Powszechne braterstwo/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Powszechne braterstwo
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” Sp. Akc.
Data wyd. 1923
Druk Drukarnia Spółki Wydawniczej Powszechnej
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bronisława Neufeldówna
Tytuł orygin. Fraternity
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.
Wyprawa.

Pierwszy to raz spotkali się po za domem, co widocznie wprawiło oboje w zakłopotanie. Młoda dziewczyna zarumieniła się i zerwała się z miejsca, Hilary, który zdjął kapelusz i zmarszczył czoło, usiadł.
— Proszę nie wstawać, — rzekł; — chcę z panią pomówić.
Mała modelka posłusznie wróciła na miejsce. Nastąpiło milczenie. Miała na sobie starą bronzową spódniczkę i włóczkowy kaftanik oraz starą, niebiesko-zielonawą wełnianą czapkę; dokoła jej oczu widniały cienie zmęczenia.
Nareszcie Hilary spytał:
— Jakże się pani powodzi?
Mała modelka spuściła wzrok na swoje nogi.
— Nieźle, dziękuję panu, panie Dallison.
— Byłem u pani wczoraj.
Rzuciła na niego spojrzenie, które mogło nie znaczyć nic albo bardzo wiele.
— Pozowałam właśnie pannie Boyle.
— A więc pani ma znów zajęcie?
— Już się skończyło.\
— W takim razie zarabia pani tylko te dwa szylingi dziennie od pana Stone’a?
Skinęła głową.
— Hm!
Niespodziewany, współczujący poniekąd, ton tego mruknięcia, zachęcił modelkę do dalszych zwierzeń, — Mam trzy szylingi i sześć pensów na komorne, śniadanie kosztuje mnie blisko trzy pensy... i to tylko chleb. i masło... to pięć i dwa; pranie wyniesie zawsze conajmniéj dziesięć pensów... to sześć; drobne wydatki wyniosły w przeszłym tygodniu szylinga... chociaż nie jeździłam omnibusem; pozostaje mi zatem na obiady pięć szylingów. U pana Stone’a dostaję zawsze, herbatę. Ale najwięcej mnie dręczy moje ubranie. — Wciągnęła nogi głębiej pod ławkę a Hilary wyrzekł się spojrzenia na nie. — rMoja czapka jest ohydna, i potrzeba mi... — Spojrzała pierwszy raz prosto w twarz Hilaremu. — Chciałabym być bogata.
— Nie dziwię się.
Modelka zgrzytnęła zębami i, mnąc brudne rękawiczki, rzekła:
— Panie Dallison czy pan wie, co jabym najpierw kupiła, gdybym była bogata?
— Nie.
— Kupiłabym sobie same nowe rzeczy, wszystko od stóp... do głowy i nigdy już nie włożyłabym na siebie ani jednego z tych starych gałganów.
Hilary wstał. — Niech pani pójdzie teraz ze mną i kupi? same nowe rzeczy, od stóp do głowy.
— Och!
Hilary spostrzegł się zaraz, że uczynił propozycję niedorzeczną, a nawet niebezpieczną; nie chcąc wszakże dać dziewczynie pieniędzy, co obrażało jego poczucie delikatności, nie miał innego sposobu wyjścia.
— Proszę pójść ze mną! — rzekł szorstkim tonem.
Mała modelka wstała posłusznie, Hilary zauważył, że ma buciki podarte, a ten widok wywołał w nim takie oburzenie, jakgdyby spostrzegł, iż ktoś bije dziecko; ucichły zatem wszelkie wyrzuty sumienia i ogarnęło go raczej żywe zadowolenie, jakiego doznaje, nawet najwykształceńszy, człowiek, gdy uczyni wyłom w konwenansach.
Spojrzał na towarzyszkę — miała oczy »puszczone; co też myśli w tej chwili?
— Chciałem właśnie z panią o czemś pomówić, — rzekł; — nie podoba mi się dom, w którym pani mieszka; myślę, że trzebaby się przeprowadzić. Jak się pani zdąje?
— Tak. zapewne, panie Dallison.
— Przecież pani znajdzie chyba pokój gdzieindziej, nieprawda?
Mała modelka odpowiedziała, jak poprzednio:
— Tak, zapewne, panie Dallison.
