<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XI.

Samara żyła wieczorem i w nocy.
I żyła gnuśnie, rozpustnie, grzesznie.
W piękne wieczory — a wiosna 1918-go roku była nad Wołgą przepiękna — stroiły się damy, podmalowywały, czerniły brwi, owijały głowy lekkiemi, różnobarwnemi „szarfami“ i mocno naperfumowane wychodziły do parku nad rzekę. Ulice pełne były silnego zapachu perfum, potu i ciał kobiecych. Ubrane jasno i bardzo lekko, w ażurowych, jedwabnych pończochach i przyciasnych pantofelkach na wysokich, śpiczastych korkach, samarskie strojnisie dreptały drobno po nierównym bruku z „kocich łebków,“ świecąc oczami i zmysłowemi, szkarłatnemi ustami, zawsze chciwe przygody i nowości, zawsze po raz pierwszy omdlewające pod pocałunkiem i o niczem innem nie myślące.
Kiedy Czesi weszli do Samary, zbrojni i jeszcze ciepli od walki, kobiety były nimi zachwycone, uwielbiały ich twardy, wojskowy kontur, ich bojowego ducha i ich świeżość. Urządzano im nieprzerwane owacje w teatrze i podczas wielkich festynów w parku, którego liczne i ciemne, ach, tak rozkoszne czarne kąty, wonne a wilgotne (to gorzej!) od rosy, były niemymi świadkami scen nie do opisania, ale które łatwo sobie wyobrazić. Chętnie korzystali z tego entuzjazmu Czesi, z pewną nieśmiałością oficerowie, cynicznie i bez najmniejszych skrupułów szeregowcy, których, skutkiem ich większej od rosyjskiego sałdata ogłady, samarskie damy często za oficerów brały. Jest też rzeczą jasną, iż ordynansi mają zawsze więcej czasu od swych oficerów.
Tak tedy święciła się ta nadwołżańska orgja.
Ale po jakimś czasie Czesi się znudzili i do łask powrócili dawni wielbiciele, cierpliwie i w milczeniu znoszący tę zdradę — liczni, ba, niezliczeni i na polu miłości niestrudzeni oficerowie byłej armji carskiej — swoi, a przez to pod każdym względem wygodniejsi. Z wstążeczkami św. Jerzego na różyczkach czapek, a jeszcze częściej i bez tej wstążeczki, z minami filozofów, zajętych nadzwyczaj ważnemi sprawami, napół po wojskowemu ubrani, paradowali ci młodzi ludzie przy dźwiękach wojskowej orkiestry czeskiej po parku, niechętnie i zgóry patrząc na Czechów i nie myśląc o przyszłości. Wszystko ułożyło się jak mogło najlepiej. — Niech Czesi wojują, a my będziemy im płacić! — sprecyzowali rzecz kupcy.
Wogóle po pewnym czasie entuzjazm do Czechów osłabł. Mało kto wiedział dobrze, kim oni właściwie są. Nie zdawano sobie nawet sprawy z tego, że to jakaś narodowość. Niektórzy uważali ich za nieznaną dotychczas sektę religijną, inni mówili, że to „zbuntowani awstrijcy“, jeszcze inni, byli żołnierze frontowi, którzy wiedzieli, że Czesi są przeważnie wywiadowcami, uważali słowo „Czech“ za określenie nieznanej sobie rangi podoficerskiej. Słysząc ich mowę twardą, rwaną, stalową poczciwcy samarscy żegnali się szerokim krzyżem, wykrzykując z przerażeniem: — Da wied' ani nie pa russki gawariat! — a skomplikowaną nazwę „Czecho-Słowak“ przerobili poprostu na „Sławiak“.
Burżuazja uważała ich za wojska carskie, proletarjat też. Proletarjat daleki był od wiary w swoje zwycięstwo, więc po wejściu Czechów do Samary oczekiwał przywrócenia dawnego stylu rządów. Burżuazja też. W Rosji kompromisów niema, umysły są na to zbyt proste. Tymczasem Czesi, nie znając psychologji rosyjskiej politykowali na obie strony. Czeczek obwoził po mieście dzieci w swym samochodzie, Ryszan przemawiał na wiecach jako przedstawiciel anarchistów czeskich, a żołnierze czwartego pułku z zemsty za śmierć pułkownika Geyera bez sądu rozstrzelali wziętego w Penzie żyda-zakładnika, komisarza bolszewickiego. W rezultacie zarzucano Czechom fałsz i nikt im nie wierzył; proletarjat uważał ich za zakapturzonych rojalistów, burżuazja za utajonych bolszewików.
