<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Bandrowski
Tytuł Niezwalczone sztandary
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wyd. 1923
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXII.

Eszelon polski w Czelabińsku dawno już przestał się ukrywać.
— Ilu was tu jest? — pytał zdumiony Niwiński, mijając dziesiątki wozów, pełnych żołnierzy z białemi orzełkami.
— Przeszło czterystu! — wołano.
Ledwie odszukał żołnierzy, których swego czasu przywiózł z Ufy. Opowiadali mu cuda o energji komendanta punktu zbornego, o mundurach, jakie wycyganił, o całym wagonie karabinów i amunicji, o tem, że oddział pod dowództwem dwóch wyskrobanych z ukrycia oficerów legjonowych chodzi codzień na musztrę.
— A co z nami teraz będzie? — pytali.
— Pojedziecie do Ufy jako drugi bataljon. Trzeci przyjdzie z Omska. Pułk niby gotów — z grubsza. Będzie można organizować brygadę. A gdzie są ci panowie, co przyjechali od jenerała Hallera?
— W parku.
Szedł z tremą.
Był ogromnie rad, że jenerał przysyłał specjalistów wojskowych. Było to jedyne rozwiązanie niezmiernie zawikłanego i delikatnego problemu oficerskiego. Ci oficerowie będą sobie mogli dobrać kogo zechcą. Wogóle — odpowiedzialność za sprawy wyłącznie wojskowe z Komitetu spada. Ale tu tyle innych, delikatnych spraw! Stosunek do Czechów, do Francuzów, nieznaczne lecz stałe przesuwanie się na Wschód, politykowanie z poszczególnemi republikami, z reprezentacjami polskiemi, sprawa wysyłania poszczególnych oddziałów na front, aprowizacja, mobilizacja, sprawa jeńców, konsulów Lednickiego... Każda kwestja, każdy poszczególny wypadek wymagał specjalnej taktyki, znajomości ludzi, stosunków, położenia na froncie, wniknięcie w prawdziwe zamiary osób działających... Czy ci ludzie zrozumieją to?
Inżynier z gośćmi był w parku. Siedzieli w głębi ogrodu, pod drzewami, w rzadkim, przesłonecznionym cieniu. Trzej oficerowie, niezgrabni w swych tanich ubraniach cywilnych, trzymali się razem. Osobno znów siedziało dwuch panów; w jednym z nich poznał Niwiński znanego sobie jeszcze z kraju agitatora pewnego stronnictwa.
Miny były naciągnięte, nastrój kwaśny.
Pokazało się, że są to dwie misje: Wojskowa, wysłana na Syberję z ramienia jenerała Hallera i polityczna, przybywająca rzekomo z Moskwy. W rzeczywistości jeden z tych panów uciekł z Wołogdy, gdzie był polskim łącznikiem dyplomatycznym, zaś drugi został wyprawiony właściwie na zwiady, aby się dowiedzieć, co się za frontem czeskim dzieje. Spotkawszy się w drodze, obaj panowie ukonstytuowali się w „misję“.
— Mów mi królu! — pomyślał Niwiński.
Był tej „misji“ rad. Przynosiła ona dobre wieści, wogóle — wieści. W Moskwie chciano właśnie tego, co „Polski Komitet Wojenny“ robił. „Misjonarze“ polityczni najzupełniej tę działalność pochwalali. Równocześnie przynieśli wiadomość o pracach P.O.W., o tajnym rządzie polskim, składającym się z przedstawicieli wszystkich stronnictw w Polsce, a którego jawną reprezentacją miał być Polski Komitet Narodowy w Paryżu, o porozumieniu z Czechami i południową Słowiańszczyzną w celu wywołania z wiosną 1919 roku powstania w Austrji, o polskiej akcji zbrojnej nad Donem i na Murmanie. Gdyby taka akcja była możliwa na Syberji, byłoby bardzo pożądane ożywić ją.
Szef misji wojskowej, major brygady karpackiej, mniej był zachwycony.
— Dyscyplina pozostawia do życzenia! — mruknął.
