<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Bernatowicz
Napoleon Rouba (red.)
Tytuł Pojata córka Lizdejki
Podtytuł opowiadanie historyczne
Wydawca Wydawnictwo Mińskiego Towarzystwa „Oświata“
Data wyd. 1908
Druk J. Blumowicz
Miejsce wyd. Mińsk
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.

Od niejakiego czasu głucha cisza zapanowała na zamku wielkoksiążęcym. Ze śmiercią księżnej Olgierdowej dwór niewieści bardzo się zmniejszył, gdyż Aksena więcej gustowała w rycerskich zabawach, niźli w białogłowskich, a teraz, syta zemsty nad wrogami, popadła w smutek głęboki.
A rządy ówczesne Litwy nie były tak uciążliwe, to też Jagiełło, to z nudów, to znowu wiedzion nieprzepartą ciekawością i zamiłowaniem wdzięków niewieścich, korzystał z każdej chwili sposobnej, by nawiedzać ów obraz, zawsze pod strażą w oddzielnej komnacie będący, i długie chwile wystawać przed nim.
— Któż to jest taki? — daremnie pytał i badał naokół, nikt mu tego nie mógł powiedzieć, a wiedział już z doświadczenia, że zacięty Trojdan nie ulegnie nawet wobec śmierci, którą mu groził. Więc umyślił sobie zjednać młodzieńca łaską i zaufaniem i w tym celu wziął go do swojego boku. Aliści stała się rzecz nieprzewidywana: już po upływie dni kilku Trojdan swojem obejściem i rozmową tak się podobał księciu, iż ów nie mógł już się obyć bez jego towarzystwa. Bystry umysł księcia odkrył odrazu tajemnicę Trojdana, bo mu się nie zdało, aby młodzian, tyle światły i wykształcony, mógł pochodzić ze sfery zwykłych, prostaczych kapłanów.
Zresztą Trojdan tyle widział świata, tyle miał do opowiadania o Węgrzech i Polsce, że sam zdradzał się co krok, co godzina. A obok tego już nie raz udzielał księciu rad zbawiennych i wskazówek w różnych kłopotach.
Oto znów od krzyżaków, jak zwykle przed zimą, powitała groźba wojny. Chytry zakon, rad wszelkim niesnaskom śród książąt Litwy, groził wojną, niby w obronie praw skrzywdzonego Witolda, a wojna ta mogła być niebezpieczną, ile że i Witold mógł liczyć na poparcie przychylnych sobie ziemian i panów.
Wtedy Trojdan doradził, aby tajemnie nawiązać stosunki z Witoldem i wejść z nim w układy, a Jagiełło wnet był posłuszny.
Zdarzyło się pewnego razu, kiedy Jagiełło z Trojdanem obchodził podwórzec zamku dolnego, gromadka kmieci zaszła mu drogę i, witając kornie, taką skargę do niego zaniosła:
— Oto będzie już ze cztery tygodnie, miłościwy panie, jak przybyli do nas jacyś obcy i poprosili, byśmy im pozwolili osiedlić się w naszej baszcie opuszczonej, na Ponarskim wgórzu. Wolni od wszelkiej obawy, zgodziliśmy się chętnie, skoro nam jeszcze obiecali duże zarobki. Jakoż kupili u nas moc drzewa za dobre pieniądze i zwieźliśmy im to na jedno miejsce koło baszty. A wtedy przyszło ich dużo więcej, już zbrojnych i z wielkiemi dostatkami, a z nimi razem jakaś niewiasta niezwykłej urody. Niebawem zaczęli wznosić dużą budowlę, nam ciągle sowicie płacąc za pomoc i materjały. Aż przyszła wreszcie bieda: oto, gdy budowla wzniosła się ku górze, poznaliśmy, iż ma to być świątynia chrześcijańska, a wtedy, zdjęci obawą przed ich czarami, uradziliśmy użalić się przed tobą, miłościwy panie. Więc ratuj nas, książę, i broń przed czarami swoją potęgą i rozkazaniem.
— A czemuście, psy niewierne, sami ich nie gnali precz od siebie? — gniewnie zakrzyknął Jagiełło.
— Już to sił by nam nie zbrakło, ale owa niewiasta tak prosiła i błagała, a ich główny cieśla, choć do roboty całkiem niezdatny, tak stawał groźnie do oczu, to znowu rzucał szczodrze pieniędzmi, żeśmy nie mieli odwagi.
