Ośmnasty Brumaire’a Ludwika Bonaparte/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Marx
Tytuł Pisma pomniejsze
Wydawca Librairie Keva (s. 1),
Librairie Ghio (s. 2-3)
Data wydania 1886-1889
Miejsce wyd. Paryż
Tłumacz Anonimowy (s. 1, 2),
Leon Winiarski (s. 3)
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako ePub Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako PDF Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako MOBI
Cały tekst „Pism pomniejszych“
Indeks stron
IV.

W połowie października 1849 r. zgromadzenie narodowe znów rozpoczęło swe obrady. 1-go listopada Bonaparte zgotował ciału prawodawczemu niespodziankę, zawiadamiając o zdymisyjonowaniu ministeryjum Barrot-Falloux i o utworzeniu nowego. Nigdy nie wypędzano tak bez ceremonii lokajów ze służby, jak to czynił Bonaparte ze swemi ministrami. Kopnięcie nogą, przeznaczone w przyszłości dla zgromadzenia narodowego, dostało się tymczasem Barrot’owi et Comp.
Ministeryjum Barrot było — jak widzieliśmy — złożone z orleanistów i legitymistów. Bonapartemu było ono potrzebne, w celu rozwiązania republikańskiej konstytuanty, urządzenia wyprawy na Rzym i złamania partyi demokratycznej. Za plecami tego ministeryjum schował się on był pozornie, odstąpił władzę partyi porządku i włożył skromną maskę, którą za Ludwika Filipa nosił odpowiedzialny redaktor prasy, maskę homme de paille[1]. Teraz zrzucił on tę maskę, wszak przestała ona być lekką zasłoną, pod którą mógł skryć swą fizyonomiję, a stała się maską żelazna, przeszkadzającą mu pokazać właściwe oblicze. Ministeryjum Barrot miało rozbić w imieniu partyi porządku republikańskie zgromadzenie narodowe: teraz odprawił je, żeby zamanifestować swą niezależność wobec tej par-tyi.
Powodów do dymisyi nie brakło. Ministeryjum Barrot nie przestrzegało form przyzwoitości, któreby wskazywały na prezydenta rzeczypospolitej, jako na siłę, niezależną od zgromadzenia narodowego. Podczas feryj parlamentu opublikował Bonaparte list do Edgara Ney’a, w którym zdawał się nie pochwalać liberalnego wystąpienia papieża; w innym liście, na przekór konstytuancie, chwalił Oudinot’a za napad na rzymską rzeczpospolitę. Kiedy potem zgromadzenie narodowe uchwaliło budżet na pokrycie kosztów rzymskiej wyprawy, Victor Hugo, mniemanym liberalizmem powodowany, podniósł kwestyję owego listu. Partyja porządku zaprzeczyła twierdzeniu, jakoby pomysły Bonapartego mogły mieć jakiekolwiek polityczne znaczenie, wśród krzyków pogardliwego powątpiewania. A żaden z ministrów nie podniósł rzuconej rękawicy w obronie prezydenta! Innym znów razem wyraził Barrot z trybuny — z właściwa mu pustą patetycznością — swe oburzenie z powodu „ohydnych knowań“, praktykowanych — wedle słów jego — przez najbliższe otoczenie prezydenta. Wreszcie ministeryjum odrzucało każdy wniosek w sprawie podwyższenia listy wydatków prezydenta, wymogło natomiast na zgromadzeniu narodowem nadanie pensyi wdowiej dla księżny orleańskiej. Ażaliż nie wiedziało ono, że w osobie Bonapartego złączył się cesarski pretendent tak ściśle ze zbankrutowanym awanturnikiem, że party jedną wielką idea powołania do restauracyi cesarstwa, nie zaniedbywał uzupełnić jej druga, wedle której naród francuski powołanym był do gorliwego płacenia jego długów?!..
Ministeryjum Barrot — Falloux było pierwszem parlamentarnem ministeryjum, powołanem do życia przez Bonapartego. Rozwiązanie onego tworzy zatem decydujący moment zwrotny.