— Pewnie! — zgodził się Niwiński — Ale o starej dyscyplinie mowy już tu być nie może.
— Byłem w Ufie, w koszarach. Powiedziałem, że jestem przysłany przez jenerała Hallera, a żołnierze odpowiedzieli mi, że nie znają żadnego jenerała Hallera tylko „brata“ Niwińskiego.
— Nie skłamali! — roześmiał się Niwiński — I to major nazywa brakiem dyscypliny?
— Co to za „brat“ znowu jest? „Brat“ porucznik, „brat“ major...
— To żołnierze nasi wzięli od Czechów. Bardzo się im to podoba...
— To się musi zmienić...
— Niby dlaczego? Cóż to szkodzi?
— Nie potrzebuję czeskich nowinek. W koszarach zastałem oficera czeskiego.
— Dziw, że jednego tylko! Każda armia, organizująca drugą armię, musi w niej mieć swoich oficerów. Ilu Francuzów służy w tej armji, którą we Francji organizuje jenerał Haller!
— Ja mam rozkaz organizować przy Francuzach! — rzekł z uporem major.
— Niema ich tu wcale!
— I owszem. Ja już nawet byłem z wizytą u majora Dutronc...
— U majora! Tak, major francuski tu jest. Ale żołnierza niema ani jednego. Zresztą wszystko jest w rękach Czechów.
— Co mnie Czesi! — rzucił major wzgardliwie.
Niwiński wpatrzył się w majora.
Był to przystojny człowiek, młody, ale już siwy. Od siwizny tej odbijały wielkie, czarne oczy, jakby smutne trochę, lecz uparte, chorobliwie krzyczące światu o swem postanowieniu, do szaleństwa, ostatnim wielkim wysiłkiem wewnętrznym stanowcze, oczy o promieniach wysilonych. Rysy twarzy pociągłej, śniadej, były prawie regularne, sympatyczne, tylko gruba warga dolna wnosiła w nią coś z nieokrzesanej tępoty.
Wpatrując się w tę twarz całą siłą wzroku, wszystkiemi zmysłami próbując odczytać hieroglif, Niwiński naraz zrozumiał. Oto miał przed sobą nowego oficera polskiego, żyjącego jedynie upórem i wolą zaciętą szaleńca, kręcącego wciąż bicze z piasku, stawiającego twierdze na lodzie. Zapewne, człowiek ten miał skłonność do siwizny, stanowczo jednak osiwiał zbyt młodo. A ten smutek, ten jakiś ból czarny w oczach, to krew brocząca z ran, odniesionych w niejednej walce duchowej. I nie zostało w tym człowieku już nic, prócz tej ambicji i tego prawie nadludzkiego „ja muszę“.
Powstał towarzysz majora, niski, pulchniutki, ugrzeczniony i poczciwy — kapitan byłej armji rosyjskiej. Przemówił pojednawczo, wygładzał, polerował i przysypał wszystko garsteczką ubożuchnych frazesów.
Ale major był nieprzejednany.
— A wasza pierwsza kompanja jest już na froncie! — rzekł do Niwińskiego z wyrzutem.
— Wiem. Poszła na front po karabiny maszynowe i po płaszcze.
— Ale to jest przeciwne moim instrukcjom.
— Mnie żadne instrukcje nie krępują, a major jeszcze komendy nie objął.
— W mojej instrukcji wyraźnie stoi: Wojska mają być użyte nie do walk z sowjetami lecz z Austro-Węgrami i Niemcami.
— A co Murman i Kaukaz? A czy na bolszewickim froncie mało Austrjaków i Niemców?
— To mnie nic nie obchodzi. Instrukcja mówi: Nie do walk z sowietami.
— To może major do Francji pojedzie?
Inżynier łagodził. Bagatelizował szczegóły, pozostawiał je na później, spieszył z oddaniem wojska w ręce oficerów, byle ci uznali zwierzchność komitetu, szył na wielką skalę, ale niedbałą, grubą fastrygą. Już coś nowego widział przed sobą i spieszył się, niecierpliwił.
