Opowiadanie lekarza

<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Opowiadanie lekarza
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXV
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom IV
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom IV
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
OPOWIADANIE LEKARZA.

Kilkanaście lat temu, garstka „inteligentnych“ warszawian zbierała się w pewnej cukierni. Schodziliśmy się nad wieczorem, pijaliśmy kawę i herbatę, jadaliśmy ciastka i lody, i naturalnie, rozmawialiśmy o wypadkach bieżących. Zebrania te nazywały się „giełdą“, albowiem prawie każdy uczestnik przynosił z sobą nowiny i sprzedawał je towarzyszom — za inne nowiny, takiej samej wartości.
— Słyszeliście, że A. przegrał w karty trzy tysiące rubli i nie zapłacił?
— A czy wiecie, że B. zeszedł pana C. na bardzo czułej rozmowie ze swoją żoną?...
— Stare dzieje!... Ciekawe jest to, że pana E. przydybano na kasowych nadużyciach i będzie proces...
Nowin tych, między innymi, słuchał zazwyczaj milczący lekarz, nazwijmy go — Steckim. Spokojnie oglądał ilustracje i nagle wybuchnął krótkim śmiechem.
„Giełdziarze“ umilkli, a jeden z nich, może dotknięty śmiechem, zapytał:
— Cóż się to stało doktorowi?...
— Przypomniałem sobie pewne zdarzenie — odparł Stecki i w dalszym ciągu oglądał drzeworyty.
Śmiech jego zmroził towarzystwo. Przestano opowiadać sobie „wiadomości giełdowe“, a poczęto rozmawiać o pogodzie. Wreszcie ten i ów podniósł się z krzesła, a po upływie kilku minut zostaliśmy tylko we dwu: Stecki i ja.
— Przejdźmy się po ogrodzie — rzekł lekarz.
A gdy znaleźliśmy się w alei, dodał:
— My tu jednak nieźle oporządzamy bliźnich!... Gdyby opinje miały moc urzeczywistniania się, jedna połowa naszych znajomych musiałaby iść do kryminału, druga do grobu.
— Chyba zanadto pesymistycznie sądzisz pan nasze... zamiłowanie nowin. Prawda, że niekiedy powtarzamy niemożliwe i nawet ohydne pogłoski, ale robimy to w sposób tak oględny, tak nieledwie serdeczny, że chyba nikomu nie wyrządzamy krzywdy. Przypomnij pan sobie choćby dzisiejsze anegdoty. Wprawdzie jeden mówił, że E. przyłapano na kradzieży, ale ktoś drugi zaraz temu zaprzeczył, a trzeci, wspominając o romansie pani B. z panem C., nie omieszkał dodać, że wiadomość ta robi wrażenie plotki.
— A jednak bywają nieszczęśliwi, których zabija plotka, nawet opowiedziana z poprawkami i zastrzeżeniami — odparł zamyślony lekarz.
— Znał pan takiego nieszczęśliwca?... — spytałem.
— Prawie że znałem — odpowiedział i po chwili zaczął historję, którą tu wiernie powtarzam.

Z małych przyczyn niekiedy rodzą się duże skutki. W marcu 187. roku, jako student piątego kursu medycyny, biegłem do szpitala, ażeby dowiedzieć się o rezultacie analizy, zrobionej dla jednego z moich chorych.
Powtarzam: biegłem do szpitala, gdyż właśnie, podczas mojej wędrówki, ustępująca zima wysypywała resztę śniegu, w postaci mokrych płatów, padających tak gęsto, że przechodnie robili się podobnymi do białych niedźwiedzi. Gdyby nie ten śnieg, szedłbym znacznie wolniej, spóźniłbym się o parę minut i nie spotkałbym, w szpitalnej sieni, rzadko widywanego kolegi, zwanego Parmezanem, ponieważ chwalił się raz, że jego dziadek należał do farmazonów. Parmezan, przy pomocy szwajcara, oczyszczał swój wiotki paltocik ze śniegu, wołając melodramatycznym głosem:
— Miljon szkarlatyn i tyfusów!... Nie dość, że przemoczyłem nogi, ale jeszcze wpadła mi za kołnierz grudka śniegu. Brrr!...
