Posażna panna/Część I/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Bąkowski
Tytuł Posażna panna
Data wydania 1899
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Polska
Drukarz Drukarnia Uniwersytetu Jagiellońskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron
IV.

Ledwo Plichta próg mieszkania przekroczył, rzucił się na łóżko, stękając:
— Niech licho porwie takie konne trzęsienie ziemi! Jestem stłuczony na kwaśne jabłko... Pozwolę się nazwać stłuczonym kieliszkiem, jeżeli dam się kiedy jeszcze namówić na konną jazdę i to na damskiem siodle!... No! Kaziu! jak ci się podobała wycieczka? co? Przejechałeś się i zabawiłeś się i nic ci nie zaszkodziło. I do tego wracałeś w towarzystwie ślicznej kobietki!
— Bardzo ładna! — odparł z zapałem Spisowicz.
— Ale jej siostra sto razy ładniejsza.
— Hm! nie uważałem.
— Zapatrzałeś się na Armanową, więc byłeś na wszystko ślepy. Panna Adela, to delicye! Wykapana Armanowa, tylko młodsza i ładniejsza, śliczna! Ktoś będzie miał z niej ładną żonkę.
Sędzia się zadumał i przechodził w myśli rysopis panny Adeli: wzrost wysoki, figura wspaniała; włosy czarne, długie śliczne; oczy duże, czarne, palące; nos proporcyonalny, orli; usta małe, śliczne, uśmiechnięte; zęby białe, cudowne; znaki szczególne? żadne. Po namyśle odpowiedział:
— Rzeczywiście ładna i podobna do Armanowej.
Plichta rzucił pochwałę panny Adeli od niechcenia; ale widząc, że jego słowa wywarły pewne wrażenie na przyjacielu, ciągnął dalej:
— Podobniuteńka do Armanowej... Wiesz co Kaziu? panna do wzięcia... ładna panna!
— Co? ty Józiu, taki przeciwnik małżeństwa, radziłbyś mi...
— Bo ty na kawalera nie jesteś stworzony, lubisz siedzieć w domu, w cieple, to materyał tylko pod pantofel, pod śliczny pantofelek panny Adeli. Mówię ci, ożeń się, a będziesz szczęśliwie i spokojnie siedział sobie w domu, jak beczka na ligarach w piwnicy.
Sędzia, nie zastanawiając się nad trafnością porównania Józia, zamyślił się nad podobieństwem panny Adeli do Armanowej i rzekł po chwili:
— Statystyka uczy, że ludzie żonaci dłużej żyją...
— A widzisz! Przypatrz się tylko jutro dobrze Adelci, zdecyduj się potem, i zaraz zaczniemy konkurować.
— Jakto? obaj zaczniemy?
— To jest ty będziesz konkurować, a my będziemy ci pomagać. Będziemy cię chwalić, podnosić twoje zalety, pomożemy ci popełnić jakiś czyn bohaterski... Zresztą zobaczymy. Arman lubi safandułów, będzie więc za tobą...
Sędzia długo nie mógł dziś usnąć. Postacie wysmukłych sióstr z czarnemi, palącemi oczami błąkały się w jego umyśle obok paragrafów, traktujących o — małżeństwie. Do samego ranka kręcił się sędzia na łóżku, aż nareszcie sen zlitował się nad nim i osiadł na jego powiekach.
Nazajutrz ubrał się niezwykle starannie na wizytę.
Gdy przybyli przed mieszkanie Armanów, zastali na ganku p. Koziełka z młodą generacyą, palącego ogromną fajkę i dającego pupilom pedagogiczne nauki oraz łacińskie zdania, równie długie jak cybuch jego fajki, do tłómaczenia. Sędzia odpędził ręką dym z fajki od nosa i mruknąwszy niechętnie: Fe! dymi jak wulkan! wszedł z przyjaciółmi do wnętrza.
Venus nupsit Vulcano! (Wenera poślubiła Wulkana) rzekł p. Koziełek, dosłyszawszy ostatnie słowo sędziego, i zwrócił się do Lola z zapytaniem: co znaczy Venus nupsit Vulcano!?
— Niech pan zapyta się Stasia lub Jasia, odparł obrażony Lolo. Ja idę do ósmej klasy i jestem członkiem komitetu urządzającego reuniony!
— Aha! nie wiesz, odparł filolog. Gdybyś wiedział, co znaczy, tobyś odpowiedział!
Lolo spojrzał dumnie na p. Koziełka i odpowiedział mu z pogardą: Wenus ożeniła się z Wezuwiuszem! poszedł z tryumfem do wnętrza.
