<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XIX.

Ale nie tylko tę garść żołnierzy wiozły na Syberję obie delegacje polskie, umieszczone przez Czechów w przedziale przeznaczonego dla gości honorowych wygodnego wagonu wschodnio-chińskiej kolei, wcielonego do eszelonu Rady Narodowej. Rzeczą znacznie ważniejszą było postanowienie połączenia się z komitetem omskim i utworzenia w ten sposób instytucji centralnej, kierującej całym ruchem. W ten sposób akcja jednolita obejmowałaby cały teren od Orenburga i Wołgi aż po Irtysz. Byłoby to zwycięstwem niezmiernem. Oczywiście należało się spodziewać nieuniknionych, a zupełnie naturalnych różnic w poglądach na taktykę, na szczegóły, starć na tle ambicji osobistej, jednakże wola była jedna i szła w jednym i tym samym kierunku. Rozumie się, że praca organizacyjna na tak olbrzymich przestrzeniach nie mogła być ani bardzo gruntowna, ani dokładna, ale można było liczyć trochę na narodowy i wojskowy instynkt żołnierzy, jak też i na dziwną szybkość, z jaką po linji syberyjskiej rozchodziły się wszelkie wiadomości. A przytem Omsk ma kilkudziesięciu oficerów bez zajęcia.
— Zygmunt! — mówił Niwiński do inżyniera. — Jak tylko Gajda uzyska połączenie z Irkuckiem, musimy urządzić wyprawę na Daleki Wschód. To sprawa najważniejsza, bo w ten sposób zabezpieczamy sobie odwrót. Tam trzeba zorganizować etapy, punkty zborne, może nawet garnizon jaki złapać, abyśmy w danym razie mieli na co się cofać.
I już śmiała się w nim dusza na tę myśl, bo przeczuwał, że pojedzie on. Naprzód na zwiady, dla nawiązania czy wzmocnienia stosunków z władzami czeskiemi, dla zobaczenia, jak to tam jest z ententą („żebyśmy, rozumiesz, byli, jak będą coś dawać, bo inaczej nic nie dostaniemy!“), może dla „rozwiązania” czegoś tam niepotrzebnego, o co później na niego najwięcej wściekać się będą, ale on to weźmie na siebie, weźmie, byle tylko żmii żądło w porę wyjąć... Pojedzie, musi pojechać!
A tymczasem patrzył na pola i lasy Syberji.
Jakaż ona była inna, różna od tej, którą powszechnie opisywano! Nad olbrzymią, zieloną równią, zarosłą w szachownicę białą brzeziną i sośniną, wisiało skwarne, ciemno-błękitne niebo. Było skwarno i cudnie. Świeża, smolna woń szła z lasów, gorące, tęgie tchnienie biło z pól szerokich, nie objętych wzrokiem. Była pustka, ale pustka zielona, żywa, jasna, śmiejąca się, pustka, w której można było żyć swobodnie a tworzyć w nieskończoność. Prawie że nie widziało się wsi, ale ścieżek i dróg polnych było dużo. Wcale nie strasznie ani nie groźnie wyglądała ta spotwarzona ziemia silnych, tytanicznych namiętności, dusząca żarem lub ścinająca na kamień mrozem, młoda ziemia, źle wychowana, krańcowa, a mimo wszystko piękna, obiecująca i kusząca, jak młoda, dzika i naiwna dziewczyna.
Kiedy pociąg się zatrzymał, słychać było ciągnący od pól i lasów szum, głęboki i mocny, jak szum wezbranego morza, ton potężny, rozkołysany, żywiołowo, modlitewnie prosty, jakby wołający o człowieka i opiekę jego małej, wątłej a przecie tak potężnej dłoni. Bezludzie nasuwało na myśl obrazy przyszłych miast i przyszłego rozkwitu, niezwykły widok skromnej, jednokonnej „telegi“ na drodze polnej budził w sercu rzewność i tkliwość dla tych sierot ludzkich, tak rzadko rozrzuconych w pustkowiu, nad którem pogodnie i cicho płonęła błogosławiąca światłość słoneczna.
