Nędznicy/Część czwarta/Księga piąta/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Victor Hugo
Tytuł Nędznicy
Wydawca Księgarnia S. Bukowieckiego
Data wyd. 1900
Druk W. Dunin
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Misérables
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
KSIĘGA PIĄTA.
KTÓREJ KONIEC NIE JEST PODOBNY DO
POCZĄTKU.
I.
Samotność i koszary.

Boleść Cozetty, jakkolwiek była dojmującą i żywą przed czterema lub pięcioma miesiącami, zwolna, mimo jej wiedzy zaczynała się uspokajać. Przyroda, wiosna, młodość, przywiązanie do ojca, wesołość ptaków i kwiatów sączyły powoli, codziennie, kroplami coś jakby zapomnienie w tę duszę dziewiczą i młodą. Czy ogień zagasł w niej zupełnie? czy tylko tworzyły się pokłady popiołów? To pewno, że już prawie nie czuła dotkliwych boleści.
Jednego dnia nagle pomyślała o Marjuszu:
— Ah! — rzekła — jużem o nim zapomniała.
Tegoż tygodnia, przechodząc przed kratą ogrodu, zauważyła pięknego oficera od ułanów, wysmukłej kibici, w ślicznym mundurze, rumianego jak panienka, z szablą pod pachą, upomadowanemi wąsami, w lakierowanej czapce. Zresztą jasne włosy, oczy ciemno niebieskie, twarz okrągła, próżna, zuchwała i ładna; zupełny kontrast z Marjuszem. W ustach cygaro. Cozetta pomyślała, że oficer ten zapewne nalegał do pułku, który stał w koszarach przy ulicy Babilońskiej.
Nazajutrz widziała znowu, jak przechodził. Zauważyła godzinę. Od tej chwili, byłże to przypadek? widywała go prawie codziennie.
Koledzy oficera spostrzegli, że w ogrodzie źle utrzymywanym, za szkaradną, kratą w stylu rokoko, żyło dość ładne stworzenie, które prawie zawsze ukazywało się w ogrodzie, gdy przechodził piękny porucznik, znany czytelnikowi pod nazwiskiem Teodula Gillenormand.
— Uważaj! — mówili. Jakaś mała strzela na ciebie oczyma. Popatrz na nią.
— Alboż to ja mam czas — odpowiedział ułan — patrzyć na wszystkie dziewczęta, które na mnie patrzą?
Właśnie w tym czasie Marjusz rozmyślał o śmierci i mówił: — Żebym przynajmniej mógł ją ujrzeć nim umrę! Gdyby życzenie jego się spełniło, ujrzałby w tej chwili Cozettę, spoglądającą na ułana, i nie rzekłszy słowa, skonałby z boleści.
Czyja wina? niczyja.
Marjusz był z tych charakterów, co zagłębiwszy się w boleści, już z niej nie wychodzą. Cozetta przeciwnie, zawsze mogła znaleźć rozrywkę.
Zresztą w tej chwili niebezpiecznej przechodziła fatalną porę kobiecego marzenia, puszczonego samopas, w którem serce samotnej dziewicy podobne jest do wypustków winnej latorośli, czepiających się przypadkowo to kapitelu marmurowej kolumny, to słupa szynkowni. Chwila szybko upływająca i stanowcza, krytyczna dla każdej sieroty, czy to ubogiej, czy bogatej, bo bogactwo nie broni od złego wyboru; bardzo łatwo wejść w niestosowne związki; rzeczywistą jednak niestosownością jest źle dobrany związek dusz; i jak nie jeden młodzieniec nieznany, bez nazwiska, bez urodzenia i majątku jest kapitelem marmurowym, podpierającym świątynię wielkich uczuć i myśli, podobnie nie jeden człowiek światowy, bogaty i dobrze urodzony, w przyzwoitych butach i z lakierowanemi słowami, jeśli spojrzysz nie na powierzchowność, ale wewnątrz duszy, to jest na to, co chowa dla swej żony, jest tylko głupią belką, której tajemnie czepiają się gwałtowne, nierządne i karczemne namiętności; jest słupem szynkowni.
Co było w duszy Cozetty? Czy namiętność spokojna lub uśpiona? czy wahająca się miłość? Coś przezroczystego, jaśniejącego, chmurnego w głębi, posępnego na dole. Czy obraz pięknego oficera odbijał się na powierzchni? Czy było jakie wspomnienie w głębi? w dnie samem? — Może. Cozetta nic o tem nie wiedziała.
Tym czasem zdarzył się dziwny wypadek.