Tam sędzia dysputował już z Armanem o znaczeniu analizy w badaniach naukowych i o konieczności połączenia jej z syntezą, spoglądając z pod oka to na gospodynią domu, to na jej siostrę i analizując w myśli ich wdzięki. Narwalski zabawiał pannę Misię, a reszta gości zabawiała się rozmową o górach, w czem oczywiście pierwszy głos miał Kolski, przedstawiając dotychczasowy stan wiadomości o niedostępnym Ganku i swe usiłowania dostania się na ten szczyt, któreto usiłowania dotychczas polegały na rozmowie z przewodnikami, którzy podobnie jak Kolski na Ganku jeszcze nie byli.
Po chwili poprosił Arman na podwieczorek do ogrodu. Po drodze prawił Narwalski w ucho Kolskiemu; Panna Misia i Adela chcą koniecznie zobaczyć Morskie Oko, ale Arman nie chce się wybrać. Kobiety spiskują przeciw niemu, licząc na waszą pomoc. Gdybyście sędziego namówili?.. jego okrutnie polubił Arman...
— To niemożliwe, wtrącił Cichocki, znający zdawna Spisowicza. On się tam nie wybierze, boi się zaziębienia i kataru. Ani mowy.
— To przynajmniej niech cicho siedzi i nie odradza.
— To możemy na nim wymódz, dodał Kolski, siądę przy nim i nie dam mu się sprzeciwiać.
Plichta szepnął parę słów w ucho sędziemu i popchnął go ku pannie Adeli. Kolski siadł z drugiej strony sędziego, aby stłumić w zarodku wszelką jego opozycyą przeciw Morskiemu Oku. Cichocki z Plichtą zasiedli znowu w gronie dzieci, wypytując filologa, czy Alcybiades w karty grywał? Czy w starożytności pito herbatę w ogrodzie? Czy Ptolomeusz był przy Morskiem Oku? itp. Wreszcie znudziło się Cichockiemu dysputowanie z zacietrzewionym p. Koziełkiem, więc rzekł do Plichty:
— Zaczyna być nudno... zagrajmy Józiu w para niepara.
— Dobrze. Ile mam teraz w kieszeni?
— Niepara!
Plichta dobył pieniądze z kieszeni i począł nieznacznie liczyć pod stołem...
Tymczasem panna Adela postawiła na porządku dziennym sprawę wycieczki do Morskiego Oka.
— Co ci się zachciewa! zawołał Arman.
— To pyszna myśl! zawołał Narwalski. Panie pojechałyby z panem Antonim i ze mną, a reszta poszłaby przez Zawrat piechotą, potem złączylibyśmy się przy Morskiem Oku i razem wrócili przez Waksmundzką dolinę...
— O! jakiś pan samolub — rzekł sędzia — sam pan chcesz jechać, a nam każesz iść piechotą!
— Więc pan sędzia wybrałbyś się z nami? — zapytała prędko panna Adela, klaskając w dłonie.
Sędzia wzdrygnął się: stanęły mu przed oczami katary, zaziębienia, przemoczenia, zapalenie płuc, a potem...
— To jest... ja nie — jąkał się — ja nie...
— A! panbyś nie szedł, ale pojechałbyś z nami furą?
I spojrzała panna Adela na sędziego proszącemi oczami.
— Cudowna! — myślał sędzia zapatrzony na nią, zapominając odpowiedzi. — Józio miał racyę, że ładniejsza od Armanowej... młodsza, piękniejsza, zdrowa...
— Kto milczy, ten zezwala — zawołała panna Adela. — Pojedziemy, pojedziemy.
Sędzia przeraził się. Odmówić jej? niepodobna... pojechać? zaziębienie pewne...
— Ha! — rzekł wreszcie po namyśle — jeżeli całe towarzystwo pójdzie, to będzie to dla mnie przyjemnością... prawdziwą przyjemnością... tylko pogoda teraz jest wątpliwa...
— Śliczna pogoda — przerwał mu Kolski — cudna będzie droga. Ja odprowadzę państwa do Morskiego Oka, a ztamtąd ruszę na Ganek.
— Kiedy się więc wybierzemy?
— Tylko nie tak gorąco, Adelciu — przerwał niezadowolony Arman.
— Andzia także się zabawi z nami, przecież jej nie będziesz bronił zabawy...
Arman spojrzał pytająco na żonę.
— Jak ty pojedziesz — odpowiedziała Armanowa — to ja najchętniej. Wszyscy cuda opowiadają o Morskiem Oku.
Hm! więc kobiety, ja i sędzia wozem — medytował głośno Arman.
— I ja — dodał Narwalski.