Przyszedł Kurgan — mała mieścina wśród nieskończonego stepu. Niwiński wysiadł tam, aby z czeskim komendantem stacji załatwić sprawę polskiego punktu zbornego. Z przybycia dziesięciu — aż dziesięciu żołnierzy polskich obecny przypadkiem na stacji komendant garnizonu czeskiego nadzwyczaj się ucieszył. Miał wszystkiego kilkudziesięciu ludzi i ta garstka Polaków była dla niego wielką pomocą. Obiecał dostarczyć mundurów i broni ochotnikom, jeśli mu się tych ludzi pozwoli używać do służby wartowniczej. Niwiński zgodził się.
— Zrozumiejże, bracie! — tłumaczył mu. — Im więcej ochotników odziejesz, uzbroisz, tem więcej będziesz miał żołnierzy. A to co?
Szedł szereg dosłownie półnagich ludzi, w spodniach tylko i butach, od pasa nagich. Ich ciemne, jak bronz, ciała lśniły od potu.
— To? To jeńcy niemieccy! — uśmiechnął się Czech. — Pracują tu w intendenturze jak żydzi przy budowie piramid.
— Dobrze ich dosiało! — rzekł Niwiński, kręcąc głową w podziwie.
— I, Niemcy nie są tacy straszni! Jak na nich huknąć — słuchają nie gorzej od Moskali. Oni tylko udają białych — ale to naród niewolniczy!
To rzekłszy Czech, wsparł się pod bok i przyglądał się przechodzącym obok niego Niemcom.
Każdy jeniec, mijając go, prostował się i robił ostro głową ruch „w lewo patrz“.
— Patrz, jak się dadzą wytresować. Będą oni jeszcze wnukom opowiadali o tem — a to też propaganda. Niech Niemiec wie, że i Słowianin może być panem.
Niedaleko Omska, to znaczy w odległości jakich ośmiu godzin jazdy koleją do Omska, w miejscowości Marjewka, eszelon Rady Narodowej zatrzymał się i podróżni wysiedli, aby oddać cześć dwom bratnim mogiłom Czechów, padłych tu w bojach z bolszewikami.
Polacy wysiedli też.
, Mogiły znajdowały się niedaleko toru kolejowego — jedna na łące, druga na polanie wśród lasu. Stanęli Czesi nad mogiłami i odśpiewali swój hymn narodowy, zaś Niwiński, słuchając go, myślał, jakie jest przeznaczenie tej ziemi, w którą dzieje wstrzykiwały tak wiele krwi narodów słowiańskich, podstępnym sposobem nawet Czechów i Serbów tu przywlókłszy.
Aż wreszcie pokazał się szeroki, złoty w słońcu Irtysz, i rozłożony nad nim w krąg ogromny, przedziwny Omsk, z przestronnemi, pylnemi ulicami, zgoła jak we wsi syberyjskiej biegnącemi wzdłuż niskich, drewnianych domków i czarne, wyniosłe kontury wysokich, nowoczesnych domów w środku miasta, o kształtach nieraz ekscentrycznych, dziwacznych — gdy na szerokiej widnej zdala, żółtej równinie piaszczystej za miastem — podobne do krecich wzgórków — czerniały okrągłe jurty półdzikich, wędrownych kirgizów. Przedziwnie barwny i bogaty blask zachodzącego słońca palił się nad tem miastem, widnem zdala w całości, łatwem do przejrzenia i aż nadto wyraźnie demonstrującem swą młodość sąsiedztwem nomadów. Jądro jego, jak we wszystkich miastach, zbudowanych na pustyni, stanowiły silne, potężne gmachy wojskowe, budowane z wielkim kosztem i na wieki. Nad temi gmachami sterczały kopuły cerkwi, otoczone czubami zielonych drzew, dziwaczne, rozdęte lub kunsztownie poustawiane — dalej białe — wśród niskich domków drewnianych niby drapacze chmur — kilkupiętrowe kamienice nowe, w secesyjnym lub nowoczesnym stylu — i morze dachów szarych, spiętrzonych, niezliczonemi szybkami połyskujących. Wszystko jakby na jednym planie, z mostu kolejowego nad Irtyszem widziane jak z lotu ptaka, wszystko młode, nieodgadnione, kuszące a silne rozrastające się szeroko.