Rozpoczęły się też starcia z rządem nowej republiki. Czesi dawali do poznania: — Istniejecie z naszej łaski — więc. — Zaś rząd republiki słodko, wymownie, ale uparcie powtarzał: Działamy na skutek instrukcji ententy. Zatem, jeśli nas ignorujecie i nie chcecie wypełniać naszej woli, nie chcecie się nam zupełnie podporządkować, rujnujecie dzieło ententy i szkodzicie jej. — Ależ my tu nie możemy stać do końca świata, wy sami musicie coś zrobić! — Zaraz! — odpowiadał s. r. Komitet Członków Konstytuanty i szedł na naradę, która po długim czasie kończyła się oświadczeniem, „iż na razie nic się zrobić nie da.“
Więc Czesi zaciskali zęby i milczeli. Myśleli, że republiką nadwołżańską będą się mogli zasłonić przed bolszewikami, tymczasem to właśnie oni musieli jej przed nimi bronić. A sił mieli za mało — potrzebowali ludzi. Ożenilek ze swym bataljonem i paru sotniami kozaków wciąż jeszcze warował nad Wołgą, bijąc się w arjergardzie, zaś równocześnie Czesi potrzebowali wszystkich swych sił do rozbicia bolszewików w dwuch kierunkach — ku Ufie i ku Orenburgowi.
Czekali jednak cierpliwie na szczęśliwą sposobność i zmianę sytuacji, pocieszając się tem, że siły ich, choć nieznacznie, przecie wzrosły. Przebiło się do nich trochę kozaków, zaś w Samarze przyłączył się zatrzymany przez bolszewików w swej wędrówce na wschód bataljon piechoty serbskiej z pół szwadronem jazdy. Piechota była trochę zdemoralizowana, ale chętnie zastąpiła Czechów w służbie garnizonowej, zaś kawalerzystom Czeczek był bardzo rad, bo jazdy nie miał zupełnie.
Naogół nastrój był tak nieprzyjemny, że Niwiński najchętniej przesiadywał „w domu”, to znaczy, na stacji, przy eszelonach. Tam, czuł się najlepiej.
Długie pociągi, po kilkadziesiąt wozów każdy, zajęły prawie wszystkie tory daleko w obrębie tej wielkiej stacji. Na drugim czy na trzecim torze stał eszelon sztabu dywizji, do którego Niwiński został przydzielony. Były w nim dwa wagony oficerskie, kuchnia, kancelarja, służąca zarazem za redakcję pisma litografowanego, wydawanego przez komitet dywizji, zaś dalej szły wozy z kompanją sztabową. Oficerowie mieszkali po trzech, po czterech w przedziale. Ciasnota przechodziła wszelkie wyobrażenie ludzkie, każdy ściskał się, jak mógł, na swoim legowisku, ale — tu przynajmniej żyło się życiem prawdziwem. Tu nazywało się rzeczy po imieniu i tu Niwiński zrozumiał, że, jakkolwiekby się sprawy układały, Czesi nie myśleli o niczem innem, jak tylko o opuszczeniu Rosji.
Na drugich torach stały eszelony poszczególnych pułków, bataljonów, bateryj, pociąg szpitalny, amunicyjny i tak dalej. Ceglasto-czerwone wozy były przeważnie udekorowane. Na jednym, ujęte w ramy z zieleni, widniały pięknie namalowane Hradczany, na drugim srogi Żyżka z przepaską na oku, na trzecim charakterystyczna, w szpic zakończona głowa profesora Masaryka, to znów Hawliczek-Borowski — zaś wszędzie kwiaty, napisy, hasła narodowe. W poprzerabianych przemyślnie ciepłuszkach ludzie mieszkali czysto i porządnie, jak w izbach. Mieli swe sprzęty, naczynia, warsztaty, bibljoteki, kluby i areszty, przez których zakratowane okna wyglądały dziwnie spokorniałe twarze zakładników i komisarzy bolszewickich. Każdy kąt był wyzyskany, każdy sprzęt na swojem miejscu, na ścianach mnóstwo pocztówek w stylu wojskowym, to jest — z nagiemi kobietami. Baczniejszy obserwator mógł też gdzieniegdzie dojrzeć kobiety nie nagie, owszem — ubrane solidnie choć oryginalnie, dla niepoznaki — w mundury wojskowe. Tolerowano to ze względu na nienormalną sytuację wojska, znajdującego się wciąż w podróży.
