Ośmnasty Brumaire’a Ludwika Bonaparte/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karl Marx
Tytuł Pisma pomniejsze
Wydawca Librairie Keva (s. 1),
Librairie Ghio (s. 2-3)
Data wydania 1886-1889
Miejsce wyd. Paryż
Tłumacz Anonimowy (s. 1, 2),
Leon Winiarski (s. 3)
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako ePub Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako PDF Pobierz Cały tekst „Ośmnastego Brumaire’a“ jako MOBI
Cały tekst „Pism pomniejszych“
Indeks stron
III.

29 maja 1849 r. prawodawcze zgromadzenie narodowe rozpoczęło swe obrady. 2 grudnia 1851 zostało ono zniweczone. Na okres ten przypada żywot konstytucyjnej czyli parlamentarnej rzeczypospolitej...
W pierwszej francuskiej rewolucyi po rządach konstytuanty następuje okres panowania Żyrondy, potem idą rządy Jakobinów. Każda z partyj miała za plecami żywioły bardziej postępowe. Skoro którakolwiek z nich doprowadziła sprawę rewolucyi do stadyjum takiego, że ruchowi już nietylko przewodzić, lecz nawet zdążyć za nim nie była w stanie, wówczas przychodziła kolej na śmielszych jej sprzymierzeńców, którzy wysuwali się naprzód, wyprawiając poprzedników swych wprost na gilotynę. W ten sposób rewolucyja poruszała się po linii wstępującej.
Odwrotnie rzecz się miała z rewolucyją 1848 roku. Partyja proletaryjatu występuje tu jako nieliczny zastęp, sprzymierzony z partyją małomieszczańską. Drobna burżuazyja zdradza i opuszcza proletaryjat 16-go kwietnia, 15 maja i w dniach czerwcowych. Demokratyczna partyja opiera się również o plecy burżuazyjno-republikańskie. Burżua republikanie, poczuwszy grunt pod nogami, zrzucają niezwłocznie uciążliwego towarzysza i opierają się o plecy partyi porządku. Ta zaś usuwa swe plecy, burżua-republikanie wywracają koziołka, wówczas partyja porządku wsiada na plecy uzbrojonej siły. Zdaje jej się z początku, że siedzi na tych silnych plecach, lecz pewnego pięknego poranku spostrzega nagle, że zmieniły się one w najeżone bagnety. Każda partyja wierzga nogami stojącą poza nią postępowszą partyję, opierając się równocześnie o plecy partyi wstecz prącej.
Nic dziwnego, że pozycyja taka przyprawia każda z nich o utratę równowagi; wszystkie też one, z dziwacznemi minami i grymasami wywijają kozła, upadają na ziemię. Linija rewolucyi jest zstępującą. Wsteczny ów ruch datuje się od chwili, zanim jeszcze uprzątniętą została ostatnia lutowa barykada i zanim utworzono pierwszą rewolucyjną władzę.
Okres, który mamy przed sobą, zawiera w sobie pstrą mieszaninę krzyczących sprzeczności: konstytucyjonalistów, konspirujących jawnie przeciwko konstytucyi, i rewolucyjonistów, będących w gruncie rzeczy konstytucjonalistami; zgromadzenie narodowe, które pragnie być wszechpotężnem, a pozostaje wciąż na poziomie instytucyi parlamentarnej; montagne, której zadaniem jest cierpliwość i odpieranie porażek w teraźniejszości proroctwami przyszłych zwycięztw; rojalistów, owych patres conscripti[1] rzeczypospolitej, których sytuacyja zmusza do utrzymywania za granicą nieprzyjaznych Francyi domów królewskich i popierania w kraju przeciw Bonapartemu znienawidzonej przez nich rzeczypospolitej; władzę wykonawczą we własnej słabości czerpiącą swe siły, w pogardzie zaś, jaką wzbudza, swe poważanie; rzeczpospolitę, nie będącą właściwie niczem innem, jak infamiją dwóch monarchij, restauracyi i monarchii lipcowej z imperyjalistyczną etykietą; ugody związkowe, których pierwszy artykuł zastrzega przedewszystkiem rozwiązanie umowy; walki bez stanowczego rozstrzygnięcia, czczą bezmyślną agitacyję w imię pokoju, uroczystą propagandę pokoju w imię rewolucyi, namiętności bezprawdy, prawdę bez namiętności, bohaterów bez czynów bohaterskich, historyję bez wypadków historycznych; rozwój, którego jedynym impulsem zdaje się być kalendarz, nużący monotonnem powtarzaniem się tych samych nadziei i rozczarowań; przeciwieństwa, które zdaja się dlatego tylko wzrastać, ażeby potem stępić swe ostrza i zniknąć bez śladu przed stanowczem rozwiązaniem kwestyi; wysiłki, domagające się pretensyjonalnie pochwał i mieszczańskie strachy przed niebezpieczeństwem końca świata, a obok tego drobnostkowe intrygi i komedyje dworskie zbawców świata, które swem laisser aller[2] przypominają nietyle sąd ostateczny, jak raczej czasy Frondy[3]; — oficyjalny ogólny geniusz Francyi zwyciężony przez sprytną głupotę jednego awanturnika; wolę narodu, która ilekroć przemawia w wyborach publicznych, zawsze stara się oprzeć o tradycyję, przekazaną przez odwiecznych wrogów interesów ludu, aż nareszcie znajduje swój wyraz w samowoli jednego flibustiera[4].