Jeszcze się książe spytał o to i owo, a w końcu odprawił proszących obietnicą wejrzenia bliżej w tę sprawę.
— I cóż o tem myślisz? — zwrócił się potem z pytaniem do Trojdana. — Toć niechybnie chrześcijanie, a tak zuchwali, że śmią mi tu pod bokiem Wilna stawiać swój kościół, nawet mnie, księcia, nie pytając o pozwolenie.
Trojdan znalazł się w trudnem położeniu. Jego stanowisko ofiarnika wymagało wystąpienia przeciw owym śmiałkom, a wewnętrzne przekonanie owszem nakazywało cieszyć się i wspierać ich usiłowania.
Więc zbył księcia radą, aby naocznie sprawdzić wieść przyniesioną.
A Jagiełło rad był temu, szczególniej z powodu onej pięknej niewiasty, zamieszkującej opuszczoną basztę.
Że dzień był pogodny, dosiedli wnet koni w towarzystwie niewielkiego orszaku i ruszyli ku Ponarskim górom.
Jakoż już zdala ujrzeli połyskujący budynek, który kształtem istotnie przypominał kościół. Gdy stanęli śród wysokich ścian, ujrzeli na najwyższym zrębie brodatego majstra, pilnie pracującego z siekierą.
— Hej, panie cieślo! — zawołał gniewny książę — cóż to za osobliwy dom stawiasz? a nie możnaby wiedzieć, kto w nim będzie mieszkał?
— Pan wielki. Pan bardzo wielki! — odpowiedział mruczący cieśla i nie spojrzawszy na księcia, kończył śpiewając robotę.
— Do miljona Perkunów z tym panem! rzekł na to Jagiełło tupając, — kto wam pozwolił na cudzej ziemi stawiać kościoły?
— Kto pozwolił? — powtórzył cieśla niedbale — oto wiecie co, idźcie swoją drogą, nie mam czasu z wami rozmawiać.
Książe prawie oniemiał z oburzenia, lecz po chwili, bacznie wpatrując się w onego majstra, zakrzyknął z podziwem i jeszcze większym gniewem.
— Na Pekola! toż mój Dowojna! Dowojna, czyś rozum stracił, co tu ty robisz na dachu?
— A to wy, książe! — odparł ów, szybko obnażając głowę. — Witajcie, miłościwy panie, i darujcie słudze swemu, który w samej rzeczy już część znaczną rozumu utracił.
— Ty, dzielny rycerz, z siekierą w ręku dachy pobijasz? — mów, co cię do tego przywiodło?
— Jużem nie rycerz, miłościwy panie, a majster tego oto kościoła, który ma mi szczęście na resztę dni zapewnić.
— Lecz, cóż cię do tego przywiodło?
— Miłość mię opętała i otom zbył się mej sławy rycerskiej, wiernego miecza, a nawet i wiary ojców; idę, jako wół na uwięzi, za jedną ową branką wojenną, którą mi twoja łaska pozwoliła odwieść do Polski.
— Niegodny! więc odstąpiłeś swego księcia i swoich bogów?
— Cóż miałem czynić, skoro ni mnie już rozumu, ni mnie już woli nie stało, gdy mię ta niewiasta oczarowała? Oto mi rzekła na moje błaganie, że wtedy mi żoną zostanie, gdy tu na Litwie świątynię jej bogom wystawię i sam chrzest przyjmę, a ja nieszczęsny uległem i — niech mnie bogowie nie karzą! — czuję się szczęśliwym, widząc, jak mój kościół rośnie z dniem każdym.
— A nie mogłeś to, psi synu, udać się z twoją robotą między Turki lub Tatary, a nie na moją ziemię? Przebrzydły niewolniku babski! każę cię spalić wraz z twoją robotą!
— Łaski, miłościwy panie! Za moje wierne służby, za mój oręż, dla ciebie przez lat tyle broczony krwią wrogów, dziś błagam cię nagrody — daj mi kościół ten skończyć, a wtedy albo dostąpię szczęścia na ziemi, albo sam się obwieszę na jednej z tych belek, — błagał Dowojna, klęcząc na zrębie i wyciągając ramiona do Jagiełły.