II.
Strachy Cozetty.

W pierwszej połowie kwietnia Jan Valjean udał się w podróż. Jak wiadomo, zdarzało mu się to czasami, ale bardzo rzadko. Był nieobecny jeden lub dwa dni najwięcej. Dokąd się udawał? nikt nie wiedział, nawet Cozetta. Tylko razu pewnego, w czasie jednej z takich wycieczek, odprowadzała go w dorożce do rogu ulicy, na której stał napis: Ulica Planchette. Tu wysiadł, a dorożka odwiozła Cozettę na ulicę Babilońską. Podróże te zdarzały się, gdy w domu zabrakło pieniędzy.
Otóż Jana Valjean nie było w domu. Powiedział, że wróci za trzy dni.
Wieczorem Cozetta była sama w salonie. Żeby się rozerwać, otworzyła fortepian, i akompanjując sobie, śpiewała chór z Eurjanty: Strzelcy zabłąkani w lesie! może najpiękniejszy ze wszystkich utworów muzycznych. Skończywszy, zamyśliła się.
Nagle zdawało jej się, że słyszy stąpanie w ogrodzie.
Nie chodził ojciec, bo wyjechał, nie Toussaint, bo położyła się spać. Była już dziesiąta wieczór.
Zbliżyła się do okienicy salonu i nadstawiła ucha.
Zdawało jej się, że słyszy ciche stąpania mężczyzny.
Pobiegła na pierwsze piętro do sypialnego pokoju, otworzyła lufcik i wyjrzała na ogród. Właśnie księżyc świecił w pełni. Było widno, jak we dnie.
W ogrodzie ani żywej duszy.
Otworzyła okno. Ogród zupełnie cichy, ulica, jak zwykle, pusta.
Cozetta pomyślała, że pewnie się omyliła. Przywidziało jej się, że słyszy stąpanie. Było to zapewne rozdrażnienie wyobraźni, po prześpiewaniu cudownego i ponurego chóru Webera, który otwiera przed duszą przerażające głębie, szumi niby las nieprzebyty i rozlega się, jak łamanie suchych gałęzi pod niespokojną nogą strzelców, widzianych o zmroku.
Zapomniała o tej przygodzie.
Zresztą z natury Cozetta nie była bojaźliwą. W żyłach jej płynęła odrobina krwi cyganki i chodzącej boso awanturnicy. Jak sobie przypominacie, była raczej skowronkiem, niż gołębicą. W głębi duszy była dziką i odważną.
Nazajutrz wcześniej nieco, nim noc zapadła, Cozetta przechadzała się po ogrodzie. Jakkolwiek roztargniona, czasami słyszała szmer podobny do stąpania, którego odgłos dochodził ją wczoraj, niby mężczyzny, idącego w ciemnościach niedaleko od niej pod drzewami, ale powiedziała sobie, że nic tak nie jest podobne do chodu ludzkiego po trawie, jak szelest gałęzi, ocierających się jedne o drugie, i nie zwracała na to uwagi. Zresztą nic nie widziała.
Wyszła z zarośli i zawróciła ku zielonej murawie, zdążając na ganek. Księżyc, który za nią wysunął się na widnokrąg, rzucił, przed nią jej cień na murawę.
Cozetta stanęła jak wryta.
Obok jej cieniu księżyc oznaczył wyraźnie na murawie drugi cień osobliwszy i straszny, cień w okrągłym kapeluszu.
Był to jakby cień mężczyzny, który stał o kilka kroków za Cozettą, ukryty w krzakach.
Przez dobrą minutę Cozetta stała nie mogąc ani przemówić, ani krzyknąć, ani zawołać, ani się ruszyć, ani odwrócić głowy.
Nakoniec, zebrawszy całą odwagę, obróciła się śmiało.
Nie było nikogo.
Spojrzała na ziemię. Cień zniknął.
Wróciła do zarośli, śmiało szperała po kątach, doszła do kraty, ale nic nie znalazła.
Krew jej ścięła się lodem w żyłach. Czy i to było złudzenie? Co! przez dwa dni z rzędu! Jedno złudzenie być może, ale dwa złudzenia? Najbardziej niepokojące to było, że ów cień nie był widmem. Przecież widma nie noszą okrągłych kapeluszy.
Nazajutrz powrócił Jan Valjean. Cozetta opowiedziała, co widziała i słyszała. Spodziewała się, że ojciec ją uspokoi, że wzruszy ramionami i powie: — Uroiło ci się, moje dziecko.
Jan Valjean się zamyślił.
— Coś w tem być musi — rzekł.
Oddalił się pod jakimś pozorem i poszedł do ogrodu. Cozetta zobaczyła, że z wielką uwagą przypatrywał się kratom.
W nocy obudziła się: tym razem była pewną i wyraźnie słyszała stąpania przy ganku pod oknem: Pobiegła do okna i otworzyła lufcik. W istocie chodził po ogrodzie mężczyzna z grubym kijem w ręku. Już miała krzyknąć, gdy księżyc oświecił jego twarz i poznała ojca.
Wróciła do łóżka, mówiąc sobie: — Więc naprawdę jest niespokojny!
Jan Valjean przepędził tę noc w ogrodzie i dwie następne. Cozetta widziała go przez dziurkę okienicy.
Trzeciej nocy księżyc wchodził w ostatnią kwadrę i wschodził później; około pierwszej po północy Cozetta usłyszała głośny śmiech i wołanie ojca:
— Cozetto!
Zeskoczyła z łóżka, włożyła szlafroczek i otworzyła okno.
Ojciec stał na murawie.
— Obudziłem cię, żeby uspokoić — rzekł — spojrzyj. Widzisz ten cień w okrągłym kapeluszu.
I pokazał jej cień na trawniku w istocie dość podobny do widma mężczyzny w okrągłym kapeluszu. Był to cień, padający od komina z gzemsem, sterczącego na dachu sąsiednim.
Cozetta także się śmiała, wszystkie przypuszczenia smutne zniknęły i nazajutrz jedząc z ojcem śniadanie, żartowała sobie z duchów i cieniów kominowych, chodzących po ogrodzie.
Jan Valjean zupełnie się uspokoił; co do Cozetty, nie zwracała uwagi czy komin w istocie był w kierunku cienia, który widziała na murawie i czy księżyc był na tym samym punkcie nieba. Nie zapytywała się o to dziwactwo komina, co lękał się być schwytanym na gorącym uczynku i uciekał, gdy spojrzano na jego cień, boć cień zniknął, gdy obróciła się, a była tego pewną. Cozetta nie bała się już niczego. Zdawała się być mocno przekonaną i zupełnie jej wyszło z głowy, że ktoś mógł chodzić nocą po ogrodzie.
Jednakże w kilka dni potem nowy zdarzył się wypadek.