— I pan Tadeusz... hm, panowie piechotą, hm!
— Pojedziemy wszyscy wozami do Kuźnic — objaśnił profesor — a tam dopiero się rozdzielimy, aby się znowu spotkać nad Morskiem Okiem.
— A cóż na to pan mecenas? a pan, panie konsyliarzu?
Plichta nagle zagadnięty, zajęty grą w para niepara, odpowiedział niebacznie:
— Niepara!
Wszyscy parsknęli śmiechem dokoła.
— Przepraszam — wyjąknął zmieszany konsyliarz — nie słyszałem pytania... założyłem się z mecenasem, czy pań jest do pary, czy nie do pary...
— To ciekawy zakład! tak nas trudno policzyć! — zawołała rozmowna panna Adela. Jest nas tu aż trzy!
— Pani ma lekką chrypkę i katar — przerwał jej z współczuciem sędzia. — Niezawodnie musiała się pani przeziębić. Należałoby napić się gorącej herbaty i położyć się do łóżeczka...
— Słusznie mówi sędzia — poparł go Arman — ale cóż robić z tą Adelcią! Wczoraj naprzykład, wróciwszy z Kościelisk, spała przy otwartem oknie!
— Czy być może?!... nie należy nigdy kataru zaniedbywać — mówił poważnie sędzia — bo zaniedbanie przemienia katar w chroniczny, dalej stopniowo przechodzi w gardlany, potem w płucny, zwany: bronchitis.
— Pan mógłbyś zastąpić nieraz konsyliarza Plichtę — wtrąciła, śmiejąc się, Adelcia. — Czy pan i medycynę studyował?
— Tylko sądową, proszę pani.
— Więc stoi na tem, podjęła rozmowę panna Misia, że jedziemy. Ale kiedy?
— Jak najprędzej, zaproponował Narwalski.
Melius sero quam nunquam (lepiej późno, niż nigdy), rzekł p. Koziełek, a zwracając się do gwarliwego, młodego pokolenia, ciągnął dalej: Słuchajcie dzieci, co mówią starsi. Epaminondas studiosus erat audiendi (Epaminondas chętnie przysłuchiwał się rozmowom).
— Musimy najprzód zrobić przygotowania — ozwała się gospodyni — kurczęta smażyć, siekać kotlety... najwcześniej pojutrze moglibyśmy wyruszyć.
— Więc pojutrze jedziemy! zakończyła panna Adela i zadowolona z przebiegu sprawy, podsunęła sędziemu trzecią filiżankę herbaty, mówiąc: to zdrowe na katar!
Usłyszawszy to Plichta, pomyślał: a to się Kazio ładnie na początek przedstawił! muszę mu dać naukę, aby mi ani słówka o katarze przy pannie nie pisnął! Jemu konkurować o posadę posługacza szpitalnego, nie o pannę!
Jak w Panu Tadeuszu, przed wyprawą na niedźwiedzia, Wojski ściągnął na siebie wszystkich oczy:

»Znak to był, że szukają na przyszłą wyprawę
Wodza i że Wojskiemu oddają buławę«

tak wszyscy spojrzeli na Kolskiego, który powstawszy, przemówił uroczyście:
— Panie zechcą być gotowe na piątą rano pojutrze, fury ja zamówię.
— Już o piątej? tak wcześnie?
— Tak proszę pań, inaczej przybylibyśmy aż w nocy nad Morskie Oko.
Themistocles saepe noctu ambulabat (Temistokles często przechadzał się nocą) — rzekł p. Koziełek.
— Proszę się zaopatrzyć w derki, ciepłe ubrania i bieliznę do zmiany w razie przemoczenia, dysponował dalej Kolski, a sędziego przechodziły ciarki po skórze na te słowa.
— Pan sędzia jedzie w naszej furze, dodała panna Adela na pożegnanie, chcąc sobie zapewnić tak cenioną przez Armana osobistość.
— Niepodobna mi odmówić tak miłemu rozkazowi! odparł sędzia z lekkiem westchnieniem.
Gdy wyszli za próg, Plichta ważył wielkie myśli po drodze. Skoro Kazio, myślał, ten tchórz w wiecznej trwodze o zaziębienie, zdecydował się na wyprawę do Morskiego Oka, którą mu Kolski niecnie oczernił, to musiała go Adelcia djabelnie wziąć za serce... wartoby mu dopomódz, aby nie dostał kosza, ergo należałoby mu dać przyzwoitą naukę. Tak pomyślawszy, wziął Plichta sędziego pod ramię i wyprzedziwszy towarzyszy o parę kroków, przemówił:
— No?
— Co?
— Podobała się?
— Kto?