W niem straciła bezpowrotnie partyja porządku niezbędny posterunek dla utrzymania parlamentarnego rządu, kierownictwo władzą wykonawczą. Łatwo pojąć, że w takim kraju, jak Francyja, gdzie siła wykonawcza rządząc armiją urzędników, wynoszącą przeszło pół milijona ludzi, utrzymuje zawsze w bezpośredniej zależności masę interesów i egzystencyj; gdzie państwo ogarnia, reguluje i spełniając rolę nadzorcy, pilnuje i roztacza opiekę swą nad mieszczańskiem społeczeństwem, począwszy od jego szerokich przejawów życia, aż do najdrobniejszych poruczeń, od najogólniejszych spraw życia, do prywatnych interesów jednostek; gdzie pasożyt ów przez nadzwyczajną centralizacyję zdobywa sobie wszechobecność, wszechwiedzę, przyspieszoną energiję ruchu, które to objawy tam jedynie spostrzedz można, gdzie rzeczywisty organizm społeczny w bezładnej nieforemności pozbawiony samorzutnej siły drzemie w beznadziejnej niezaradności, — łatwo pojąć, powtarzamy, że w takim kraju zgromadzenie narodowe, nie uprościwszy poprzednio zarządu państwa przez ograniczenie i uszczuplenie biurokratycznej armii; nie zmusiwszy społeczeństwa mieszczańskiego i opiniję publiczną do stworzenia własnych, niezależnych od siły panującej, organów wraz z prawem rozporządzania tekami ministeryjalnemi, musiało stracie wszelki wpływ na losy państwa. Lecz materyjalny interes francuskiej burżuazyi jest właśnie najściślej zwią­zany z utrzymaniem owej szerokiej i rozgałęzionej maszyny pań­stwowej. Wszak to tutaj umieszczana bywa owa część jej szeregów, dla której nie masz miejsca w obrębie produkcyjno - handlowych spraw, wszak w ten sposób burżuazyja dopełnia w postaci rządowej pensyi to, czego nie może ściągnąć do swych kieszeni w formie zy­sków, procentów, arend i honoraryjów. Z drugiej strony, polityczny interes zmuszał ją powiększać z każdym dniem represyje, innemi słowy środki i personal rządowy,, a jednocześnie prowadzić ciągłą wojnę z opiniją publiczną i ranić, paraliżować przebiegle samodziel­ne organy ruchu społeczeństwa, paraliżować je tam, gdzie się jej nie udało wykonać zupełnej amputacyi. Tak więc burżuazyja fran­cuska była zmuszoną wskutek stanowiska klasowego niszczyć z je­dnej strony warunki życia każdej, a więc i parlamentarnej siły, z drugiej zaś uczynić niezwyciężoną, wrogą sobie sile wykonawczą.
Nowe ministeryjum nazywało się ministeryjum d’Hautpoul. Nie dlatego, jakoby generał d’Hautpoul otrzymał urząd prezydenta gabi­netu. Po odprawie Barrot’a zniósł Bonaparte ten urząd, który bądź co bądź skazywał prezydenta rzeczypospolitej na legalną nicość kon­stytucyjnego króla, ale króla bez tronu i korony, berła i miecza, bez przywileju nieodpowiedzialności, nieograniczonego posiadania najwyższego urzędu państwowego, a co najfatalniejsze, bez listy cywilnej. Ministeryjum d’Hautpoul posiadało tylko jednego męża ze zdolnościami parlamentarnemi, żyda Fould, jednego z najbardziej osławionych finansistów. Jemu to przypadła teka ministra finansów w udziale. Zajrzawszy do paryskich notatek giełdowych, zobaczymy, iż od 1-go listopada 1849 francuskie papiery podnoszą się lub spa­dają równocześnie z podnoszeniem się lub spadaniem bonapartystycznych akcyj. Zdobywszy w ten sposób sprzymierzeńca na giełdzie, Bonaparte pospieszył opanować policyję przez zamianowanie Carlier’a prefektem policyi w Paryżu.