Jeżeli był kiedykolwiek okres historyi, szarą farbą malowany na tle czarnem, to był nim z pewnością ten okres dziejów Francyi. Ludzie i wypadki wydają się nam Schlemihlami[5] na wspak, cieniami, pozbawionymi ciał, do których należały. Rewolucyja paraliżuje własnych swych działaczy, zwiększając namiętną gwałtowność swych przeciwników. „Czerwone widmo“, zaklinane i wywoływane przez reakcyjonistów, zjawia się nareszcie, lecz nie z anarchistyczną czapką frygijską na łbie, ale w mundurze porządku, w pludrach czerwonych.
Ministeryjum, które Bonaparte powołał 20 grudnia 1848 roku, w dzień swego wniebowstąpienia, było ministeryjum partyi porządku, legitymistycznej i orleańskiej koalicyi. Ministeryjum to przeżyło republikańską konstytuantę, której ostatnie chwile w sposób mniej lub więcej gwałtowny skróciło i znajdowało się teraz u steru. Changarnier, generał sprzymierzonych rojalistów, ciągle jeszcze był jednocześnie głównodowodzącym pierwszej wojennej dywizyi i paryskiej gwardyi narodowej. Ogólne wybory zapewniły wreszcie partyi porządku znaczną większość w zgromadzeniu narodowem.
Deputowani i parowie Ludwika Filipa spotkali tam świętą zgraję legitymistów, dla których liczne kartki wyborcze narodu zmieniły się w bilety wstępu na arenę polityczną. Przychylni Bonapartemu przedstawiciele narodu byli niedosyć liczni, by utworzyć niezależną parlamentarną partyję. Zjawili się oni tylko jako mauvaise queue[6] partyi porządku. Tak więc ta ostatnia posiadała siłę rządową, armiję i prawodawcze ciało, a zatem całą siłę państwa; w dodatku ogólne wybory, panowaniu jej dały pozór woli narodu, a równocześnie zwycięztwo kontrrewolucyi na całym europejskim kontynencie wzmocniły ją były moralnie.
Żadna partyja nie rozpoczynała swej kampanii wśród wróżb pomyślniejszych.
Liczba prawdziwych republikanów — rozbitków w prawodawczem zgromadzeniu narodowem stopniała do 50 członków — na czele ich stali afrykańscy generałowie: Cavaignac, Lamoricière, Bedeau. Ale główną opozycyjną partyję tworzyła Montague. To parlamentarne imię nadała sobie socyjalno-demokratyczna partyja. Rozporządzała ona więcej niż 200 głosami na 750 głosów zgromadzenia narodowego, była zatem przynajmniej równie silną, jak którakolwiek z trzech frakcyj partyi porządku. Względna jej mniejszość w porównaniu z całą rojalistyczną koalicyją, zdawała się być zrównoważona przez szczególne okoliczności. Wybory departamentalne pokazały, że zdobyła ona sobie znaczną ilość zwolenników pomiędzy ludnością wiejska. Wśród swych członków liczyła prawie wszystkich deputowanych Paryża; armija złożyła swe demokratyczne wyznanie wiary w wyborze trzech podoficerów, a dowódzca Montagne, Ledru-Rollin został zaszczycony parlamentarnem szlachectwem przez pięć departamentów, które go złączonymi wybrały głosami; żadnego z reprezentantów partyi porządku honor ten nie spotkał. Zdawało się tedy 29 maja 1849 r., że Montagne, zważywszy na nieuniknione wzajemne starcia wśród rojalistów i partyi porządku z Bonapartym — ma przed sobą wszelkie widoki powodzenia. We dwa tygodnie później straciła ona wszystko, nie wyłączając honoru.
Zanim przystąpimy do rozbioru następnej historyi parlamentarnej, uważamy za stosowne poczynić kilka uwag, ażeby uniknąć zwykłych złudzeń, tyczących się charakteru epoki, która się zajmujemy. Z demokratycznego punktu widzenia, w całym okresie prawodawczego zgromadzenia narodowego widzimy to samo, co i w okresie konstytucyjnym, i tu i tam główną sprawą jest zwyczajna walka między republikanami i rojalistami. Ruch zaś sam streszczają demokraci w jednem haśle: „reakcyja“ — noc, w której wszystkie koty są szare i która pozwala recytować właściwe im i stróżom nocnym trywialności. I rzeczywiście, na pierwszy rzut oka widać w partyi porządku zlepek różnych rojalistycznych frakcyj, z których każda pragnąc posadzić na tron swego pretendenta a wykluczyć kandydata przeciwnej partyi, intryguje przeciw współzawodniczkom, a równocześnie łączy się z niemi we wspólnej nienawiści i wspólnych zaczepkach przeciwko „rzeczypospolitej.“ Montagne, w przeciwieństwie do tej rojalistycznej konspiracyi występuje jako przedstawicielka „rzeczypospolitej.“ Partyja porządku jest nieustannie zajęta „reakcyją“, która zupełnie tak samo, jak w Prusiech, skierowaną jest przeciwko prasie, stowarzyszeniom itd., a przejawia się na sposób pruski w brutalnym policyjnym nadzorze ze strony biurokracyi, żandarmeryi i sądu. Montagne walczy z owemi zaczepkami i broni „wiecznych praw człowieka“, podobnie jak to czyniła każda z tak zwanych partyj ludowych mniej więcej już od półtora wieku. Przypatrzmy się wszakże bliżej sytuacyi; a zniknie ów pozór, przysłaniający walkę klas i szczególną fizyognomiję tego czasu.
