Podróż do Bieguna Północnego/Część I/Rozdział XXXI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Les Anglais au Pôle Nord
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Indeks stron

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY.

Śmierć Simpsona.

Puszczono się w dalszą podróż. Umysły wszystkich były mocno poruszone; i nic dziwnego, bo spotkanie ludzi w tak odległych krajach uważać trzeba za wypadek najważniejszy jaki się przytrafić może. Hatteras brwi marszczył z widoczną niespokojnością.
Porpoise! mówił sam do siebie, co to za okręt być może? i co on tu robił tak blizko bieguna?
Myśl ta dreszczem go przejmowała; doktór zaś i Bell przeciwnie, dwa widzieli błogie następstwa podobnego spotkania — to jest, że albo bliźnich swoich uratować zdołają, albo sami przez nich uratowani być mogą.
Lecz przykrości i trudy podróży, wkrótce zapomnieć kazały o wszystkiem, a myśleć o własnem niebezpiecznem położeniu.
Stan zdrowia Simpsona coraz się pogorszał; doktór widział symptomata blizkiej śmierci, a zaradzić temu nie był w możności. Sam także bardzo cierpiał na silną oftalmiję, grożącą mu zupełną utratą wzroku, jeśli nie będzie czuwał nad sobą. Zmrok ciągle panujący dawał dosyć światła, które odbite na śniegu, bardzo szkodliwie na wzrok oddziaływało; trudno było temu zapobiedz przez użycie okularów, gdyż te na tęgim mrozie pokrywały się grubą warstwą lodu, która nic widzieć nie pozwalała. A jednak droga wymagała największej baczności i zapobiegania z góry wszelkim wypadkom. Nie zważając przeto na grożące z oftalmii niebezpieczeństwo, doktór i Bell zakrywając jak można oczy, na przemiany kierowali saniami, które i tak zresztą bardzo źle posuwały się na płozach zbitych i poszczerbionych. Trudności jakie grunt przedstawiał, nie zmniejszały się wcale. Grunt był natury wulkanicznej, najeżony wyniosłościami, poprzecinany jarami; podróżni musieli zwolna drapać się na wysokość do półtora tysiąca stóp wynoszącą, aby przebyć napotkaną górę. Powietrze przytem było nieznośne: wicher dął straszny i gwałtowne zamiecie śniegowe powtarzały się co chwila. Smutna to była podróż tych nieszczęsnych po owych zmartwiałych wierzchołkach. Jednostajność białej barwy pokrywającej wszystko, była także powodem choroby swego rodzaju, upajała nijako, odurzała. Zdawało się, że pod nogami niema gruntu, że niema żadnego punktu stałego na tej ogromnej białej przestrzeni, jakby się było na pokładzie okrętu burzą miotanego, na którym co chwila brak człowiekowi pewnej podstawy.
Podróżni doznawali zawrotu głowy, martwota ogarniała ich członki, umysł ich usypiał, i nieraz szli jak snem zmorzeni; rozbudzali się dopiero przy potknięciu się, lub uderzeniu o jaki przedmiot, a potem znów zapadali w senność.
Dnia 25-go stycznia zaczęli się spuszczać po nierównej pochyłości, często po szklistej spadzistości lodowej. Jedno nieuważne stąpnięcie, a mogli stoczyć się w przepaść, w której zginęliby niezawodnie.
Wieczorem, silna burza zerwała się na wierzchołku szczytów śniegiem pokrytych; trudno było oprzeć się gwałtowności huraganu. Wypadało koniecznie położyć się na ziemi, lecz znowu mróz był tak wielki, że zmarznięcie groziło co chwila.