A wtem wśród jasnej, rzadkiej zieleni ogrodu zamigotały amaranty i do obradującej grupy zbliżył się młody rotmistrz, wysłany z Omska w sprawie legjonu do komendy korpuśnej w Czelabińsku. Oficer ten, sympatyczny, wesoły mężczyzna z przedsiębiorczą twarzą młodego kota, cieszył się powszechną sławą, a choć trzynaście lat służył w wojsku rosyjskiem, nietylko znakomicie mówił po polsku, ale nie zatracił nawet swego warszawskiego akcentu. W legjonie omskim zorganizował pół szwadrona ułanów, jak mówiono wyłącznie „ze swych osobistych przyjaciół“. Wraz z nim szedł komendant punktu werbunkowego w Czelabińsku.
Inżynier obwieścił rotmistrzowi, że ma przed sobą wysłanników jenerała Hallera.
Niwiński przyglądał się z zaciekawieniem.
Rotmistrz spojrzał na nowoprzybyłych nieufnie.
— Panowie przyjechali organizować tu wojsko?
— Tak.
— A jakie panowie mają kwalifikacje? — spytał wprost.
Major poruszył się niecierpliwie.
— Mamy rozkaz jenerała Hallera na piśmie. To wystarcza.
Rotmistrz wyszczerzył drobne ząbki w uśmiechu i poruszył przecząco głową.
— Nie. Rozkaz dotyczy panów, ale nie mnie. Ja chcę służyć w wojsku polskiem, ale nie muszę, a nie będę służyć pod rozkazami ludzi, których kwalifikacji nie znam.
— Cóż to? — żachnął się major. — Ja mam egzamin składać przed panami?
— Jak pan chce! Ja jestem oficerem zawodowym, trzynaście lat służyłem w armji regularnej, przez cały czas wojny byłem na froncie, najochotniej służę wszelkiemi informacjami.
— Mogę powiedzieć, ale prywatnie tylko, bo urzędowo —
— My majorowi wierzymy! — wtrącił inżynier. — On ma papiery od jenerała!
— A ja proszę o informacje urzędowo! — odezwał się Niwiński. — Nie mogę człowiekowi nie znanemu powierzać komendy nad wojskiem. Major zrozumie, że byłoby to lekkomyślną nieuczciwością. Tych ludzi ja zwerbowałem i jestem za nich odpowiedzialny.
Twarz majora drgnęła. Chmurnie spojrzał na Niwińskiego, ale po chwili zaczął mówić:
— Byłem naprzód w „Związkach Strzeleckich“ a potem w drugiej brygadzie jenerała Hallera. Ciężko ranny na froncie, półtora roku leżałem w szpitalu, potem znów wróciłem na front, byłem pod Rarańczą, pod Kaniowem a później powierzono mi komendę placu w Moskwie.
Uprzejma i chętna mina rotmistrza zrzedła.
— Rosję pan zna? Język, stosunki?
— Nie.
Drugi oficer, kapitan, był zawodowym rosyjskim oficerem piechoty, trzeci był w „Związkach Strzeleckich“, później w legjonach, cały czas na froncie, odkomenderowany do niemieckiego bataljonu szturmowego, był potem oficerem austrjackich bataljonów szturmowych i to stanowiło jego specjalność. W Rosji nigdy nie był.
— Nie jest dobrze! — myślał Niwiński. — Tych ludzi posłano tu dla markowania jakiejś działalności, to nie poważne... I trudności będą mieli...
— Za nami ma przybyć jeszcze trzydziestu oficerów z korpusu Hallera! — dodał kapitan.
— I regulamin przewieźliśmy nowy, niemiecko-japoński...
— Dowiedziałem się w Ufie, że macie drukarnię — odezwał się major — Trzeba będzie zaraz drukować regulamin.
Ale rotmistrz uśmiechnął się smętnie.
