Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział XIX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY.
Podróż na północ.

Nazajutrz o świtaniu, Hatteras dał znak do wyruszenia w drogę. Psy zostały do sań zaprzęgnięte; dobrze utrzymywane i dostatecznie wypoczęte, po zimie spędzonej we wszelkiej możliwej wygodzie, były one w stanie wysługiwać się w lecie. Ochotnie też stawiły się do zaprzęgu.
Wyborne to są wreszcie zwierzęta te psy grenlandzkie. Te które towarzyszyły rozbitkom, pozbyły się już w części dzikiej swej natury; zacierało się ich podobieństwo do wilków, a coraz podobniejsze się stawały do Duka, tego skończonego wzoru psiego rodu, jednem słowem cywilizowały się. Zaiste, Duk mógł się pochlubić, że się w znacznej części przyłożył do tej cywilizacyi, przykładem swym towarzyskości. Jako Anglik, a więc bardzo drażliwy na wszystko co dotyczy dobrego tonu, długo się nie wdawał z temi psami, których mu nikt nie przedstawił, i z zasady, nie obcował z niemi; długie jednak wspólne niebezpieczeństwa, wspólny niedostatek, wspólne losy, zbliżyły zwolna zwierzęta te do siebie. Duk dobre miał serce i sam pierwszy zwrócił się do swych towarzyszy, i wkrótce cały ten psi ród tworzył przyjacielską gromadkę. Doktór głaskał nieraz Grenlandczyków, a Duk bez zazdrości patrzył na te pieszczoty.
Ludzie niemniej dobrze się mieli jak zwierzęta; jeśli po tych ostatnich można się było spodziewać, że tęgo ciągnąć będą, to pierwsi dzielnie mogli nóg swoich używać w zamierzonej podróży.
Przy pięknej pogodzie, wyruszono o szóstej godzinie z rana. Po obejściu przystani Wiktorya, gdy mijali przylądek Waszyngtona, Hatteras wskazał najprostszą drogę na północ wiodącą; w godzinę potem, podróżni stracili już z oczu najwynioślejsze nawet punkta Szańca Opatrzności.
Podróż zaczynała się dobrze, a nadewszystko lepiej daleko, aniżeli owa wyprawa wśród najtęższej zimy przedsięwzięta w celu szukania węgla. Naówczas Hatteras pozostawiał okręt z osadą zbuntowaną i zrozpaczoną, nie będąc zupełnie pewnym celu, do którego dążył; ludzie których zostawiał, umierali prawie z zimna, a ci co z nim szli, znękani byli w ostrym klimacie północy; on sam, człowiek za jakąbądź cenę dążący ku północy, mimowolnie wracał na południe! Jakaż różnica z obecną chwilą! wśród przyjaciół dzielnych i cieszących się najlepszem zdrowiem, Hatteras szedł do bieguna, owego celu marzeń całego swego życia. Byłże kto kiedy bliższy urzeczywistnienia zamiaru który miał mu zjednać chwałę, a ojczyznie jego sławę niepożytą?
Chwila obecna bardzo naturalnie mogła mu nasunąć wszystkie te myśli, których Clawbonny domniemywał się w swym przyjacielu, widząc go tak pełnym zapału. Szanowny doktór cieszył się tem co Hatterasa cieszyło; od czasu pogodzenia się dwóch kapitanów, dwóch swoich przyjaciół, on, któremu tak obce były uczucia nienawiści, zazdrości, współzawodnictwa, miał się za najszczęśliwszego z ludzi. Co się dalej stanie? Jakie owoce wyda niniejsza podróż? Tego przewidzieć nie było można; dość że zaczynała się bardzo dobrze, a to już wiele znaczyło.
Zachodni brzeg Nowej Ameryki przedstawiał od zachodu rzęd zatok, aż poza przylądek Waszyngtona; żeby uniknąć obchodzenia ich, a zatem kołowania, podróżni przebywszy pierwsze pochyłości Góry Bella, skierowali się ku północy, przez płaskie wyżyny. Znaczna to była oszczędność drogi; Hatteras chciał, o ile nieprzewidziane przeszkody, jak góry, zatoki, na to dozwolą, wytknąć prostą linię, długą na trzysta pięćdziesiąt mil, od Szańca Opatrzności do bieguna.
Podróż szła bardzo pomyślnie: na wyniosłych płaszczyznach dostateczna ilość śniegu, dozwalała saniom, których płozy siarką zostały natarte, sunąć z łatwością; ludzie także stąpali bardzo wygodnie, mając nogi zabezpieczone obuwiem odpowiedniem.