Nowy świat, ledwo wchodzący w życie.
W stojącym na omskim dworcu kolejowym eszelonie czesko-słowackiej Rady Narodowej panował nastrój radosny i podniecony.
Zebrani w nim byli delegaci i wysłannicy trzech dywizyj na doroczny zjazd wojska czeskiego — tym razem w Omsku — wszystko starzy bojownicy za wolność, ludzie rozumni i inteligentni, lecz już zatwardziali w bojach a przeto krańcowi, namiętni i nieprzejednani, twardzi, na sobie tylko polegający. Przywykli do mieszkania w wagonach i ciasnocie, z wprawą i zręcznie urządzali się w ciasnych przedziałach, najzupełniej poprzestając na wyznaczonej sobie kanapie i znajdującej się nad nią siatce. Goszczono ich — to znaczy dawano im bezpłatnie prosty, żołnierski wikt z kuchni eszelonowej, a czasem parę butelek piwa, jakąś butelczynę zarekwirowanej wódki lub pudełko papierosów. Ci, którzy się „zdarli“, „fasowali“ nowy mundur lub buty, aby się mogli na zjeździe godziwie prezentować. Otrzaskani ze światem, ludzie, którzy widzieli bardzo wiele, nie spieszyli się do oglądania miasta, lecz spędzali czas w eszelonie, rozmawiając i wypytując o przygody dawno niewidzianych znajomych.
A ciekawy to był eszelon!
Na pierwszy rzut oka wyglądał on tak samo a może nawet gorzej niż inne. Kancelarje nie zwykły przystrajać się w kwiaty, jak to chętnie czynią młodzi żołnierze. Zato kto mógł przejść przez wszystkie wozy i zbadać ich treść wewnętrzną, zrozumiał, z czem miał do czynienia. Wagony, poprzerabiane i zapełnione różnemi sprzętami skromnemi, bo sporządzonemi z nieheblowanych desek, lecz odpowiadającemi potrzebom, były najrozmaitszemi instytucjami. Więc w jednym wagonie była minjaturowa sala posiedzeń, w drugim archiwum, w trzecim kasa, pilnowana stale przez warty, w czwartym sąd, dalej redakcja „Czesko-słowackiego Dziennika”, redakcja tygodnika słowackiego, zecernia, maszyna drukarska, tłocząca dziennie kilkanaście tysięcy egzemplarzy dziennika, zakratowane więzienia, w których nędzne życie pędzili zakładnicy, zbierani skrzętnie na wszelki wypadek i również wartami poobstawiani, wreszcie widoczki idylliczne jak z „Gartenlaube“, rozrzewniające obrazki z cichego niemieckiego „Familienleben“, przechowywane w „ciepluszkach“ mieszane, a więcej niż podejrzane różne „misje“ niemieckie — dostojne damy z minami czcigodnych barones, szanowni profesorowie, oddane pieczy o ludzkość siostrzyczki „Czerwonego Krzyża”, wszyscy korzystający z prastarej słowiańskiej gościnności czeskiej i mniej zresztą miłego towarzystwa znudzonego i ziewającego „kluka“ z bagnetem. Wszystko było ogromnie skromne i proste. Jeśli gdzieindziej ten i ów urzędnik czy oficer czeski starał się dla siebie o „salonkę“ czy wóz Pullmanowski, oświetlony elektrycznie, to tu nie było żadnego zbytku, żadnej parady, żadnej pozy ani udawania.