— Panowie! Panowie! — nawoływał — Pomyślcie tylko: Macie tu mnóstwo oficerów zawodowych, pułkowników, którzy stopnie zdobyli na wojnie, oficerów sztabu jeneralnego — i „Związki Strzeleckie!“ Ja z wami pracować mogę, bo się na kawalerji i tak nie znacie, ale czy inni oficerowie was uznają... Bo co innego regulamin i wyćwiczenie żołnierzy piechoty, a co innego organizacja dywizji, wogóle — organizacja i to jeszcze w warunkach tak wyjątkowych... Tak, jak wy chcecie, można organizować wojsko na jakiejś wyspie, w Anglji i to podczas pokoju, ale nie podczas wojny...
— Przedewszystkiem trzeba będzie wydrukować rozkaz Hallera! — wtrącił któryś z misjonarzy politycznych.
— Jaki rozkaz?
— A tak! Major ma rozkaz, autentyczny rozkaz jenerała Hallera.
— Przywiozłem. Przewiozłem przez front. Rozkaz pierwszy i drugi.
— Pokażcie!
Major z nabożeństwem wyjął z portfelu dwa gęsto zapisane cieniutkie półarkusze papieru.
Wszystkie głowy pochyliły się nad niemi.
Rozkaz pierwszy opowiadał obszernie żałosne dzieje pierwszego korpusu i jego kapitulacji.
Major czytał głośno:
— Rada Regencyjna na bezczelne żądanie niemieckiego jenerała i wielkorządcy Warszawy odpowiedziała niegodnem poddaniem się bez oporu, jakby na urągowisko wojsko Bogu polecając, Bogu przodków naszych, który nas tylekrotnie do bitwy i zwycięstw wiódł, z garstką dając nam zwycięstwo, ale nigdy do małodusznej zdrady i poddania się nie błogosławiąc tchórzliwych!
— Oj, nieładnie! — syknął Niwiński.
— I dowódca I-po korpusu, na wolę jakoby Rady Regencyjnej się powołując, podpisał drugą kapitulację, haniebną zdradą plamiąc imię tego wojska, które dla walki a nie dla zgody z wrogiem było stworzone. „Symbol Niepodległości“ pokrył się plamą nędznego niewolnictwa —
— Ajajajaj! Jakże można!
— A czy tak nie było?
— Nie wiem, może i było, ale jakże można tak tę rzecz przedstawiać na terenie rosyjskim, wogóle — wobec świata!
Major czytał dalej:
— ale niepodległość nie przepadła z nim razem: W piersiach żołnierskich bije serce za nią i tysiące synów Polski za nią umrzeć jest gotowych. Do nich kieruję ten rozkaz!
Dalej pisał generał o deklaracji wersalskiej, wykazując, że bez armji polskiej ona nie może mieć znaczenia. Przypominając legjony Dąbrowskiego, wzywał żołnierzy polskich w szeregi:
— Wzywam was w czasie, gdy cztery miasta wolnej Francji, Paryż, Nancy, Belfort i Verdun ofiarowały uroczyście sztandary czterem pułkom pierwszej dywizji armji polskiej, tam już walczącej ze wspólnym wolności wrogiem. Gdziekolwiek walka z Niemcami toczyć się będzie — tam nasze miejsce!
— Widzisz, majorze!
— Ale tu bolszewicy!
— Powiedz to żołnierzowi na froncie! Powiedz mu, że ci Niemcy, z którymi on się bije, to nie Niemcy! Czytajmy!
— Gdziekolwiek sztandar Polski podniesie ku bitwie żołnierz polski, tam armja polska powstaje! Spieszcie zatem wszystkiemi drogami pod ten sztandar. Do broni więc, Narodzie polski, do broni!
Rozkaz datowany był w Moskwie, dziesiątego lipca.
— To się wydrukuje natychmiast! — palił się inżynier. — Skończą się gadania o neutralności.
W drugim rozkazie jenerał wspominał o przedziwnej łatwości żołnierza polskiego w rozpraszaniu się i ponownem zbieraniu do dalszej walki. Mówił o oddziałach na Kaukazie i Murmanie, znosił zobowiązania jeńców i nakazywał powszechną mobilizację wszystkich zdolnych do broni Polaków.
— Tego ogłaszać nie możemy! — oświadczył inżynier.
— Kiedy jenerał kazał! — upierał się znowu major.