W dzień od wczesnego rana panował tu nadzwyczajny ruch. Na stacji wciąż jeszcze garnizonowały tłumy „bieżeńców”, którzy wstawali wcześnie, rozpoczynając na znajdującem się tuż targowisku dzień tem, co duszy Moskala jest najmilsze, to jest targowaniem się o chleb, o bułkę, o jaja itd. W kuchniach eszelonowych co duchu warzono czarną kawę. — Czesi, podobnie jak Polacy, gdy są głodni, zwłaszcza rano, łatwo wybuchają. I już pojawiały się na stacji watahy przekupniów, przeważnie młodocianych. Wpadali chłopcy z dziennikami i papierosami. Jedne i drugie żołnierze rozchwytywali.
— Wołżskij Kraj! Wołźskij Kraj! — wołali chłopcy.
— Doprawdy, to są woły! — śmiał się Czech. — Sami się do tego przyznają! Przecie mówią: Wolski kraj!
— Wołżskij Kraj! Wołżskij Kraj!
— Wstrcz si do bot![1] — żartował żołnierz.
— Papirosy! Papirosy damasznije! — wołał drugi chłopak.
— Wstrcz si do bot! — śmiał się strzelec czeski.
— Papirosy „Wstrcz si do bot!“ Papirosy „Wstrcz si do bot! — podchwycił chłopak i leciał z tą nową nazwą wzdłuż eszelonu.
Przychodziły też kobiety z masłem, z jajami na twardo, z bułkami. Rozlegały się przeciągłe, monotonne wołania:
— Biee-łyj chleb kamu ugodno — bieełyj chleb!
— Ma-ła-ka-ka-mu-na-da-cha-łod-no-wa! — skandowały niestrudzenie ciągłe, słabe, nudne głosy kobiece.
— Kwas! Kwas! Kwas! — skrzeczały, jak żaby, małe dziewczynki.
Kto miał czas, szedł się kąpać do pobliskiej rzeki, inni golili się, ubierali się powoli przy otwartych drzwiach, rozmawiając chętnie, głośno o wszystkiem — o religji, o wojnie, o bolszewizmie, o miłości, o Czechach i nieuniknionem rozbiciu Austrji, o nowem życiu.
A czasami zjawiali się chińscy kuglarze, „dentyści“, wyciągający palcami „robaki“ z zębów. Chinki, kuśtykające na malutkich stópkach, wynurzających się z błękitnych szarawarów, wreszcie zawsze chętnie widziani uliczni śpiewacy rosyjscy. Chciwie słuchały ich tłumy żołnierzy. Następował obiad, zmiana warty, czarna kawa i włóczęga po mieście. Wieczorem jaki taki szczęśliwiec, wyrwawszy gdzie trochę spirytusu, rozpuszczał go czarną kawą, wypijał w najbliższem kółku, poczem szedł spać, marząc o Pradze i tęgiem, mocnem piwie.
Deptało się po nigdy nie wysychającem błocie między nieskończenie długiemi eszelonami, przełaziło się przez niezliczone platformy, tłukąc głową o żelazne kanty, podłaziło się pod wozy, aby przejść z jednej strony na drugą, stało się czasem z oczami utkwionemi w nieskończenie jednostajną, wiecznie tą samą perspektywę między czerwonemi szeregami wozów — i nuda straszna chwytała, obrzydzenie do wszystkiego, tęsknota za domem, za chwilą samotności, za swoim kątem.
Czy te eszelony nigdy nie ruszą?
Ach, mogą ruszyć, ale nawet i wówczas nie zmieni się nic. Bo gdziekolwiek staną, wszędzie będzie to błoto, ten zgiełk i ta sama perspektywa między ponuremi, krwawemi ścianami wozów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.
  1. Wsadź sobie w buty!