Ale skutki zmiany ministeryjum mogły się ukazać dopiero w dalszym przebiegu rzeczy. Przedewszystkiem Bonaparte robiąc krok naprzód, musiał go zamaskować — cofnął się tedy tem widoczniej. Po ostrem wystąpieniu nastąpiło w najwyższym stopniu służalcze oświadczenie swej uniżoności wobec zgromadzenia narodowego. Ilekroć ministrowie odważyli się na nieśmiała próbę, wnosząc jego osobiste mrzonki jako projekty praw, zawsze mieli miny niechętne, wyglądali jak ludzie, których stanowiska zmu­szają do wnoszenia zmiennych poleceń, o bezskuteczności których wiedzą z góry. Ilekroć Bonaparte za plecami ministrów wypowiadał swe zamiary i igrał ze swemi idées napoléoniennes, dyskredytowali go właśni ministrowie z trybuny zgromadzenia narodowego. Zda­wało się, że uzurpacyjne jego zachcianki głośne były chyba dlatego, iżby złośliwy śmiech jego przeciwników nie milknął ani na chwilę. On tymczasem zżymał się, jak geniusz zapoznany, którego świat cały głupcem nazywa. Zaiste nigdy nie zażywał on większej pogar­dy ze strony wszystkich klas, jak podczas tego okresu. Nigdy bur­żuazyja nie panowała bezwzględniej, nigdy nie wystawiała ona z większą chełpliwością insygniów swego panowania.
Nie mam zamiaru pisać tutaj historyi jej prawodawczej działałności, która w okresie owym streszcza się w dwóch ustawach: pierwsza z nich przywraca podatek na wino, druga ustawa o nauczaniu, wymierzona przeciwko ateizmowi. Utrudniając francuzom picie wina, obdarzano ich natomiast tem obficiej woda prawdziwego życia. Ogłaszając w pierwszej ustawie stary, znienawidzony francuski system podatkowy za nietykalny, starała się burżuazyja zapomocą drugiej zapewnić sobie dawne usposobienie umysłów mas, dzięki któremu znosiłyby one potulnie rozporządzenia fiskalne. Zaiste, zdumieć się można, widząc, jak liberalni burżua, ci starzy apostołowie Wolteryjanizmu i eklektycznej filozofii — zgodnie z orleanistami — powierzają rzad nad umysłami francuskiego ludu swym plemiennym wrogom, jezuitom. Ale orleaniści i legitymiści jakkolwiek różnili się między sobą kiedy chodziło o pretendenta do korony, niemniej jednak rozumieli dobrze, że wspólne panowanie nakazywało im połączyć środki ucisku dwóch epok, że taktyka ujarzmienia z czasów lipcowej monarchii winna być uzupełnioną i wzmocnioną przez taktykę restauracyi.
Włościanie, którym niski stan cen zbożowych z jednej strony, z drugiej zaś rosnący ciężar podatkowy i długi hypoteczne, więcej niż kiedykolwiek dawały się we znaki, we wszystkich swoich nadziejach zawiedzeni, poczęli się ruszać po departamentach. Odpowiedziano im szczwaniem nauczycieli, pozostających obecnie pod władzą duchownych, szczwaniem merów, nad którymi zapanowali prefekci i systemem szpiegostwa, które nad wszystkimi górowało. W Paryżu i wielkich miastach reakcyja nosi na sobie cechę swej epoki i jest bardziej wyzywającą, aniżeli niszczącą. Na wsi natomiast staje się ona płaską, nikczemna, drobnostkową, nużącą — słowem, przybiera postać żandarma. Łatwo pojąć, jak potężnie musiały zdemoralizować niedojrzałą masę 3 lata żandarmskich rządów, pobłogosławione przez klechów.
Mimo wylewu namiętności i deklamacyj, któremi grzmiała partyja porządku z trybuny zgromadzenia narodowego przeciwko mniejszości, zawsze można było słyszeć jedne i te same słowa; pod tym względem partyja naśladowała monosylabiczna mowę chrześcijanina, którego słowa winny brzmieć: Tak, tak, nie, nie! Monosylabiczną była mowa zarówno trybun, jak prasy, a pusta, jak zagadka, rozwiązanie której naprzód jest nam znane. Bez względu na to, czy sprawa toczyła się o prawo podawania petycyj, czy też o podatek na wino, o wolność prasy albo wolny handel, o kluby czy ustawę municypalną, o ochronę osobistej swobody albo uregulowanie gospodarki państwowej — hasło zawsze było jedno i to samo, ten sam temat i wyrok ten sam, gotowy w każdej chwili a opiewający: „socyjalizm“! Socyjalistycznym nazwano nawet burżuazyjny liberalizm, socyjalistyczna była mieszczańska oświata, socyjalistyczną mieszczańska reforma finansowa. Socyjalistycznem było budować kolej żelazna tam, gdzie się już znajdował kanał, jak niemniej socyjalistycznem było, jeżeli ktoś zaatakowany pałaszem bronił się kijem.