— Obawiam się, że Hughs to... niebezpieczny człowiek.
— On taki zabawny.
— Czy nie jest natrętny?
Wyraz jej twarzy zdumiał Hilarego; malowało się na niej jakby lekkie rozweselenie. Rzuciła mu uświadomione spojrzenie.
— Nie zwracam na niego najmniejszej uwagi... nie zrobi mi krzywdy. Panie Dallison, jak się panu zdaje, jaki mam wziąć, niebieski czy zielony?
— Niebiesko zielonawy, — odparł krótko.
Klasnęła w ręce, zmieniła w podskokach krok, poczem szła dalej obok niego.
— Proszę mnie posłuchać, — rzekł Hilary; — czy pani Hughs mówiła kiedy z panią o swoim mężu?
Mała modelka uśmiechnęła się ponownie.
— A jakże.
Hilary zagryzł usta.
— Panie Dallison, proszę... a mój kapelusz?..
— Cóż pani kapelusz?
— Czy pan chciałby, żebym miała mały czy duży kapelusz?
— Na miłość boską, — odparł Hilary — mały... bez piór.
— Och!
— Czy pani może przez minutę uważać na to, co mówię. Czy Hughs albo jego żona mówili z panią co o... tem, że pani chodzi do mojego domu, o... mnie?
Twarz małej modelki pozostała obojętna, ale z ruchu jej palców wywnioskował, że uważa teraz.
— Wszystko mi jedno co oni mówią.
Hilary odwrócił wzrok; rumieniec gniewu okrywał powoli twarz jego.
Modelka zaś dodała skwapliwie:
— Oczywiście, gdybym była panią, nie byłoby mi wszystko jedno.
— Proszę tak nie mówić! — rzekł Hilary; — każda kobieta jest panią.
Tępy wyraz twarzy dziewczyny, bardziej drwiący, niż wszelki uśmiech, ostrzegł go, że słowa jego są dla niej czcze i bez znaczenia.
— Gdybym była panią, — powtórzyła z prostotą — nie mieszkałabym tam przeciąż, nieprawda?
— Nie, — odparł Hilary, — i w każdym razie lepiej, żeby pani tam dłużej nie mieszkała.
Ponieważ modelka nie dała żadnej odpowiedzi, przeto Hilary nie wiedział co właściwie dalej mówić. Stopniowo uświadomił sobie, że zapatrywała się na położenie z odmiennego zupełnie stanowiska i że on tego zapatrywania nie rozumie.
Był zupełnie bezradny, mając świadomość, że w życiu tej dziewczyny istniało tysiące rzeczy, o których on wiedział, tysiące poglądów, których on nie podziela.
Ich dwie postacie zwracały nieco uwagi na ożywionej ulicy; Hilary bowiem — o szczuplej, okolonej zarostem twarzy, wysoki i smukły, w miękkim pilśniowym kapeluszu, wyglądał, jak to mówią „dystyngowanie“; zaś mała modelka, jakkolwiek „nie wyglądała dystyngowanie“ w starej bronzowej spódnicy i wełnianej czapce, niemniej miała ten rodzaj twarzy, który sprawiał, że, zarówno mężczyźni jak i kobiety, oglądali się za nią. Dla mężczyzn była, obdarzonem niezwykłym interesującym wdziękiem, stworzeniem z krwi i kości, dla kobiet zaś tem właśnie, co zniewalało mężczyzn do oglądania się za nią. Wszelako od czasu do czasu budziło się w jakimś przechodniu uczucie bardziej nieosobiste, jakgdyby Bóg Miłosierdzia poruszył w górze skrzydłami i upuścił maleńkie piórko.
Tak idąc i zwracając po drodze pewną uwagę dotarli do pierwszego ze stu drzwi firmy Rosę i Thorn.
Hilary wybrał właśnie te drzwi końcowe, gdyż, w miarę jak rozwijała się przygoda, uświadamiał sobie coraz bardziej jej niebezpieczeństwa. Zabranie małej do tego samego właśnie sklepu, do którego uczęszczają jego żona i znajomi, było niebardzo rozważne; ale ta sama przyczyna, dla której właśnie tam czynili zakupy, — fakt, że nie było w pobliżu innego podobnego magazynu — sprawiła, że Hilary również tam udał się teraz.
