycerze i jasnowłose, strojne damy. Marszałek ustawił według gobelinowego wzoru. Zachowaliśmy bezwzględną ścisłość, byś w niczym nie dostrzegła różnicy, droga dziecino. W ostatniej chwili przybył posłaniec z miasta, wręczając zamówioną misterną koronę na twoją główkę i pozłacane jabłko koronacyjne. Złożyliśmy je na szkarłatnych poduszkach, które u stóp tronu trzymali dwaj terakotowi murzyni, zazwyczaj wierni stróże łożnicy mojej.
Na dany znak zagrzmiały moździerzowe strzały, zapłonęły pająki. Cudnie przeodziana w białej adamaszkowej sukience z krynolinką, w złotej aureoli rozpuszczonych włosów, rączęta sztywnie w górę podniesione — wpłynęłaś w uroczystą salę. Wiedli cię mężowie poważni, najprzedniejsi woje. Przystanęłaś w oznaczonym miejscu. Paziowie przyklękli przed tobą. Gregorjańskie chóry rozbrzmiały w podniosły hymn. Byłaś wzruszona i bardzo pobladłaś. Wybacz, że tak niezgrabnie, drżący i zgarbiony, jakkolwiek w królewskiej purpurze, podszedłem ku tobie i włożyłem w twe rączęta złote jabłko, które oburącz przycisnęłaś do piersi. Poczym wznosząc koronę nad twoją główką, dla uświetnienia ceremonji w podobne słowa uważałem za wskazane przemówić:
„Wdzięczność serca radbym wypowiedzieć wam, goście łaskawi, na krótką chwilę wierni moi poddani. Świetny jest zbór wasz na dzisiejsze koronowanie i prawdziwie raduje me królewskie oczy. Liczne są zapewne zasługi wasze, lecz zaprawdę największa dzisiejsza usłużność. Bo oto, nie pytając o sens, ni też o zamiary, świadczycie dobrowolnie dziełu, które w waszych oczach się dokona. Jest więc w was prostota i ufność, która zdąża do zabawności, a mnie ułatwia ciężar dzieła. Stajecie bowiem w tej chwili w tajemniczych ramach śnionej baśni. Każdy z was utracił połowiczność swej rzeczywistości. Przykro mi wam to oznajmić, ale postradaliście siebie i znaczenie wasze, a byt wasz cenny zawisły jeno od przyjętej roli. Troskliwie ją pielęgnujcie — pomni, że stworzyło was pragnienie dziecka. Pragnienie zaiste godne urzeczywistnienia. Wychodzi poza możliwość, a unika śmieszności. Kaprysem łatwo je nazwać, tymbardziej, jeśli uwierzyć zechcecie, że wywołane zostało przez tajemniczy wypadek, w którym sam uczestniczyłem. Wypadek istotnego zatrucia przez sen, którego skutki w rzeczywistości sami oglądacie. Prawdziwość mych słów królewskich potwierdza znamię na liczku dziewczynki, które swobodnie oglądać jest wam dane. Przez plamkę sen naznaczył dziecko, by wzmocnić chorą swą pamięć i na czas z góry przeznaczony wykonać niezwyciężoną swą mściwość. Bezsilny, nieprzewidzianym rozkazom w pełni się poddaję. Unikając dalszych wyjaśnień, gdy nie istnieje potrzebna konieczność, objawiam wam jeno mą niezłomną wolę, by w pełni uznano ten zatruty kaprys, poza którym łatwo ukrywać się może niewyrażalna myśl. Czyniąc zadość kaprysowi, godnie postępujecie. Nie aktorami stajecie się rzeczy pomyślanej, nie statystami pantomimy, na zysk obliczonej, czy też na sensację. Jedynie przeczuciu wielkiemu hołdujecie, jakie wstrząsnęło dziecięcem marzeniem. Nie zaciągając żadnych zobowiązań, spokojnie spoglądacie na stawanie się rzeczy niemożliwej i, w równej mierze mieszając powagę z figlarną zabawnością, stwarzacie uroczystą groteskę. Znaczenie w niej wasze donośne, gdy wypełniacie role: dobrych schlebców. A kiedy się już obudzicie z tej żywej snu ilustracji, może w was kiedy ocknie się tęsknota za dziecka królestwem. I za panowaniem dziecka, któreby wymierzało rajskie sadyby zbłąkanym waszym trzodom, w naiwnej mądrości udzielało praw doskonałych krzywdzonym istotom i łagodnym wejrzeniem ułaskawiało groźnych waszych przestępców. Wspomnijcie w onej tęsknocie, jak blizko byliście marzenia w tej oto chwili!“
Wkładając zaś koronę na twoją główkę, wyrzekłem:
„Koronuję cię królową państwa, którego nigdy nie ujrzysz, władczynią ziem rozlicznych i urodzajnych, które już były kiedyś lub jeszcze będą, opiekunką mórz i rzek rozlewnych, przez które nie pomkną nigdy kadłuby twych lotnych okrętów. Pod łaskę berła twojego udają się ludy możne i zwycięskie. Nie przyklękną po laur przed tobą ich bohatyry, nie dojrzysz plonów dzielnej ich dłoni. Ludy te bowiem jeszcze nie dojrzały i są tylko marzeniem, jak całe twoje królowanie. Nic się nie ziści. Więc ja koronuję dzisiaj, córeczko, twoje królewskie rojenia nad obszarami strasznych kołowrotów: snu i rzeczywistości. Władaj w tych krainach i już się nie cofaj przenigdy. Poważną groteskę wprowadź w rzeczywistość. A nie odczuwaj żalu, że się nie ziszcza marzenie, gdyż w tym cała jego siła i prawdziwość“.
