Profil Białej Damy/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Tytuł Profil Białej Damy
Wydawca Księgarnia F. Hoesicka
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


MARJA KOSSAK-PAWLIKOWSKA
PROFIL
BIAŁEJ DAMY
WARSZAWA 1930
NAKŁADEM KSIĘGARNI F. HOESICKA




KINI BALOWEJ
DEDYKUJĘ
LILKA



BIAŁA DAMA

Biała damo, przeźroczysta damo,
lśniąca w krześle księżycową plamą,
na co czekasz, wystrojona złudnie?

Nikt nie podszedł, nikogo nie cieszy
blady profil w wiązanej caleche’y,
słodki owal i oczy jak studnie.

Lecz jest serce w tym wielkim pałacu
co potrafi dotrzymać ci placu.
Daj mi rączkę w mitence z pajęczyn...

Pantalonki masz z haftów odycznych...
szal nie perski lecz ektoplazmiczny...
krynolinę z astralu i z tęczy...

Czemu milczysz, księżycowa gracjo,
chcąc mi wmówić, żeś halucynacją,
kwiecie ciała zasianego w ziemię?

Jak balonik odpływasz pod plafon,
krążysz światłem ponad gdańską szafą,
w zalęknieniu i trumiennej tremie...

Tam za ścianą, stary lokaj Łukasz
w śnie się zrywa i zapałek szuka —
(ciebie więcej niż śmierci się boi)


bo już płyniesz, syreno powietrza,
coraz wiotsza, nieżywsza i bledsza
przez kolejny różaniec pokoi...

Biała damo! pod twoją obronę
płyną moje tęsknoty szalone,
o madonno nudnego cmentarza!

Ach, za tobą tłum pięknej młodzieży
iść powinien lub u nóg twych leżeć,
i nie straszyć powinnaś — rozmarzać!

Gdzie uczeni powiedzieli: koniec,
gdzie szyderczy woźnica w bikornie
swym humorem życie chce uprościć — —

Tam zakwitasz fantazją bez nazwy,
tam powiewasz suknią z ektoplazmy,
niespodzianko wesołej wieczności!




NIEUDANY SEANS

Alfabet był mętny, zawiły...
Niecierpliwił się łańcuch uczestników...
Zato jedna z rąk, bielsza od białych gwoździków,
drgnęła, nakryta ręką pełną siły.

Fluid ulatniał się niepostrzeżenie...
Stolik stanął i zamarł bez ruchu.
Z białej ręki w dłoń męską przeniknęło drżenie,
i przyszła miłość zamiast duchów.




SEANS SZYB

Noc, mróz i medjum, śpiący księżyc,
seans urządzili.
Księżyc się w blasku pręży,
i po chwili
widać wyraźnie już
jak na szybach rosną materjalizacje:
cynerarje, araukarje, akacje,
nieznane trawy i drzewa...
Paproć liście rozwiewa
a pod nią kwitną upiornie
zioła skoszone w lecie...
Noc ich się pyta pokornie:
„Zjawy, czegóż wy chcecie?“
Wówczas roziskrzone tęsknotą,
ku górnym szybom pną się
dzikiem winem, srebrnem winem,
i każdą iskrą srebrzystą i złotą
krzyczą: „Życia! życia! życia choć godzinę!...“




STRACH

»Jak ci na imię?« — »Nie wiem...«
»Skąd tu przychodzisz?« — »Z bliska...
Tęsknię za ciepłem, za śpiewem,
za drżeniem w mocnych uściskach.

Jam dziewczę-cud... Złotowłosa...
Lecz nie chcę wznosić zawoi,
bo ten oto pan co się boi,
ujrzy mnie zmorą bez nosa...
 
Nie oślepiajcie mnie zdjęciem!
Pod sufit odpływam, blada...
Nonsens, strzeżony tak święcie,
chcecież przemocą wybadać?«




MATERJALIZACJA

Nie, doktór Faustyn nie miał wielkiej racji,
że nie zadowolnił się widmem,
lecz chciał dokładnej materjalizacji,
zanim się rozwidni.
Duch jaśniał,
potem znów ciemniał stopniowo,
wreszcie stanął przed nami
jako zwykły człowiek...
Cóż nam teraz ciekawego powie?
Nie, doktór Faustyn nie miał wielkiej racji,
że nie zadowolnił się widmem
lecz chciał dokładnej materjalizacji.