— Nie, Dowojna, tego ostatniego nie uczynisz, bo cię nie minie słuszna nagroda, w której spełnieniu miłościwy książe nam obojgu dopomoże — ozwał się nagle jakiś głos słodki i jednocześnie rozkazujący, a Jagiełło i Trojdan ujrzeli Helenę, jeszcze piękniejszą, bo w bogate szaty przybraną.
Lecz znikła, niby senne widzenie, natomiast wnet zbliżył się poważny wojewoda Habdank i, powitawszy księcia, prosił w imieniu własnem i córki, ażeby raczył wstąpić do nich na basztę.
Lecz, jakież było zdumienie Jagiełły, kiedy w tej opuszczonej baszcie znalazł przepych i bogactwo zgoła niezwykłe, a oboje gospodarstwo w bogatych szatach robili honory dlań należne, przy pomocy licznej i bogato przybranej służby.
Gdy atoli przeszło zdumienie, Jagiełło począł się chmurzyć i dąsać, że to nie spytali go o pozwolenie, a budują kościół, na co on zezwolić nie może.
Ale i wtedy nie straciła uwagi dumna Laszka i z całą swobodą żartowała z jego gniewu, lub zręcznem pochlebstwem łagodziła gniew. Układny i wspaniały wojewoda ze swej strony świadczył księciu wiele grzeczności.
Skończyło się na tem, że zręcznie osaczony Jagiełło, wbrew swojej woli, prawie zezwolił na dalszą budowę kościoła, a ujęty obejściem i wdziękami Heleny, wzywał ojca i córkę przy rozstaniu, aby co rychlej nawiedzili go na zamku.
Tylko Trojdan pozostał zimny i milczący, choć dziewica raz i drugi natarczywem ścigała go spojrzeniem, jakby chcąc zbadać, czy nie zapomniał o tamtej drugiej i czy nie zrozumie jej własnego serca.
Wszakże i on starał się wpłynąć na księcia, aby nie przeszkadzał budowie kościoła.

JADWIGA (1384—1386).

Niebawem Habdank zjechał z córką na zamek i mile przyjęty przez gościnnego gospodarza, został na czas dłuższy.
Jagiełło umyślił prosić Helenę o wyjaśnienie tajemnicy obrazu i to mu w zupełności się udało.
Zapytana bez wahania, lubo z wyraźną niechęcią przyznała, iż zna ową piękność.
— Więc nie dręcz mię dłużej, nadobna panno, gdyż to mię już spokoju pozbawia — nalegał książę.
— Jest to Jadwiga — królowa polska.
Na to książę trochę radośny, a więcej podziwem zdjęty, rzekł:
— Ha! więc prawie odgadłem, że jest to osoba niezwykła, a dziś tem ci chętniej wyznaję, że nie tylko ja, ale i świat cały mógłby jej hołdy i cześć należną oddawać. Jakże jest piękna!
Ale zaraz potem dodał ze smutkiem:
— To mię jednak boli, że jej nigdy nie ujrzę, ani mi przyjdzie wyrazić jej moje uznanie.
— Nie rozpaczaj, książę, gdyż Polska nie za górami, — pocieszyła go Helena.
— To prawda, lecz dotąd znaliśmy się z nią jeno na polu walki i wzajemnych napaści, więc trudno byłoby mi sięgnąć okiem na ów królewski majestat i tyle tak niezwykłych wdzięków, ile że i ochotników ku temu pewno nie braknie.
— Tak, Jadwiga ma szczęście do ludzi, a Polska nasza jest silna i bogata, lecz poznaj się Jagiełło: i tyś przecie panem możnej i rozległej krainy i niepotrzebnie jesteś tak skromny.
— Jakże to? więc myślisz, miła panno, że mógłbym nawiązać z dworem polskim jakowe stosunki?
— Jak rzekłeś, książe, a nawet nie wątpię, że mógłbyś tam udać się ze swadźbą.
Jagiełło na te słowa rozjaśnił oblicze, niby słonko wesołe dzień chmurny jesieni, i życzliwie ujął dłoń Laszki.
— Ha! może i spróbuję, lecz bądź mi, luby gościu, wiernym druhem i doradzcą.
Dumna Polka, rada w duszy z tej roli powiernicy Jagiełły i w nadziei wywyższenia, chętnie przyjęła taki układ i odtąd w ciągłem obcowaniu opowiadała księciu długo i szeroko o Polsce, jej urządzeniach, dworze królewskim, zabawach i wielu innych ciekawych dla Jagiełły rzeczach.