Jak powiedzieliśmy wyżej, tworzyli legitymiści i orleaniści dwie wielkie frakcyje partyi porządku. Czy oprócz lilii i trójkolorowej wstęgi, domu Burbonów i domu orleańskiego, nie istniały inne jeszcze powody, dzięki którym osoby pretendentów cieszyły się przywiązaniem owych frakcyj, czy różne odcienie rojalizmu wystarczyły do stałego ich rozdwojenia?..
Za rządów burbońskich panowała wielka własność ziemska ze swymi klechami i lokajami, za Orleanów wielkie finanse, wielki przemysł, wielki handel, to jest kapitał ze świtą adwokatów, profesorów i krasomówców. Prawowite królestwo było tylko politycznym wyrazem dziedzicznego panowania wielkich właścicieli ziemskich, jak monarchija lipcowa stanowiła wyraz uzurpatorskiego panowania mieszczańskich parwenijuszów. A więc nie tak zwane zasady rozłączały owe frakcyje, ale warunki ich materyjalnego bytu, dwa różne rodzaje własności, było to odwieczne przeciwieństwo między miastem i wsia, rywalizacyja kapitału i własności ziemskiej. Któż atoli zaprzeczy, że łączyły je również z każdym z domów królewskich stare wspomnienia, osobiste nienawiści, obawy i nadzieje, przesądy i złudzenia, sympatyje i antypatyje, przekonania, artykuły wiary i zasady? Na różnych stopniach rozwoju własności, na podstawie społecznych warunków bytu, wznosi się cała budowa różnych i we właściwy sposób wytworzonych uczuć, złudzeń, przekonań życiowych i naukowych. Cała klasa stwarza je i urabia z materyjalnych podstaw swego bytu i z odpowiednich stosunków społecznych. Pojedyncze indywiduum, otrzymując je przez tradycyję i wychowanie, wyobrażać sobie może że one stanowią prawdziwą przyczynę i punkt wyjścia jego działalności. Każda z dwóch frakcyj zarówno orleaniści, jak legitymiści, starali się wmówić w siebie i w drugich, że rozdziela ich przywiązanie do dwóch domów królewskich, ale fakty później dowiodły, że nie wierność dla władzców, lecz sprzeczne interesy przeszkadzały połączeniu dwóch domów królewskich. Wszak rozróżniamy w życiu prywatnem to, co dana osobistość sama o sobie myśli i mówi, od tego czem ona jest w rzeczywistości i co istotnie robi? o ileż więcej w historycznych walkach odróżniać należy frazesy i wyobrażenia partyj od właściwego ich organizmu i realnych interesów, wyobrażenie, jakie mają o sobie od ich rzeczywistego obrazu. Orleaniści i legitymiści znaleźli się w rzeczypospolitej obok siebie, wystawiali jednakie roszczenia. Jeżeli każdy obóz naprzekór drugiemu starał się przeprowadzić restauracyję królewskiego domu, pod którego sztandarem walczył, znaczyło to tylko, że dwie wielkie odmienne kategoryje, pomiędzy które rozłamują się interesy burżuazyi — własność ziemska i kapitał — dążyły każda do zapewnienia sobie zwierzchnictwa i panowania nad druga. Mówimy o dwóch interesach burżuazyi, ponieważ wielka własność ziemska, pomimo kokietowania swym feodalizmem i dumy rasowej, stała się zupełnie mieszczańską w ciągu rozwoju współczesnego społeczeństwa. Tak samo Torysi w Anglii wyobrażali sobie przez długi czas, że czcza monarchije, kościół i piękności staro-angielskiej formy rządu, dopiero w chwili niebezpieczeństwa wyznali, że czczą tylko rente gruntową.
Sprzymierzeni rojaliści prowadzili intrygę przeciwko sobie w prasie, w Ems, w Claremont, poza obrębem parlamentu. Za kulisami wkładali stare, orleańskie i legitymistyczne liberyje, by puścić się w harce turniejowe. Ale na otwartej scenie, w głównej państwowej akcyi, oddawali czołobitność swym domom królewskim i odkładali restauracyję monarchii ad infinitum[7]. Wykonywali oni swe właściwe czynności, jako partyja porządku, t. j. pod społecznym, a nie politycznym tytułem, jako przedstawiciele burżuazyjnego porządku rzeczy, nie jako rycerze wędrownych księżniczek, jako klasa burżuazyi przeciwko innym klasom, nie zaś jako rojaliści przeciwko republikanom. Rojaliści występując jako partyja porządku, rządzącą w parlamencie, dawali się srożej we znaki innym klasom społecznym, niż kiedykolwiek za czasów restauracyi lub za lipcowej monarchii, twarde ich rządy miały wprawdzie obsłonkę parlamentarnej rzeczypospolitej, gdyż tylko w tej formie mogły się złaczyć dwa wielkie oddziały francuskiej burżuazyi, postawić na porządku dziennym panowanie swej klasy, zamiast rządu uprzywilejowanej frakcyi. Jeżeli pomimo to, jako partyja porządku, obrzucali oni obelgami rzeczpospolitę, przejawiając swój wstręt do niej, działo się to nietylko z powodu wspomnień rojalistycznych. Uczył ich instynkt, że rzeczpospolita, oddając polityczne panowanie w ich ręce, podkopuje zarazem jego społeczną podstawę, zmuszając ich do spotkania się oko w oko z uciemiężonemi klasami, do bezpośredniej walki z nimi, podczas kiedy dawniej blask korony zakrywał właściwą klasę rządzących, pozwalał narodowy interes wpleść do walk partyjnych i buntów przeciw władzy królewskiej. Uczucie słabości cofać im się kazało przed wyraźnem zaznaczeniem swego klasowego panowania, tęsknili za mniej doskonałemi, mniej rozwiniętemi, a więc i mniej ryzykownemi formami tego panowania. Ile razy wszakże sprzymierzeni rojaliści starli się ze stojącym naprzeciwko nich pretendentem Bonaparte, w obawie, że ich parlamentarnej wszechpotędze grozi niebezpieczeństwo ze strony władzy wykonawczej, ile razy wskazać mieli na uzasadnienie polityczne swego panowania, zawsze występowali w roli republikanów, nie rojalistów, zacząwszy od orleanisty Thiers’a, który ostrzega zgromadzenie narodowe, że przy innej formie rządu, jak republikańska, mniej solidarnie występować mogą składające je żywioły, a skończywszy na legitymiście Berryer, który 2 gr. 1851 r., opasawszy się trójkolorową wstęgą, przemawia jako trybun w imie­niu rzeczypospolitej do ludu, zebranego przed merostwem X-go okrę­gu. Wprawdzie echo odpowiada mu drwiąco : Henryk V-ty !.. Hen­ryk V-ty... — ale on na to nie zważa.
