<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Milijonery
Wydawca S. Orgelbrand
Data wyd. 1852
Druk S. Orgelbrand
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Oskar Stanisławski
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


ROZDZIAŁ I.

Ludwik Richard przybył wkrótce na ulicę Grenelle. W chwili kiedy przechodził obok loży odźwiernego, ten powiedział do niego:
— Panie Ludwiku, ojciec pański wyszedł już od dwóch godzin: zostawił mi tylko ten list do pana; miałem go właśnie zanieść do kancellaryi, gdybyś pan tutaj nie przyszedł przed godziną drugą.
Młodzieniec skwapliwie odpieczętował list, który zawierał w sobie co następuje:

„Drogi synu,

„W téj chwili odbieram zawiadomienie od mego przyjaciela Ramona, w którém mi donosi, że jednocześnie z listem swoim wyjeżdża z Dreux do Paryża wraz z córką, i że w dniu dzisiejszym stanie w Paryżu.
„Ponieważ nigdy jeszcze nie jeździł koleją żelazną, i ponieważ chce spróbować przyjemności podróżowania tą drogą, zatrzyma się więc w Wersalu, prosząc nas, ażebyśmy tam przybyli. Zwiedzimy tameczny pałac i wrócimy do Paryża ostatnim pociągiem.
„Czekam na ciebie w hotelu Réservoir. Jeżelibym się już z Ramonem i jego córką udał na zwiedzenie pałacu, to łatwo tam nas znajdziesz. Rozumie się samo przez się, że to widzenie się z panną Ramon nie obowiązuje cię bynajmniej na przyszłość. Pragnę tylko, ażebyś mógł korzystając ze zdarzającéj się dzisiaj sposobności, po gruntowném rozpatrzeniu się, uznać niesprawiedliwość twego uprzedzenia przeciwko téj młodéj osobie. Zresztą, sam to pojmujesz, że jakiekolwiek są twoje zamiary, byłoby bardzo niegrzecznie względem Ramona, mego najlepszego przyjaciela, nie przybyć na jego zaproszenie. Przybywaj więc drogi Ludwiku, bo sama przyzwoitość tego wymaga.
„Twój kochający cię ojciec, który na świecie jednéj tylko rzeczy pragnie: twojego „szczęścia!”

A. Richard

Ludwik, pomimo zwykłéj powolności swojéj żądaniom ojca, nie udał się do Wersalu, czując zupełną bezużyteczność tego nowego spotkania się z panną Ramon, zwłaszcza przy tém niezachwianém postanowieniu zaślubienia Maryi.
Niespodziewane odkrycie bogactw ojca, nie zmieniło bynajmniéj skromnych i pracowitych zwyczajów Ludwika, który z pośpiechem udał się do kancellaryi dla spełnienia swych obowiązków i wytłomaczenia się zarazem ze swéj rannéj nieobecności w biórze. Pilna robota, do któréj się przykładał z dosyć częstém roztargnieniem zpowodowaném dnia tego wypadkami, zatrzymała go długo w kancellaryi.
W chwili kiedy już miał wychodzić, wbiegł jeden z jego kolegów i zawołał:
— Ah! moi przyjaciele, co za wypadek! jakie nieszczęście!
— Co? co takiego?
— Spotkałem właśnie jednego znajomego, który szedł ze stacyi Wersalskiéj kolei żelaznéj.
— Wersalskiej kolei! — krzyknął Ludwik z przerażeniem.
— Okropny wypadek.
— Wielki Boże! — zawołał Ludwik blednąc.
— Cóż to się stało?
— Pociąg wracający do Paryża wypadł z szyn; wagony zbiły się na siebie, piec maszyny zapalił powozy, i powiadają że wszyscy niemal podróżni zostali zabici albo spaleni.
Ludwik śmiertelnym zdjęty przestrachem, nie mógł już dłużéj czekać. Nie myśląc nawet o wzięciu kapelusza, wypadł z kancellaryi i spostrzegłszy pierwszy kabryolet na ulicy wskoczył do niego, mówiąc do stangreta:
— Dostaniesz dwadzieścia franków na piwo, jeżeli mnie zawieziesz co koń wyskoczy na koléj żelazną Wersalską... a ztamtąd... jeszcze daléj... ale sam nie wiém gdzie... tylko ruszaj.. na Boga ruszaj!