— Nie udawaj! wiesz o co chodzi.
— Rzeczywiście... śliczna.
— Słuchaj zatem: skoro ci się podobała, to trzeba być niedołęgą albo dziwakiem, aby z nią rozmawiać o — katarze.
— Wy doktorzy lekceważycie małe słabości, aby potem ciągnąć pieniądze od pacyentów, kiedy w cięższą chorobę popadną przez lekceważenie lekkiej.
— Choćby tak było, to nie ośmieszaj się przed panną! Słuchaj więc, odpowiedz mi seryo, czy, gdyby cię panna zechciała (co może nastąpić tylko wtedy, jeżeli zapomnisz o katarze), ożeniłbyś się z nią? hę?
Sędzia oglądnął się, czy nikt nie słyszy i odrzekł cicho:
— Tajemnica! żeby nikt się nie dowiedział, nużbym dostał kosza?...
— Więc ożeniłbyś się?
— Ożeniłbym — odparł cichutko sędzia.
— A więc słuchaj: będziemy robić, co w ludzkiej mocy, abyś nie dostał kosza, ale jak mi przy pannie słowo piśniesz o katarze, to umywam ręce od wszystkiego!
— Ani o zaziębieniu?
— O żadnej słabości, ani przypadłości! Masz być wesołym, mów z nią o literaturze.... o muzyce... o... sztuce, o czem ci się zresztą podoba, tylko nie o tym przeklętym katarze! Hm! żebyś tak zrobił jaki czyn bohaterski?... no... pomyślę i o tem.
Sędzia ścisnął rękę Plichty z rozrzewnieniem i rzekł:
— Odprawiam furmana i nie pojadę jeszcze do Krakowa.
— A to go wzięła! — pomyślał Plichta. — Żeby tak jaki czyn bohaterski...
Spisowicz spał znowu niespokojnie. Dziś sama panna Adela, bez żadnej przymieszki Armanowej, stała mu przed oczami. Ale panna Adela lubiąca otwarte okna i lekceważąca katar!
— Jeżeli pójdzie za mnie — pomyślał — to mię będzie kochać. Jeżeli będzie kochać, to się odzwyczai dla mnie od otwierania okien i nie będzie chodzić do Morskiego Oka...
Uspokojony tem rozumowaniem zasnął nareszcie.
Kolski, mając w programie wycieczkę, uczuł się w swoim żywiole. Prosto od Armanów pobiegł zamówić fury i przewodników. Znalazłszy ich przed karczmą, wszedł do jej wnętrza na naradę. Siadł z przewodnikami przy stole, zajadając ser owczy i popijając żętycę, bo wmówił w siebie, że ser, żętyca i kiełbasa to najzdrowsze przysmaki, które wprawdzie sprawiały mu potem niedyspozycyę, ale tłómaczył ją sobie tem, »że musiał w restauracyi zjeść coś niezdrowego«, bo tylko wtedy silnym i rzeźkim się czuje, kiedy używa żętycy i kiełbasy w ogniu smażonej.
Wczas rano już był na nogach i do późnej nocy gonił z góralami, to prezentując fornali Armanom, to znosząc wiktuały, to odmieniając takowe i kupując nowe.
— Tylko propinacyę mnie zostaw — napominał go Plichta — bo ty się znasz na tem tyle, co niemowlę na fabrykacyi alkoholu. Żeby tak jaki czyn bohaterski?...
— Co ty pleciesz? — spytał Kolski.
— E... nic!
Po odejściu Kolskiego zwrócił się Plichta do Spisowicza:
— Koniecznie musisz zrobić coś bohaterskiego.
— I!... — utkwiła ci jedna myśl w głowie i nudzisz mię nią ciągle. Czy to średnie wieki, żebym urządzał turnieje i kruszył kopię, ozdobiony szarfą damy?
— Nie rozumiesz, o co mi chodzi. Trzeba, żebyś zatarł twoje kataralne rozmowy, żebyś okazał się mężczyzną, eleganckim, kochającym, rycerskim, np. żebyś Jej (mówię teraz przez duże J., iżby nie urazić twego ideału), żebyś więc Jej życie uratował... Hm! gdyby tak wpadła do wody?
— Bój się Boga! zaziębiłaby się!
— No, to żebyś schwycił rozhukanego unoszącego Ją rumaka; ale te przeklęte szkapy góralskie nawet rozbiegać się nie potrafią!
— Dajże pokój takim pomysłom!
— Już ja muszę coś wymyślić, inaczej możesz mię nazwać złamanym trybuszonem[1].


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Staropolskie określenie na korkociąg; od franc. tire-bouchon.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Bąkowski.