Pisarze polscy (Sten)/Stanisław Przybyszewski

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ludwik Bruner
Tytuł Pisarze polscy
Podtytuł Wrażenia literackie
Data wydania 1903
Wydawnictwo Polskie Towarzystwo Nakładowe,
Księgarnia Teodora Paprockiego i Ski
Drukarz Drukarnia narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów - Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



VIII.


STANISŁAW PRZYBYSZEWSKI



Inaczej go sobie wyobrażałem, niżeli go później ujrzałem w Krakowie. Tyle wielkiego cierpienia w spazmatycznem łkaniu rwało się ze spowiedzi jego duszy, zimnem przerażeniem wiała stamtąd taka otchłanna męka przeczulonego zmysłami serca, tak przeraźliwy smutek staczającej się w bezwiedną konieczność woli, że sądziłem był, iż te słowa, niezatarte dla czytelnika, do czoła swego twórcy na zawsze przywarły. Czyż nie wracał z pękiem krwawych kwiatów z piekielnej krainy, czyż pełnym głosem po imieniu nie nazywał nam trwóg i zmor, któreśmy ledwie przeczuli lub które nocą tylko przelotnie zajrzały nam w twarz? Niejeden już zawisał nad ciemną, w głąb ducha rozwartą przepaścią miłości, zaglądał w jej nieprzejrzane, grozą najeżone odmęty, ale każdy z krzykiem jak dziecko cofał się ku światłu i słońcu. On tylko nie zadrżał przed niczem — z oczami nieraz rozwartemi od lęku, instynktownie wiedziony nieukojoną tęsknotą za samem źródłem życia, z szalonem pożądaniem nadludzkich, nieznanych pieszczot i zespoleń, rozdzieleń i męczarń ciał i dusz, przeszedł całą ziemię rozkoszy i cierpienia, wlokąc za sobą dziwne zdobycze tej drogi. Więc z oddechem zatamowanym od wzruszenia patrzeliśmy wszyscy na cuda, które z otchłani ducha, jeszcze dyszące ciepłem najskrytszego życia, zuchwałą dłonią Przybyszewski na świat wyrzucał. Śnił mi się więc niby dumny i skrwawiony duch, pociągający mocą i bólem, tajemniczą, niejasną świadomością swych przeznaczeń, urokiem pogardy dla wszystkiego, co ma twarz poziomą, śnił mi się wielki samotnik z wiecznie łaknącem pragnieniem wciąż nowego życia, nowych światów, nowego dreszczu i rozkoszy.
Ale w kraju Przybyszewski zjawił się podobny nie do słońca, lecz raczej do komety, długi bowiem za światłem ciągnął się warkocz. Kto chciał, zapisywał się do bractwa, tykał się z »kochanym Stachem«, pieścił jego dzieci, i spoglądał na bliźnich z miną człowieka, który otwartem oknem co rano spoziera na absolut. W gwarze, który zewsząd otaczał i wchłaniał w siebie Przybyszewskiego, były i szczere niedorostki, ledwo od ławy szkolnej oderwane, i zdeprawowane popychadła dziennikarskie, i komiczne krakowskie geniusze bez teki, cały świat nędzy materyalnej i duchowej, tem brzydszej, że zasłoniętej łachmanami i blichtrem istotnej sztuki lub istotnego wyrafinowanego zepsucia Wymarzony szatan, duch-samotnik z uśmiechniętą twarzą dzielił, czas, serce i myśl z tłumem tych wiernych. Wyróżniał się zawsze, lecz był tylko jednym z nich, większym wprawdzie i potężniejszym, lecz zawsze jednym z tłumu. I dotąd stoi przedemną ta zagadka: ten wielki poeta i ci mali ludzie, to dziwne współżycie gwarne, hałaśliwe i tak serdeczne. Kto się zniżał i kto się podnosił? Kto kogo oszukiwał i kto kogo wyzyskiwał? Oni jego, że są tymi wolnymi, nieznającymi pęt duchami, za którymi on tęsknił — czy też może on ich? On ich — że po stracie swych wiar, po ukochaniach rozproszonych i spełzłych znajdą w nim wierną i pewną ostoję, że on przez zewnętrzną śmieszność ich brzydoty odczuje, z jakich głębi płynie ku niemu ich uwielbienie, zrozumie, iż daremna ich hulanka lub pijatyka, »jednak i to męczeństwo«, że będzie dla nich wybawcą i odkupicielem? Kto komu kłamał?...