A że książe zawsze był nagły do czynów i czas był gorący właśnie z powodu grożącej wojny z krzyżakami, więc w te pędy ułożył poselstwo do Polski i powierzając mu delikatne zbadanie polskich panów, czy mógłby się wielki książe litewski pokusić o koronę Polski i rękę młodziutkiej Jadwigi.
Po wyruszeniu poselstwa żył niby w gorączce, oczekując wieści pomyślnych i, zabawiając się z Heleną i jej ojcem, co nie było bez znacznej korzyści dla niego.
Dwór wielkoksiążęcy owego czasu w Wilnie, lubo dostatni w ludzi i skarby, nie miał tego ładu i wykwintu innych dworów spółczesnych. Sam Jagiełło i bracia jego byli nawykli do dość prostego sposobu życia i odpowiednio do tego był urządzony zamek, skromne rozrywki i uroczystości.
Na zamek szedł każdy z potrzeby, czy to nawet kmieć prosty lub bojar, a książe przyjmował każdego i dość poufale. Na ucztach zamkowych brakło wystawy i przepychu, a gmin ocierał się swobodnie o książąt, co było przyczyną ogólnej rubaszności i swobody we wszystkiem. Z drugiej zaś strony, w chwilach gniewu książę wybuchał nieraz jak prostak, i łeb winnego sługi lub żołnierza spadał na jedno skinienie.
Wszystko to raziło Helenę i jej ojca, więc, widząc powolność Jagiełły, oboje czynnie pracowali nad tem, aby na dworze książęcym wprowadzić pożądane zmiany. Oczywiście, że zyskało na tem chrześcijaństwo, gdyż oo. Franciszkanom zapewniono zaraz pewne dochody i pozwolono swobodniej sprawować wszelkie praktyki religijne.
Nie wiedział nic o tem wszystkiem sędziwy Lizdejko, który siedział w osamotnionym Kiernowie, nie wiedziała również Pojata, oddana pielęgnowaniu schorzałego ojca. Oboje ufali Trojdanowi nieograniczenie. Krewekrewejte miał go za najsilniejszą podporę religii pogańskiej, a jego córka, przeczuciem czystego serca wiedziona, wierzyła w przyjaźń i oddanie młodzieńca.
A Trojdan? On często przechodził chwile dręczącej niepewności, to znowu z lubością zwracał wzrok utęskniony w stronę Kiernowa. Tak przeszło kilka tygodni. Aż przybiegł goniec i zwiastował rychłe przybycie licznego poselstwa panów z Polski.
Na zamku wileńskim zakrzątnięto się żwawo na przyjęcie pożądanych gości i liczni gońcy książęcy pobiegli do książąt i panów; nie przepomniano również o Witoldzie, do którego znowu pchnięto zaufanego wysłańca.
Niebawem wkroczył liczny i strojny orszak panów polskich, a lud wileński biegł go z podziwem oglądać, tak to wszystko było bogate i niezwykłe.
Więc gościnny Jagiełło słał swoich komorników i dworzan na spotkanie, a wreszcie i sam witał z powagą i życzliwością na zamku. Przybysze byli dobrej myśli i chętnie od pierwszej chwili starali się zaskarbić sobie dobre mniemanie u księcia i jego otoczenia. Poczęły się uczty i biesiady nieprzerwane.
Dla wszystkich obwieszczono, że Jagiełło otrzymał z Polski wezwanie na tron i że chodzi tu głównie o przymierze przeciw krzyżakom, lecz tylko najbliżsi wiedzieli, że na mocy tajemnych układów tenże Jagiełło zobowiązał się przyjąć chrzest i na Litwie zaprowadzić chrześcijaństwo, a obok tego złączyć Litwę z Polską pod jedną władzą.
Tyle od niego zdobyto obietnicą pozyskania Jadwigi za żonę.
Na pierwszą wieść o tak licznych i niespodziewanych gościach, trochę zaniepokojony Lizdejko wraz z Pojatą udał się na zamek. Lecz, jakże przykro został zdziwionym? Oto nie ulegało już wątpliwości, że Litwa straci rychło księcia, a doświadczony starzec wnet się zatrwożył o przyszłość ludu i religii, choć sam Jagiełło składał przed nim najuroczystsze zaręczenia.