Działał pod wpływem nagłego porywu, wiedział, że, jeżeli nie usłucha tego porywu niezwłocznie, nie pójdzie za nim wcale. Droga śmiała jest drogą mądrą; dlatego to wybrał drzwi końcowe, za rogiem. Usunąwszy się w bok, by przepuścić naprzód małą modelkę, zauważył jej roziskrzone oczy i zapłonione lica; nigdy jeszcze nie była taka ładna. Szybkim ruchem oka rozejrzał się dokoła; w oddziale, do którego weszli, nie mogli załatwić swoich sprawunków, był bowiem całkowicie zapełniony pyjammami. Naraz Hilary uczuł, że ktoś dotknął jego ramienia. Mała modelka, z lekko zaróżowioną twarzą, podniosła oczy ku niemu.
— Panie Dallison, czy dostanę więcej niż jeden garnitur... bielizny?
— Trzy... Trzy, — odparł półgłosem i spostrzegł nagle, te stoją w progu tego sanktuarjum. — Proszę tu kupić, — dodał, — i przynieść mi rachunek.
Czekał tuż obok mężczyzny o różowej twarzy z wąsami, o figurze bez zarzutu, który stał bardzo spokojnie, ubrany od głowy do stóp w białe i niebieskie pasy. Wydawał się apoteozą doskonałości męskiej, a na obliczu jego spoczywał martwy uśmiech, jakby mówiący: „Długie, długie były walki człowieka, ale wkońcu cywilizacja wytworzyła mnie. Dalej posunąć się nie może. Do dalszego rozwoju nie jestem już zdolny. We mnie osiągnięty został szczyt. Proszę spojrzeć na moje plecy: Amator. Najwyższy szyk, 8 sz. 11 p. Ceny wyjątkowe!“
Ponieważ nie odezwał się do Hilarego, przeto ten ostatni musiał się zadowolić obserwowaniem sprzedawców. Brakło już tylko pół godziny do zamknięcia magazynu; subjekci włóczyli się leniwie po sklepie, drocząc się potrosze między sobą, w braku kupujących, — niby muchy na szybie, nie mogące wydostać się na słońce. Dwaj podeszli do Hilarego z zapytaniem czem mogą mu służyć; byli tacy wytworni i tacy uprzejmi, że Hilary zamierzał już kupić coś, czego zupełnie nie potrzebował. Ukazanie się małej modelki ocaliło go w porę.
— Wypadło trzydzieści szylingów; pięć i jedenaście kosztuje najtańszy, i pończochy, kupiłam też kilka...
Hilary wyjął spiesznie pieniądze.
— To bardzo drogi sklep, — dodała.
Gdy zapłaciła rachunek a Hilery odebrał jej dużą paczkę w brunatnym papierze, powędrowali razem dalej. Przysłonił teraz swoje uczucia i wrażenia maską rozbawionego zdziwienia, jakgdyby, osobiście zupełnie oderwany, całą przygodę śledził zdali.
Na aksamitnej kanapie, stojącej na środku oddziału obuwia, siedziała pani w kapeluszu, przyozdobionym egretką, wyciągnąwszy do przymierzenia bucika drobną stopę w jedwabnej pończosze. Z wyniosłym uśmieszkiem spojrzała na prostą dziewczynę i jej osobliwego towarzysza. Spojrzenie to oddziałało widocznie na sprzedawczynie, żadna bowiem nie zbliżyła się do małej modelki. Hilary zauważył jak spoglądały na jej trzewiki i nagle, zapominając o swej roli widza, rozgniewał się. Z zegarkiem w ręku podszedł do najstarszej sprzedawczyni.
— Jeżeli w ciągu minuty, — rzekł, — nikt nie obsłuży tej młodej panienki, poskarżę się osobiście panu Thorn’owi.