UMARŁA LALKA

Leżę dumna, jak infantka zmarła...
Teraz wreszcie po zabawie odpocznę.
Czyjaś ręka włos mi z głowy zdarła.
Na ziemi przy mnie leżą moje gałki oczne.

Już mnie nie całują, nie trzęsą,
nie targają za jedwabne pukle.
Patrzę pustką oczodołów, uwieńczonych rzęsą,
jak przystało porzuconej kukle,

wprost przed siebie, w godziny bezradnością zalane,
i pytam się: co to znaczy?
Czyż cierpiałam za wiele jak na porcelanę,
i żyć zaczynam z rozpaczy?




KLEPSYDRA NAD MORZEM

Świecie! Chwile marzenia których mi nie wydrzesz,
mierzę piaskiem, sypanym z garści w dłoń otwartą.
Klepsydra taka, żadnej nierówna klepsydrze,
głosi że czas jest długi i że marzyć warto.

Lśniące dreszcze, jak chmury wędrownych motyli
lecą w wieczność gdzie śmierci nie sięga już hydra.
— Płynąłbyś, piasku życia, nieskończoną wstęgą,
gdybym ja cię mierzyła, marząca klepsydra...




STRASZYDŁO

Papierośnica trzasła —
temat się rozprysnął,
dzień spłoszył —
konwersacja utraciła siłę...
A straszydło rozkoszy, niespodzianie przybyłe,
ściśniętemi zębami błysło.
 
Zapalcież elektrykę!
herbaty nie strąćcie!
Niech ktoś trzeci, rozmowny, siądzie między wami —
i nie patrzcie tak ciągle zwężonemi oczami,
na straszydło stojące w kącie...




SEANS NA DNIE MORZA
SEANS NA DNIE MORZA

Na dnie morza,
uśmierzywszy fale,
do seansu siedli aniołowie
i w natchnieniu połączyli ręce.

Wody martwym płynęły ołowiem,
życia jeszcze nie było w nich wcale,
meteory w nich gasły —
nic więcej.

Wkrótce zasnął anioł najwrażliwszy,
medjumicznym, twardym snem zmożony
i w ciemności zadrgały straszydła.

Tłum fantomów wzrastał, ośmielony,
na anielski fluid się rzuciwszy,
skrzela prężąc,
jak szatańskie skrzydła.

Seans zwolna rósł w siłę i w głębię
i strach nagle pochwycił za włosy
aniołów, gdyż u wód stropu


błysnął upiór posępny, beznosy.
wielkooki i o chciwej gębie,
w wieńcu ramion:
ohydny oktopus.

Stu mackami, które ssą i ranią,
chciał dosięgnąć nietykalny seans,
blisko łyse podsuwając czoło.

Tak przeraził i wzburzył ocean,
łamiąc w złości
swoje osiem ramion,
że anioły zerwać chciały koło.

Ale wówczas,
ciężkie od świecideł,
nadpłynęły kolorowe zjawy,
jak melodją pędzone korwety...

Rozsypały ziarno perłopławy,
widząc morskich róż i wężowideł
falujące,
namiętne balety...

Anioł mocniej zasypiał i marzył,
tworząc wstęgi, bukiety i dzwony,
piły, młoty,
i żyjące tarcze.

Wśród aniołów zbladłych, pochylonych,
drżały śmiechy najcudniejszych zdarzeń
i grymasy chorowite i starcze...


Aż gdy rosnąć począł cień bez miary
wieloryba i straszyć dokoła,
gdy nieboskiem począł miotać cielskiem —

obudzono zmęczonego anioła,
rozproszyły się żyjące mary,
i zakończył się seans anielski.




TOPIELEC

Puśćcie ręce moje. Czego chcecie?
O, kiedyż oni odejdą?
Nie odetchnę już więcej nigdy. Czyż nie wiecie
żem się całował z nerejdą?

Idźcie lepiej na obiad. Już pierwsza godzina.
Niech zwisną moje zimne ramiona.
Oddychać zapomniałem i wolę wspominać
basową piosnkę trytona.

Rzućcie mnie im z powrotem.
Tak jak się kłody odrzuca.
Nie odetchnę już więcej nigdy, wiedzcie o tem...
— Mam wodę w płucach...




SERAPION I THAIS
SERAPION I THAIS,
mumje miłosne w Paryżu

Teraz zaśniemy razem i sen nas pogrzebie.
Jestem przy tobie: miłość i śpiąca kobieta.
A Serapion i Thais leżąc obok siebie
śnią dotąd niezbudzeni w muzeum Guimeta.