Wszakże nie dały się długo ukrywać zamiary swadziebne Jagiełły, co, niby miecz ostry, ubodło nieszczęsnego starca, który dotąd nie tracił nadziei, że ukochana córka zostanie małżonką księcia.
Więc tulił ją do serca i probował pocieszać, i ujrzał wtedy ze zdumieniem, że Pojata ani trochę tem nie jest dotknięta.
— Przykro mi, dziecię, bo to mi każe przypuszczać, iż ciągle myślisz o poświęceniu się na służbę bogom, boś i niedawną swadźbę księcia Daniela widziała niechętnie.
— Będę posłuszną tobie, ojcze, i woli bogów — odparło dziewczę nieco spłonione.
— To też daję ci wolę zupełną, ukochana córko, i pragnę jeno twojego szczęścia.
Odtąd gwarzyli już z sobą o losach religii i bogów, a więc i o Trojdanie, a wtedy niewinna Pojata niebacznie raz i drugi złapała się na zbyt gorącem zajęciu się młodzianem.
— Zali, córko, nie ciągnie cię serce ku niemu? — badał raz ojciec.
A dziewczę przytuliło się do jego piersi i ukryło wstyd i pomieszanie.
Zrozumiał starzec stan duszy ukochanej córki i zdawna już znając Trojdana i ufając mu zupełnie, powziął odtąd stały zamiar przygotowania go na swojego zastępcę w urzędzie arcykapłana, aby dać mu możność pojęcia Pojaty za żonę.
W ten sposób godził swoją troskliwość o przyszłość wiary i o los ukochanego dziecięcia. Więc już z większym spokojem mógł zwrócić się do księcia i panów polskich, ażeby poznać ich zamiary przyszłe i zapobiedz wczas wszelkim pokuszeniom na ukochane bóstwa z ich strony.
Jak na to zwołano wszystkich na ucztę niezwykłą, a cicha wieść niosła, iż wkrótce po niej Jagiełło zamyśla osobiście udać się do Polski i na czas jakiś osierocić Litwę.
Podobna wieść nawet przedarła się do ludu, więc nowin żądne tłumu[1] oblegały ciągle zamek i świątynię, nie ukrywając swojego żalu, jęków, a czasem i gniewnych pomruków.
Jakoż na wieczór zebrali się liczni goście w sali największej z zamkowych, a strojny i już wcale układny i pełen powagi Jagiełło czynił honory, mając zawsze przy boku przepięknie odzianą i strojną Helenę.
Przyszedł i Lizdejko z Pojatą.
Skromne dziewczę na pozór zgasło przy jaśniejącej Laszce, ale dla baczniejszego oka nie straciło nic na urodzie i przyrodzonym wdzięku, jako to właśnie fijołek lub leśna konwalja w otoczeniu sztucznych i połyskliwych kwiatów bez woni.
Umiał poznać się na tem Trojdan, za kochanemi oczyma ścigając dziewicę, a nawet ten i ów z układnych i strojnych panów polskich śpieszył do córki arcykapłana ze słodkiem słowem i zalotnem spojrzeniem.
Sam książę, najlepszej będąc myśli, rad mówił z każdym, świadczył honory publiczne sędziwemu Lizdejce i Pojacie.
Ale starzec nie dał się ująć pochlebstwem lub wykrętną obietnicą i czekał jeno sposobnej chwili.
Kiedy już uczta dobiegała do kresu, a ogólna serdeczność wzięła najwyższą miarę, powstał Lizdejko i rzekł gromkim głosem, zwracając się do Jagiełły:
— Z całego serca życzymy ci, książe, powodzenia w twoich zamysłach, lecz bacz, byś, goniąc za obcymi i ich sławą, nie uronił serc swojego ludu i nie przepomniał o rodzinnej Litwie.
— Nie kłopocz się o to, ojcze, i bądź spokojny, bo mi Litwa nigdy drogą być nie przestanie i rychło do was powrócę — odparł Jagiełło.
— Wierzymy ci, lecz wróciszże nam taki, jaki odjeżdżasz? Wróciszże wierny swoim bogom i gotów życie dać w ich obronie? — ciągnął już gwałtowniej nieubłagany starzec.
