Niebezpieczna kochanka/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Niebezpieczna kochanka
Podtytuł Powieść sensacyjna
Wydawca Wydawnictwo „Najciekawsze Powieści“
Data wyd. 1932
Druk Zakłady Drukarskie Wacława Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XI.
Ostrzeżenie.

Krzesz powrócił po dziewiątej wieczór do domu. Po wyjściu z pałacyku Orzelskich zaszedł do pewnego znajomego przedsiębiorstwa samochodowego, o którem wiedział, że wynajmuje pojazdy prywatne. Tam, pod pozorem, iż pragnie zaimponować jakiejś przyjaciółce przejażdżką w wytwornym aucie, zamówił luksusowy wóz, prosząc, by ten punktualnie o wpół do dwunastej oczekiwał na niego przed kamienicą.
Oto było wszystko. W rzeczy samej, nieskomplikowane przygotowania.
Im więcej myślał Krzesz nad oczekującą go przygodą, tem bardziej wydawała się ona łatwa. O cóż właściwie chodziło, wedle otrzymanych ostatnio do Tamary instrukcji? Wejść przez otwarte okno, przebyć jej sypialnię, następnie gabinet hrabiego i z garderoby, znajdującej się za tym gabinetem, wynieść walizki. Czemuż nie uczyniła tego sama Orzelska, ustawiając walizki w sypialni, co znacznie uprościłoby zadanie? Bo — wedle jej słów — mogło to zwrócić uwagę domowników. Hm... Zbytek ostrożności, lecz może należało tak uczynić, a Tamara lepiej, niźli on, orjentowała się we wszystkiem... Więc trzeba przejść dwukrotnie przez gabinet hrabiego? Zadanie niezbyt trudne. A jeśli się obudzi? Krzesz widział paralityka tylko chwil parę przez uchylone drzwi, lecz wnosząc z jego pozy i bezwładu, mógł żywić nadzieję, że zapadł on w zwykłą apatję i w nocy będzie również nieprzytomny i senny. Zresztą, zapowiedziała Tamara...
Pogwizdując wesoło, wszedł do bramy kamienicy. W myślach już pieścił hrabinę w przedziale sleeping’u, mknącego z zawrotną szybkością do Paryża, expressu... Miłość i sława...
Wtem, te różowe rozważania, przerwał nieco ochrypłym głosem dozorca.
— Proszę pana! Tu jakaś pani, czy panienka parę razy była u pana!
— U mnie? — powtórzył niepewnie Krzesz.
— Tak! Mówiła, że ma ważny interes i jeszcze raz przyjdzie!
— Któżby taki? — pomyślał — Toć nie spodziewałem się nikogo!
Rychło jednak rozwiązał zagadkę. Bo skoro tylko znalazł się w mieszkaniu, posłyszał lekkie pukanie niewieściej dłoni w drzwi. Pośpieszył je otworzyć. Przed nim stała Marta. Musiała widać zauważyć jego nadejście i w ślad za nim podążyła po schodach. On patrzył na nią nieco zdumiony, bo tak pochłonęły go myśli o przyszłej ucieczce, iż zdążył zapomnieć o swej nowej modelce.
— Dziwi pana moja wizyta o tak późnej porze — odezwała się pierwsza — lecz pragnęłam się porozumieć, co do dalszych seansów...
— Tak... tak... — bąkał, starając się nadać swej twarzy wyraz uprzejmy — Miała pani przyjść i nie przyszła...
— Byłam chora...
— Chora? Oczywiście... Rozumiem... Nie mam żalu...
— A ponieważ wyjeżdżam pojutrze na czas dłuższy z Warszawy, chciałam pana zapytać o której jutro mam przyjść, gdyż jutro jedynie mogę pozować... Mieliśmy odbyć, zdaje się, dwa posiedzenia.
— Ach, pani wyjeżdża jutro! — powtórzył — A ja dziś w nocy.