A nie były to tylko czcze słowa, moda, polityka. Gdzie tam! Burżuazyja rozumiała dobrze, że oręż, ukuty przez nią do walki z feodalizmem, zwrócił swe ostrze przeciwko niej samej, że środki, dążące do wykształcenia ludu, przez nią stworzone, rewolucyjonizują jej własną cywilizacyję, że wszystkie bogi, które stworzyła, jej się wyrzekły. Pojęła ona należycie, że wszystkie tak zwane mieszczańskie swobody, wszystkie organy postępu grożą jej panowaniu klasowemu, podmulając jej fundamenty społeczne i mierząc w wierzchołek politycznego gmachu, wszystkie one zatem stały się teraz „socyjalistycznemi.“ W tej groźbie i w tych atakach odkryła ona słusznie tajemnicę socyjalizmu, którego myśl przewodnia i kierunek trafniej ocenić umiała, aniżeli sam tak zwany socyjalizm. Ten ostatni bowiem napróżno silił się pojąć, dlaczego burżuazyja tak zatwardziale przed nim się zamyka, słysząc, jak kwili sentymentalnie nad bólami ludzkości, albo po chrześcijańsku obwieszcza tysiącletnie państwo niebieskie i ogólną miłość braterską, jak bzdurzy humanistycznie o inteligencyi, wykształceniu, swobodzie, albo też opracowuje po doktrynersku system połączenia i dobrobytu wszystkich klas. Burżuazyja atoli jednego zrozumieć nie mogła, oto tej prostej konsekwencyi, że parlamentarne rządy, jak wogóle całe jej polityczne panowanie musiało być również, jako socyjalistyczne, skazane na potępienie. Dopóki panowanie burżuazyi, jako klasy, nie było w pełni zorganizowane, póki nie miało na sobie czysto politycznego stempla, póty i sprzeczności klasowe nie mogły wystąpić w jaskrawszem świetle tam zaś, gdzie już wystąpiły, nie były w stanie nadać walce z władzą państwową charakteru walki klasowej z kapitałem. Teraz, kiedy każdy żywszy ruch mas społecznych uchodził za objaw, zagrażający spokojowi publicznemu, mogłaż burżuazyja pozwalać, ażeby na szczycie społeczeństwa utrzymywał się rząd, zagracający spokojowi; jej własny rząd parlamentarny, który, według słów jednego z jej mówców, żyje w walce i przez walkę? Parlamentarne rządy oddychają dyskusyją, jakże więc mogą zabronić dyskusyj? Wszelki interes, każda społeczna instytucyja w stosunkach parlamentarnych podnoszą się do znaczenia myśli ogółu i jako takie traktowane bywają więc czyliż mogą jakikolwiek interes lub instytucyja stanąć ponad myślą ogółu i imponować jako artykuł wiary? Walka, tocząca się między mówcami w izbie zagrzewa do boju warchołów gazeciarskich, debatujący klub w parlamencie znajduje z konieczności swe uzupełnienie w klubach, debatujących po salonach i szynkach; reprezentanci, odwołujący się ustawicznie do opinii narodu, upoważniają niejako tę opiniję do przedstawienia swych prawdziwych żądań w petycyjach. Parlamentarne rządy pozostawiają wszystko decyzyi większości, cóżby w tem tedy było dziwnego — gdyby potężne większości zechciały rozstrzygać i poza obrębem paramentu? Jeżeli stojąc na szczycie państwa przygrywacie do tańca, to czyż możecie się spodziewać, że tłum stojący na dole, nie puści się w tany?
Wyklinając jako płód socyjalizmu to, co dawniej czciła, jako liberalne, burżuazyja przyznaje tem samem, że własny interes nakazuje jej pozbyć się niebezpieczeństwa samorządu, że chcąc przywrócić porządek w kraju należy przedewszystkiem znieść parlament burżuazyjny i zniszczeniem własnej siły politycznej okupić swe panowanie jako siła społeczna, że prywatni burżua wówczas jedynie mogą nadal wyzyskiwać inne klasy i cieszyć się spokojnie z własności, rodziny, religii i porządku, jeżeli klasa ich skazaną będzie na taką samą nicość polityczną, w jakiej pozostają inne; że wreszcie strzegąc worka, jak oka w głowie, będzie musiała złożyć swą koronę w obce ręce, a miecz, który ją miał bronić, odtąd jako miecz Damoklesa nad głową jej zawiśnie.
