Podróż do Bieguna Północnego/Część II/Rozdział XXVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Podtytuł Pustynia lodowa
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Le desert de glace
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Indeks stron
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY.
Powrót na południe.

W trzy godziny po tem smutnem rozwiązaniu przygód kapitana Hatterasa, Clawbonny, Altamont i dwaj marynarze zebrani w grocie u stóp góry, naradzali się nad tem co dalej czynić.
— Moi przyjaciele, przemówił doktór, nie możemy dłużej pozostać na Wyspie Królowej; mamy przed sobą morze wolne od lodów, żywności nam nie braknie, wróćmy więc co prędzej do Szańca Boskiej Opatrzności, gdzie zazimujemy oczekując przyszłego lata.
— Takie i moje zdanie, mówił Altamont; wiatr jest pomyślny, jutro zaraz wypłyniemy na morze.
Dzień przeszedł w ciężkiem strapieniu. Obłąkanie kapitana smutno nastroiło wszystkich, a gdy Bell, Johnson i Altamont pomyśleli o powrocie, przelękli się swego obecnego osamotnienia; czuli się przerażeni odległością, którą przebyć mieli. Brakowało im nieustraszonej duszy Hatterasa.
Jednakże, jako ludzie mężni, sposobili się do nowych walk z przeciwnościami i z samemi sobą, gdyby podupadli na duchu.
Nazajutrz, w sobotę 13-go lipca przeniesiono bagaże na szalupę i wkrótce wszystko było do odjazdu gotowe.
Lecz przed opuszczeniem na zawsze tej skały, której już nigdy nie miano oglądać, doktor spełniając życzenia Hatterasa, kazał wznieść pagórek w tem właśnie miejscu, gdzie kapitan wydobył się na wyspę; pagórek ten ułożono z wielkich głazów, aby tworzył znak nadbrzeżny i widoczny, byle go nieuszkodziły wybuchy wulkanu. Na jednym z głazów, Bell ostrem żelazem wyrył ten skromny napis:

JAN HATTERAS.
1861.

Kopja dokumentu zamknięta szczelnie w puszcze blaszanej, złożoną została wewnątrz pagórka; rzetelne to świadectwo wielkiego odkrycia zostawiono na pustej skale.
Wtedy, czterej ludzie, kapitan — to jest biedne jego ciało bez duszy i wierny jego Duk zasmucony, wsiedli na szalupę dla odbycia podróży z powrotem. Była godzina dziesiąta rano. Z płótna namiotu zrobiono nowy żagiel; szalupa przy wietrze bardzo pomyślnym opuściła wyspę, a wieczorem, doktór stanąwszy na swej ławie, ostatni raz wzrokiem pożegnał górę Hatterasa, ogniem zalewającą cały naokoło horyzont.
Czysta zupełnie powierzchnia morza, bardzo sprzyjała żegludze i zdawało się, że łatwiej było oddalać się od bieguna, niż zbliżać się do niego.
Hatteras nie był w stanie rozumieć co się dzieje naokoło niego; leżał w szalupie jak niemy, z okiem przygasłem, z rękami na piersiach skrzyżowanemi. Duk nie oddalał się od nóg jego. Napróżno doktór po kilkakroć zwracał mowę do nieszczęśliwego, Hatteras nie rozumiał go wcale.
Przez czterdzieści ośm godzin i wiatr ciągle był przyjazny i morze bardzo mało falowało. Dnia 15-go lipca podróżni ujrzeli na południu Altamont-Harbour; lecz ponieważ ocean północny na całem wybrzeżu zupełnie był z lodów oczyszczony, zamiast na saniach przebywać Nową Amerykę, postanowiono opłynąć ją, i morzem przedostać się do zatoki Wiktoryi.
Ten sposób podróży był i prędszym i łatwiejszym. Rzeczywiście przestrzeń, na przebycie której saniami podróżni potrzebowali dwóch tygodni wodą przebywali w ciągu jednego tygodnia. Płynąc brzegiem poprzerzynanym licznemi zatoczkami, których zarysy sobie zrobili, 23-go lipca w poniedziałek wieczorem zawinęli do zatoki Wiktoryi.
Zarzucono starannie kotwicę szalupy przy brzegu, i udano się z pośpiechem do Szańca Boskiej Opatrzności. Lecz jakież okropne znaleźli spustoszenie! Domek doktora, magazyny, składy, prochownia, fortyfikacye, wszystko to pod działaniem słońca z wodą spłynęło, a zapasy zniszczone zostały przez dzikie zwierzęta.