III.
Pomnożone objaśnieniami starej Toussaint.

Przy kracie od ulicy stała w ogrodzie ławka kamienna, którą zasłaniał oczom ciekawych szpaler grabiny, ale na upartego przechodzień mógł dosięgnąć jej ręką przez kratę i szpaler.
Jednego wieczora tegoż miesiąca kwietnia Jan Valjean wyszedł; Cozetta po zachodzie słońca usiadła na tej ławce. Wiatr szeleścił drzewami, Cozetta marzyła; jakiś niewytłómaczony smutek ogarniał ją zwolna, smutek nieprzezwyciężony, który wieczorem jest może tajemnicą grobu, otwierającego się o tej godzinie.
Fantina może stała w cieniu.
Cozetta podniosła się zwolna, obeszła ogród, stąpając po trawie zwilżonej rosą i mówiąc do siebie, pogrążona w melancholicznej zadumie: — Doprawdy o tej godzinie potrzebne są w ogrodzie drewniane trzewiki. Można się nabawić kataru.
Powróciła do ławki.
Siadając, spostrzegła w miejscu, które przed chwilą opuściła, duży kamień, widocznie świeżo położony.
Cozetta patrzyła na kamień, zapytując siebie, co to ma znaczyć. Nagle przyszło jej na myśl, że kamień ten nie sam się dostał na ławkę, że ktoś go położył, że jakieś ramie przesunęło się za kratą; strach ją ogarnął. Tym razem był to strach prawdziwy; kamień leżał na ławce. Żadnej wątpliwości; nie tknęła kamienia i nie śmiejąc spojrzeć po za siebie, uciekła do domu i zamknęła natychmiast okienice szklannych drzwi od ganku i zaryglowała je starannie. Zapytała starej Toussaint:
— Czy ojciec mój powrócił?
— Nie jeszcze, proszę panienki.
(Wskazaliśmy raz na zawsze jąkania Toussaint. Prosimy o pozwolenie więcej ich nie oznaczać. Czujemy wstręt do muzycznego notowania kalectwa).
Jan Valjean, jako człowiek myślący, lubił samotne wieczorami przechadzki i wracał dość późno w nocy.
— Toussaint — mówiła dalej Cozetta — pamiętajcie zabarykadować dobrze sztabami okiennice od ogrodu i włożyć kawałki żelaza w kółka, na które się zamykają.
— O! niech panienka będzie spokojna.
Toussaint zamykała zawsze i Cozetta o tem wiedziała, ale przestraszona, nie mogła się wstrzymać, by nie zawołać:
— Ah! jak tu pusto!
— Oj, co to, to prawda — rzekła Toussaint. Można być zamordowaną, nie mając nawet czasu krzyknąć: Oh! A jeszcze pan nie sypia w domu. Ale niech panienka nic się nie boi, zamykam okna jak fortece. Same kobiety! ma się rozumieć, że można drżeć ze strachu! Wyobraź sobie panienka, w nocy wchodzą mężczyźni do pokoju i mówią ci: — Milcz i zabierają się urżnąć ci gardło. Mniejsza o śmierć, wszyscy umieramy, rzecz prosta, wiadomo, że trzeba umrzeć, ale to rzecz obmierzła czuć, że tacy ludzie dotykają się ciebie. A przytem ich noże muszą źle zarzynać! A, mój Boże!
— Cicho, Toussaint — rzekła Cozetta. Pozamykajcie wszystko starannie.
Cozetta, przestraszona melodramatem, który zaimprowizowała Toussaint, a może i wracającem wspomnieniem zjawiska z przeszłego tygodnia, nie śmiała nawet jej powiedzieć: — Idźcieno, obaczcie ten kamień na ławce! Bojąc się otworzyć drzwi ogrodu i wpuścić do domu „ludzi“, kazała starannie pozamykać wszystkie drzwi i okna i obejrzeć cały dom od piwnicy do poddasza, zamknęła się na klucz w pokoju, spojrzała pod łóżko, położyła się i źle spała. Całą noc widziała duży kamień, niby górę, pełną pieczar.
O wschodzie słońca (wschodzące słońce ma to do siebie, że śmiejemy się ze strachów nocnych tem serdeczniej, im większego doznaliśmy strachu) Cozetta, obudziwszy się, pomyślała o wczorajszym strachu, jak o śnie dręczącym i rzekła do siebie: — Co mi się uroiło? Zupełnie jak to stąpanie, które mi się zdawało, że słyszałam zeszłego tygodnia, nocą w ogrodzie! jak ów cień od komina! Czy tchórzem zostałam? Słońce, przedzierające się przez szczeliny okiennic i złocące jej adamaszkowe firanki, uspokoiło ją tak dalece, że z myśli jej pierzchnęły wszystkie widziadła, nawet ów kamień.
— Nie było kamienia na ławce, jak nie było w ogrodzie człowieka w okrągłym kapeluszu; przyśnił mi się kamień, jak i wszystko.
Ubrała się, zeszła do ogrodu, pobiegła do ławki i uczuła zimny pot, występujący na czoło. Kamień leżał na ławce.
Trwało to jednak chwilę. Co przestrasza w nocy, obudzą ciekawość we dnie.
— Ba! — rzekła — zobaczmy.
Podniosła kamień, który był dość duży. Pod spodem leżało coś podobnego do listu.
Była to koperta z białego papieru. Cozetta wzięła ją i obejrzała: nie było adresu z jednej, ani pieczątki z drugiej strony. Ale koperta, chociaż otwarta, nie była pusta. Widać było w środku papiery.
Cozetta włożyła palce w kopertę. Teraz nie był to już ani strach, ani ciekawość, ale początek niepokoju.
Cozetta wyjęła z koperty leżący w niej zeszyt papieru, którego kartki były ponumerowane i zapisane dość pięknym charakterem i drobnym. Zamyśliła się Cozetta.
Cozetta szukała imienia, nie było; podpisu, i tego nie było. Do kogo to było adresowane? prawdopodobnie do niej, bo ręka położyła pakiet na jej ławce. Od kogo pochodziło? Jakiś urok nieprzeparty padł na nią, próbowała odwrócić oczy od tych kartek, spojrzała w niebo, na ulicę, na akacje oblane światłem, na gołębie latające nad dachem sąsiednim, potem spojrzenie jej żywo padło na rękopism i powiedziała sobie, że musi wiedzieć, co zawiera.
I przeczytała, co następuje:






IV.
Serce pod kamieniem.

Streszczenie wszechświata w jednej istocie, rozszerzenie — jednostki aż do Boga — to miłość.


Miłość jest powitaniem gwiazd przez aniołów.


Jak że jest smutną, dusza, gdy ją miłość zasmuca!
Jakąż próżnię sprawia nieobecność istoty, która sama sobą świat zapełnia! O! jak prawdziwe jest zdanie, że istota kochana staje się Bogiem! Bóg byłby jej zazdrościł, gdyby Ojciec wszystkiego oczywiście nie przeznaczył stworzenia dla duszy, a duszy dla miłości.


Dość ujrzeć uśmiech pod kapeluszem z białej krepy z liljowem okryciem — już dusza wchodzi do krainy marzeń.


Bóg jest po za wszystkiem, ale wszystko kryje Boga. Rzeczy są czarne, stworzenia są nieprzezroczyste. Kochać, to czynić przejrzystą istotę kochaną.


Pewne myśli są, modlitwą. Są chwile, w których jakakolwiek jest postawa ciała, dusza klęczy.

Kochankowie rozdzieleni zwodzą nieobecność tysiącem rzeczy ułudnych, a jednak mających swą rzeczywistość. Nie pozwalają im się widzieć, nie mogą do siebie pisywać, a jednak znajdują tysiące tajemniczych sposobów rozmawiania z sobą. Przesyłają sobie śpiew ptasząt, zapach kwiatów, śmiech dzieci, światło słońca, tchnienie wiatru, promienie gwiazd i całe stworzenie. I czemu nie? Wszystkie dzieła Boże przeznaczone są na usługi miłości. Miłość jest dość potężną, by na posłańców używać całą przyrodę.
O wiosno, jesteś listem, który do niej piszę.