„Nas zaś obdaruj prawdziwą szczodrością. Nie zechciej poczytać za złe zebranym tu ludziom, że, wróciwszy do domu, wnet zapomną tę chwilę i, wszedszy w codzienne zabawy, przywdzieją maskę litosnego śmiechu, który jest śmiesznością, lub ustroją się w grymas powagi, gorszy od śmieszności. Wszak­‑ci nie mają zmysłu dla dziwności. A mnie, który nędzny staję tu przed tobą, któremu marne słowa już bledną na ustach, choć w części wybacz tę niezmierną winę twojego powstania. Wybacz przez szczęśliwość chwil, z tobą przeżytych! Wybacz, jako że przystoi królewnom wybaczać“.
„Dla siebie jednej nie znaj wyrozumienia“.
„Pław się w blaskach królewskości. A gdyby nastać miały słońca, godne przyćmić blaski twoich djamentów, to je zgaś — lub nie — raczej zgaś siebie, zanimbyś wyczuć miała lęk przed siłą, która urągać może twojej królewskości“.
Nic nie przeczuwałem, że cię już żegnam zarazem i wprowadzam w bramy śmierci, tak byłem przejęty powagą zadania i odpowiedzialnością. Czyś ty, dziecino, tak pilnie zważała na słów napuszystość, czyś mogła się tak przejąć i zrozumieć? Wszak zupełnie spokojna zasiadłaś na tronie, a oni szli rzędem i składali hołd, całując twe rączęta. Paziowie miotali kwiaty. Po kwiatach weszłaś do lektyki i rozzłociłaś ją zadowolenia uśmiechem. Przeniesiono cię do kryształowej sali, a za tobą podążył dwór, by każdy w lustrzanym odbiciu mógł dojrzeć siebie kilkakrotnie, po raz ostatni.
Otoczyli mię zewsząd, żądając spodziewanych wyjaśnień. Nagle usłyszałem przeraźliwy twój okrzyk: wawi! Właśnie wysiadałaś z lektyki, a ku tobie podchodziła w tanecznych podskokach figlarna pani Dora, która się wymknęła niebacznej dozorczyni. Nikt nie zagrodził jej drogi. Wszyscy osłupieli. Szła więc swobodnie, cała w wymalowanych czerwonych cętkach na licu i rękach, w szkarłatnych łachmanach, półnaga. We włosy wesoło wpięła różę purpurową. Wskazujący palec prawej ręki wysunęła przed siebie i zmierzała wprost do twej twarzyczki. Zalotnie dotknęła się czerwonej plamki i, zachichotawszy dziko, w szerokich pląsach ze sali wypadła.
Szybko się stało, nie mogłem przeszkodzić. Urągała ci matka twoja, urągała zawzięcie. Rozszerzonemi źrenicami spojrzałaś w wielkie zwierciadło i, starczo posępniejąc, przykryłaś rączką znamię. Dwór milczał. Chwilę trwałaś w twardej zadumie, poczym, zerwawszy koronę z główki, cisnęłaś ją nam pod nogi, że się potoczyła z nieznośnym brzękiem gdzieś nieskończenie daleko.
Pozostałaś zamyślona, bez płaczu.
Nie czekali na ucztę. We wszystkich wstąpiła widoczna obawa. Ciskali gwałtownie w kąty pancerze, peruki, aksamity, szkarłaty. Uchodzili.
A mnie chwyciło również przerażenie i błąkałem się po pustych salach, nie mając odwagi wejść do twej sypialni, by spojrzeć na ciebie, lub spytać, co się z tobą dzieje.
Co się natenczas z tobą działo, co się działo?