Przeciwko sprzymierzonej burżuazyi utworzył się związek drob­nych mieszczan i robotników, tak zwana socyjalno-demokratyczna partyja. Drobni mieszczanie spostrzegli, że po dniach lipco­wych 1848 r źle zostali wynagrodzeni, że materyjalne ich interesy są w niebezpieczeństwie a demokratyczne gwarancyje, które zapewnić miały uwzględnienie owych interesów, zakwestyjonowała kontrrewolucyja. Zbliżyli się przeto do robotników. Ich zaś parlamentarna przedstawicielka, partyja Montagne, usunięta na stronę podczas dy­ktatury burżuazyjnych republikanów, zdobyła poprzednio zatraconą popularność, w drugiej połowie egzystencyi konstytuanty, przez walkę z Bonapartem i rojalistycznymi ministrami. Weszła ona w związek z przywódzcami socyjalistycznymi. W lutym 1849 roku wydawano pojednawcze uczty. Wspólny program został nakreślony, utworzono wspólne komitety wyborcze i postawiono wspólnych kan­dydatów. Socyjalnym żądaniom proletaryjatu odłamano rewolucyjne ostrze i nadano im demokratyczny kierunek, a demokratyczne rosz­czenia małomieszczaństwa czysto polityczne ubrano w socyjalistyczne szaty. Tak powstała socyjalna demokracyja.... Wynik tej kombinacyi, nowa Montagne, zawierała, wyjąwszy kilku figurantów z klasy roboczej i kilku socyjalistycznych sekciarzy, te same elementy, co i dawna, tylko w większej ilości. Ale z biegiem oko­liczności zmieniła się ona wraz z klasą, którą reprezentowała. Szczególny charakter socyjalnej demokracyi streszcza się w żądaniu utworzenia demokratyczno-republikańskich instytucyj, jako środków, mających na celu nie zniesienie dwóch ostateczności: kapitału i płatnej pracy, ale osłabienie istniejących między niemi przeci­wieństw i zmianę ich na harmoniję. Treść zostaje zawsze ta sama, jakkolwiek różnemi byłyby drogi, proponowane dla osiągnięcia celu. Treścią tą jest przekształcenie społeczeństwa na demokratyczny sposób, ale przekształcenie w granicach mało - mieszczaństwa. Nie należy jednak wyobrażać sobie, że mało-mieszczaństwo chce zasadni­czo przeprowadzić swój egoistyczny interes klasowy. Wierzy ono raczej, że specyjalne warunki jego oswobodzenia są ogólnymi warunkami, które jedynie uratować mogą spółczesne społeczeństwo i usunąć walkę klasową. Również nie trzeba wyobrażać sobie, że wszyscy demokratyczni reprezentanci są lub mają za ideał shopkeepers[8]. Mogą oni stać o całe niebo wyżej przez swe wykształcenie i indywidualną pozycyję. Przedstawicielami drobnego mieszczaństwa czyni ich to, że w pojęciach nie podobna im przejść poza sferę, której mieszczanin w życiu nie przekracza, że więc teoretycznie dochodzą oni do tych samych postulatów, co drobno-mieszczanin i znajdują na takowe to rozwiązanie, do jakiego doprowadza go praktycznie materyjalny interes i stanowisko społeczne. Takim jest wogóle stosunek politycznych i literackich przedstawicieli do klasy, którą reprezentują.
Po tem wytłomaczeniu rozumie się samo przez się, że jakkolwiek Montagne ustawicznie walczy z partyją porządku o rzeczpospolitę i o tak zwane prawa człowieka, z tem wszystkiem atoli ani rzeczpospolita, ani prawa człowieka nie stanowią jej ostatecznego celu, podobnie jak wyłącznym celem wojska podczas toczącej się kampanii nie jest jedynie opór wobec przeciwników, pragnących je rozbroić.
Partyja porządku zaraz po zagajeniu obrad zgromadzenia narodowego rzuciła rękawicę Montagne. Burżuazyja uczuwała teraz potrzebę skończyć ostatecznie z demokratycznymi mało-mieszczanami, tak samo, jak przed rokiem uważała za konieczne uporać się z rewolucyjnym proletaryjatem. Ale obecna sytuacyja była odmienną od poprzedniej. Siła proletaryjatu przejawiała się na ulicy, siła zaś drobnych mieszczan była w samem zgromadzeniu narodowem. Należało ich tedy w sposób zręczny wyprowadzić z sali obrad na ulicę i dać im samym złamać własną parlamentarną potęgę, póki czas i okoliczności nie utrwaliły jej jeszcze. Montagne rzuciła się na oślep w pułapkę.