Błysnął żółtawemi oczyma, otrząsnął się, i poszliśmy razem na korytarz, właśnie w chwili, kiedy po zawiei grudniowej w wysokich oknach szpitala ukazało się słońce, prawie majowe.
— No, spojrzyj kolega — zawołał Parmezan — czy to podłe słońce nie mogło wystąpić przed dziesięciu minutami?...
Znowu otrząsnął się i tak energicznie tupnął w podłogę, że w korytarzu odpowiedziało dźwięczne echo. Na ten odgłos uchyliły się najbliższe drzwi, i usłyszeliśmy upomnienie:
— Cicho tam!... w szynku jesteście, czy w stajni?...
Jednocześnie ukazał się nasz gromiciel. Był to kolega, z powodu swojej figury przezwany Basetlą. Spostrzegłszy nas, zamknął drzwi i rzekł prawie szeptem:
— Ach, to wy!... Wielki los wygraliście!... Pokażę wam tak piękny okaz suchotnika, że bez preparowania można go umieścić w gabinecie osteologicznym... Skóra i kości... Niech pęknę, jeżeli kiedy widziałem coś podobnego!...
— Cóżto za jeden?... — spytałem zaciekawiony.
— Wyobraźcie sobie, że jest to kolega medyk, z drugiego kursu. Odludek, pesymista, ale co za wściekła energja w tym facecie! Jeszcze tydzień temu chodził na własnych nogach i udzielał marnie płatnych korepetycyj. (Winszuję uczniom i ich rodzicom!) A kiedy nareszcie legł w barłogu, nikomu nie dał znać, że jest chory. Dopiero stróżka zawiadomiła rządcę domu, rządca policję, policja uniwersytet, no i dostaliśmy go tutaj, wątpię jednak, czy na dłużej niż tydzień. Dlatego radzę wam nasycić oczy widokiem jego szkieletu, dopóki jest w akcji...
Jak on się nazywa?... — zapytał skrzywiony Parmezan.
— Szwarckopf... Szwarcman... czy coś w tym rodzaju. Zresztą nie pamiętam! — odparł Basetla.
— Chyba zobaczmy go?... — odezwałem się do Parmezana.
— Jak chcesz — odparł, nie okazując ciekawości.
Weszliśmy. Chory nie leżał na ogólnej sali, lecz w pokoju oddzielnym. Ponieważ słońce znowu zgasło i śnieg zaczął padać, więc nie bez trudności dojrzałem na łóżku pacjenta. Wyglądał na człowieka dwudziestokilkuletniego, miał rude włosy, rudy zarost i ciemne głębokie oczy.
Basetla zbliżył się do niego i zaczął mówić:
— Nasz chory kolega wyobraża sobie, że ma wadę serca. Słuchałem go, ale nic nie znalazłem. Zbadajcie wy, może który co odkryje, choć jestem pewien, że tam nic niema. Kolega zdaje się być trochę zagłodzony, i w tem tkwi źródło choroby; musiał za często praktykować posty, choć jest, Boże odpuść, kalwinem.
— Musi tam jednak być jakiś nieporządek w sercu — odezwał się chory stłumionym głosem. — Czuję to po pulsie, który jest za prędki i nieregularny.
„Szczęśliwe złudzenia!“ — pomyślałem, widząc, że tego biedaka chyba już nic nie uratuje.
— A teraz przekonamy się, co znajdą koledzy — rzekł Basetla. — Poznajcież się... kolega Parmezan...