— Pan również? Szkoda... Więc nie dokończymy pracy?
Żal zadźwięczał w jej głosie. Krzesz pojął. Obawiała się, że nie zapłaci, lub urwie część honorarjum, a przecież na zarobku bardzo jej musiało zależeć skoro zgodziła się na pozowanie.
— Zechce pani wejść do pracowni, panno Marto, — rzekł — zaraz doręczę pięćdziesiąt złotych!
— Pozowałam raz tylko! — wyrwał się pannie nowy skrupuł. — Więc...
— Ale przerywamy robotę z mojej winy — postarał się ją uspokoić. — Słusznem jest, abym zapłacił całą należność.
Przekręcił kontakt elektryczny, a gdy znaleźli się w pracowni, wyciągnął portfel, odliczył kilka banknotów i złożył przed nią na stole.
— Służę!
— Dziękuję panu! — wymówiła jakoś ciepło, chowając do zniszczonej torebki pieniądze — Postąpił pan ze mną więcej, niż szlachetnie! Pięćdziesiąt złotych znaczy czasem tyle, co tysiące... Może kiedyś w życiu jeszcze panu się odwdzięczę.
— Panno Marto! Takie głupstwo. Niema o czem mówić.
— A czy ukończył pan chociaż bezemnie obstalunek dla tej firmy?
— Jakoś sobie dałem radę!
W rzeczy samej, dziś z rana odesłał zamówione rysunki, wykończywszy je jako tako. Gdyby nawet Marta zjawiła się wcześniej, napewno, nie rysowałby jej w tym stanie nerwowego napięcia, w jakim się znalazł. To też zupełnie szczerze podkreślił:
— Wszystko w porządku!
— Cieszy mnie to! — błysk radosny przebiegł po jej bladej twarzyczce — I dłużej nie zabieram czasu... Wszak pan wyjeżdża.
Nie zatrzymywał Marty. Mimo jednak tego oświadczenia, nie spieszyła się z odejściem, a wzrok jej, który niby mimowolnie biegł po obrazach i urządzeniu pracowni, znów zawisł na portrecie Orzelskiej, nadal odsłoniętym.
— Niepotrzebnie może wtedy wyrządziłam panu przykrość — rzekła niespodziewanie, wskazując na portret — Tembardziej, że przybył i żywy model... Czy gniewa się pan na mnie za to?
Krzesz skrzywił się niechętnie. Nie miał zamiaru powracać do poprzedniej rozmowy.
— Już zapomniałem! — odparł ogólnikowo.
— Zapomniał pan? — uśmiechnęła się zagadkowo — Hm... Może i lepiej...
— Co pani chce przez to wyrazić? — zawołał zniecierpliwiony.
— At, nic...
Był teraz naprawdę zły.
— Panno Marto — wyrzekł opryskliwie — Zeszłym razem z pani ust padł szereg frazesów, które niby nie mówiąc nic, rzucały złe światło na hrabinę Orzelską... Bo bądźmy szczerzy, ją pani, właśnie, miała na myśli. Gdym panią potem zaczął badać, wykręcała się pani bardzo zręcznie.. Obecnie rozpoczynamy tę samą zabawkę w chowanego? Przyznaję się... Bardzo cenię wszelkie ostrzeżenia, kiedy pochodzą od osób mi życzliwych, a za taką uważam i panią, lecz te ostrzeżenia muszą być jasne i wyraźne. W przeciwnym wypadku....
— Woli ich pan nie słyszeć? — przerwała, patrząc mu prosto w oczy.
Skinął głową.
Zastanawiała się chwilę jakby nad czemś, wreszcie wyrzekła stanowczym głosem.
— Chce pan poznać prawdę?
— Koniecznie! — zawołał.
Drżało w nim wewnątrz wszystko. Zdecydowała się położyć kres niedomówieniom? Cóż wie ona o Orzelskiej? Czyż to, co posłyszy, jest tak straszliwe, że uprawnia Martę do odzywania się w lekceważący sposób o jego ukochanej.