Bombardowanie Rzymu przez francuskie wojska było taką przynętą, naruszało bowiem artykuł V konstytucyi, który zabraniał francuskiej rzeczypospolitej używać swych sił wojennych przeciwko swobodzie innego narodu. Przytem wedle artykułu IV władza wykonawcza nie mogła wypowiedzieć wojny bez zgody zgromadzenia narodowego, a zgromadzenie, jak wiadomo, uchwałą z dnia 8 maja nie uznało wyprawy rzymskiej za słuszna. Opierając się na tem, Ledru-Rollin złożył 11 czerwca 1849 akt oskarżenia przeciw Bonapartemu i jego ministrom. Podbudzony przez Thiersa, który, jak osa, kłuł go swymi zjadliwymi słowami, rzucił nawet w uniesieniu pogróżkę, że będzie bronił konstytucyi wszelkimi środkami, choćby z bronią w ręku. Montagne powstała wówczas, jak jeden mąż i powtórzyła ten okrzyk bojowy. 12-go czerwca zgromadzenie narodowe odrzuciło akt oskarżenia i Montagne opuściła parlament. Wypadki 13 czerwca są powszechnie znane: wydany został manifest odłamu partyi Montagne, w którym ogłaszało się, że Bonaparte i jego ministrowie są „wyjęci z pod praw konstytucyi”, potem odbyła się procesyja uliczna demokratycznych gwardzistów narodowych, którzy wystąpiwszy bez broni, rozpierzchli się przy pierwszem spotkaniu z wojskami Changarnier’a itd. itd. Jedni z Montagne uciekli za granicę, drudzy zostali oddani pod sąd w Bourges, resztę zaś wedle uchwały parlamentu oddano pod bakalarski nadzór prezydenta zgromadzenia nardowego. W Paryżu zaprowadzono stan oblężenia, a demokratycznej części gwardyi narodowej udzielono dymisyją. W ten sposób zostały złamane wpływ Montagne w parlamencie, a siła drobnomieszczań­stwa w Paryżu.
W Lyonie, gdzie 13-ty czerwca był sygnałem do krwawego po­wstania robotników, i w pięciu sąsiednich departamentach ogłoszono stan oblężenia i stan ten trwa po dziś dzień.
Większość Montagne opuściła swą przednią straż , nie chcąc podpisać manifestu. Prasa rzuciła się do dezercyi, gdyż tylko dwa dzienniki odważyły się ogłosić owo pronunciamento[9]. Mało-mieszczaństwo zdradziło swych przedstawicieli, gwardziści bowiem nietylko nie wzięli należytego udziału w demonstracyi, lecz nawet niszczyli świeżo postawione barykady. Przedstawiciele naodwrót oszukali dro­bne mieszczaństwo. Oglądało się ono napróżno za sprzymierzonymi oddziałami armii, o których pomocy reprezentanci zapewniali drobną burżuazyję. Wreszcie demokratyczna partyja, zamiast znaleść w sile proletaryjatu oparcie, zaraziła go tylko swą słabością. To też — jak zwykle bywa w chwilach demokratycznych bohaterstw — przewódzcy drobnomieszczaństwa mogli teraz z cała satysfakcyją obwiniać swój „lud“ o dezercyję, lud zaś z niemniejszem zadośćuczynie­niem obwiniał swych przewódzców o oszustwo.
Rzadko która działalność była z większym hałasem zapowiadaną, jak owa właśnie kampanija Montagne, rzadko kiedy roztrąbiano z większą pewnością siebie, przedwcześnie, niechybne zwycięztwo w chwili stanowczej. Demokraci oczywiście wierzą mocno w trąby, od których przeraźliwego dźwięku runęły mury jerychońskie. To też ilekroć tylko mają przed sobą mury despotyzmu, zawsze starają się sprowadzić powtórnie ów cud sławny. Skoro Montagne chciała zwy­ciężyć w parlamencie — nie należało jej w sali obrad podnosić wo­jennego okrzyku; lecz gdy już raz w parlamencie padło hasło: „Do broni!..“ wówczas nie trzeba było zachowywać się parlamentarnie na ulicy. Jeżeli rzeczywiście miała to być tylko pokojowa demonstracyja, to trudno było nie przewidzieć, że przyjęta ona będzie przez wodzów jako krok wojowniczy. Skoro zaś zamierzano na prawdę walczyć — to postąpiono bądź co bądź oryginalnie, nie biorąc broni, którą miano walczyć. Okazuje się tedy, że rewolucyjne pogróżki mało-mieszczaństwa i jego demokratycznych przedstawicieli są to po prostu próby nastraszenia przeciwnika. W chwili stanowczej jednak, kiedy kompromitacyja zaszła za daleko i potrzeba przystąpić do wykonania swych pogróżek, w chwili takiej poczyna się postępować w sposób dwuznaczny, unikając środków, wiodących wprost do celu, i szukając pretekstów do przegranej. Grzmiąca, hałaśliwa uwertura, zapowiadająca walkę, zmienia się w ciche mruczenie; przed samem rozpoczęciem walki, aktorowie przestają traktować rzecz au sérieux[10] i akcyja niknie, maleje i kurczy się, jak napełniony powietrzem balon, którego powierzchnię przekłuto igłą.