Usłyszawszy nazwisko, chory rzucił się w łóżku i usiadł. Istotnie był przerażająco chudy. Utkwił oczy w Parmezanie i zawołał chrapliwym głosem:
— Musisz pan być kontent, co?... Jesteś bodaj że na piątym kursie, a ja nie mogę wygrzebać się na trzeci.
— Ależ kolego... ja nic... — szepnął, jakby tłomacząc się, Parmezan.
— Niechże się to raz skończy!... — krzyczał chory. — Słuchajcie, panowie — zwrócił się do nas. — Słuchajcie... Jak Boga kocham... daję słowo honoru, że tamtego jabłka nie chciałem schować, tylko poprawiłem je na koszyku, ażeby nie spadło...
— Ależ kolego... nikt o tem nie mówił... nikt nawet nie myślał!... — jąkał bardzo zmieszany Parmezan.
— Prześladowaliście mnie wszyscy... Przez was straciłem dwa lata, przez was musiałem uczyć największych osłów i biedaków!... — mruknął chory i upadł na poduszkę.
Po chwili zaczął szeptać:
— A mimo to skończę medycynę, choćbyście na łbach stawali!... Zresztą już zmienił się mój los. Już nie będę korepetytorem... Będę mieszkał w szpitalu... będę czytał kursa...
Nagle ukrył głowę pod kołdrę, z czego korzystając, wymknęliśmy się, naprzód Parmezan, ja po nim, a za nami Basetla.
— Cóżto znaczy?... Co znowu za jabłka?... — pytał Basetla.
Ale Parmezan machnął ręką i uciekł na salę gorączkową, gdzie miał pacjenta. Poszedłem i ja w stronę laboratorjum, a Basetla na pożegnanie przypomniał sobie, że jego chory nie nazywa się Szwarckopf, lecz Eisenfeder.
W kilka dni dowiedziałem się, że Eisenfeder stracił wzrok, a następnie, że umarł. Przez ten czas Parmezan nie pokazywał się, ale po pogrzebie zmarłego, zaprosił mnie i Basetlę na piwo. Gdyśmy się zebrali w piwiarni, w domu Rezlera, Basetla odezwał się:
— Aczkolwiek nie mam ducha proroczego, lecz gotów jestem założyć się, że Parmezan uprzyjemni nam wieczór jakąś niezwykłą historją o zmarłym Eisenfederze... Musiałeś ty, owczy serku, zmalować tęgie świństwo, jeżeli zapraszasz nas na kolację, przypuszczam, że za pokutę!
— Niech cię djabli porwą, żeś nas zwabił do tamtego pokoju i w dodatku zapomniałeś nazwiska Eisenfedera!... — wybuchnął Parmezan, uderzając kuflem w stół. — Twoje gapiostwo zatruło mi cały tydzień.
— Uważacie, jak się rozwija ten Twarożek! — odpowiedział Basetla. — Jednem uderzeniem kufla o stół załatwia dwa interesy: wyładowuje swoją wściekłość na mnie i daje znać kelnerce, ażeby przyszła. No, ponieważ usłyszymy jakąś bardzo wzruszającą historję, więc pozwolicie, ażebym przedewszystkiem coś zamówił. Panienko!... proszę pieczeni wołowej z kapustą i kartoflami, za dusze zmarłe... A płaci ten pokutnik... — dodał, wskazując na Parmezana.
— Dla ciebie niema nic świętego!... — syknął Parmezan. — Proszę o schab z kartoflami bez kapusty...
Ja zamówiłem także schab, a kiedy skończyliśmy naszą niewykwintną ucztę, Parmezan oparł łokcie na stole, brodę na ręku i westchnął:
— Niema co mówić, udawało mi się z tym nieborakiem Eisenfederem! Ale zacznę od początku.
— Byle nie od początku świata — wtrącił Basetla, wykłuwając zęby.
Parmezan błysnął w jego stronę żółtawem okiem i prawił:
— Jak wiecie, ukończyłem gimnazjum w mieście X...
— No... no... tylko bez przechwałek! — wtrącił Basetla.