Podróżni bardzo już mało posiadali żywności i liczyli na zapasy pozostawione w Szańcu Opatrzności. O czemże tu było przepędzić zimę? Nie namyślając się przeto zbyt długo, zdecydowano, aby dostać się najkrótszą jak być może drogą na morze Baffińskie.
— Nic nam innego nie pozostaje, rzekł doktór. Niema i sześciuset mil do morza Bafińskiego; będziemy płynąć dopóki starczy wody dla szalupy, dostaniemy się do cieśniny Jones, a ztamtąd do posiadłości duńskich.
— Tak jest, potwierdził Altamont, zbierzmy co zdołamy żywności i jedźmy.
Poszukawszy dobrze tu i owdzie, znaleziono jeszcze kilka skrzynek mięsa zasuszonego, dwie baryłki mięsa solonego, których dzikie zwierzęta nie zniszczyły. Zebrało się żywności na sześć tygodni i prochu ilość dostateczna. Dzień jeden poświęcono na opatrzenie i naprawę szalupy, a nazajutrz, 24-go lipca, puszczono się na morze.
Około ośmdziesiątego trzeciego stopnia szerokości, ląd zwracał się ku wschodowi; być więc może, iż łączył się on z krajami znanemi pod nazwą ziemi Grinnela, to jest z Ellesmer i Lincoln-Septentrional, które stanowią przybrzeżną linię morza Baffińskiego. Można było przypuścić, że ciaśnina Jones łączy się z morzami wewnętrznemi, tak samo jak ciaśnina Lankastra.
Żegluga wcale nie była trudna; z łatwością można było jeszcze omijać lody pływające. Na wypadek możliwego opóźnienia, doktór zredukował porcye żywności do połowy; że jednak mało pracowano, zdrowie zatem wszystkich było w stanie nader zadowalniającym.
Zresztą nie bez tego, żeby się nie zdarzyło coś ubić ze świeżej zwierzyny: strzelano do kaczek, gęsi i nurków. Zapasu świeżej wody do picia, dostarczały wciąż lody z wód słodkich uformowane, które łatwo było napotkać przy brzegach od których szalupa dla bezpieczeństwa nigdy bardzo nie oddalała się na pełne morze.
W tej porze roku, termometr już ciągle stał niżej punktu zamarzania. Po częstych i obfitych deszczach nastały śniegi, niebo stało się pochmurne i pogoda niepewną; słońce skłaniało swa tarczę, coraz silniej szczerbioną, coraz bliżej horyzontu, aż nareszcie 30-go lipca, po raz pierwszy podróżni całkiem je stracili z oczu, to jest że noce trwały po kilka minut.
Szalupa szybko się posuwała, robiąc niekiedy po sześćdziesiąt, do sześćdziesięciu pięciu mil na dobę. Nie zatrzymywano się ani na chwilę, wiedziano bowiem o ile trudniejszą i przykrzejszą byłaby podróż lądem, bo ciasne tamtejsze morza niedługo już miały zamarznąć; lody tu i owdzie już się ukazywać zaczynały. Pod tą szerokością geograficzną przejście z lata do zimy następuje szybko; niema tam wiosny, ani jesieni. Trzeba więc było pośpieszać.
Dnia 31-go lipca niebo przy zachodzie słońca było bardzo czyste, i wtedy podróżni spostrzegli pierwsze gwiazdy w konstelacyach zenitu; lecz od tej chwili powstała bardzo gęsta i nieustająca mgła, która ważną w podróży stanowiła przeszkodę.
Doktór mocno był zaniepokojony tak raptownem zbliżaniem się zimy; wiedział on z jakiemi trudnościami walczyć musiał sir John Ross, zanim się dostał na morze Baffińskie, po opuszczeniu swego okrętu. Po pierwszej próbie czy mu się nie uda przejść po lodach, musiał powrócić do swego statku i czwarte jeszcze wytrzymać zimowisko; ale miał schronienie na przykrą porę, oraz zapasy żywności i paliwa.
Gdyby podobne nieszczęście spotkało dawną osadę Forwarda, gdyby przyszło zatrzymać się lub powracać, byliby zgubieni. Doktor towarzyszom nie wyjawiał swych obaw, lecz naglił, aby jak najprędzej zdążać ku wschodowi.
Nakoniec 15-go sierpnia, po trzydziestu dniach dość pospiesznej żeglugi, po czterdziestu ośmiu godzinach walki z lodami, nieraz przejście zupełnie tamującemi, po stokrotnem narażeniu na zgubę wątłej szalupy, żeglarze ostatecznie zostali w swej podróży zatrzymani przez lody formujące się ze wszystkich stron; termometr stał średnio na dziewięć stopni niżej zera.