Żadna partyja nie przecenia w ten sposób swych środków, jak demokratyczna, — jak niemniej żadna nie myli się tak łatwo w roz­biorze sytuacyi. Część armii głosowała za Montagne, wystarczało to partyi, ażeby uwierzyć, że armija pójdzie za jej przykładem. Lecz jakiż podano powód powstania? Oto taki, który z punktu widzenia wojska nie mógł być inaczej tłomaczony, jak tylko, że rewolucyjoniści biorą stronę włoskich żołnierzy w Rzymie przeciwko armii francuskiej. Przytem wypadki czerwcowe 1848 stały jeszcze świeżo w pamięci, niechęć proletaryjatu do gwardyi narodowej była zbyt głęboka, przewódcy zaś tajnych stowarzyszeń odnosili się z niedowierzaniem do przedstawicieli demokracyi. Tylko w imię ważnych, wspólnych interesów można było usunąć te różnice, naruszenie zaś abstrakcyjnego paragrafu ustawy krajowej nie mogło przedstawiać takiego interesu. Czyliż bowiem nie naruszano już kilkakrotnie usta­wy, jak to zapewniali sami demokraci ? Czyliż najpopularniejsze dzienniki nie napiętnowały tej ustawy, jako rozporządzenie reakcyj­ne ? Ale demokrata , przedstawiający małomieszczaństwo, a zatem klasę przejściową, w której stępiają się ostrza wrogich sobie interesów proletaryjatu i wielkiej burżuazyi uważa się za wyższego nad wszelki wogóle kontrast klasowy. Demokraci przyznają, że na­ przeciw nich stoi uprzywilejowana klasa, powtarzają jednak, że sami — z reszta narodu — tworzą „lud.“ Jeżeli bronią czego, to tylko praw ludu; jeżeli ich cokolwiek obchodzi, to jedynie interesy ludu. Pocóż im tedy badać interesy i położenie różnych klas w chwili groźnej, po co zbyt skrupulatnie obliczać swe własne siły ? Wystarczy tylko dać znak, by lud ze wszystkiemi swemi niewyczerpanemi siłami rzucił się na ciemiężycieli. A kiedy wreszcie okaże się, że interesy ich nie są wcale interesującymi, a siła ich bezsilną, wówczas składa się winę bądź na zgubnych sofistów, którzy nierozdzielny lud dzielą na rozmaite nieprzyjazne sobie obozy, bądź na armiję zbyt zezwierzęconą i zaślepiona, żeby mogła pojąć, że demokracyja chciała jej własnego dobra, albo tłomaczy się, że całość rozbiła się o jakiś szczegół w wykonaniu, albo nareszcie, że jakiś nieprzewidziany wypadek zniweczył na razie sprawę. Słowem demo­krata wychodzi zawsze choćby z najhaniebniejszej klęski bez zma­zy i tak niewinnie, jak niewinnie przystępował do dzieła, z nieśmiertelnem przekonaniem, że zwyciężyć musi i nigdy mu na myśl nie przyjdzie, żeby on i jego partyja zejść miały z dawnego stano­wiska, przeciwnie, wierzy on mocno, że raczej okoliczności dojrzeją i zastosują się do tego stanowiska.
Nie trzeba więc wystawiać sobie, że zdziesiątkowana, złamana i upokorzona przez nowy regulamin parlamentarny Montagne była istotnie bardzo nieszczęśliwą. 13-ty czerwca usunął wprawdzie jej przywódzców, ale natomiast otworzył on pole dla podrzędnych zdol­ności, którym pochlebiało nowe stanowisko. Ponieważ nie podobna już było wątpić w bezsilność demokratów w parlamencie, przeto czuli się oni zupełnie uprawnieni poprzestać na wybuchach moral­nego oburzenia i hałaśliwych deklamacyjach. Partyja porządku uda­wała, że widzi w nich, jako w ostatnich oficyjalnych przedstawicie­lach rewolucyi, uzmysłowione wszelkie okropności anarchii, to roz­wiązywało im ręce — wobec takich zarzutów mogli być teraz śmiało jeszcze bardziej płaskimi i skromnymi. Po klęsce 13 czerwca ludzie ci pocieszają sie wykrzyknikami: Ho, ho, niechaj się tylko poważą nadwerężyć ogólne prawo wyborcze, wówczas zobaczymy ! Wówczas pokażemy im, kto jesteśmy ! Nous rerrons[11].