Parmezan ze wzgardą ruszył ramionami i mówił dalej:
— W mieście X., oprócz gimnazjum, znajdowała się czteroklasowa szkoła realna, a kiedy ja chodziłem do pierwszej klasy gimnazjalnej, Eisenfeder uczęszczał do pierwszej klasy realnej. Był on synem rymarza, o czem wiem, gdyż jakiś czas mieszkaliśmy w tym samym domu. Znaliśmy się jednak zdaleka i nie rozmawialiśmy z sobą, ponieważ gimnazjalistom nie wypadało wdawać się z „olejarzami.“ Tak nazywaliśmy realistów.
W jesieni roku 186., w mieście X. urządzono wystawę rolniczą, z próbami machin i wyścigami. Próby i wyścigi odbywały się, dajmy na to, za rogatką wschodnią, machiny stały przy rogatce zachodniej, obok koszar, zaś okazy zbóż, ogrodowin i owoców pomieszczono w sali popisowej naszego gimnazjum.
Był to początek roku szkolnego, więc miałem dosyć czasu i codzień zwiedzałem wszystkie części wystawy. Przypatrywałem się próbom pługów, siewników i bron nowego typu za rogatkami wschodniemi; potem biegłem do koszar, ażeby po raz dziesiąty i piętnasty oglądać młynki, sieczkarnie i rozmaite machiny, których znaczenia nawet domyślić się nie mogłem. Zaś na ukoronowanie moich agronomicznych uciech łaziłem do sali gimnazjalnej, ażeby tam podziwiać olbrzymie buraki, marchew, kalafjory i kapustę.
Nie potrzebuję dodawać, że największą popularnością cieszyły się okazy istotnie pięknych owoców, między któremi wyróżniał się koszyk jabłek ciemno-amarantowej barwy. Muszę też nadmienić, z przykrością, że codzień, pomimo dozoru, ginął jakiś owoc. Pokazuje się, że...
— Że zakazane owoce smakują najlepiej — wtrącił Basetla. — Już znamy ten głęboki aforyzm!...
— Radzę ci wynajmować swój język do prania bielizny, zamiast kijanki!... — burknął Parmezan i odetchnąwszy, mówił dalej:
— Pewnego dnia, kiedy znowu szedłem do gimnazjum, rozumie się, nie na lekcje, tylko na wystawę, zobaczyłem przed szkołą zbiegowisko. Tłum, ciągle rosnący, kotłował się u drzwi głównych, w których policjant (czarny mundur z czerwonym kołnierzem, na głowie pikielhauba, przez ramię szabla na szerokim pasie), trzymał za rękę jakiegoś chłopca w ubraniu cywilnem.
W pierwszej chwili nie mogłem poznać twarzy, chłopak bowiem zasłaniał się drugą ręką, trzęsąc się i płacząc tak rzewnie, że łzy wypływały mu z pomiędzy palców. Ale gdy zbliżył się jakiś pan, z zapytaniem: „Co się stało?...“ — policjant oderwał chłopcu rękę od twarzy, a wówczas... poznałem Eisenfedera!
— „Kradł jabłka na wystawie, proszę wielmożnego pana, więc kazali zaprowadzić go do ratusza“ — objaśnił policjant.
— „Jak mamę kocham... jak Bozię kocham... nie brałem jabłek!... — krzyczał chłopak, bijąc się w piersi. — Ja chciałem tylko poprawić jabłko, żeby nie spadło, a pan Mateusz, woźny, powiedział, że kradłem...“
Owym jegomością, który zatrzymał policjanta, był czcigodny D., nauczyciel matematyki, a zarazem inspektor szkoły realnej. Rozmówił się z obecnym przy awanturze członkiem zarządu wystawy i Eisenfedera uwolnił z rąk policjanta.
— „Możesz iść do domu“ — rzekł D.