Niwiński, znalazłszy się wśród mnóstwa znajomych, kręcił się między nimi, odwiedzał ich, rozmawiał i badał teren. Naogół nastrój dla Polaków był życzliwy, mimo, iż „Czesko-słowacki Dziennik”, nie wiadomo z czyjego poduszczenia, ogłosił przyniesioną z Czech przez jakiegoś sztabowca wieść, iż do tłumienia rozruchów w Czechach używane były legjony polskie, co było tem bardziej niemożliwe, że — pomijając wszystkie inne względy — legjony polskie w Austrji wówczas już nie istniały. Ogół delegatów z radością witał myśl formowania wojsk polskich, szło tylko o to, czy ludzie decydujący zdają sobie sprawę z wszystkich piekielnych zawikłań, w jakie wpaść muszą w następstwie tej akcji. Niwiński, raz wszedłszy na obraną przez siebie drogę, postanowił nie zbaczać z niej ani na cal, choćby to miało doprowadzić do konfliktu. Narażało to wprawdzie całą sprawę na „fiasco“, bo Czesi, rozejrzawszy się w jej niebezpieczeństwach i zrozumiawszy, że czeka ich zatarg z Rosjanami o Polaków, mogli się z wszystkiego wycofać, a wówczas o wojsku polskiem mowy już nie mogłoby być, zaś praca z Rosjanami wobec tego byłaby absolutnie niemożliwa.
— Nie — to nie! — myślał Niwiński. — Będziemy przynajmniej wiedzieli, czego się trzymać. Czesi stracą ewentualnie pomoc z naszej strony, a Moskale skompromitują się jeszcze raz.
O sprawie wojsk polskich wielokrotnie rozmawiał z prezesem czesko-słowackiej Rady Narodowej na Rosję, nie zwierzając mu się oczywiście ze swych obaw. Prezes, były długoletni piotrogrodzki korespondent polityczny jednego z największych pism praskich, znał Rosjan dobrze i powinien się w ich psychologji orjentować. Zależało na tem, aby się dowiedzieć, jak daleko, jego zdaniem, interesy bezpośrednie wojska czesko-słowackiego pozwolą mu się posunąć w walce z Rosjanami o prawa Polaków w Rosji.
Albowiem w rzeczywistości szło o to. Rozbici przez bolszewików i agitację reemigracyjną Polacy, niepewni jutra i nie wiedząc, jak i w którym kierunku się organizować, nie mieli żadnej możliwości upomnieć się o swoje prawa. Rządy nowopowstających republik nie tylko przechodziły nad nimi najzupełniej do porządku, ale cofały to, co dał był jeszcze carski rząd. Na szkoły i instytucje polskie nie dawano, wymawiając się brakiem gotówki, ale do wojska brano bezwzględnie. Wraz z uznaniem przez Czechów zupełnej niezależności od Rosjan wojsk polskich, organizujących się na terenie rosyjskim, wchodziła na tapet sprawa osobnych polskich komisarzy mobilizacyjnych, przynależności obywatelskiej Polaków, wyłączenia kwestji polskiej z „wewnętrznych spraw rosyjskich“, jednem słowem — cały nieśmiertelny program walki o wolność, zasadniczy i nie znoszący żadnego kompromisu.
Prezes czesko-słowackiej Rady Narodowej o tem wiedział i mimo, iż spraw tych z Niwińskim nie poruszał, Niwiński z jego uśmiechniętej a zakłopotanej miny widział, iż on zupełnie dobrze zdaje sobie sprawę z sytuacji i że ona go zaskoczyła. Równocześnie jednak z rozmów z nim wywnioskował, że Czesi, pomagając Rosjanom z całych sił, nie tylko niedowierzają im, ale boją się ich. Już były zamachy. Rząd republiki syberyjskiej, uważając wojska czesko-słowackie za wojska jakby lenne, postanowił zasłaniać się niemi i używać ich według własnej woli, i w tym celu, gdy wszystkie frontowe oddziały czeskie ociekając krwią szły na Jekaterynburg, Syberja na tyłach ich zebrała w Czelabińsku najlepsze swe oddziały, aby Czechów w danym razie rozbroić. W samym Omsku syberyjski minister wojny Griszen-Ałmazow planował zamach na Radę Narodową i w pewnej chwili nawet Czesi musieli go aresztować, miasto, liczące około trzydziestu tysięcy robotników było niepewne, utrzymywane w karności tylko przez specjalną mieszaną żandarmerję czesko-serbsko-rosyjską.