Na chwilę wtedy zapanowało milczenie, a ten i ów z biesiadników starał się odwrócić rozmowę w inną stronę.
Sam Jagiełło przybladł nieco i nie ukrywał silnego zniecierpliwienia.
— Więc jakże, książe? nic że nie powiesz nam na zaspokojenie? — nalegał już groźnie Lizdejko.
— Panem tu jestem, ojcze, nie sługą, więc sobie jeno winienem rachunek z postępków — bronił się Jagiełło wyniośle, podniecony przez spojrzenie Heleny.
Wtedy zrozumiał Krewekrewejte tajne zamiary księcia i serce jego oblało się krwią bólu i żalu srogiego. Usiadł znękany na ławie, a po chwili, wsparty na ramionach Pojaty, szedł milczący i groźny do izb, przez siebie zamieszkiwanych.
Jakoż i wszystkim lżej się uczyniło na sercu po jego wyjściu i żywsza ochota zapanowała w zebraniu, szczególniej wtedy, gdy na salę weszła muzyka polska i miłemi tony zachęcała do pląsów.
Długo w noc późną trwała huczna biesiada i radosne okrzyki, a gdy się miało na dzień, czeladź zamkowa jęła pakować bogate skarby książęce na wozy, wytaczać kolasy i sposobić rumaki.
Jagiełło nieodwołalnie ruszał do Polski.
Zaledwie tyle wymógł Lizdejko, że książę zgodził się wziąść z sobą Trojdana za doradzcę, ku czemu zresztą Jagiełło okazał się nader chętnym, lubiąc towarzystwo młodzieńca.
Więc ze świtem pchnął starzec służbę po Trojdana i postanowił z nim rozmówić się otwarcie.
Niebawem przyszedł młodzian znużony i drżący po nocy, bezsennie strawionej.
— Synu mój! Jagiełło bierze cię do swego boku w podróży do Polski, więc bądź mu doradzcą, i bacz pilnie, ażeby nic nie zdziałał na szkodę Litwy, a osobliwie naszej wiary. Ufam, że podołasz temu zadaniu i godnie odpowiesz mojemu zaufaniu.
Trojdan zaniemiał na te słowa, a starzec ciągnął dobrotliwie:
— Wiedzże atoli, że czeka cię nagroda za powrotem: oto zostaniesz moim następcą, a jedyne moje dziecię dam ci za żonę i będę błogosławił dniom twoim.
Lecz tego już nie wytrzymał biedny młodzieniec i z głuchym jękiem padł do nóg, wołając głosem złamanym:
— Ojcze, cofnij swe łaski, bom ja ich niegodzien. Oto przyszła chwila, kiedy się sam muszę oskarżyć i tem dać siebie przed tobą na wieczną hańbę i pogardę.... Starcze! jam nie ofiarnik litewski, jam Firlej, syn możnego Polaka! Podstępem wdarłem się do waszej świątyni i jam to pierwszy podkopał powagę bóstw waszych i rzucił pierwsze myśli śród kapłanów o chrześcijaństwie. Więc przeklnij mię i zapomnij, a nawet ubij, bo i śmierć samą chętnie przyjmę z twej ręki....
Lizdejko, to słysząc, jeno zatoczył dzikiem wzrokiem naokół i jął szarpać Trojdana za ramię.
— Och! czemuż śmierć upragniona nie nawiedzi mnie teraz, skoro wiem, co tracę, tracąc rękę i serce ukochanej Pojaty! — szlochał dalej zbolały młodzian.
Jak na to weszła w tej chwili, niby cień, Pojata i pogarnęła się do starca.
— Mój ojcze, uspokój się.
— Patrz, dziecię: to on, to zbójca, co zabija mnie i ciebie, co zdradą chciał obalić naszych bogów.... Niechże więc...
Już gotów był przekląć Trojdana oszalały Lizdejko, gdy Pojata gorącym uściskiem stłumiła groźne słowa, niby ołów roztopiony i żółć wrząca, biegące z ust starca.
Trojdan zatoczył się, jakby pozbawiony sił i przytomności; opuścił izbę, a Pojata, oblana cichemi łzami, szeptała drżąca:
— A jednak, ojcze, gdy on pójdzie i nie wróci, większą część życia mojego niepowrotnie z sobą zabierze.





  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – tłumy.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Bernatowicz.