Zgromadzenie narodowe było tak niedołężne w załatwieniu ogólno-mieszczańskich interesów, że np. pertraktacyje w sprawie parysko-avignonskiej kolei żelaznej, zaczęte w zimie 1850-go roku, nie były jeszcze ostatecznie ukończone 2 grudnia 1851. Poza obrębem ucisku, reakcyi, było ono dotknięte nieuleczalną bezpłodnością.
Ministeryjum Bonapartego wzięło na się po części inicyjatywę praw w duchu partyi porządku, po części zaś prześcigało ją w surowości, kiedy chodziło o wykonanie ustaw. Bonaparte tymczasem starał się za pomocą naiwno - bzdurnych wniosków zyskać popularność, zamanifestować swą odrębność względem parlamentu i wskazać na tajemniczą zasłonę, kryjącą skarby, — ukazaniu których przed oczami narodu francuskiego stały na przeszkodzie nieprzyjazne okoliczności. Do rzędu wspomnianych wyżej wniosków należały: projekt podwyższenia podoficerom dziennej płacy o 4 sous i wniosek założenia honorowej kasy pożyczkowej dla robotników. Rozdawać pieniądze jedną ręką, drugą zaś ściągać, oto była perspektywa, za pomocą której spodziewał się zjednać sobie masy. Na obdarowywaniu z jednej strony, na ściąganiu podatków z drugiej polega cała wiedza finansowa motłochu zarówno pańskiego, jak i pospolitego. Oto były główne sprężyny, które poruszał Bonaparte. Żaden chyba z pretendentów nie spekulował w sposób bardziej płaski na głupotę tłumów.
Zgromadzenie narodowe niejednokrotnie oburzało się, patrząc na te oczywiste próby zdobycia sobie popularności kosztem parlamentu; spodziewać się można było, że awanturnik, którego popychały naprzód długi, a nie wstrzymywała żadna uzyskana sława, — odważy się na krok rozpaczliwy. Wrogi rozdział między partyją porządku i prezydentem począł przybierać nawet groźny charakter, gdy nagle niespodziany wypadek rzucił go znowu skruszonego w jej objęcia. Mamy tu na myśli uzupełniające wybory z 10 marca 1850. Wybory te miały na celu obsadzić miejsca w Izbie, opróżnione po 13-tym czerwca wskutek uwięzień i banicyj. W Paryżu z urny wyborczej wyszli sami socyjalno-demokratyczni kandydaci. Największa ilość głosów padła na rewolucyjonistę z dni czerwcowych 1848, Deflotte. W ten sposób zemściło sprzymierzone z proletaryjatem małomieszczaństwo porażkę swą z 13 czerwca 1849. Znikało ono napozór w chwili niebezpieczeństwa z placu boju, żeby w stosownej chwili wystąpić z większą siłą, z silniejszym okrzykiem bojowym. Jedna okoliczność zwłaszcza zdawała się zwiększać niebezpieczeństwo tego zwycięztwa, odniesionego przy wyborach. W Paryżu głosowała armija za Deflotte przeciwko Lahitte, ministrowi Bonapartego, w departamentach zaś po większej części za Montagnardami, którzy i tu — wprawdzie nie tak stanowczo, jak w Paryżu — wzięli górę nad swymi przeciwnikami.
Bonaparte ujrzał się nagle znowu wobec rewolucyi. I powtórzyła się dawna komedyja: zarówno jak dawniej 29 stycznia 1849, 13-go czerwca 1849 roku, tak i teraz ukrył się za plecami partyi porządku. Kłaniał się uniżenie, przepraszał pokornie, oświadczając, że gotów jest utworzyć na rozkaz większości Izby ministeryjum z wybranych przez nią ludzi, błagał nawet przywódzców partyi orleanistycznej i legitymistycznej — Thiers’ów, Berryer’ów, Broglie’ch, Mole’ów, słowem wszystkich tak zwanych burgrabiów, ażeby ujęli w swe dłonie ster państwa. Partyja porządku nie umiała skorzystać z wypadku tego. Nietylko że me pochwyciła śmiało proponowanej jej władzy, ale nie zmusiła nawet Bonapartego, ażeby powołał napowrót zdemisyjonowane 1-go listopada ministeryum; upakarząjąc go przebaczeniem poprzestała tylko na dodaniu ministerujum d’Hautpoul pana Baroche. Baroche występował po dwakroć zaciekle jako publiczny oskarżyciel przed sądem w Bourges, przeciwko rewolucjonistom z 15-go maja i demokratom z 13-go czerwca; w obu wypadkach przedmiotem rozpraw był zamach na zgromadzenie narodowe. Żaden z ministrów Bonapartego nie przyczynił się potem bardziej do poniżenia zgromadzenia narodowego. Po 2-gim grudnia 1851 spotykamy go znowu w charakterze wice-prezydenta senatu, pobierającego znaczną pensyje. Plunął on po to tylko w kaszę rewolucjonistom, ażeby później Bonaparte ją zjadł.