— Koniecznie! — powtórzył. — Wdzięczny pani będę za szczerość.... Jest to jedynie godne jej postępowanie.
— Dobrze! — odparła — Powiedziałam już tyle, że cofać się trudno. Zresztą, pragnę zgładzić niemiłe wrażenie ostatniej rozmowy.
— Słucham! — rzucił niecierpliwie.
Po krótkiej pauzie, poczęła.
— Nie mogę, z różnych względów przytoczyć obecnie niezbitych danych... Musi pan mieć do mnie zaufanie i zawierzyć mi na słowo... Twierdzę stanowczo... Hrabina Orzelska jest złą kobietą.
— Ale, dlaczego? — żachnął się.
— Raz jeszcze podkreślam, że więcej mi powiedzieć nie wolno. Niech to panu wystarczy. Bardzo bliskie mi osoby z nią się zetknęły i padły ofiarą jej przewrotności.
— Domyślam się! — wykrzyknął, uderzając się ręką w czoło. — Pani opiekunka! — Tajemnicza czarna dama w żałobnym welonie! Uporczywie wypierała się dotychczas, by ją cośkolwiek łączyć miało z hrabiną Orzelską... Lecz pani potwierdza moje domysły! Cóż takiego jej wyrządziła hrabina?
— Pozostawmy moją opiekunkę w spokoju! — poważnie odparła Marta — Gdyby nawet tak było, pieczęć milczenia leży na moich ustach, a moja opiekunka posiada, zapewne, ukryte powody, że chwilowo pewne sprawy trzyma w tajemnicy. Lecz podkreślam... Pani Orzelska jest więcej, niż niebezpieczną osobą. Igra ona ludźmi, niczem pionkami i każdy, kto się do niej zbliżył, gorzko później żałował tego. Niezwykle przebiegła, potrafi omotać w swe sieci wszystkich i prowadzić ich do wiadomych sobie celów.
— Niemożebne! — zawołał, dotknięty w swych najgorętszych uczuciach. — Niemożebne. Znam hrabinę mało, ale... Może ona być w swem postępowaniu ekscentryczna, może popełniać przeróżne lekkomyślności, lecz jestem przekonany, że to istota dobra i szlachetna do gruntu. I bardzo nieszczęśliwa. Toć, jak ułożyło się jej życie z tym mężem sparaliżowanym, ludzką ruiną? Czy pani i o tem słyszała, panno Marto?
Nagła chmura przebiegła po czole Marty, lecz nie dając wprost na to zapytanie odpowiedzi, wyrzekła, niby rozważając jakieś zagadnienie.
— Czegóż może chcieć od pana?
— Jakto? — zdziwił się, nie pojąwszy zapytania.
— Zastanawiałam się nad tem — wyjaśniła — do jakich zamierzeń jest pan Orzelskiej potrzebny? Bo ostrzegam, nie zbliża się ona do nikogo, bez wyraźnego interesu.
W malarzu zakipiało wszystko.
— Do jakich zamierzeń? — powtórzył, podniecony. — Przecież maluję jej portret.
Pokręciła główką.
— Portret? Już tylu pierwszorzędnych mistrzów zagranicą malowało jej portrety! Hm... Czy nic nie ukrywa się poza tem? Proszę powiedzieć szczerze, czy hrabina nie usiłowała pana wciągnąć w swoje sprawy?
— Niedyskretne pytanie? — zawołał oburzywszy się nieco. — Dziwię się pani, panno Marto...
— Wiem, że niedyskretne! Ale pragnę oszczędzić panu wielu przykrości!