Przyszłość należy bardziej jeszcze do serc, niż do umysłów. Kochać — rzecz jedyna, co może zająć i wypełnić wieczność. Nieskończoności potrzebnem jest niewyczerpanie.


Miłość jest częścią duszy. Jest jednakiej z nią natury. Jak ona jest iskrą boską, jak ona nie ulega zepsuciu, jest niepodzielną, nie ginie nigdy. To punkt ognisty w nas tkwiący, nieśmiertelny i nieskończony: nic go ograniczyć, nic zgasić nie może. Czujesz jak cię pali aż do szpiku kości, widzisz jak promienieje aż do głębi niebios.


O miłości! o ubóstwienie: rozkosz dwóch umysłów, które się pojmują, dwóch serc, co się łączą z sobą, dwóch spojrzeń, co się przenikają wzajem! Nie prawdaż, przyjdziesz do mnie, o szczęście! Przechadzki we dwoje w samotności! dni błogosławione i promieniste! Marzyłem nieraz, że czasami godziny odrywały się od życia aniołów i zstępowały na ziemię przenikać losy ludzi.


Do szczęścia kochanków Bóg dodać tylko może przedłużenie go bez końca. Po życiu miłość, wieczność miłości, to w istocie pomnożenie, ale powiększyć moc szczęśliwości niewysłowionej, jaką miłość daje duszy już na tym świecie niepodobna; tego nawet Bóg nie dokaże. Bóg, to pełnią niebios; miłość, to pełnia człowieka.


Patrzysz na gwiazdę z dwóch powodów, bo jest świetlana, bo jest nieprzenikniona. Masz przy sobie jeszcze milszy promień światła i tajemnicę jeszcze większą — kobietę.


Wszyscy, ktokolwiek jesteśmy, mamy istoty, bez których oddychać nie możemy. Jeśli nam ich zabraknie, zabraknie powietrza, dusimy się. Wówczas umieramy. Umrzeć z braku miłości, rzecz straszna. Asphyxia duszy!


Gdy miłość stopiła i zmieszała dwie istoty w jedność anielską i świętą, oboje znaleźli tajemnicę życia; i są już tylko dwoma kształtami jednego losu, i są już tylko dwoma skrzydłami jednego ducha. Kochajcie, szybujcie w błękitach.


Tego dnia, w którym kobieta przechodzi przed tobą i idąc światło wydaje, jesteś zgubiony — kochasz. Jeden ci tylko pozostał ratunek: myśleć o niej z takiem natężeniem ducha, aż zostanie zmuszoną myśleć o tobie.


Co miłość rozpocznie, to Bóg tylko dokończyć może.

Miłość prawdziwa wpada w rozpacz lub w zachwycenie dla byle rękawiczki zgubionej lub znalezionej chustki i czuje potrzebę wieczności dla swego poświęcenia i nadziei. Składa się z rzeczy nieskończenie wielkich i zarazem z nieskończenie małych.


Jeśli jesteś kamieniem, bądź magnesem, jeśli jesteś rośliną, bądź czułkiem, jeśli jesteś człowiekiem, bądź miłością.


Miłości nic nie starczy. Jesteś szczęśliwy, pożądasz raju; jesteś w raju, radbyś dostać się do nieba.
O wy, którzy kochacie, wszystko to jest w miłości. Umiejcie tylko znaleźć. Miłość ma równie jak niebo, rozmyślanie, i więcej niż niebo — rozkosz.


— Czy bywa jeszcze w Luksemburgu? — Nie, panie. — Wszak do tego kościoła chodzi na mszę?
— Już tu nie chodzi. — Czy zawsze mieszka w tym domu? — Wyprowadziła się. — Gdzie teraz mieszka? — Nie powiedziała.
O jak smutno nie wiedzieć adresu swej duszy.


Miłość ma dzieciństwa, inne namiętności mają strony poziome. Hańba namiętnościom, które poniżają człowieka! Chwała tej, co go dziecięciem czyni!


Rzecz dziwna, czy wiecie? Jestem pogrążony w nocy. Jedna istota, odchodząc, zabrała z sobą niebiosa.


O! leżeć obok w jednym grobie, ręka w rękę i czasami w ciemnościach pieścić się z jej palcami, to by mi wystarczyło na całą wieczność.

Wy co cierpicie, bo kochacie, kochajcie jeszcze bardziej. Umrzeć z miłości, to żyć nią.


Kochajcie. Posępne promienie gwiaździste łączą, się z tą katuszą. Są zachwyty w konaniu.


O radości ptasząt! śpiewają, bo mają gniazdo.


Miłość, to niebiańskie oddychanie powietrzem raju.