Wreszcie zrozumiał mój mózg zmęczony, że zajaśniał dzień jakiś wyblakłą pogodą ironji. Byłem bardzo strudzony i patrzyłem ciężko. Czułem, że należy mi baczyć na coś, nie wiedziałem jednak, na co. Z okna widziałem, że od rana błądzisz z pawiem po klombach. Zauważyłem, jak przysiadłaś na lafecie starej armatki, zdobiącej gazon zajezdny. Ciągle trzymałaś rączkę przy twarzy, ukrywając czerwone znamię. Spojrzenie twe ponure i żałosne błądziło wzdłuż górnych okiennic, gdzie zamknięta była pani Dora. Byłem niespokojny i, przecierając senne oczy, śledziłem twój wyraz.
I niespodziewanie zdało mi się, że czas utknął i dzień przystanął, wstrząsając przestworem. Poczułem drgnienie nóg. Silniej przetarłem powieki. Widziałem jedynie jakieś silnie zamazane płótno na potwornych sztalugach. Wzdłuż płótna leniły się błękitne, smętne paski dymu. Zmąciło mi się pojęcie, zdołałem jednak jeszcze wywnioskować, że padł strzał, którego wcale nie słyszałem. Nie mogłem już nawet dojrzeć twojej sylwetki. Plątał się jeno przedemną chaos jakiejś zbitej gromady, która usiłowała głową jedną, ogromną, potworną przedziurawić chwiejące się płótno. Chciałem ich powstrzymać. W skronie jednak walił ogłuszająco zimnym młotem łopot rozbieżnych, zwarjowanych kroków. Wiązadła mięśni ustnych chwycił bolesny skurcz i zaparł oddech. Z wysiłkiem podważyłem palcami język i usłyszałem własne, oderwane powiedzenie: a tak.
Potym — niedokładnie już jednak pamiętam — złożyli cię na moim łożu. Podniosłem z twej twarzyczki krwią ociekającą chustę. Tylko na chwilę, gdyż wnet przysłonięto. Ale zapamiętałem.
Medi! Medi! Twe boleśnie zmarszczone powieki, piąstki w kurczu złożone na piersiach, i ta — ta od krwi zaskrzepłej już zczerniała plamka.
Na bok odepchnięty, wsłuchiwałem się długo z ciekawością w jakieś straszne, przedśmiertne charczenie.
Bardzo długo, gdyż musiałem przyklęknąć i oprzeć głowę o kant łoża. Cieszyła mię niezmiernie gwarna ciżba, która się zebrała wokoło ciebie. Przez palce dłoni, w których ukryłem twarz, zacząłem przyglądać się im ciekawie, tylko nie mogłem rozpoznać twarzy. Słyszałem, jak mówili, że strzał był bardzo celny, i że kula w mózgu utkwiła. Chciałem się sprzeciwić, ale zamroczyło mię zmęczenie, które rozkosznie ściskało kości policzkowe i brodę. I zapewne zdrętwiałem w uśpieniu, gdyż nie wiem, kiedy skonałaś.
O zmroku wyrzekł dobitnie jakiś poważny człowiek nad mym uchem: królewna umarła. Ogromnie dobrze powiedział i słusznie wyraził. Podniosłem się i poczułem na chwilę rzeźkość w sobie, a w mózgu nagromadziły się różne pojęcia obojętne i bardzo trzeźwe. Nie mogłem odnaleźć w sobie ni włókienka żalu za tobą, Medi. Wcale — nie. Nie oglądnąłem się nawet za tobą. Poczułem jedynie potrzebę rozmowy z kimkolwiek, by zaspokoić pewne wątpliwości, które mi przeszkadzały w trzeźwości. Znowu błądziłem. Mówiłem o naszej tajemnicy obcemu, poważnemu człowiekowi, który jej przecież nie mógł pojąć należycie. Trudno jednak było się zgodzić na zdanie poważnego pana, że strzał był celny, gdy tak długo męczyłaś się, dziecino! Chyba, jeśliby chodziło o traf w zamierzone miejsce, to jest w plamkę — celny rzeczywiście. Widocznie ręka wcale nie zadrżała — Prawdziwy strzał matki — Bo, że pani Dora strzelała, wiedziałem, choć nikt nie nadmieniał. — A powody, dla których to uczyniła, już tak dawno były mi znane —
We wszystkim moja wina. Byłem tak nieostrożny — Wprawdzie stwierdził pan poważny, że Dora jest spokojna i całkiem nieszkodliwa — Czyż byłbym w stanie zapobiec? O! stanowczo, Medi. Przynajmniej nie zaznałabyś tak długiej męki — Przeoczyłem, a Dora musiała podejść dozorczynię i sprytnie wykradła strzelbę z mojej zbrojowni. I czyhała — Słusznie, że nie mogła znieść czerwonej plamki — Bardzo rozumiem — Wszak wszystko się u niej na tym załamało. Zwłaszcza po wczorajszym koronowaniu musiało się tak stać — —
Lekarz poważnie udawał, że mię całkiem pojmuje. Więc go prosiłem, by panią Dorę zostawili w spokoju. Myśl moja o niej stała się niespodziewanie czułą. Chciałem, by mogła swobodnie się poruszać. Nie zniósłbym, by ją mieli skrępować i gdzieś wywieźć. Łudziłem się pospolicie, że strzały jej mogą i nadal być celne. A nawet rozważałem, czy też tej kobiety kiedy nie kochałem, kiedykolwiek lub może obecnie, całkiem przypadkowo. Starałem się wspomnienia wygrześć z pamięci, ale ponownie opadło mię znużenie. Mogłem jeszcze tylko polecić, by cię godnie pochowano, wraz z insygnjami twej królewskiej władzy.