Krzesz poczerwieniał z gniewu. Jeśli czuł sympatję do panny Marty, to ta sympatja ulotniła się obecnie całkowicie. Ona śmiała posądzać Orzelską o interesowność, o wciąganie go w jakieś niewyraźne sprawy? Jakiem prawem? Och, gdyby mógł jej opowiedzieć wszystko! Opowiedzieć, jak niezwykłą istotą jest Orzelska, która pod wpływem uczucia wyrzekła się dostatku, by uciec z nim zagranicę. Z wielkiej damy zamienia się w skromną, zakochaną kobietę, pragnącą żyć miłością i dla miłości? Czy takich znajdzie się dużo?
Nie, ta Marta jest stanowczo dziwną dziewczyną, a rozmowę, drażniącą go coraz bardziej, należy przerwać natychmiast.
— Nie rozumiem tej całej indagacji! — oświadczył ozięble — i nie pojmuję jakich pani pragnie mi oszczędzić przykrości! Po za sztuką, nic mnie z hrabiną Orzelską nie łączy, a doznałem od niej licznych dowodów przyjaźni... Co pomiędzy paniami zaszło, nie wiem, a nawet nie jestem tego ciekaw i najlepiej będzie, o ile pozostawimy w spokoju ten temat.
Marta wzruszyła ramionami.
— Biedny zaślepieńcze! — wyrzekła z politowaniem — Ma pan słuszność! Najlepiej będzie, o ile porzucimy ten temat. Pana obecnie nic nie przekona. Bo prócz sztuki, łączy pana daleko więcej z hrabiną... Wyczytałam to z pańskich oczów!
— A gdyby nawet tak było! — odparł dumnie. — Nie wstydzę się mojej miłości...
Spojrzała nań, rzekłbyś, z wyrazem głębokiego współczucia.
— Ma pan odwagę przyznać się do tego! Bardzo to szlachetnie z pańskiej strony... Wiem, że nie da mi pan wiary, ani mnie posłucha. Ci, którzy ostrzegają zakochanych przeciw ich „ideałom“, gdyby przedstawiali nawet najbardziej przekonywujące dowody, nigdy nie zdobędą wiary, a wywołują tylko przeciw sobie nienawiść... Lecz pragnę mój obowiązek spełnić do końca...
— Pani obowiązek?
— Tak! A potem niech pan czyni, co pan chce! Tylko przódy proszę wszystko dobrze rozważyć i dobrze się zastanowić...
Zbliżyła się blisko do Krzesza, spojrzała mu prosto w oczy i rzuciła z wielką mocą.
— Hrabina jest gotowa, pchnąć nawet każdego do zbrodni!
Chciał się oburzyć, gorąco zaprotestować. Lecz Marta już odwróciła się i nie podając mu nawet na pożegnanie ręki, skierowała się do wyjścia z pracowni.
— Panno Marto! — zawołał, uderzony nagle pewną myślą — Pocóż mnie właśnie pani to wszystko mówi?
Na chwilę przystanęła na progu.
— Bo szkoda byłoby, żeby dla takiej... pan się zmarnował, panie Krzesz.
Zanim zdążył coś odrzec, zniknęła, szybko zatrzaskując drzwi za sobą.
Czas jakiś, po odejściu Marty, stał Krzesz niby przykuty do miejsca.
— Pchnąć do zbrodni? — powtarzał w duchu. — Cóż chciała przez to wyrazić?
Lecz rychło wzruszył ramionami. Głupstwo, nieskończone głupstwo! Zbrodnią jest, że chce wyrwać Tamarę z nieszczęsnych warunków domowych? Nie, to nie żadna zbrodnia, a Marta, żywiąc zadawnione nienawiści do Orzelskiej, sama nie wie, co plecie w podnieceniu. Krzesz dumny się czuje, że nie dał się wyciągnąć na zwierzenia. Postąpił, jak prawdziwy mężczyzna. Bowiem prawdziwy mężczyzna nie powinien nigdy zwątpić w swą ukochaną, a zawsze stanąć w jej obronie, choćby ludzie, usposobieni do niej nieprzychylnie, starali się ją oczernić i obrzucali błotem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.