Bell przy pomocy Hatterasa z wielką pracą zbudował chatkę ze śniegu, w której biedacy szukali schronienia. Spożyli po kawałku pemmikanu i potrosze gorącej herbaty; spirytusu już zostało zaledwie cztery gallony (18 kwart), a trzeba go było używać jeszcze i do rozpuszczania śniegu na napój. W krajach mających klimat umiarkowany, śnieg w tym celu może być używanym w pierwotnym swym kształcie i nie jest bynajmniej szkodliwym. Inaczej rzecz się pod biegunem: śnieg tam jest tak zimny, że biorąc go w rękę, doznaje się tego samego uczucia, jak kiedy się chwyta kawałek żelaza do białości rozpalonego; jest przeto pomiędzy jego temperaturą, a temperaturą żołądka tak wielka różnica, że połknięcie go musiałoby koniecznie spowodować prawdziwe uduszenie. Eskimosi wolą najdłuższe cierpieć pragnienie, aniżeli zaspakajać je takim śniegiem, który ani wody zastąpić, ani pragnienia ugasić nie może, ale owszem jeszcze je powiększa. Dla tychto właśnie powodów i nasi podróżni musieli poświęcać część niewielkiego zapasu spirytusu, na topienie śniegu.
O trzeciej godzinie rano, wśród najsilniejszej burzy wypadła na doktora kolej odbywania straży; stał on właśnie oparty w kąciku, gdy zwrócił jego uwagę żałosny jęk Simpsona. Podszedł do niego, uderzając głową o zlodowaciałe sklepienie przytułku, ale nie zważał na to, i zaczął nacierać choremu spuchnięte i posiniałe nogi. Czynność ta trwała około kwadransa. Gdy chciał powstać, uderzył silnie głową o sklepienie lodowe; podniosłszy rękę do głowy, uczuł że sklepienie to opada widocznie coraz bardziej.
— Wielki Boże, zawołał, przyjaciele wstawajcie!
Na ten krzyk Hatteras i Bell powstając, także głowami uderzyli o sklepienie; ciemność głęboka zaległa na około.
— Lód przygniecie nas swym ciężarem! uciekajmy! uciekajmy! wołał doktór.
I wszyscy trzej ciągnąc za sobą Simpsona przez ciasny otwór, wydobyli się z tej niebezpiecznej kryjówki w samą porę, bo zaraz potem z trzaskiem zwaliły się bryły lodu, niedokładnie spojone z sobą.
Nieszczęśliwi podróżni znaleźli się na mrozie i w pośród burzy bez żadnego schronienia. Hatteras chciał co prędzej ustawić namiot; ten jednak nie wytrzymał gwałtowności huraganu. Pochowano się pomiędzy fałdy płótna, które wkrótce pokryła gruba warstwa śniegu, broniąca w każdym razie podróżnych od zupełnego zmarznięcia.
Burza trwała dzień cały. Zaprzęgając psy niedostatecznie żywione, Bell spostrzegł, że niektóre zaczęły gryźć pasy rzemienne swego zaprzęgu; dwa z pomiędzy nich tak były osłabione, że nie mogły już iść daleko.
Bądź co bądź, karawana puściła się w dalszą drogę; cel podróży był jeszcze odległym o mil sześćdziesiąt.
Dnia 26-go, Bell idący naprzód, nagle zaczął przywoływać swych towarzyszów, a gdy ci przybiegli, z osłupieniem wskazał im strzelbę, opartą o bryłę lodu.
— Strzelba! zawołał doktór.
Hatteras porwał ją do ręki; była w najlepszym stanie i nabita.
— Ludzie z osady Porpoise, muszą być niedaleko, rzekł doktór.
Hatteras oglądając broń spostrzegł, że była pochodzenia amerykańskiego; ręka mu zadrżała.
— W drogę! w drogę! zawołał głosem ponurym.
Spuszczano się dalej z pochyłości góry. Simpson leżał jak bez czucia; siły go całkiem opuściły, i nie narzekał już nawet.
Burza nie ustawała, sanie posuwały się coraz wolniej, tak że zaledwie po kilka mil robiono na dobę, a zapasy żywności pomimo największej oszczędności, zmniejszały się widocznie. Lecz dopóki żywności było tyle, ile potrzeba na powrót, Hatteras ciągle posuwał się naprzód.
Dnia 27-go znaleziono w śniegu sekstant (narzędzie astronomiczne), a dalej nieco blaszankę z wódką, albo raczej z bryłą lodu, w środku której sam wyskok utrzymał się w kształcie kulki śniegu; do użycia było to już niezdatne.
Widocznie Hatteras pomimo woli szedł śladem już poprzednio tu przebywających ludzi, którzy jak się zdaje, zginęli tutaj. Posuwano się po drodze jedynej jaką tam była możliwa i znajdowano dowody jakiejś strasznej katastrofy. Doktór napróżno śledził nowego kernu (nagromadzonych ręką ludzką kamieni), ale nic nie dostrzegł.