Przybyszewski zaczął tworzyć po polsku. To już nie była spowiedź duszy, przecudowna symfonia pożądania, rozkoszy, śmierci i unicestwienia, nie rozpasane, olbrzymie jak widnokręgi nieba, wizye wszechpotężnej głodnej płci, które porywają w »Totenmesse«, »Homo sapiens« i »De profundis« — to był kodeks artystyczny, przepis na potęgę obłędu. Zimna recepta, jak wydobyć z pióra przepych nieznającej granic żądzy, jak dostać się do ostatniej głębi, gdzie drży naga, nieosłonięta szatą rozumu i logicznego myślenia dusza — i recepta skuteczna. U niejednego bowiem odbiła się echem i wyrwała mu z duszy słowa, strofy, obrazy, jakby dyktowane myślą Przybyszewskiego, mniej silne i mniej wstrząsające może, ale nie mniej szczere, pociągające i głębokie. Więc jeśli dla naśladowców recepta była tak pożyteczna, kto wie, czy nie oddała większych jeszcze usług swemu twórcy? I budzi się natarczywie żądające odpowiedzi pytanie, ile w tych dawnych arcydziełach jest przeżytego cierpienia, a ile chłodnego słów wiązania wedle przepisu. Co jest krzykiem cierpienia człowieka, a co kunsztem wielkiego sztukmistrza? To nie próżna ciekawość, poszukająca sensacyi. Jest twórczość, która bezpośrednio płynąć musi z własnego drgającego życia, inaczej przestaje być sztuką, prawdą, natchnieniem, a staje się komiczną obłudą. Wyobraźmy sobie Mickiewicza, piszącego swoje »nazywam się milion, bo za miliony kocham i cierpię katusze« w spokojnej willi rzymskiej, po wytwornej wieczerzy w gościnnym domu Ankwiczów. Czy »Improwizacya« działałaby na nas tak, jak dzisiaj? Wiersz mógłby się nie zmienić, ale zmieniłby się nasz do niego stosunek; zmniejszyłaby się zdolność naszego odczucia, bo zmniejszyłaby się nasza bezwzględna do dzieła wiara. Do podobnej kategoryi utworów należą też pierwsze dzieła Przybyszewskiego: wracają z tak ukrytych, podziemnych dróg duszy, że musimy bezwarunkowo wierzyć artyście, iż drogę tę odbył, aby z dzieł jego odnieść artystyczne wrażenie. Spowiedź musi być szczera, albo staje się występkiem. I sądzę, że pierwsze dzieła Przybyszewskiego dlatego właśnie wzbudzają mniejszy zachwyt dziś, niż przed kilku laty, że zmniejszona jest wiara w istotną prawdę jego słów. »Confiteor« zachwiało »Totenmesse« i »Homo sapiens«.