— Do prawéj czy lewéj stacyi, panie? — zapytał dorożkarz zacinając konie.
— Jakto?
— Są panie dwie stacyje, jedna prawa, druga lewa.
— Chcę jechać w to miejsce gdzie się właśnie wydarzyło jakieś okropne nieszczęście.
— Piérwszy raz o tém słyszę, panie.
Ludwik kazał się odwieść napowrót do kancellaryi, w zamiarze powzięcia dokładniejszych wiadomości od kolegi, który wiadomość tę piérwszy przyniósł; ale nie zastawszy już nikogo w biórze, młodzieniec wsiadł znowu do powozu z większą jeszcze obawą.
— Panie, dowiaduję się właśnie, — powiedział dorożkarz, że to się stało po lewéj stronie kolei.
Ludwik, objaśniony nareszcie w swej niepewności kazał się zawieść na właściwą stacyję. Tu, potwierdzono mu już tę smutną wiadomość i oświadczono mu, w którém miejscu wydarzyło się to straszne nieszczęście. Jadąc wskazanym śladem, dostał się o zmierzchu pod Bas Meudon. Wyskoczył bez namysłu z kabryoletu, a wiedziony ostatnim blaskiem palących się na jednym stosie wagonów, znalazł się wkrótce na samém miejscu téj okropnéj klęski.
Opisy i opowiadania współczesne temu wypadkowi zajmowały się już tak długo wszystkiemi towarzyszącemi mu szczegółami, że zbyteczném byłoby wznawiać tutaj wszystkie okoliczności jego; powiémy tylko, że Ludwik daremnie całą noc szukał swego ojca pomiędzy temi bezkształtnemi, popalonemi lub ciężko poranionemi ciałami.
Około godziny czwartéj zrana, młodzieniec przejęty najtkliwszą boleścią i nadzwyczajnie znużony, powrócił do Paryża, jedną tylko pocieszając się jeszcze nadzieją, że jego ojciec, ocalony w szczupłéj liczbie innych podróżnych, powrócił w nocy do domu.
Zaledwie stanął przed drzwiami, Ludwik wysiadł z kabryoletu i pobiegł skwapliwie do odźwiernego.
— Czy mój ojciec jest w domu? — były piérwsze jego słowa.
— Nie, panie Ludwiku.
— Niestety! więc już żadnéj nie masz wątpliwości, rzekł z cicha do siebie tłumiąc gwałtem wydobywające się z piersi łkanie; — zginął!... zginął!...
I kolana ugięły się pod nim; przymuszony był usiąść bo inaczéj byłby zapewne upadł.
Wypocząwszy chwilkę u odźwiernego, który zużył już wszystkie znane mu w takim razie słowa pociechy, Ludwik udał się krokiem powolnym do swego ubogiego mieszkania.
Na widok tej ubogiéj izby, tak długo podzielanéj z ojcem, którego tak tkliwie kochał, a którego teraz tak strasznym stracił wypadkiem, boleść Ludwika najwyższego dosięgła stopnia; rzucił się na posłanie, zakrył twarz rękoma i gorzko płakać zaczął.
Może z pół godziny czasu przepędził w głębokiéj rozpaczy, gdy w tém zapukano do drzwi i odźwierny wszedł do izby.
— Czego chcesz? — zapytał Ludwik ocierając łzami zroszone oczy.
— Przykro mi bardzo, że ja w podobnéj chwili przeszkadzam panu Ludwikowi, ale ten dorożkarz...
— Co? — zapytał Ludwik, który w boleści swojéj zupełnie zapomniał o kabryolecie. — Jaki doróżkarz?
— Doróżkarz, z którym pan całą noc jedźziłe.ś Podobno obiecywałeś mu pan dwadzieścia franków na piwo, co z należytością za kursa całonocne czyni cztérdzieści dziewięć franków, których on się właśnie dopomina.