Zanim skazówka zegarka zdążyła wykonać cały swój obieg, już jedna z panien sklepowych stała przy modelce. Hilary widział, jak zdejmuje jej trzewik i, nagłym porywem kierowany, stanął miedzy młodą dziewczyną a sprzedawczynią; przyczem zapomniał się tak dalece, że, wbrew wrodzonej delikatności, utkwił wzrok w nogach małej modelki. Uczucie niepokoju fizycznego, jakie ogarnęło go zrazu, zamieniło się w rodzaj bólu, który mu ścisnął serce. Ta bronzowa, brudna pończocha była taka pocerowana, że, zamiast tkaniny, widać było prawie tylko same cery i jeden duży palec oraz dwie białe plamki samej nogi, w miejscu, gdzie nitki pękły.
Mała modelka poruszała niespokojnie palcem — miała widocznie nadzieję, że się nie wysunie — wreszcie przykryła go spódnicą. Hilary obrócił się szybko; a gdy skierował znów wzrok w tę stronę, spojrzał nie na modelkę lecz na damę, której przymierzano buciki.
Wyraz jej twarzy zmienił się; nie był ironicznie rozbawiony, lecz ujawniał obrażoną dumę. Zdawało się, że mówi: To niesłychane, żeby do takiego sklepu przyprowadzić podobną dziewczynę! Nie przyjdę już tutaj nigdy. — Wyraz ten był tylko zewnętrzną oznaką owego wewnętrznego niepokoju fizycznego, jaki Hilary sam odczuł zrazu, na widok pończochy małej modelki. Nie przyczyniło się to, naturalnie, do uśmierzenia jego gniewu, zwłaszcza, że niechęć owej damy odzwierciadlała się mechanicznie na obliczach panien sklepowych.
Zbliżył się do małej modelki i usiadł obok niej.
— Czy dobre?... Lepiej przejść się i spróbować.
Mała modelka przeszła parę kroków.
— Uciskają, — rzekła.
— To trzeba przymierzyć inne, — zadecydował Hilary.
Dama podniosła się, przez chwilę stała ze ściągniętemi brwiami i odeszła, zostawiając smugę niezwykle miłej woni fiołków.
Wobec tego, że inna para bucików nie »uciskała mała modelka niebawem była gotowa do wyjścia, zaopatrzona w całą wyprawę, z wyjątkiem sukni, wybranej już i zapłaconej, ale którą przymierzy dopiero jutro — oznajmiła Hilaremu — gdy... Chciała widocznie powiedzieć, gdy będzie miała na sobie nową bieliznę. Obładowana była jedną paczką dużą i dwiema małemi, a w oczach jej malował się wyraz uroczysty.
Gdy wyszli z magazynu podniosła wzrok na Hilarego.
— No i cóż, mała, szczęśliwa jesteś teraz? — spytał Hilary.
Z pod krótkich czarnych rzęs patrzało na niego dwoje rozskrzanych, wilgotnych oczu; rozchylone usta zaczęły drżeć.
— A więc, dobranoc, — rzekł znienacka i odszedł.
Ale, odwróciwszy się, ujrzał dziewczynę stojącą jeszcze w miejscu — nawpół ukryta za paczkami, śledziła go wzrokiem. Uchylił kapelusza i skręcił na High Street, w stronę domu...
Starzec, znany w niskiej klasie ludzi, śród której musiał teraz żyć, jako „Westminister“, palił starą fajkę glinianą, usiłując zapomnieć o swoich nogach. Spostrzegł nadchodzącego Hilarego i podał mu szybko egzemplarz ostatniego wydania.
— Dobry wieczór, wielmożnemu panu! Dzień niczego sobie, jak na tę porę roku! Tak, tak! Westminster!
Śledził wzrokiem odchodzącego Hilarego, myśląc:
„Ojoj! Dał mi pół korony. A jak on dobrze wygląda... lubię patrzeć niego... zupełnie młody! Ojoj!“
Słońce — przysłonięta oparami płonąca kula, która w biegu swoim widniaia już tyle ostatnich wydań Westminster Gazette, ukrywała się coraz głębiej za Shepherd’s Bush, gdzie zamierzała spędzić noc. Stary kamerdyner mrugał powiekami, zwróciwszy się do blasku płóciennego, by sprawdzić, czy moneta jest istotnie półkoronówką czy też złudzeniem tylko.
A wszystkie wieże i dachy domów, i przestrzenie ponad nimi i poniżej iskrzyły się i płonęły, a maleńcy ludzie i drobne koniki wyglądali jak osypani złotym pyłem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Bronisława Neufeldówna.