Smutne mu do głowy przychodziły myśli; bo i rzeczywiście, gdyby znaleźli tych nieszczęśliwych rozbitków, jakążby im pomoc dać mogli? Im samym wszystkiego braknąć poczynało: odzież ich już się zdarła, żywności resztki zaledwie zostały. Gdyby znalezionych ludzi było wielu, to wszyscyby pomarli z głodu. Hatteras zdawał się ich unikać: czyż nie miał słuszności, skoro na nim spoczywał obowiązek ocalenia osady własnego okrętu? Czyż wolno mu było narazić bezpieczeństwo wszystkich, sprowadzaniem obcych osób?
Lecz z drugiej strony ci obcy byli to ludzie, bliźni, a może nawet i rodacy! Jakkolwiek słaba była nadzieja ocalenia ich, nie należało im jej odejmować. Doktór chciał wiedzieć co Bell o tem myśli, lecz ten na zadane sobie w tym względzie pytanie, wcale nie odpowiedział. Przy własnych cierpieniach, serce obojętnieje. Clawbonny nie miał odwagi zapytać Hatterasa — rzecz zatem całą pozostawił Opatrzności.
Dnia 27-go stycznia około wieczora, Simpson był umierającym; członki mu skostniały, oddech jego, a raczej ziepanie, otaczało mgłą jego głowę; konwulsyjne drgania zapowiadały śmierć bliską. Wyraz jego twarzy był okropny; malowała się na niej rozpacz, a w wyrazie oczu, gniew bezsilny na kapitana. W tem spojrzeniu tkwiło oskarżenie, wyrzut niemy, ale dojmujący, słuszny może!
Hatteras nie zbliżał się do umierającego. Unikał go, uciekał od niego, i milczał zamknięty w sobie więcej niż kiedykolwiek.
Noc następna była okropna: gwałtowność burzy zwiększała się jeszcze; silny wiatr po trzykroć wyrywał namiot, wystawiając ludzi na bolesne uderzenia śniegu zlodowaciałego, zrywanego z otaczających lodowisk, ostrego jak strzały. Psy wyły żałośnie. Biedny Simpson narażony był na znoszenie takiej temperatury; Bell okrywał go jak mógł płótnem namiotu, które choć nie broniło od zimna, ale przynajmniej zasłaniało przed śniegiem. Gwałtowny wicher zerwał po raz czwarty i tę jeszcze ostatnią osłonę, unosząc ją z sobą w swój wir ze światem przerażającym.
— Ah! tego już nadto! zawołał Bell w rozpaczy.
— Odwagi mój chłopcze! odwagi! mówił doktór, czepiając się go, aby nie stoczyć się w przepaść.
Simpson pasujący się ze śmiercią, ostatnie zrobił wysilenie, podniósł się na wpół, wyciągnął zaciśniętą pięść ku Hatterasowi, który wlepił weń oczy, wydał krzyk rozdzierający i wśród tej groźby niedokończonej padł bez życia.
— Umarł! krzyknął doktór.
— Umarł! powtórzył Bell.
Wiatr odepchnął Hatterasa zbliżającego się do trupa.
Pierwsza to była ofiara zabójczego klimatu; on pierwszy nie miał już nigdy zawinąć do portu, on pierwszy po nieopisanych cierpieniach, przypłacił życiem zacięty upór kapitana. Śmierć ta oskarżała go o morderstwo, lecz i tym razem jeszcze Hatteras nie skłonił głowy przed oskarżeniem, a pomimo to łza płynąca z jego powieki, zmarznięta zawisła na bladem jego obliczu.
Doktór i Bell patrzyli na niego z pewnym rodzajem przerażenia.
Wsparty na swym długim kiju, z głową ku ziemi pochyloną, wyglądał jak duch tych krain podbiegunowych, nieugięty wśród rozszalałej natury, groźny w swej strasznej nieruchomości. W takiej postawie, jakby wyzywając burzę wrzącą około niego, stał Hatteras aż do ukazania się pierwszych blasków świtania, zuchwały, zacięty, niepowściągniony.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.