Zresztą, tak od północnej jako i wschodniej strony, łatwo było rozpoznać blizkość brzegów po tych płasko zaokrąglonych kamykach, jakie woda morska liże po nadbrzeżnych lądach; coraz częściej też napotykano lody rzeczne.
Altamont ze skrupulatną dokładnością zdjął pozycyę, i w rezultacie otrzymał 78° 15′ szerokości, a 85° 2′ długości.
— A więc, rzekł doktór, dotarliśmy do Lincolnu północnego u przylądka Eden i właśnie wchodzimy na cieśninę Jones; gdyby nam było szczęście stalej nieco służyło, mogliśmy jeszcze byli zastać wolną od lodów drogę aż do samego morza Baffińskiego. Lecz i tak żalić się nie mamy czego. Gdyby mój biedny przyjaciel Hatteras znalazł był odrazu morze tak podróży jego sprzyjające, byłby bardzo prędko przybył do bieguna, towarzysze nie byliby go opuścili i nie byłby zmysłów utracił pod wpływem ciągłych trosk i niepokoju.
— Zatem, mówił Altamont, nie pozostaje nam jak opuścić szalupę, i na saniach dostać się do wschodniego wybrzeża Lincolnu.
— Na opuszczenie szalupy i podróż saniami zgadzam się, lecz zamiast dążyć do Lincoln, proponowałbym przebyć po lodach ciaśninę Jones i dostać do Devonu północnego.
— A to dla czego? zapytał Altamont.
— Bo im bliżej będziemy ciaśniny Lankastra, tem łatwiej napotkać możemy wielorybników.
— Masz słuszność doktorze, ale obawiam się, czy lody są już dość mocne, abyśmy bezpiecznie po nich przejść mogli.
— Spróbujemy! odpowiedział Clawbonny.
Wyładowano szalupę; Bell i Johnson zajęli się przysposobieniem sań, które w bardzo jeszcze dobrym były stanie. Nazajutrz psy zaprzężono i puszczono się brzegiem najprzód, a następnie wyjechano na rozległą przestrzeń pól lodowych.
Rozpoczęła się tedy na nowo owa tyle razy opisywana, tak powolna i męcząca podróż, Altamont miał słuszność, że nie ufał trwałości lodu: rzeczywiście nie można było przejść cieśniny Jones i wypadało jechać wciąż brzegiem Lincolnu.
Dnia 21-go sierpnia, podróżni wziąwszy się nieco na ukos, doszli do ciaśniny Glacier’a; tam puścili się lodem i następnego dnia dotarli do wyspy Koburg, którą przeszli w przeciągu dwóch dni, walcząc ze śniegową zawieją.
Ztamtąd dopiero wydobyli się na lepszą nieco drogę przez pola lodowe, i nareszcie 24-go sierpnia stanęli na ziemi Devonu północnego.
— Teraz, rzekł doktór, pozostaje nam już tylko przebyć ten ląd i dostać się do przylądka Warender, przy wejściu do ciaśniny Lankastra.
Pogoda tymczasem bardzo się popsuła: powietrze było mroźne, połączone z nieustanną zamiecią śniegową, wyczerpującą resztki sił biednych podróżnych. Zapasy także się wyczerpywały z dniem każdym i musiano ograniczyć się już do jednej trzeciej części zwykłej porcyi, aby tylko psom starczyło żywności odpowiedniej do ich pracy.
Natura gruntu także nie mało przyczyniała trudów; nierówności wciąż napotykane o wiele opóźniały drogę, a w przepaścistych wąwozach góry Trauter o mało że nie zostali ludzie, psy i sanie. Pomimo przyzwyczajenia się do trudów podróży podbiegunowej, nieszczęśliwi ci ludzie byli całkiem już znękani moralnie i fizycznie. Nie mogło być inaczej, po ośmnastu miesiącach nadludzkich wysileń i bezustannego następstwa rozpaczy lub nadziei. Zresztą i to jeszcze dodać potrzeba, że do jakiegoś celu dąży się z pewną ochotą, przekonaniem, wiarą, których się już nie doznaje przy powrocie. Więc też i podróżni wlekli się z trudnością; możnaby powiedzieć, że szli więcej ze zwyczaju, pobudzani resztką jakiego instynktu zwierzęcego, prawie niezależnego od ich woli.