A jednak te dzieła są piękne i szczere. Ufny w potężny talent obrazowy, w niesłychaną rutynę twórczą, Przybyszewski kilkakroć próbował jeszcze powtórnie przebiedz znaną sobie drogę, jeszcze raz zstąpił w otchłanie rozszalałej żądzą duszy, ale zawsze wracał bezskutecznie. »Dla szczęścia«, dramatyczna transkrypcya »Homo sapiens«, ma tylko suchy szkielet pysznego swego wzoru; »Złote runo« z nawiązaną sztucznie tezą moralną, zimno klejone ze składowych swych pierwiastków. Te niepowodzenia kłaść jednak można jeszcze na karb formy dramatycznej, która najmniej odpowiada Przybyszewskiemu. Mistrz stylu, który kłębi się, przetacza, pieni i wiruje niby nieustanna w ruchu toń morza, mistrz obrazów rozkiełzanych, świecących blaskiem dyamentów, szkarłatem krwi i kirów, nie ma pola w dramacie do rozwinięcia najpotężniejszych swych środków. Zamiast wizyi przed widzem przesuwa się bezustannie drżąca i męcząca maska aktorska. Brak natomiast Przybyszewskiemu różnostronności charakterów, brak mu zrozumienia dla innych dusz, niż własna. Nawet w najlepszych jego utworach wszystkie postacie są jednakowe, nie różnią się jakościowo, lecz tylko ilościowo rozmaitą siłą napięcia tych, samych uczuć i pożądań. W ostatnich swych poematach i powieściach również Przybyszewski nie wznosi się na dawną wyżynę. Ten pierwszy i jedyny temat, któremu zawdzięcza najpiękniejsze swe natchnienie, nic nie zyskuje w dalszych przeróbkach. Spowiedź może być tylko jedna — powtórzona za pierwszym razem zajmuje jeszcze, później nuży. Tembardziej, że wskutek samego powtarzania coraz więcej fakt się odkształca, uczucie świadomie lub nieświadomie się fałszuje, prawda się przeinacza. Szczerość, a z nią i piękność ginie. Wszystkie pysznych barw akcesorya, któremi Przybyszewski nakrywa każdą swą powieść czy poemat, nie mogą okryć jej wciąż uboższej treści duchowej, nie pozwolą zapomnieć, że coraz mniej w nich serdecznej prawdy. To, co w »Homo sapiens« jest silnem, barwnem kwieciem, w »Nad morzem« lub »Androgyne« jest kwiatem zwiędłym, a nieraz nawet uschłym i sztucznie barwionym. W tem więdnącem natchnieniu pierwsze szczezły listki moralnej refleksyi. Tu leży jeden z braków artystycznych dzisiejszej twórczości Przybyszewskiego. Jest głęboka przepaść między złem, którego dokonywa najbardziej rozpasany i opętany zbrodnią człowiek, a złem, które sprawić może spadająca skała lub wylew rzeki. Pierwsze może być przedmiotem artystycznego tworzenia, bo i najcnotliwszy odnajdzie w sobie nici wspólne, które go z niemi wiążą: homo sum et nil humani a me alienum puto; drugie jest moralnie i estetycznie obojętne. Współczujemy artystycznie z Falkiem, gdy ulega rozkiełzanej w nim konieczności, łamiącej go nie mniej od jego ofiar, gdy rozsiewa dokoła siebie zniszczenie, wiedząc i czując, że za każdym krokiem jego idzie przekleństwo; natomiast nic nas nie obchodzi dziecinny nieco »Król« w »Nad morzem«, który w podobnym przypadku dla ukojenia swej tęsknoty każe krzyżować swe ludy u wrót pałacu. Kolizya pożerającej wszystko namiętności płciowej ze szrankami społecznego życia, a przedewszystkiem z rozsianemi w otoczeniu i w samej duszy twórcy zasadami etycznemi, które trzeba złamać, aby iść naprzód, dała Przybyszewskiemu temat najpiękniejszych jego dzieł. Idąc konsekwentnie za swym paradoksem, by z dzieła sztuki odrzucić wszystko, co jest przejściowe, znikome i nie wieczne — a wiecznem jest według Przybyszewskiego dziś tylko płeć sama w sobie — Przybyszewski odrzucił również w swej sztuce wszystkie czynniki etyczne, wszystkie pierwiastki realne; — ale wtedy odsłonić się musiała i odsłoniła się artystyczna pustka...