Termometr wskazywał trzy stopnie wyżej zera. Pogoda wprawdzie nie ustaliła się jeszcze, bo raz niebo czyste było, to znowu gęstemi osłonięte chmurami; lecz ani mróz, ani zawieje nie byłyby wstrzymały w podróży ludzi, którzy postanowili koniecznie posuwać się naprzód.
Drogę łatwo było oznaczać przy pomocy kompasu, na którym w miarę oddalania się od bieguna magnetycznego, igiełka żwawiej i wyraźniej się poruszała, choć zwracała się zawsze ku punktowi magnetycznemu, a przeto idącym na północ wskazywała, że tak powiemy, południe. Odwrotne to wskazywanie północy, nie mogło bynajmniej wpływać na wybór kierunku drogi.
Zresztą doktór obmyślił bardzo prosty sposób niezboczenia z drogi, nawet bez ustawicznego uciekania się do busoli. W czasie pogodnym, podróżni upatrzyli sobie jakiś wydatny punkt, leżący w stronie północy w odległości dwóch, lub trzech mil, i do niego już stale dążyli; doszedłszy do oznaczonej mety, powtarzali znowu poprzednie postępowanie, i tym sposobem bardzo niewiele zbaczano z prostej drogi.
Przez pierwsze dwa dni podróży, robiono po dwadzieścia mil w ciągu dwunastu godzin, resztę czasu poświęcając na jedzenie i spoczynek, podczas którego namiot osłaniał od chłodu dostatecznie.
Powietrze coraz się bardziej ocieplało; w niektórych miejscach śnieg stopniał zupełnie; w innych, gdzie słońce nie dochodziło, leżał w całej swej poprzedniej grubości. Od czasu do czasu napotykano dość znaczne zbiory wód, obszerne stawy, które możnaby nawet brać za jeziora; podróżni wchodzili często do wody po kolana. Improwizowane te kąpiele bawiły ich, a szczególniej doktora.
— W tych stronach, mówił on, jest to nadużyciem ze strony wody, jeśli przybiera stan płynny; powinna bywać tylko lodem lub parą.
W czasie pochodu nie przepomniano i o polowaniu, bo ono dostarczało świeżego pożywienia. Bell z Altamontem, nie oddalając się bardzo od reszty towarzystwa, przepatrywali kotliny przy drodze leżące, dla ubicia kuropatwy, gęsi, nurka lub szaraka; zwolna jednak i te stworzenia stawały się coraz płochliwszemi i tak już trudno się było zbliżyć do nich, że bez pomocy Duka nieraz niepodobna było zabić cośkolwiek.
Hatteras jednak ciągle ich upominał, aby nie odchodzili dalej jak na milę, bo szkoda było każdej straconej chwili, tembardziej, iż nie można było liczyć na więcej, jak na trzy miesiące łagodnej temperatury.
Prócz tego, konieczną było rzeczą, aby każdy pilnował swego przy saniach obowiązku, i czynnie pomagał im do przebycia jakiego jaru albo stromej pochyłości; wówczas bowiem ludzie musieli podtrzymywać sanie. Czasem nawet trzeba było wyładowywać je zupełnie, a mimo to wszystko nieraz Bell musiał dokonywać reparacyi sań, nadwerężonych gwałtownem uderzeniem, którego nie można było uniknąć.
Trzeciego dnia, to jest we środę 26 go czerwca, podróżni doszli do jeziora znacznej wielkości, całkiem jeszcze zamarzniętego; lód na nim był tak gruby, że mógł utrzymać cały ciężar ludzi i sań wyładowanych. O ile wnosić można było, lato północne nie topiło tam nigdy lodu, w skutek zasłonięcia go przez otaczające jezioro wyżyny. Spostrzeżenie to potwierdziła i ta jeszcze okoliczność, że na brzegach jeziora leżał śnieg suchy, którego niższe pokłady zapewne z poprzednich lat pochodziły.
Grunt od tego miejsca stawał się coraz niższym, z czego doktór wywnioskował, że nie mógł się rozciągać daleko jeszcze na północ; prawdopodobnie Nowa Ameryka była tylko wyspą, i ląd jej nie dochodził do bieguna. Grunt przedstawiał coraz równiejszą płaszczyznę; na wschodzie tylko widać było jakieś pagórki mało się uwydatniające dla oka z powodu odległości, i tonące w mgle niebieskawej.