Co do członków Montagne, którzy uciekli za granicę, wystarczy tu wspomnieć, że Ledru-Rollin , któremu , jako wodzowi, udało się zgubić bezpowrotnie w przeciągu dwóch tygodni potężną partyję , czuł się teraz w prawie utworzyć francuski rząd in partibus[12]. Postać jego na obczyźnie, usunięta z placu działalności, zdawała się rosnąć w miarę obniżania się poziomu rewolucyi i karłowacenia oficyjalnych przedstawicieli oficyjalnej Francyi. Ogłaszał on peryjodycznie okólniki do Wołochów i innych ludów i w okólnikach tych groził despotom kontynentu swymi i swych sprzymierzeńców czy­nami. Nie miałże Proudhon trochę racyi, wołając do tych panów : Vous n’êtes que des blagueurs?..[13]
Partyja porządku w dniu 13 czerwca nietylko zniszczyła Montagne, lecz zarazem wymogła na Izbie ustawę, w myśl której konstytucyja podporządkowaną być miała uchwałom większości zgroma­dzenia narodowego. Rzeczpospolita wedle jej pojmowania miała być niczem innem, jak tylko parlamentarną formą rządów burżuazyi, nie­ograniczoną, jak w monarchii, przez veto siły wykonawczej lub roz­porządzenie rozwiązania parlamentu. Była to zatem parlamentarna rzeczpospolita, jak ją nazywał Thiers. Lecz czyż burżuazyja zape­wniając sobie 13-go czerwca wszechpotęgę w parlamencie, zapomocą usunięcia z Izby najpopularniejszej części zgromadzenia, nie zdyskre­dytowała sama siebie, nie osłabiła nieuleczalnie parlamentaryzmu wobec władzy wykonawczej i ludu ? Oddając bez wszelkiej ceremonii licznych deputatów w ręce straży wojskowej, zniszczyła ona tem samem parlamentarną nietykalność. Upokarzający regulamin, któremu Montagne poddać się musiała, o tyle wywyższa prezydenta rzeczypospolitej, o ile z drugiej strony poniża każdego przedstawiciela ludu. Piętnując każde powstanie w celu obrony konstytucyjnej ustawy jako anarchistyczną i mającą na celu obalenie społeczeństwa działalność, odcięła sobie samej odwrót. W razie gdyby władza wy­konawcza, działając przeciwko parlamentowi, naruszyła konstytucyję, rząd parlamentarny nie mógł już po tem wszystkiem dać hasła do powstania. Jakby dla ironii dziejów zwrócono się do generała Ondinota, który z polecenia Bonapartego bombardował Rzym i dał w ten sposób bezpośredni powód do konstytucyjnego buntu 13-go czerwca, zwrócono się tedy do niego, błagając go napróżno, aby przyjął ofiarowane mu przez partyję porządku stanowisko generała konstytucyi przeciwko Bonapartemu. Innego bohatera 13-go czerwca Vieyra, obsypywano z trybuny zgromadzenia narodowego pochwałami za brutalne napaści w izbach redakcyjnych demokratycznych dzienni­ków, spełniane na czele płatnej przez finansistów zgrai gwardzistów narodowych. Ten sam Vieyra wtajemniczonym był później w spisek Bonapartego i w chwili, kiedy zgromadzenie narodowe w ostatniej godzinie swego istnienia najwięcej potrzebowało pomocy ze strony gwardyi, odciął mu możność korzystania z niej.
13-ty czerwca miał jeszcze inne znaczenie. Montagne chciała pociągnąć Bonapartego do odpowiedzialności. Porażka jej była więc bezpośredniem zwycięztwem Bonapartego, osobistym jego tryumfem nad demokratycznymi nieprzyjaciółmi. Partyja porządku wywalczyła zwycięztwo, do Bonapartego należało skorzystać z niego. Tak się też stało. 14-go czerwca na murach Paryża pojawiła się proklamacyja, w której prezydent, z rzekomą niechęcią, niby zmuszony siłą wypadków, występuje ze swej klasztornej samotności, skarży się na niesłuszne oszczerstwa swych przeciwników i utożsamiając na pozór swoją osobę ze sprawą porządku, w istocie utożsamia sprawę porządku z własną osobą. Przytem dodać należy, że jakkolwiek zgroma­dzenie narodowe dopiero później wyprawę przeciw Rzymowi za słu­szną uznało, z tem wszystkiem jednak Bonaparte był inicyjatorem takowej : wprowadziwszy do Watykanu arcykapłana Samuela, mógł się spodziewać, że jako król Dawid wkroczy do Tuillerów. Pomoc klechów była zapewnioną.
Jak widzieliśmy, bunt z 13-go czerwca zeszedł do rzędu poko­jowej procesyi ulicznej. Występując przeciw niej zbrojnie, nie mo­żna było chyba myśleć o zwycięzkich laurach. Nie przeszkadzało to jednak partyi porządku — w tym ubogim w bohaterów i wy­padki okresie — przypisać onej bitwie bez krwi przelewu doniosło­ści drugiego Austerlitz. Trybuna i prasa wychwalały armiję jako siłę porządku w przeciwstawieniu do mas ludowych, przedstawiają­cych bezsilność anarchii; z Changarnier’a zrobiono „warownię spo­łeczeństwa.“ W mistyfikacyję tę sam on nareszcie uwierzył. Jedno­cześnie wyprawiono z Paryża podejrzane korpusy wojenne, prze­rzucono do Algieru pułki, które przy wyborach okazały się najbar­dziej demokratycznymi, niespokojne głowy z pośród wojska skazano do pułków poprawczych, wreszcie — postępując systematycznie — przecięto wzajemne stosunki prasy z koszarami, a koszar z mieszczańskiem społeczeństwem.
W tem miejscu stanęliśmy wobec i rozstrzygającego, kulminacyj­nego momentu w historyi francuskiej gwardyi narodowej. W 1830 roku rostrzygnęła ona upadek restauracyi. Za Ludwika Filipa żaden bunt nie udał się, ilekroć gwardyja narodowa była po stronie armii. Kiedy w dniach lutowych 1848 zajęła ona stanowisko bierne wobec powstania, a dwóznaczne wobec Ludwika Filipa, ten ostatni uwa­żał się za zgubionego. Wyrobiło się zatem przekonanie, że ani rewolucyja bez gwardyi, ani tez armija, mając tę ostatnią przeciw sobie , zwyciężyć nie mogą. Była to przesądna wiara wojska w wszechpotęgę mieszczańską. Dni czerwcowe 1848 roku, kiedy to cała gwardyja narodowa wraz z armiją stłumiła powstanie, umocniły ten przesąd. Po owładnięciu rządem przez Bonapartego, obniżyło się w pewnej mierze dotychczasowe stanowisko gwardyi narodowej, Changarnier bowiem otrzymał, wbrew konstytucyi, obok dowództwa nad pierwszą wojenną dywizyją i naczelną komendę gwardyi.