Dopiero 30-go sierpnia wyszli nareszcie z tego zamętu gór, o których orografija niższych stref najmniejszego nie może dać wyobrażenia; wyszli jednak z tamtąd, jakkolwiek pokaleczeni i na pół przemarznięci. Doktór nie zdołał już podniecać swych towarzyszy, tem mniej, że i on sam siły utracił.
Z gór Trauter wychodziło się na pewien rodzaj płaszczyzny, utworzonej widocznie przez wstrząśnienia góry przy pierwotnem jej powstawaniu.
Tu potrzeba było koniecznie odpocząć dni kilka; podróżni nie mogli już nóg stawiać, a dwa psy z zaprzęgu zdechły w skutek zupełnego sił wyczerpnięcia.
Obrano sobie stanowisko i rozłożono się pod dużą bryłą lodu, na mrozie dziewiętnasto-stopniowym; nikt nie miał siły do rozbicia namiotu.
Zapasy żywności zmniejszyły się niezmiernie i pomimo zaprowadzenia najściślejszej oszczędności, nie mogły wystarczyć dłużej jak na tydzień. Zwierzyna stawała się coraz rzadszą, ptastwo bowiem odlatywało do cieplejszych klimatów. Śmierć głodowa groziła więc nieszczęsnym ofiarom.
Altamont okazujący ciągle najwięcej poświęcenia i prawdziwe zaniedbanie samego siebie, postanowił sprobować szczęścia na polowaniu, żeby dostarczyć żywności swym towarzyszom. Wziął przeto strzelbę, zawołał Duka i puścił się na płaszczyzny północne; doktór, Bell i Johnson z obojętnością prawie patrzyli jak ich opuszczał. Przez godzinę przeszło ani jednego nie usłyszeli wystrzału; wkrótce potem powrócił Altamont jakby czemś przestraszony.
— Cóż tam znowu? zapytał doktór.
— Tam! pod śniegiem! jąkał Altamont, wskazując pewien punkt na widnokręgu.
— Co takiego?
— Cała gromada ludzi!....
— Ludzi? żywych?
— Trupów!.. zmarzniętych.... a nawet...
Amerykanin nie śmiał dokończyć, lecz rysy jego twarzy wyrażały przerażenie trudne do opisania.
Doktór, Johnson i Bell pobudzeni tym wypadkiem, dobyli resztek sił aby się dowlec do miejsca, które wskazywał Amerykanin.
Byłato przestrzeń a raczej wąwóz ze wszech stron zamknięty i zacieśniony; tam okropny widok uderzył oczy widzów. Trupy zesztywniałe od mrozu, na wpół zagrzebane pod białym całunem, tu i owdzie sterczały z pod śniegu; tu ręka, tu noga, tam obie ręce skurczone, dalej twarz nacechowana groźbą i rozpaczą.
Doktór podszedł naprzód, lecz cofnął się naraz blady i zmięszany, a Duk tymczasem ze szczególnym naszczekiwał przestrachem.
— Jakiż okropny widok! zawołał Clawbonny.
— Cóż to jest? spytał stary Johnson.
— Nie poznajecie ich? mówił doktór głosem zmienionym.
— Kogo?
— Patrzcie.
Wąwóz ten był oczywiście widownią ostatniej walki ludzi z klimatem, trudami podróży i głodem, bo szczątki tu i owdzie znajdowane wskazywały jawnie, że ci nieszczęśliwi karmili się trupami ludzkiemi, może nawet drgającem ciałem towarzyszów. Doktór poznał Shandona i Pena i innych niegdyś do osady Forwarda należących; widać że im zabrakło sił i żywności, szalupa zapewne rozbiła się gdzie w przepaści śród śniegów, nie mogli przeto korzystać a morza oczyszczonego z lodów. Może też i zabłądzili w tych okolicach nieznanych. Zresztą, ludzie zbiegli w imię buntu, nie mogli długo pozostać w jedności tak niezbędnie potrzebnej do spełnienia wielkich przedsięwzięć. Shandonowi zapewne wkrótce wypowiedzieli posłuszeństwo, bo naczelnik buntowników wątpliwą mógł mieć nad niemi władzę.
Ta gromadka ludzi widocznie okropne przetrwać musiała cierpienia i niepokoje, zanim przyszła do tego okropnego stanu; lecz tajemnica ich nieszczęść na zawsze pogrzebaną została pod śniegiem podbiegunowym.
— Uchodźmy! uchodźmy ztąd! wołał doktór.
I odciągnął od tego strasznego miejsca swych towarzyszy, którym trwoga dała tyle energii na chwilę, że mogli coprędzej wracać do swego stanowiska.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.