Partyja socyjalno-demokratyczna tymczasem sprawiała wrażenie zwycięzcy, który szuka pretekstu do zakwestyjonowania własnej wygranej i sam zatępia ostrze swej broni. Vidal, jeden ze świeżo wybranych reprezentantów paryskich, wyszedł jednocześnie z urny wyborczej w Strasburgu. Skłoniono go do uchylenia się od wyboru paryskiego, a przyjęcia natomiast mandatu strasburskiego. Lecz zamiast nadać stanowczy charakter swemu zwycięztwu i zniewolić tem samem partyje porządku, do wrogiego wystąpienia w parlamencie, zamiast zmusić do walki przeciwnika w chwili rozentuzyjazmowania ludu i przychylnego usposobienia armii, partyja demokratyczna nużyła Paryż przez marzec i kwiecień nową agitacyją wyborczą, pozwoliła uśmierzyć się rozbudzonym namiętnościom ludu w tej powtórnej grze wyborczej, nasycić się rewolucyjnej sile konstytucyjnemi wygranemi i wyczerpać się w czczych deklamacyjach i fikcyjnym ruchu, nie przeszkodziła wcale burżuazyi zebrać się i przygotować do walki, nakoniec była przyczyna upadku znaczenia wyborów marcowych, do których pożniejszy kwietniowy wybór Eugenijusza Sue był sentymentalno-bezsilnym komentarzem. Jednem słowem, co zyskano w marcu, stracono w kwietniu.
Parlamentarna większość przejrzała słabość swego przeciwnika. Siedemnastu burgrabiów Izby, którym Bonaparte pozostawił prowadzenie walki i odpowiedzialność za nią, wypracowało nowe prawo wyborcze. Projekt odnośnej ustawy poruczono wnieść panu Faucher, pragnął on bowiem i prosił o dostąpienie tego honoru. Jakoż 8-go maja wniósł on w Izbie ustawę, na mocy której ogólne prawo wyborcze miało być usunięte, a jako warunek postawiono dla każdego wyborcy trzyletni pobyt w miejscu wyborów, przyczem poświadczenia odnośne dla robotników należały do pracodawców.
O ile rewolucyjnym był zapał, z jakim występowali demokraci podczas konstytucyjnej walki wyborczej, o tyle konstytucyjnemi były teraz ich kazania o porządku, majestatycznym spokoju (calme majestueux), prawnej postawie, która nic innego oznaczać nie mogła, jak tylko ślepe poddanie się woli kuntrrewolucyi, panoszącej się w postaci prawa, a frazesy te wówczas najgęściej padały, kiedy należało z bronią w ręka poprzeć powagę zwycięztw wyborczych. Podczas dyskusyj zawstydzali montagnardzi partyję porządku, przybierając wobec jej rewolucyjnej namiętności, beznamiętną postawę mężów prawych, stojących na gruncie legalnym i unicestwiających ją strasznem oskarżeniem, że działa rewolucyjnie. Nawet nowowybrani posłowie starali się dowieść swem przyzwoitem i roztropnem postępowaniem, że niesłusznie okrzyczano ich za anarchistów, tłómacząc ich wybór jako zwycięztwo rewolucyi.
31-go maja przeszło nowe prawo wyborcze. Montague zadowolniła się protestem, który przemycaną drogą dostał się do kieszeni prezydenta. Po ustawie wyborczej zawotowano nową ustawę prasową, druzgocząca do reszty rewolucyjną prasę. Spotkał ją los zasłużony. National i La Presse, dwie mieszczańskie gazety, były odtąd najbardziej wysuniętemi naprzód placówkami rewolucyi.