Jak dowództwo nad gwardyją narodową zeszło do rzędu atry­butu głównodowodzącego generała, tak i ona sama była teraz tylko dodatkiem do armii. 13-go czerwca nareszcie została złamaną i to nietylko wskutek częściowego rozwiązania oddziałów, które się od­tąd peryjodycznie powtarzało w całym kraju i zostawiło z niej tylko resztki. Demonstracyja 13 czerwca była przedewszystkiem demonstracyją demokratycznych oddziałów gwardyi narodowej. Nie za­świeciły one wprawdzie w oczy armii bronią, lecz mundurami, a właśnie uniform ów był ich talizmanem. Armija przekonała się, że uni­form ten jest wełnianym gałganem, nie rózniącym się w niczem od innych. Rozwiał się tedy czar talizmanu. W czerwcu 1848 burżuazyja i drobne mieszczaństwo, stanowiące gwardyję narodową, sprzy­mierzyły się z armiją przeciwko proletaryjatowi, 13 czerwca 1849 kazała burżuazyja armii rozproszyć małomieszczańską gwaidyję na­rodową, 2 grudnia 1851 znikła wreszcie i gwardyja burżuazyi; Bo­naparte, podpisując później dekret rozwiązania oddziałów, stwierdzał tylko fakt jej upadku. Tak więc od chwili, kiedy mało-mieszczaństwo, rzuciwszy stanowisko wasala burżuazyi, z tyłów jej przeszło naprzód i zajęło front rewolucyjny, ta ostatnia złamała sama swój oręż przeciwko armii, jak wogóle zniszczyć musiała własną ręką wszystkie środki obronne przeciwko absolutyzmowi w chwili, kiedy sama stała się absolutną.
Partyja porządku święciła tymczasem powrót do władzy, którą po to chyba straciła, w 1848 r., ażeby pochwycić ją napowrót w r. 1849, święciła reakcyję, ciskając obelgi przeciwko rzeczypospolitej i konstytucyi, przeklinając wszystkie przyszłe, terażniejsze i przeszłe rewolucyje, nie wyłączając tych nawet, które urządzali obecni przywódzcy partyi porządku, i wydając prawa, z pomocą których nałożono kaganiec na prasę, zniszczono asocyjacyje i uregulowano stan oblężenia jako istotną, niezbędną instytucyję. Wkrótce potem zgromadzenie narodowe zawiesiło swe posiedzenie od połowy sierpnia do połowy października, zamianowawszy poprzednio komisyję, na czas swej nieczynności. W ciągu tych feryj intrygowano, gdzie się tylko dało: legitymiści intrygowali z Ems, orleaniści z Claremont, Bonaparte podczas książęcych podróży, zaś radcy departamentów w zgromadzeniach, debatujących nad rewizyją ustawy krajowej. Odtąd taktyka ta, do której wrócę jeszcze, powtarza się regularnie podczas feryj parlamentu. W tem miejscu zwrócę tylko uwagę, że zgromadzenie narodowe postępowało nie politycznie, znikając na dłuższy czas ze sceny i pozostawiając na czele rzeczypospolitej tylko jednę — jakkolwiek marną — osobistość Ludwika Bonaparte, podczas gdy różnorodne rojalistyczne składniki partyi porzadku, żrąc się wzajemnie — ku zgorszeniu publiczności — dawały folgę swym sprzecznym, restauracyjnym popędom. Ilekroć podczas feryj gwar parlamentu milknął, a ciało jego rozpływało się w narodzie, widocznem było, że jednego tylko brakuje do wykończenia prawdziwej postaci rzeczypospolitej, oto: uwiecznienia feryj parlamentu i zamiany dewizy: liberté, égalité, fraternité, [14] na wcale niedwuznaczną: infanterie, cavalerie, artillerie![15]

Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł łac. senatorów
  2. Przypis własny Wikiźródeł fr. niedbalstwem
  3. Fronda — polityczna partyja we Francyi, walcząca w r. 1648 z rządem, na którego czele stał dygnitarz kardynał Mazarin. Partyja ta składała się z członków parlamentu i mieszczan parykich. [Przyp. tłom.]
  4. Przypis własny Wikiźródeł niem. pirata
  5. „Dziwna historyja Piotra Schlemihla“ p. Chamisso. Jest to opowiadanie o człowieku, który cień swój sprzedał. [przyp. tłom.]
  6. Przypis własny Wikiźródeł fr. zły ogon
  7. Przypis własny Wikiźródeł łac. w nieskończoność
  8. Drobny kupiec
  9. Przypis własny Wikiźródeł ang. edykt, proklamacja
  10. Przypis własny Wikiźródeł fr. na serio
  11. Przypis własny Wikiźródeł fr. przekonamy się
  12. Przypis własny Wikiźródeł łac. w części
  13. Przypis własny Wikiźródeł fr. Jesteście tylko żartownisiami?..
  14. Przypis własny Wikiźródeł fr. wolność, równość, braterstwo
  15. Przypis własny Wikiźródeł fr. piechota, kawaleria, artyleria


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karl Marx i tłumacza: anonimowy.