Aż dotąd, podróż odbywano bez wielkiego utrudzenia, i nie znano innej dolegliwości, jak ból oczów, w skutek łamania się promieni światła na śniegu. W innym czasie i tej nieprzyjemności możnaby było uniknąć, podróżując tylko nocami, lecz wówczas nocy nie było wcale. Na szczęście, śniegi topniały, powoli zamieniały się na wodę i traciły swą białość olśniewającą oko.
Dnia 28-go czerwca temperatura podniosła się do siedmiu stopni nad zero, przyczem spadł deszcz bardzo obfity, który nietylko że z wytrwałością, ale chętnie nawet przyjętym został przez podróżnych, albowiem przyłożył się do stanowczego roztopienia śniegów. Potrzeba było zmienić obuwie i sposób posuwania sań. Prawda, że mogło to opóźnić nieco drogę, ale w każdym razie nie wstrzymywało jej zupełnie, jeśliby się ważniejsze nie nastręczyły przeszkody.
Niekiedy doktór znajdował po drodze kamienie okrągłe lub przypłaszczone, jakby je ruch fal morskich wygładził, i wtedy sądził, że jest w bliskości morza przybiegunowego; jednakże płaszczyzna, jak oko zasięgło, rozciągała się daleko.
Nigdzie nie było widać najmniejszego śladu mieszkań ludzkich; podróżni widocznie pierwsi stąpali po tej ziemi nieznanej. Grenlandczycy, których pokolenia koczują po krainach północnych, nigdy nie posuwają się tak daleko. A jednak polowanie bardzo byłoby tam pomyślne dla tych biedaków, zawsze głodnych. Często widziano ciągnące za karawaną niedźwiedzie, nie okazujące wszakże zamiarów nieprzyjaznych: woły piżmowcowe i renifery ukazywały się z daleka w dość licznych nawet stadach. Doktór pragnął bardzo dostać parę reniferów, aby ich użyć do zaprzęgu; ale były tak trwożliwe, iż w żaden sposób żywcem schwytać ich nie było można.
Dnia 29-go Bell zabił lisa, a Altamont wołu średniej wielkości, przekonywając towarzyszy przy tej sposobności o swej krwi zimnej i zręczności. Był to rzeczywiście strzelec wyborny, a znający się na tem doktór, podziwiał go. Mięso ubitego zwierza dało spory zapas świeżego pożywienia, co prawdę powiedziawszy, było zawsze dla podróżnych nader pożądanem. Doktór sam nawet często mawiał:
— Nie żałujmy sobie; dobra uczta jest rzeczą bardzo ważną pod biegunem.
— Tem więcej, dodawał Johnson, gdy ona zależy od mniej lub więcej trafnego strzału.
— Masz słuszność mój stary przyjacielu, odpowiadał doktór, bo w rzeczy samej, nie z takiem upragnieniem myśli się o jedzeniu gdy się jest przekonanym, że kuchnia napewno codzień ma co gotować.
Następnego dnia, wbrew oczekiwaniu zmienił się widok okolicy; tu i owdzie ukazywały się nierówności, powstałe jakby wskutek wybuchów i wstrząśnień wulkanicznych. Wzgórza, ostre szczyty, dochodziły niekiedy do znacznej wysokości. Powstał dość gwałtowny wiatr południowo-wschodni, który wkrótce zamienił się w huragan prawdziwy. Przedzierał się pomiędzy skałami uwieńczonemi śniegiem, między górami lodem pokrytemi, które tu, na stałym lądzie, miewały kształty gór lodowych przez ocean wytworzonych. Doktór, który wszystko umiał wytłómaczyć, tej okoliczności wytłómaczyć nie mógł.