— Ej, mój Boże, — zawołał młodzieniec w bolesnéj niecierpliwości swojéj, — więc mu zapłać, i daj mi pokój.
— Ah, panie Ludwiku, cztérdzieści dziewięć franków to przecież nie mała kwota! I ja nie mam tyle pieniędzy!
— Ah! mój Boże! cóż tu zrobić? rzekł młodzieniec przywiedziony tém żądaniem do potrzeb życia materyjalnego. — Ja także nie mam tyle pieniędzy.
I prawdę powiedział, bo nigdy nie miał do swego rozporządzenia nawet czwartéj części téj kwoty jaką winien był dorożkarzowi.
— Ależ, w takim razie, mój panie, — odpowiedział odźwierny, — jakże pan możesz najmować powozy na godziny, w czasie nocy, i obiecywać im jeszcze po dwadzieścia franków na piwo? Pan chyba głowę straciłeś! Cóż pan zrobisz? Zobacz pan przynajmniéj czy w szufladzie nieboszczyka ojca nie ma kilku złotych pieniędzy?
Na te słowa, Ludwik przypomniał sobie to, o czém w boleści swojéj aż dotąd przepomniał. Mówiono mu, że ojciec jego był bogaty. Domyślając się zatém, że może w mieszkaniu miał ukryte pieniądze, lecz nie chcąc żadnych robić poszukiwań w przytomności odźwiernego, rzekł do niego:
— Być może iż niezadługo będę jeszcze potrzebował kabryoletu; niechaj więc poczeka Jeżeli za pół godziny nie zejdę na dół, to przyjdziesz tu do mnie po pieniądze dla doróżkarza.
— Ale, panie Ludwiku, to czekanie powiększy jeszcze pańskie wydatki, i, jeżeli pan nie masz czém zapłacić, toby trzeba...
— Dobrze, dobrze, — rzekł Ludwik przerywając nagle odźwiernemu, — ja wiém co mam robić.
Odźwierny oddalił się. Młodzieniec, zostawszy sam w mieszkaniu, doznał pewnych wyrzutów sumienia myśląc o poszukiwaniach jakie miał przedsięwziąć; takie przetrząsanie, w podobnéj chwili zdawało mu się być świętokradztwem; lecz zniewolony koniecznością, musiał do niego przystąpić.
Domowo sprzęty jego ojca składały się ze stołu do pisania, komody i starego kantorka orzechowego podobnego do tych, jakie czasami można widziéć u zamożniejszych włościan; składał się on z dwóch części leżących jedna nad drugą.
Ludwik przejrzał najprzód stół i komodę, ale nie znalazł w nich pieniędzy: klucze od kantorka były w zamkach obu jego przegród; otworzył je i znalazł w nich tylko niektóre rzeczy służące do ubrania; długa szuflada rozdzielała obie części kantorka; w szufladzie tej były tylko niektóre papiery bez żadnej wagi. Jednakże przypuszczając, że się tu mogła jeszcze znajdować jaka skrytka, Ludwik postanowił zupełnie wyciągnąć szufladę; w piérwszéj chwili nic nie postrzegł, lecz przypatrzywszy się lepiej, ujrzał cóś nakształt główki gwoździka miedzianego wbitego w lewą fugę szuflady; popchnął ten gwoździk i jednocześnie prawie usłyszał jakby skrzypnięcie dwóch otwierających się zawiasek; schylił się i zobaczył, że deseczka dzieląca kantorek opuściła się powolnie i odsłoniła podwójne dno mające głębokości około sześciu cali i rozciągające się w całéj dolnéj części kantorka. Kilkanaście półeczek poprzecznych, umieszczonych jakby w biblijotece, i pokrytych czerwonym aksamitem, zapełniało tę skrytkę; na każdéj takiéj półeczce leżały symetrycznie ułożone niezliczone rulony złota, rozmaitych kształtów, krajów i epok; widocznie każda z tych sztuk musiała być oddzielnie czyszczoną i polerowaną, bo wszystkie były połyskujące jak gdyby prosto z pod stępia wyszły.