Ale chłopak nie ruszył się z miejsca. Oparł się o ścianę i zasłoniwszy twarz obu rękoma, płakał, że się serce krajało, i powtarzał:
— „Ja nie brałem... ja tylko chciałem poprawić jabłko. To pan Mateusz, który kłóci się z moimi rodzicami, przez zemstę nazwał mnie... O mój Boże!...“
Zacny nauczyciel pogłaskał chłopca i odprowadziwszy go na bok, rzekł:
— „Uspokój się Eisenfeder i idź do domu... Ja ci wierzę i mam nadzieję, że do jutra wyjaśni się nieporozumienie.“
Istotnie, sprawa wyjaśniła się o tyle, że znaleziono kilka osób, które widziały, iż Eisenfeder tylko dotknął jabłka, leżącego na szczycie grupy, ale bynajmniej nie chował go do kieszeni.
— Dramat zakończony sielanką!... — rzekł Basetla.
— Zobaczysz, jaka to ładna sielanka — ciągnął Parmezan. — Zapominasz, że na aresztowanie Eisenfedera patrzało kilkanaście osób, i że chłopak miał kolegów, drugoklasistów. Dzieci zaś, jak wiadomo, niekiedy odznaczają się tygrysiemi instynktami...
— I nie dzieci!... — wtrącił Basetla.
— Eisenfeder był usprawiedliwiony wobec władzy szkolnej, ale nie zdołał przejednać kolegów, którzy, dla miłości sztuki dokuczania, używali na nim ile wlazło. Z całego szeregu prześladowań, jakim ulegał, najmniejszemi były dwa przezwiska: „wystawca“ i „jabłecznik...“ Niech tylko Eisenfeder nie ustąpił komu z drogi, albo nie zrobił czego żądano, wnet „obrażony“ kolega rzucał słówko: „wystawca“ albo „jabłecznik“ i — miał zupełną satysfakcję. Eisenfeder czerwienił się, cofał, a niekiedy rzucał się na ławkę i oparłszy głowę na ręku, płakał... To też niewielu „kolegów“ odmawiało sobie uciechy pobudzania do łez Eisenfedera. Nikczemność lubi triumfować nad niedolą.
W rezultacie Eisenfeder musiał usunąć się ze szkoły i dopiero po upływie dwu lat wstąpił do trzeciej klasy. Ja tymczasem doszedłem do czwartej, piątej. Eisenfeder przeniósł się do gimnazjum, gdzie niekiedy spotykaliśmy się na korytarzu. Czy wiedział, że byłem świadkiem jego aresztowania?... nie jestem pewien. W każdym razie, spotkawszy się ze mną, rumienił się i spuszczał oczy.
Skończywszy gimnazjum, zapisałem się do Szkoły Głównej, przeszedłem na drugi kurs medycyny i znowu spotkałem Eisenfedera, będącego na pierwszym kursie. W tej epoce naszego koleżeństwa zdarzyły się dwa wypadki, o których zawsze myślę z żalem, chociaż nic nie byłem winien.
Pewnego dnia zetknęliśmy się w prosektorjum; ja, już nie pamiętam z kim, preparowałem nogę, a Eisenfeder przy drugim stole obrabiał głowę. Wtem, licho wie z jakiej racji, przyszedł mi koncept zapytać mego towarzysza: czy był na wystawie sztuk pięknych?... Eisenfeder, który widocznie usłyszał tylko wyraz: „wystawa“, nagle zaczerwienił się i zwróciwszy się do mnie z zakrwawionym skalpelem, zapytał: O jakiej to „wystawie“ pan mówi?...
Na moje szczęście odpowiedziałem naturalnym głosem:
— No, o wystawie Zachęty. Nie słyszałeś pan?...
Eisenfeder popatrzył na mnie ze złością i napowrót wziął się do roboty. Ja zaś przypomniałem sobie jego wystawową awanturę i struchlałem, pomyślawszy, że ten człowiek mógł posądzić mnie o zamiar szykanowania go...