Ciemność snu blizko ciebie jest gęstwą różaną
w której usta zamilkły i ręce omdlały....
Thais, tuż przy kochanku, za oszkloną ścianą,
pogubiła piszczele w brokatach zmurszałych.

Serce twoje tajemne bicia już nie tai.
Te chwile, to gołębie bezpieczne od sępa...
A Serapion spoczywa do dzisiaj przy Thais,
żelazny, wierny szkielet, w pozłacanych strzępach.

Znużeni i zwycięscy czekają poranka,
poza kratą wieczności jak lwy groźnie drzemiąc...
Zazdroszczę ci o Thais, śpiącego kochanka...
Nikt między was nie wejdzie, póki ziemia ziemią.




MILCZĄCY KOCHANEK

Milczący kochanek jest jak ciemna rzeka,
która słowa unosząc, przepływa.
Całując kochankę milczy jak firmament,
jak pilot w czasie wiraży.
Kradnie jej pół szczęścia —
i byłaby wiecznie ciekawa i nieszczęśliwa.
gdyby nie to, że w mroku,
niechcący, ramieniem,
łzę mu otarła z twarzy.




NAJPIĘKNIEJSZY

Związać cię piękny, różową prawdą, niebieską blagą,
jak wiąże powój dwubarwnym kwiatem muru pierś nagą,
i drżeć z zachwytu w objęciu twojem, które zaszczyca
ciężarem lżejszym niż srebrny ciężar smugi księżyca...
Albo cię stracić na wieki wieków — w poranek mglisty,
gdy blada jesień posyła ziemi złociste listy...
Mieć grób czy pałac którego każdy — patrząc — zazdrości:
pałac dla życia, lub grób dla szczęścia, z twojej piękności.




KOCHANKA LOTNIKA

Patrzę z ziemi ku tobie, leżąc w polnym rowie,
rozłożywszy ramiona wśród szałwji i mięty,
gdy zgrzytającym wieńcem owijasz mi głowę,
lotniku, ty przez niebo porwany mój święty.

Jak farys, sam z orłami w niebieskiej pustyni,
możesz mi stamtąd wrócić groźny i zmieniony — —
Nadlecieć niespodzianie, z niewiadomej strony,
i nakryć mnie skrzydłami, nie wiedząc co czynisz.




CIAŁO SZCZĘŚCIA

Wtem, gdy się księżyc zachmurzył,
dźwiękły kroki od wichru prędsze,
i w drzwiach tarasu, na piętrze,
zapalił się amarant elektrycznej róży.

Przez szklane, ciepłym wiatrem szarpane podwoje,
noc zagląda do wnętrza, gdzie w miłosnym splocie,
ciało szczęścia, rozdarte na dwoje,
zrasta się jak jaszczurka, po wielkiej tęsknocie.




UWODZICIELKA

Urodziłaś Miłość, jak matka,
piękna matka o piersi dziewczęcej...
A dziś — tylko śmierci jej życzysz,
nie chcesz dźwignąć jej z ziemi na ręce,
i odmawiasz jej wszelkiej słodyczy
z twoich oczu i ust i uśmiechów —
a odchodzisz dumna z tego grzechu,
o zła matko! Zbrodniarko rzadka!




SŁOWA LUNATYCZKI
1

Całujmy się, mój księżycu,
zdala od dziennego światła.
Obojeśmy obcy życiu,
umarli dla świata.


2

Oboje smętni w nocy,
w dzień niewidzialni,
błagający o spokój, o zamknięte oczy,
w wiecznej sypialni.


3

Z tęsknotą bez pamięci wznoszę ręce ku tobie,
szalona i chora...
Zastrzykiem srebrnej rtęci,
w obłocznych sanatorjach,
ulecz słoneczną chorobę!


4

Rosnę nisko pod tobą wyprężonym kwiatem,
w tajemnic moich mocnej, pachnącej koronie...
Tyś nigdy gorzkiej ziemi nie kochał, a zatem
tyś jeden po mojej stronie...


5

Jak ciężka lalka z trocin,
w twoim blasku pawim
zwisłam, przewieszona przez balkon.
za wielką jestem lalką by się mną można bawić,
o moi złoci!


6

Ciągnęliście mnie długo
za obcięte włosy,
od bramy do bramy...
Dziś, gdy mam tego dosyć, z księżycem się kochamy,
między pierwszą a drugą...