Serca głębokie, umysły roztropne, bierzcie życie jak je Bóg daje; jest to długa próba, niepojęte przygotowanie do nieznanych przeznaczeń. Rzeczywiste przeznaczenie zaczyna się dla człowieka z pierwszem wstąpieniem we wnętrze mogiły. Wówczas ukazuje mu się coś i zaczyna odróżniać rzecz oznaczoną. Rzecz oznaczoną, pamiętajcie o tem słówku. Żyjący widzą, nieskończoność, rzecz oznaczoną zobaczą dopiero umarli. Tymczasem kochajcie i cierpcie, rozważajcie i miejcie nadzieję. Niestety! biada temu co kochał tylko ciała, kształty, pozory! Śmierć wszystko to mu zabierze. Starajcie się kochać dusze, a odzyskacie je.


Spotkałem na ulicy bardzo ubogiego młodzieńca, który kochał. Kapelusz miał stary, odzież zużytą, łokcie dziurawe, woda sączyła się przez jego trzewiki — a gwiazdy przez duszę.


Wielka rzecz być kochanym! Większa jeszcze kochać! Silna namiętność czyni serce bohaterskiem. Cokolwiek ma w sobie, jest samą czystością, na czemkolwiek się wesprze jest wzniosłe i wielkie. Jak na lodzie pokrzywa, tak w jego sercu myśl niegodna nie wyrośnie. Dusza wyniosła i pogodna, niedostępna żądzom i wzruszeniom poziomym, górując nad chmurami i cierniami tego świata, nad szaleństwami, kłamstwem, nienawiścią, próżnością i nędzą, zamieszkuje błękity niebios i czuje tylko głębokie i podziemne wstrząśnienia losu, jak wierzchołek góry czuje trzęsienie ziemi.

Gdyby nie było na świecie choć jednego, coby kochał — słońceby zagasło.






V.
Cozetta po przeczytaniu listu.

Czytając te kartki, Cozetta zwolna wpadała w marzenie. W chwili, gdy podniosła oczy po przeczytaniu ostatniego wiersza zeszytu, piękny oficer, była to jego godzina, przechodził tryumfalnie koło kraty. Wydał się jej obrzydliwym.
Cozeta zaczęła się rozpatrywać w zeszycie. Pisany ślicznym charakterem, myślała Cozetta; tąż samą ręką ale różnym atramentem, to bardzo czarnym, to bladym, jakby dolewano atramentu do kałamarza, a więc różnemi czasy. Były to więc myśli od niechcenia wylane na papier, gdy serce wezbrało, bezładnie, bez wyboru, bez celu, przypadkowo. Cozetta nic podobnego dotychczas nie czytała. Rękopism ten, w którym widziała więcej światła niż ciemności, zdawał jej się przybytkiem otwartym. Każden z tych wierszy tajemniczych połyskiwał w jej oczach i dziwnem światłem serce zalewał. Wychowanie, jakie odebrała mówiło jej zawsze o duszy, nigdy o miłości; prawie tak samo jakby kto mówi! dużo o zarzewiu, a o płomieniu ani słowa. Rękopism ten z piętnastu kartek złożony, nagle a łagodnie odsłonił jej tajemnice miłości, boleści, losu, życia, wieczności, początku i końca. Zdawało się jej, że jakaś ręka się otwarła i nagle rzuciła jej garść promieni. Czuła w tych kilku wierszach duszę namiętną, ognistą, szlachetną i uczciwą, wolę świętą, niezmierną boleść i niezmierną nadzieję, serce ściśnione i zachwyt rozkwitły. Czem był ten rękopism? listem. Listem bez adresu, bez nazwiska, bez daty, bez podpisu, naglącym i bezinteresownym, zagadką z prawd złożoną, pismem miłości, które przynosi anioł, a czyta dziewica, spotkaniem zaziemskiem, miłosnym bilecikiem widma do cienia. Był to spokojny znękany i nieobecny, który zdawał się gotów szukać ucieczki w śmierci, i posyłał do nieobecnej tajemnicę losu, klucz życia, miłość. Pisane to było jedną nogą w grobie i jedną ręką w niebiosach. Wiersze te, padające jedne po drugim na papier, były jakby kroplami duszy.
A teraz od kogo pochodziły te karty? kto je napisał?
Cozetta nie wahała się ani chwili. Jeden tylko człowiek.
On!
Rozwidniało zupełnie w jej umyśle; wszystko ukazało się znowu. Czuła niesłychaną radość i niepokój głęboki. To on! on do niej pisał! on był tutaj! jego to ramię przesunęło się za kratę! Gdy ona o nim zapomniała, on ją wynalazł! Ale czyż go zapomniała? Nie! nigdy! Szaloną była, wierząc temu choć na chwilę. Zawsze go kochała, ubóstwiała zawsze. Ogień się zakrył, żarzył czas pewien pod popiołem, ale, czuła to mocno, zanurzał się coraz głębiej i teraz buchał znowu i palił ją całą. Ów zeszyt był niby zarzewiem, padającem na jej duszę. Czuła, że pożar się rozpoczyna znowu. Każde słówko rękopismu wrażała sobie w pamięć: — O, tak! — mówiła — poznaję wszystko! Jużem to czytała w jego oczach.
Gdy po raz trzeci list odczytała, porucznik Theodul wracał koło kraty i brzękał ostrogami na bruku. Cozetta mimowolnie podniosła oczy. Wydał się jej ckliwy, gamoń, głupi, śmieszny, nieprzyjemny, impertynent i bardzo brzydki. Oficerowi się zdało, że wypada się uśmiechnąć. Odwróciła się obrażona, prawie oburzona. Chętnie rzuciłaby mu co na głowę.
Uciekła, wróciła do domu, zamknęła się w swym pokoju i odczytywała rękopism, ucząc się go napamięć i marząc. Gdy się już dość naczytała, pocałowała go namiętnie i schowała za stanik.
Stało się, Cozetta znowu była rozkochana anielską miłością. Rozwarła się przed nią przepaść Edenu.
Przez cały dzień Cozetta była jakby odurzona. Zaledwie mogła myśleć, myśli jej były niby poplątany motek w mózgu, nie mogła nic się domyśleć i spodziewała się drżąc, czego? nie wiedziała dobrze. Nie śmiała nic sobie obiecywać, nie chciała niczego odmawiać. Bladość pokrywała jej lica, dreszcz przenikał ciało. Chwilami zdawało jej się, że wpada w krainę złudzeń, mówiła do siebie: jestże to rzeczywistością? Wówczas dotykała przez suknię ukochanego papieru, przyciskała go do serca, czuła jego końce w swem ciele i gdyby Jan Valjean w tej chwili ją zobaczył, byłby zadrżał na widok tej radości nieznanej i pełnej światła, tryskającego z pod jej powiek. — O, tak! myślała. To on! to od niego pochodzi!
I myślała sobie, że list ten dostał się do jej rąk za pośrednictwem aniołów, cudownym trafem.
O przemienienie miłości! o marzenia! tym trafem cudownym, tem pośrednictwem aniołów była gałka chleba, którą złodziej rzucił drugiemu złodziejowi z podwórka Karlomana do Lwiego dołu, przez dachy więzienia la Force.