Ludwik, pomimo tłoczącego duszę jego smutku, olśniony został na chwilę widokiem tego skarbu, którego wartość musiała być znakomita. Po tém piérwszém wrażeniu, ujrzał jakiś papier leżący na piérwszéj półeczce, wziął go do ręki i poznawszy na nim rękę swego ojca, przeczytał następujące słowa:
„Ten zbiór złota rozpoczęły był 7 września 1803 roku; jego wartość kursowa wynosi 287,634 fr. 10 cent. (Patrz art. IV mego testamentu złożonego u pana Marainville, notaryjusza przy ulicy Ś. Anny Nr. 28, depozytaryjusza moich tytułów rentowych, akcyj i innych papierów. Zobacz także zapieczętowaną kopertę złożoną za rulonami podwojonych pistolów hiszpańskich na piątéj półeczce).”
Ludwik odsunął kilkanaście rulonów tych ogromnych monet hiszpańskich, i znalazł rzeczywiście kopertę zapieczętowaną czarnym lakiem.
Na téj kopercie był następujący napis dużemi literami:
Do mego drogiego i ukochanego syna.
W chwili kiedy Ludwik już miał to pismo rozpieczętować, zapukano do drzwi. Przypomniawszy sobie że zalecił odźwiernemu ażeby wkrótce powrócił, tyle tylko miał czasu, że zdążył uchwycić jeden z tych dwóch pistolów i popchnąć sprężynę, która zamknęła natychmiast całe wnętrze kantorka.
Odźwierny obejrzał z wielkiém zadziwieniem i ciekawością dublon, który młodzieniec mu doręczył i nie mogąc oczom dać wiary zawołał w największém zdumieniu:
— Cóż to za prześliczna sztuka złota! Wygląda jakby zupełnie nowa. Nigdym jeszcze takiéj nie widział.
— Dobrze, dobrze, — odpowiedział Ludwik; — idź i zapłać doróżkarza.
— Ileż to warta, ta piękna sztuka złota, panie Ludwiku?
— Więcéj jest warta aniżeli kwota jaka się odemnie należy; zmień ją u wekslarza i zapłać dorożkarzowi.
— Panie Ludwiku, — dodał odźwierny głosem tajemniczym, — czy ojciec Richard dużo panu zostawił takich pięknych sztuk? Ktoby to był kiedy pomyślał, że ten poczciwy człowiek...
— Wychódź! — zawołał Ludwik oburzony cynizmem tego pytania; — zapłać doróżkarza i nie wracaj tu więcéj.
Odźwierny oddalił się spiesznie. Ludwik chcąc się zabezpieczyć od natręctwa tego człowieka, zamknął się, wyjął klucz z zamku i powrócił do kantorka.
Przed otwarciem testamentu swego ojca, Ludwik przypatrywał się jeszcze chwilkę, prawie mimowolnie temu połyskującemu skarbowi. Ale tym razem, jakkolwiek sam sobie wyrzucał tę myśl zbyt uśmiechającą w chwili tak żałosnéj, myślał on o Maryi, mówiąc sobie w duchu, że tylko czwarta część tak wielkiéj summy, jaką miał przed oczyma wystarczyłaby na zawsze na zapewnienie dobrego bytu i niezależności jego żony.
Potem starał się zapomiéć o tém okrutném podejściu, jakiego użył jego ojciec względem biédnéj dziewczyny, i wmawiał w siebie, że jego małżeństwo z Maryją byłoby zyskało przyzwolenie starca, i że, nie przyznając się do posiadanych skarbów, byłby on przynajmniéj zapewnił los nowożeńców.
Odkrycie tych bogactw nie budziło bynajmniéj w Ludwiku jednéj z tych pożądliwych i mściwych radości, jakich prawie zawsze doświadczają spadkobiercy sknerów, kiedy sobie pomyślą o ciężkim niedostatku na jaki ich to sknerstwo skazywało.
Przeciwnie, młodzieniec z pobożném i rozrzewniającym poszanowaniem spoglądał na testament ojca, a wziąwszy go drżącą z wzruszenia ręką, odpieczętował nareszcie pismo zawierające w sobie ostatnią wolę starca.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Oskar Stanisławski.