Czy wypełniono zlecenie moje, powiedz, czy wypełniono?

Długo nie wiem, co się z nami działo, aż do chwili, kiedy na kępie założono fundamenty pod twe mauzoleum. Tam siadywałem na głazie, patrząc w żwawą robotę bez myśli. Dolatywały mię z dworu wrzaski pani Dory, która od nowa szalała. Robotnicy odkładali kielnie i łopaty i, blednąc w trwodze, zabobonnie się żegnali. I wstrzymało się upragnione dzieło. Więc musiałem usunąć twoją matkę. Nie chciałem jednak przemocą. Pani Dora zgodziła się wyjechać, dokąd wskazali lekarze, ale tylko z tobą, Medi. Powiedziałem jej bezwzględnie, że cię przecież zabiła i żeś pochowana. Odpowiedziała, że być może, ale od żądania swego nie odstąpi. Musiałem się wkońcu chwycić podstępu, a ty, dziecino, wybacz, że tak mało czciłem twoją pamięć.
Wiedząc, w jaki sposób pani Dora podróżuje, zebrałem wielką ilość próżnych paczek i pudełek, każąc je opieczętować. Na każdej nalepiłem kartkę z widocznym napisem: „rączka Medi“ lub „serduszko Medi“. Na okrągłym czerwonym pudełeczku wypisałem: „plamka Medi“. Paczki umieściłem w powozie, otaczając niemi matkę, która się o ciebie natarczywie upominała. Gdy wskazałem, oglądała każde pudełko, a zobaczywszy napis „plamka Medi“, wielce się uradowała i kazała ruszać. Ściskając dłoń moją na pożegnanie, zapowiedziała: „Wrócę z Fryderykiem!“



Żyję ja jeszcze, żyje twoja matka, a mauzoleum już gotowe na kępie. Samotny błądzę nieraz śladem twoich ścieżek po parku. Z brzegu spoglądam ku kępie, jak wokół twego grobowca zabawiają się w słońcu cudze, chore dzieci, którym oddałem całą mą majętność. Stary paw czuwa na szczycie cyprysu, a ja wsłuchuję się w ten jedwabny szczebiot i czuła łagodność oczy mi przyćmiewa.
Wówczas modlę się gorąco do królewny­‑dziecięcia, modlę się bez słów. I w tym cała moja pokuta, w tym jedyna radość.
W ponure pustkowia czuwanych północy zachodzisz, Medi, niekiedy, ale dlaczego zawsze taka surowa, dlaczego nigdy nie przemówisz? Zasiadasz w lektyce, na rękach tej dziwnej, obnażonej wróżki i, włożywszy koronę na główkę, zasłaniasz rączką twą plamkę i patrzysz we mnie zimno, obojętnie. I wydajesz mi się być jeno znanym obrazkiem na odpustowym szkaplerzu. Gdy zaś nadchodzi czas i z kępy wypada przeciągłe wołanie, terakotowi murzyni wnet się ożywiają i, chwytając lektykę, unoszą cię z powrotem. A jabym tak pragnął podbiec ku tobie i przemówić, usłyszeć głos twój i słowo litosne. Lecz, zawsze samotny, pozostaję i drżę.
Daleko, w obcym domu dogorywa twoja matka. A ja żyć muszę, żyć pragnę, czuwam i czekam na dany znak.
Czyż może nadejść dla mnie chwila ulgi dobrotliwej?
Czyż nie znajdziesz dla nas mowy łaskawej, nie obdarzysz uśmiechem twego wybaczenia?
Czyż zawsze skroń moją świt będzie ściskał w żelazną obręcz udręczenia?
Słyszę — już gdzieś w chmurach o dzień słoneczny modlą się skowronki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Jaworski.