Drugi raz zdarzyło się gorzej. Spotkałem Eisenfedera na obiedzie, wiecie, u Janowej. Djabli nadali, że usiadł przy mnie Jeżoźwierz, który po czarnej kawie wydobył z kieszeni kilka jabłek amarantowego koloru i zaczął niemi częstować naprzód mnie, potem Eisenfedera.
— Jedz kolego — mówił — to bardzo zdrowe po obiedzie...
Co za głupi koncept i skąd mu przyszedł do łba! Eisenfeder na widok owocu, który zapewne przypomniał mu wystawę rolniczą w X., zerwał się od stołu, spojrzał na mnie oczyma pełnemi łez i zapłaciwszy Janowej za obiad, wyszedł. W kilka zaś dni dowiedziałem się, że wziął urlop i wyjechał na wieś, na guwernerkę. Było mi wściekle przykro, ponieważ jestem pewny, że posądzał mnie o opowiadanie jego nieszczęścia na wystawie.
Tu Parmezan umilkł i napił się piwa. Po chwili zapytał go Basetla:
— Więc, według twojej hipotezy, Parmezanku, Eisenfeder dlatego wyjechał na guwernerkę, że Jeżoźwierz poczęstował go bardzo czerwonemi jabłkami?... A czy wypadkiem, ty, filantrop, czy wypadkiem nie opowiedziałeś komu jego niemiłej historji?...
Parmezan zmieszał się...
— Czy ja pamiętam?... Może i opowiedziałem coś Jeżoźwierzowi, ale... pod największym sekretem i nigdy w tym sensie, że Eisenfeder kradł jabłka, tylko że spotkało go takie dziwne zdarzenie.
— Tak... tak!... musiałeś coś, Twarożku, chlapnąć językiem, naturalnie pod największym sekretem, o Eisenfederze, a zaraz powiem ci dlaczego. Pamiętam, w tej chwili przypomniałem sobie, że w roku, kiedy Szkołę Główną zamieniono na uniwersytet, rozeszła się, pod największym sekretem, pogłoska o jakimś medyku drugokursiście, który w gimnazjum kradł jabłka, a później zegarki. Ludzie nietylko powtarzali twoje słowa, ale jeszcze awansowali bursza na kompletnego złodzieja!... Toteż nie dziwię się, że wówczas wyjechał na guwernerkę, a później unikał kochanych bliźnich jak psów wściekłych... Za twoje zdrowie, Parmezanku!...
Basetla wypił kufel piwa, a Parmezan tłomaczył się bardzo strapiony:
— To nie może być!... Ja nic podobnego nie mówiłem o Eisenfederze... Ja go nawet broniłem...
— Tylko już mnie nigdy nie broń w ten sposób!... — szydził Basetla.

Stecki przerwał opowiadanie, zatrzymał się w alei i po dłuższej pauzie dodał:
— Na świecie robi się tak, że jedni powtarzają plotkę, choćby o niewinnym, inni bronią oskarżonego, rozumie się, specjalnym stylem, wszyscy zaś razem budują stos, na którym opala się mocniejszy, a ginie słabszy.
— A jakie zapisałby pan lekarstwo na tę chorobę?... — spytałem.
— Przez kilka lat mieszkałem zagranicą — odpowiedział Stecki — i doszedłem do następującego wniosku. Inteligentny Niemiec lub Francuz, znalazłszy się w towarzystwie równie inteligentnych ludzi, rozmawia o ważnych kwestjach: naukowych, religijnych, społecznych, a choćby i artystycznych. Zaś my lubimy przedewszystkiem zajmować się osobami i powtarzanemi o nich pogłoskami, choćby za grosz nie miały prawdy, ani sensu. Skutek jest ten, że Francuz albo Niemiec kształci się w towarzystwie, a my psujemy się i krzywdzimy innych, dzięki czemu każdy z nas ma duszę pełną ukłuć, dopóki nie zabliźni ich pogarda.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.