Czemu jednak te właśnie utwory ostatniej doby największy zyskały rozgłos? Dlaczego Przybyszewski więcej jest znany, ceniony i czytany, jako autor »Confiteor«, »Nad Morzem«, »Na drogach duszy«, »Androgyne«, niż jako twórca »Homo sapiens«? Dlaczego zachodzącą twórczość wielbiono więcej od rozkwitłej i pełnej? Ten sam fakt już stwierdza, że niesłychane powodzenie Przybyszewskiego nie jest wyłącznie literackie, oparte li tylko na wrażeniach estetycznych. Dzieła Przybyszewskiego dla najszczerszych jego wielbicieli są przedewszystkiem hasłem pewnych wierzeń, a hasło im prostsze, krótsze, monotonniejsze, tem lepsze, tem trwalej wraża się w pamięć. Przybyszewski stał się hasłem jednego z zasadniczych dążeń ducha ludzkiego; — mimo usterek jego twórczość, mimo wątpliwości artystycznych, które dzieła jego nieraz budzić mogą to właśnie nadaje mu niezwykłą doniosłość, której zewnętrznym, ordynarnym wykładnikiem jest rozgłos. Odwieczna antyteza: »ja« i »nie ja« w nazwach przeróżnych: duch i świat, duch i materya, »więziony ptak i żelazne kraty klatki«, domaga się rozwiązania, wrogie pierwiastki domagają się zespolenia. Na twórczości Przybyszewskiego odbija się dziś dobitnie monizm materyalistyczny, który wiódł go niegdyś po ścieżynach wiedzy lekarskiej i przyrodniczej. Negacyę ducha Przybyszewski doprowadził aż do zaprzeczenia duszy własnej. W sobie samym nie chce odnaleźć nic prócz tych prądów, które wiodą całą przyrodę w bezmiarach wszechświata. Oddalenie duszy od siebie samej posunięte jest tu do ostatnich krańców. I dlatego nie jest banalnem określenie, że Przybyszewski jest »ultra-modern«, bo modernizm jest stylem epoki i pokolenia, które ucieka przed sobą. Na trawiącą gorączkę chwili dzisiejszej Przybyszewski znalazł jeśli nie osłodę, to wytłumaczenie: zbudował systemat swej duszy; niejedno z niej musiał poświęcić, ale resztę umiał zharmonizować. Zachwyt wielbicieli Przybyszewskiego ma więcej cech religijnych, niż artystycznych. Szukają w nim siebie i swej wiary. Rzecz charakterystyczna: najbardziej zapalonych zwolenników ma Przybyszewski wśród żydów, wśród warstwy, której religia, tradycya i wychowanie najmniej się opierają monistycznej koncepcyi świata. Przybyszewski używa nieraz w nadmiarze obrazów i przenośni zaczerpniętych z religii i kultu katolickiego. Ale te przeżytki w swej grozie, potworności mają więcej charakter mozaiczny, niż chrześciański. Bodaj nigdy np. nie wprowadza Przybyszewski obrazów, wziętych z tak pięknych a licznych wierzeń i legend o Matce Boskiej.
Przybyszewski jest drugim biegunem świata myśli, którego pierwszym biegunem jest Żeromski. U Żeromskiego problemat: świat i duch rozwiązany jest w kierunku dośrodkowym — ku Psyche, u Przybyszewskiego w kierunku odśrodkowym — ku Phainomenon. Rozkosz życia unosi się nad Przybyszewskim, u Żeromskiego leży pod nim. U Żeromskiego świat rozsypuje się na szereg świadomych zagadnień etycznych, u Przybyszewskiego — indywidualne zjawisko etyczne tonie w nieświadomej, drżącej protoplazmie ducha. Łączą nieraz imię Przybyszewskiego z Nietzschem. Ale Przybyszewski jest »synem ziemi«; Żeromski świadomością myśli stara się wznieść nad-człowieka.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.