Po burzy nastał czas ciepły, wilgotny i prawdziwa zjawiła się odwilż; lody trzeszczały naokoło, a trzask ich zlewał się z łoskotem obsuwających się śniegowisk. Podróżni unikali w swym pochodzie podnóży wzgórz, a nawet rozmawiania głośnego, które wstrząsając powietrze, mogło wywołać jaką katastrofę; widzieli niejednokrotnie obsunięcie się lodów tak nagłe, że niezdołaliby byli go uniknąć. Nagłość ta obsuwania się lodowisk podbiegunowych, stanowi właśnie ich charakterystykę; tem właśnie różnią się one od śniegowisk szwajcarskich i norwegskich. Te ostatnie powstają z kulki śniegu małej z razu, która spadając, porasta śniegiem i odłamami skał, ze zwiększającą się staczając się szybkością, wywraca ona lasy, zasypuje wioski — ale potrzebuje pewnego czasu na spadnięcie. Pod zimnem podbiegunowem inaczej to bywa. Tam lód odrywa się nagle, a chwila ta jest niemal zarazem i chwilą jego spadnięcia; ktoby się znalazł na linii tego spadku, niezdołałby go uniknąć. Kula działowa, piorun, nie szybciej biegną; dla lawiny podbiegunowej usuwać się, spaść i zdruzgotać wszystko pod sobą, jedną jest chwilą. Towarzyszą temu straszliwie rozbrzmiewające łoskoty, i echa ich, odzywające się raczej jak skarga niż jak groźba.
To też w oczach zdumiałych widzów odbywały się nagłe zmiany położeń: góra stawała się równiną pod wpływem gwałtownej odwilży. Woda deszczowa powciskawszy się w szpary ogromnych głazów i zamarzłszy tam przez jedną noc, rozrywała zawierające ją skały, potężniejsza jeszcze w postaci lodu niż w stanie pary. Zjawisko to objawiało się z niepojętą szybkością.
Sanie i wiodący je ludzie żadnemu nie ulegli wypadkowi, przedsięwzięto bowiem wszelkie odpowiednie ostrożności. Zresztą okolica najeżona wzgórzami i skałami, nie bardzo była rozległa; w trzy dni potem, to jest 3-go lipca, podróżni dotarli do płaszczyzny łatwiejszej do przebywania.
Ale tam nowe zjawisko wzrok ich uderzyło, zjawisko które długo zajmowało badaczów obu półkul ziemi. Orszak przebywał długi grzbiet gór nie mających więcej nad pięćdziesiąt stóp wysokości, które na całej swej pochyłości od strony wschodu, pokryte były śniegiem czerwonym.
Łatwo sobie wyobrazić zdziwienie, osłupienie nawet podróżnych, na niespodziewany widok ogromnego szkarłatnego kobierca. Doktór usiłował jeśli nie uspokoić zupełnie, to przynajmniej objaśnić w tym względzie swych towarzyszy; znał on bowiem i tę osobliwość z opisów, i rezultaty rozbiorów chemicznych, jakich dokonali Wollaston, Candolle i Baüer; opowiadał zatem, że śnieg taki spotyka się nietylko w krajach północnych, ale i w Szwajcaryi na Alpach. W roku 1760 Saussure zebrał znaczną ilość takiego śniegu na górze Brevent, a w późniejszym czasie kapitan Ross, Sabine i inni żeglarze przywozili go ze swych wypraw na morze północne.
Altamonta, pytającego o naturę tej substancyi niezwykłej, doktór objaśnił, że barwa ta pochodziła jedynie z obecności ciałek organicznych na śniegu. Przez długi czas chemicy nie byli pewni, czy ciałka te były natury zwierzęcej, czy też roślinnej; lecz nareszcie doszli, że należały one do rodziny grzybów mikroskopijnych z rodzaju „Uredo“ — a Baüer proponował, aby je nazywać „Uredo nivalis“ (Uredo śniegowe).
Rozkopując śnieg długim okutym kijem, doktór przekonał swych towarzyszy, że ta szkarłatna warstwa miała dziewięć stóp głębokości; z tego kazał im wnosić, ile na przestrzeni kilku mil mogło być tych grzybów, których, jak uczeni obliczyli, znajdowało się do czterdziestu trzech tysięcy na powierzchni jednego centimetra kwadratowego. Barwie tych grzybów nie szkodzi ani ewaporacya, ani tajanie śniegów.
Zjawisko to, jakkolwiek objaśnione, niemniej wszakże było dziwnem; kolor czerwony rzadko się w naturze napotyka na tak rozległych przestrzeniach. Odbicie się promieni słonecznych na tym purpurowym dywanie, dziwny sprawiało effekt; wszystkie bowiem otaczające przedmioty, skały, ludzie i zwierzęta wyglądali jakby wśród płomienia; a gdy te śniegi topniały, zdawało się, że strugi krwi płyną pod nogami podróżnych.
Doktór napełnił kilka butelek tą substancyą, której nie mógł zebrać na morzu Baffińskiem.
Po trzygodzinnym pochodzie, przez to, jak je doktór nazywał „Krwawe Pole,“ okolica przybrała zwykły widok.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.