Wszystko to bardzo Niwińskiego ucieszyło, raz dla tego, że tu miał gwarancję lojalności czeskiej, powtóre, ponieważ konflikt, jakiego sam spodziewał się być przyczyną, nie był jedyny, a mógł tylko przyspieszyć do pewnego stopnia wypadki i wyjaśnić położenie. Na wszelki wypadek przedstawił prezesowi wydaną sobie przez Ryszana nominację na czesko-słowackiego komisarza dla wojsk polskich i uzyskał jej zatwierdzenie.
Pozatem — chodził pilnie na posiedzenia komitetu, czekał i zachwycał się Omskiem.
Żadne jeszcze miasto nie zrobiło na nim takiego wrażenia.
W porównaniu z Omskiem Moskwa była „starą babą”, wystygłą, plotkarską, chciwą wyłącznie wygód i popisującą się starodawnemi klejnotami swych przodków, „babuszką“, żyjącą samolubnie nagromadzonem bogactwem i przesądami, zawistną kabalarką o złych, czarnych oczach. Samara — to tłusta, biała, chlebem wykarmiona dziewka folwarczna, ciepła lecz głupia, rozpustna w nocy, a w dzień wstydliwie myjąca swe grzechy w Wołdze. Ufa, z dwuch stron przez dwie rzeki oblana, zbudowana na stromej górze — stary gród tatarski z szerokim widokiem na kraj zielony i wodami lśniący, choć ruin w nim nie było, był przecie w oczach Niwińskiego konającym starcem, spustoszoną warownią podbitego i upokorzonego narodu. Czelabińsk — targowisko, miejsce jarmarków!
Dopiero Omsk był miastem!
Z ustawionego za rampą eszelonu Rady Narodowej jechało się do miasta przez małą, żółtą pustynię, rzadko tylko porosłą nędzną trawą, a po której zawsze tańczyły i latały żółte chmury lub potworne dziwadła z piasku. Ukryty po prawej stronie w gąszczu drzew, drutem kolczastym obwiedziony obóz jeńców wojennych wyglądał zdala jak cicha lecz wroga wieś indyjska. To nic, że na przodzie majaczyły zarysy monumentalnego gmachu dyrekcji kolejowej, mogącego być ozdobą każdej europejskiej stolicy — przedsmak pustyni i tak się miało, zwłaszcza w księżycowe a zawsze zimne noce, kiedy taniec słupów piaszczystych wyglądał wprost widmowo lub kiedy z rozwianemi połami długich kaftanów, w śpiczastych, futrzanych czapkach lecieli cwałem Kirgizi, pogwizdujący na swe małe koniki.
Niskie, warowne, żółte budynki i gmachy wojskowe o ścianach więcej niż metrowej grubości, wrota ciężkie, potężne, niegdyś warowne, przypominały, iż miasto było przeznaczone na stróża i poskromiciela pustyni i hord jej nomadów tak lotnych, jak jej piaski. Wyrosłe za płotem szabel miało imponować siłą. Wojskowe nazwania nosiły też ulice, długie, przeważnie niebrukowane, z chodnikami drewnianemi, takiemi, jak się je widzi po miastach pod rusztowaniami restaurowanych domów. Pod stopą żołnierza lub ciężkiego, mocnego „czołdona“ długie deski uginały się, drgając jak struny, kiedy już człowiek przeszedł; wysokie korki pantofelków kobiecych wydzwaniały na chodniku rytmiczne „staccato“ jak na ksylofonie, i cały chodnik rozbrzmiewał niem dźwięcznie i wesoło. W dzień domy spały, zawinąwszy się niby w chusty, w różnobarwnie malowane, pstre, wzorzyste okiennice, a po ulicach uganiały tumany pyłu tak gęste, że liście drzew były od nich popielate. Ale im bliżej śródmieścia, tem żywszym stawał się ruch, aż wreszcie do szczytu dochodził na kamiennym moście na Omce.