VI.
Starzy są na to, by wychodzili w porę.

Wieczorem Jan Valjean wyszedł; Cozetta ubrała się, uczesała włosy jak najlepiej do twarzy i włożyła suknię, której gors trochę za głęboko wycięty pozwalał widzieć spód szyi i był, jak mówią młode dziewczęta, trochę nieprzyzwoity. Nie był wcale nieprzyzwoity, ale daleko ładniejszy od innych. Ustroiła się tak, sama nie wiedząc dlaczego.
Czy chciała wyjść? nie.
Czy spodziewała się odwiedzin? i to nie.
O zmroku zeszła do ogrodu. Toussaint zajęta była w kuchni, której okna wychodziły na tylne podwórko.
Zaczęła chodzić pod gałęźmi, usuwając je rękoma, bo były bardzo niskie.
Tak doszła do ławki.
Kamień leżał w tem samem miejscu.
Usiadła i położyła delikatną białą rękę na tym kamieniu, jakby pieszczotą mu dziękowała!
Nagle doznała nieopisanego wrażenia, jakiego mimowolnie się doświadcza, gdy ktoś stanie znienacka w tyle za nami.
Odwróciła głowę i wyprostowała się.
Był to on.
Stał z odkrytą głową. Zdawał się blady i wychudły. Zaledwie można było poznać jego czarną odzież. Zmrok osłaniał jego piękne czoło i oczy pokrywał ciemnością. Było coś w nim ze śmierci i nocy pod niewysłowioną zasłoną słodyczy. Na jego twarzy jaśniały resztki zamierającego dnia i myśli ulatującej duszy.
Zdawało się, że nie był jeszcze widmem, a przestał już być człowiekiem.
Kapelusz jego leżał o kilka kroków w zaroślach.
Cozetta bliska omdlenia, nie wydała okrzyku. Cofała się zwolna, czuła bowiem, że ją coś przyciąga. On nie ruszył się z miejsca. Było coś niewysłowionego i smutnego w jego wzroku, czuła to, nie patrząc na niego.
Cozetta cofając się, napotkała drzewo i wsparła się na niem. Gdyby nie to drzewo byłaby upadła.
Wówczas usłyszała jego głos, ten głos, którego w istocie nigdy nie słyszała, zaledwie dolatujący ją wśród szmeru liści:
— Przebacz pani, przyszedłem. Serce mam przepełnione, nie mogłem tak wyżyć dłużej i oto jestem. Czyś pani czytała, com położył na ławce? czy mię cokolwiek poznajesz? czy się nie lękasz? O, ileż upłynęło czasu, czy pani przypomina sobie dzień, w którym na mnie spojrzałaś? było to w Luksemburgu, przy gladjatorze. A dzień, w którym pani koło mnie przeszłaś? było to 17-ego czerwca i 2-ego lipca. Wkrótce rok będzie. Oddawna już pani nie widziałem. Zapytywałem wynajmującej krzesła w kościele, powiedziała, że nie widziała pani. Mieszkałaś pani przy ulicy Zielonej na trzeciem piętrze, w nowym domu: widzi pani, że znam mieszkanie. Śledziłem panią. Bo i cóż miałem czynić? Później zniknęłaś pani. Zdarzyło się raz, żeś pani przechodziła, gdym czytał dzienniki pod arkadami Odeonu. Pobiegłem. Ale nie: była to młoda osoba, co miała kapelusz podobny jak pani. Nocą przychodzę tutaj. Nie lękaj się pani, nikt mię nie widzi. Przychodzę zbliska patrzeć na twoje okna. Chodzę pocichu, abyś pani nie słyszała i nie miała obawy. Jednego wieczoru byłem w tyle pani, obejrzałaś się i uciekłem. Innym znowu razem słyszałem śpiew pani. Byłem szczęśliwy. Czyż to pani co szkodzi, że słucham jej śpiewu przez okiennice? to nie może pani szkodzić. Nie, wszak prawda? Widzi pani, ty jesteś moim aniołem, pozwól mi przychodzić; zdaje mi się, że wkrótce umrę. Gdybyś pani wiedziała, ja cię ubóstwiam! Przebacz, przebacz, błagam cię pani, nie wiem co mówię, może cię gniewam, powiedz pani, może się gniewasz?