— I cóż że kazał! — zniecierpliwił się inżynier. — Dokąd każecie udawać się poborowym?
— Na te wasze punkty zborne!
— A co im tam jeść dadzą? W co ich ubiorą?
— Ja o tem mówiłem z Praszilem! — odezwał się Niwiński. — Powszechna mobilizacja jest w planie, ale będziemy ją mogli zarządzić tylko w porozumieniu z Czechami, którzy obiecali przygotować nam żywność i mundury. Cóż poczniemy, gdy nam się zwali naraz jakie dziesięć tysięcy obdartusów...
— A ja u siebie mobilizuję! — zaśpiewał dumnie czelabiński komendant punktu zbornego. — Mobilizują Moskale, więc mobilizuję i ja. Wkręciłem się nawet do komisji poborowej.
— Oto stosunki! Wydawajcież jakieś powszechne rozporządzenia! Trzeba robić, jak się da.
— No, więc, spiszemy akt oddania wojska pod komendę misji jenerała Hallera, bracie Niwiński? — pytał inżynier.
Niwiński zastanawiał się.
— Jest nas tu dwóch tylko. Jakże tak, bez wiedzy całego komitetu...
— Chcesz się może odwoływać do „plenum“? — zaśmiał się inżynier. — Niema czasu na takie zabawki... Ludzi mamy już kupę, zwlekać nie można...
Niwiński namyślał się.
Czuł, że ludzie ci nie byli odpowiedni. Nie orjentowali się w sytuacji, nie znali stosunków, ludzi, języka. Ale — byli to wysłannicy Hallera, żołnierze polscy, ludzie snać bez trwogi, bo mowy nawet nie znając, przedarli się przez dwa fronty z papierami, za któreby ich z pewnością rozstrzelano... Nie było lepszych tam — czy znajdą się lepsi tu? A z tym bałaganem w wojsku trzeba istotnie raz już skończyć... Ci oficerowie wolę mają jak najlepszą... Gdzie trzeba, pomoże się im... Wkońcu — zrozumieją sytuację, zorjentują się...
— Raz, psiakrew, trzeba już słuchać! Rozkaz — to rozkaz! Jenerał kazał.
Zwrócił się do inżyniera:
— Więc piszmy!
Po załatwieniu wszystkich formalności zeszli się wieczorem w parku i w zupełnej zgodzie zasiedli do kolacji.
W parku odbywał się festyn ludowy. Tłumy ludzi, moc lampek elektrycznych, zapach tłuszczu, ocieranie się młodzieży o siebie.
Po kolacji Niwiński wyszedł z majorem do ogrodu. Chcieli spokojnie porozmawiać.
Nie chcąc ocierać się o tłumy, falujące i krążące w świetle lamp łukowych, między restauracją a nadscenką, skierowali się w głąb ogrodu, gdzie było ciemno. Ale wcale nie pusto. Literalnie kroku nie było można zrobić, aby nie natknąć się na ciała splecione w miłosnym uścisku. Kochankowie tarzali się, jak gady, po trawie. Pod drzewami, pod płotami, na trawnikach, na ścieżkach, wszędzie kłębiły się ciała, ciężko dyszące. Ziemia jęczała z miłości, ciemności nocne napęczniały rozkoszą i zdawały się drgać w rytm ciał.
Usiedli na końcu ogrodu i rozmawiali. Niwiński mówił, jak na spowiedzi, z głębi duszy. Chciał, aby major zrozumiał wszystko, aby mógł wejrzeć zupełnie w jego myśl. Już zdawało się, że zaczynają się rozumieć, gdy naraz major rzekł:
— Czekaj, czekaj, niech-no tylko porosnę trochę w siły, już ja Czechom pokażę!
Niwiński aż oniemiał.
— Co im pokażesz? Co? — wyjąkał po chwili. — Zaco? Dlaczego?
A potem dodał:
— Ej, majorze, uważaj! Z Czelabińska do Krakowa daleko. Trudno będzie się obejść bez przyjaciół! Żebyś się gdzie nie zasiedział po drodze!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Bandrowski.