Z mostu tego rozlegał się widok szeroki i miły. Po lewej ręce widać było u ujścia Omki do Irtyszu przystań, w której zawsze stało kilka wielkich parowców rzecznych, wybierających się gdzieś w dalekie strony Syberji — po prawej stronie ciągnęło się półkolem spiętrzone miasto. Widokowi, choć miłemu i oryginalnemu, daleko oczywiście było do widoków, jakie się ma z mostów w innych miastach i nie to przykuwało uwagę Niwińskiego, lecz ruch na moście, zawsze bardzo żywy a w niektórych godzinach wprost wielkomiejski, urozmaicony przyjemnie prawie prześwietlonemi kobietami w przezroczystych sukniach, pod któremi niepokojąco migały smukłe cienie młodych nóg, krągłych i sprężystych.
Kto musiał pracować, wstawał rano, ale dusza miasta budziła się dopiero wieczorem. W małym, piasczystym ogródku z teatrzykiem i restauracją, nie wiadomo dlaczego nazwanym „Akwarjum”, zasiadała na wielkiej estradzie wojskowa orkiestra czeska. Rozlegały się dźwięki „Suity“ Griega, „Tańców Słowiańskich“ Dworzaka. Schodzili się oficerowie wojsk różnego autoramentu, na ulicy pojawiały się kobiety, — biało ubrane, w barwnych „szarfach“ na głowach, naperfumowane, śmiałe, chciwe przygód i życia. Rozpalały się rzęsiste światła w niezliczonych, małych okienkach parowców, z teatrzyków dolatywał odgłos kupletów, muzyki i oklasków, podczas gdy przyziemniej usposobieni zjadacze chleba ze zmarszczonemi czołami studjowali poważnie jadłospisy, długie jak cyrografy Lucypera. Wszystkie parki, wszystkie wysadzane drzewami cieniste ulice pełne były par rozszeptanych a każde białe, chichocące i wonne widmo wlokło za sobą cień, ostrogami zcicha pobrzękujący. Oszalałe z żądzy pary, szukając dla siebie przytułku, godzinami jeździły od hotelu do hotelu, a wszędzie witała je jakby jedna i ta sama, sardonicznie uśmiechnięta twarz portjera, beznadziejnie rozkładającego ramiona.
Lato było jak jedna nieskończona, wielka orgja słoneczna, suche a promienne, wiecznie pogodne. Nigdzie Niwiński nie widział tak głębokich w kolorycie i tak zachwycających, tęczowych zachodów słońca, tak rozradowanych poranków, nigdzie nie było tyle podniecającej, bujnej młodości w powietrzu.
— Kiedy porównuję z Omskiem nasze miasta — mówił Niwiński do swego inżyniera — żal mi się robi starej, więdnącej Europy. Tam wszystko stetryczałe, zawalone pamiątkowemi głazami, ciasne. Niczego ruszyć nie można, bo wszystko jest zabytkiem. Żyjemy, jakbyśmy byli kustoszami pamiątek. Co widzisz, widzisz w perspektywie wieków. Może to być bardzo mądre, ogromnie uczone, czyż, daje to szczęście, jakie jest w młodości i świeżości życia? Omsk jest jak przedwcześnie dojrzały, bujny „podlot“ niezgrabny jeszcze, z czerwonemi rękami, ale ponętny i zdrowo, szeroko założony. Odrobi swoje, jak zadanie, i leci się bawić. Jacy ludzie są tu szczęśliwi!
Istotnie, do późnej nocy Omsk rozbrzmiewał muzyką, śpiewami i szczerym lekkomyślnym śmiechem. Aż wreszcie pary znikały i na ulicach zostawali żandarmi serbscy, wałęsający się na czele małych patroli rosyjskich.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.