Widzieliśmy, jak demokratyczni przewódzcy w marcu i kwietniu nie zaniedbali niczego, ażeby uwikłać lud paryski w fikcyjną walkę, jak po 8-ym maja czynili usiłowania, aby tylko wstrzymać go od rzeczywistej walki. Należy przytem pamiętać, że rok 1850 był jednym z najświetniejszych lat pod względem przemysłowym i handlowym, że zatem paryski proletaryjat miał podostatkiem zajęcia. Teraz prawo wyborcze z dnia 31-go maja 1850 wykluczało go od wszelkiego współudziału w politycznej władzy. Zamknęło nawet przed nim plac boju. Strąciło ono robotników znowu do rzędu paryjasów, przywracając status quo z przed rewolucyi lutowej. Proletaryjat dając się wodzić demokratom na pasku w tak ważnej chwili, zapominając wśród chwilowego dobrobytu o rewolucyjnym interesie swej klasy, zrzekł się tem samem honoru, jaki mu zapewniało znaczenie jego, jako siły zdobywającej, poddał się swemu losowi; zaświadczył swem postępowaniem, że porażka w czerwcu 1848 uczyniła go niezdolnymi do boju na długie lata, że historyczny proces musi tymczasem znowu odbywać się ponad głowami ludu. Co się zaś tyczy mało - mieszczańskiej demokracyi, wykrzykującej w dniu 13-go czerwca: „ho, ho, niechno spróbują naruszyć powszechne głosowanie, pokażemy im wówczas..!“ — otóż co do demokracyi, to pocieszała się ona teraz tem, że kontrrewolucyjny cios, zadany jej, nie jest ciosem, prawo zaś z 31 maja nie jest właściwie prawem. 2-go maja 1852 r. każdy francuz ukaże się na placu wyborów, trzymając w jednej ręce kartkę wyborcza, w drugiej zaś miecz ostry. Proroctwem takowem partyja zadowolniła siebie samą.
Armija nakoniec ukaraną została przez swych wodzów zarówno za wybory ostatnie w marcu i w kwietniu 1850, jak i za poprzednie z dnia 29 maja 1849. Tym razem jednak powiedziała ona sobie stanowczo: „nie oszuka nas rewolucyja po raz trzeci.“
Prawo z 31 maja 1850 było coup d’etat burżuazyi. Dotychczasowe jej zwycięztwa nad rewolucyją miały tylko prowizoryczny charakter. Mogły być po prostu zakwestyjonowane, po ustąpieniu obecnego zgromadzenia narodowego. Zależały bowiem od rezultatu nowych, powszechnych wyborów, a jak historyja tych ostatnich od 1848 roku dowodzi niezbicie, w tym samym stosunku, w jakim rozwijało się faktyczne panowanie burżuazyi, nikło jej moralne panowanie nad masami ludu. Powszechne prawo wyborcze okazało się 10 marca jako bezwarunkowo wrogie panowaniu burżuazyi, to też burżuazyja wydała nań wyrok śmierci. Ustawa wyborcza z 31 maja była zatem jednym z niezbędnych warunków walki klasowej. Z drugiej strony wedle praw konstytucyi, wybór prezydenta rzeczypospolitej był wówczas prawomocnym, jeżeli na kandydata padło najmniej dwa milijony głosów. Jeżeli żaden z pretendentów nie miał za sobą owego minimum, do zgromadzenia narodowego należał wybór prezydenta z pośród trzech kandydatów, którzy otrzymali największą ilość głosów. Wówczas kiedy konstytuanta uchwaliła to prawo, 10 milijonów wyborców stawało do urny, dosyć więc było jednej piątej głosów, ażeby wybór prezydenta uczynić prawomocnym. Ustawa z dnia 31 maja wykreśliła co najmniej trzy milijony głosów z list wyborczych, ograniczyła zatem liczbę głosujących do siedmiu milijonów, utrzymując jednak prawne minimum prezydyjalne dwóch milijonów w dawnej sile. W ten sposób podniosło się owo minimum z jednej piątej, niemal do jednej trzeciej głosów, innemi słowy niczego nie zaniedbano, ażeby wybór prezydenta przemycić z rąk ludu w ręce zgromadzenia narodowego. Tak więc zdawało się, że partyja porządku dekretem wyborczym z dnia 31 maja, umocniła podwójnie swe rządy, pozostawiając wybór zgromadzenia narodowego i prezydenta osiadłej, najmniej rewolucyjnej części społeczeństwa.

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł fr. figuranta


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karl Marx i tłumacza: anonimowy.