— O moja matko! — rzekła.
I osłabiona pochyliła głowę, jakby umierając.
Przybiegł, upadła, ujął ją w swoje objęcia, przycisnął do serca, nie wiedząc co czyni. Trzymał ją tak, sam chwiejąc się na nogach. Głowa mu pałała, z oczów tryskały błyskawice, mieszało mu się w głowie, zdawało mu się, że spełnia uczynek religijny i dopuszcza się świętokradztwa. Zresztą nie czuł żadnej żądzy ku tej zachwycającej kobiecie, której łono przyciskał do swej piersi. Był upojony miłością.
Wzięła go za rękę i położyła ją na swojem sercu. Uczuł papier i wyszeptał:
— Więc kochasz mię pani?
Odpowiedziała głosem cichym jak ledwie dosłyszane tchnienie:
— Cicho! albo nie wiesz!
I zarumienione jagody skryła na piersi młodzieńca dumnego i upojonego szczęściem.
Upadł na ławkę, ona siadła przy nim. Słów im zabrakło. Gwiazdy zaczęły promienieć. Jak się to stało, że usta ich się spotkały? Jak się to dzieje, że ptak śpiewa, że śnieg topnieje, że róża się otwiera, że maj rozkwita, że jutrzenka bieleje w tyle drzew czarnych na drżącym szczycie pagórków?
Pocałunek, to wszystko.
Oboje zadrżeli i spojrzeli na siebie w cieniu błyszczącemi oczyma.
Nie czuli ani chłodnej nocy, ani zimnego kamienia, ani wilgotnej ziemi, ani mokrej trawy, patrzyli na siebie i mieli serce myśli pełne. Nie wiedząc o tem wzięli się za ręce.
Nie pytała go, ani myślała pytać, którędy wszedł i jak dostał się do ogrodu. Zdawało jej się rzeczą tak prostą, że był przy niej!
Niekiedy noga Marjusza dotknęła nóżki Cozetty i oboje zadrżeli.
Czasami Cozetta wyjąkała słówko. Dusza jej drżała na ustach, jak kropla rosy na kwiecie.
Powoli zaczęli do siebie mówić. Wylanie uczuć nastąpiło po milczeniu, które jest przepełnieniem serca. Noc pogodna i jasna świeciła nad ich głowami. Dwie te istoty czyste jak duchy, powiedziały sobie wszystko, swe sny, upojenia, zachwyty, złudzenia i upadki, jak ubóstwiali się zdaleka, jak pragnęli się zbliżyć; opowiedzieli rozpacz swoją, gdy przestali się widywać. W idealnej poufałości, której nic już powiększyć nie mogło, powierzyli wszystko, co mieli najskrytszego i najbardziej tajemniczego. Opowiedzieli z całą szczerością złudzenia, wszystko, cokolwiek miłość młodość i reszta dzieciństwa podsunęła im na myśl. Dwa te serca przelewały się jedno w drugie i po upływie godziny, młodzieniec miał w sobie duszę dziewicy, a dziewica miała duszę młodzieńca. Przeniknęli się, oczarowali, olśnili.
Gdy skończyli rozmowę, gdy powiedzieli sobie wszystko, ona położyła głowę na jego ramieniu i zapytała:
— Jak panu na imię?
— Marjusz — rzekł. A pani?
— Nazywam się Cozetta.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Victor Hugo i tłumacza: anonimowy.