7

Molowy poszum drzew
przyznaje mi rację...
Świat jak trumienna suknia szarpie się i drze
w lecących kwiatach akacji...




ZAKOCHANI

Wicher chmury rozwiesza, szumi zapachami,
park utonął w jeziorze, drzewa w wodzie milczą.
Róża półmrok fjołkowy białą farbą plami,
pies wyje do księżyca melopeę wilczą.
W altance nad jeziorem siedzą dwie niemowy,
czekając aby słowik niemoc ich wysłowił.




JESIEŃ

Jesiennego krwotoku nic już nie powstrzyma.
Czerwień kapie z parku na ulicę...
Jesień żyły sobie rozcięła,
i blednie z zimna,
jak śmiertelnie senna
Eunice...




KSIĘŻYC

Księżyc wisi nad ziemią. Płoszy radość wiosny.
Jest błyskotką dla oczu a dla serca zgrzytem.
Świat kościsty, zjeżony, szorstki i żałosny,
w plamach mórz, których gęby ziewają nigrytem.

Ta pęknięta skorupa, ten ogrom szczerbaty,
lśni, malejąc nad nami w wieczną niespodziankę...
Cięży nad naszem czołem, oszałamia kwiaty,
i powagi dodaje uściskom kochanki.



MARCOWA BALLADA
MARCOWA BALLADA

Obłoki zleciały nisko,
stoją na ziemi jak pomnik na grobie —
a w polu taje śnieg —: pobojowisko
białych, zabitych kobiet.

Uciekały strwożone pieszo i w karocach,
przed wojną zimy i słońca —
bronił je długo po nocach
przymrozek — dzielny obrońca —

ale dzisiaj zalegają trawę,
Merveilleusy w niebieskich sukniach...
Gasną atłasów melodyjne włókna,
i zapadają wgłąb spojrzenia łzawe...

Nikną mufki olbrzymie, gwiaździste koronki,
budki-kabryjolety, o barwach niewinnych,
a pozgonne zapachy wiejące od łąki
są zapachami fjołków,
bo nie śmią być inne...

Płaty białych, nieczytanych listów
ktoś rozrzucił szerokim wachlarzem — —
w grozie długich, wiosennych poświstów,
trupim uśmiechem tają śnieżne twarze.

Szale, ongiś puszyste w styczniowej zamieci,
szaremi spływają rzekami — —

czasem brylant na lokach szronowych zaświeci
i w trawie kończy się łzami.

Zlodowaciała ręka jednej z marzycielek
srebrzy się jeszcze w cieniu,
strzeżona przez niego...
Wkoło dymią słoneczne bomby i szrapnele.
Pokój zabitym śniegom...




PŁYTY CARUSA
MARJI MORSKIEJ
KOŁUJE ŻAŁOBNY DYSK

Kołuje żałobny dysk
w trumiennem pudle odkrytem.
Caruso śpiewem wytryska,
a śmierć wtóruje mu zgrzytem...

Caruso — żywy aksamit,
życie ze szczęściem zżyte,
najżywszy ton między nami!
A śmierć zatrzymuje płytę...




WYPUŚĆCIE MNIE...

Wypuśćcie mnie, czy słyszycie,
z tego metalu i drzewa!
Zwróćcie mi życie,
albo nie każcie mi śpiewać!

A jeśli muszę was słuchać,
zaklęty w dysku i sztyfcie,
to się chociaż przestraszcie, jak na widok ducha,
to krzyczcie, to się choć dziwcie!




MAMMA MIA CHE VO’SAPÉ

Milczenie grobu przebijam
namiętnym śpiewem zmarłego.
Jak krew kapie z mej płyty piosnka Nutilego,
o mamma mia!

Mgłą się na płycie owijam,
lecz mnie nie zbawi muzyka,
i jestem mniej niż mucha, co żyje i bzyka,
o mamma mia!




KOBIETA I CARUSO

Wygięty z rozkoszy balkon
wieńczą wiszące róże.
Jestem kochanką i lalką,
oczy otwieram i mrużę
i śmieję się ze wszystkiego,
objęta wpół na balkonie,
podczas gdy brzmi w patefonie
potężny śpiew umarłego...




TURKUSOWA CANZONA

A gdy skończył turkusową canzonę:
„Cielo turchino“
nie wybuchły oklaski szalone —
dysk stanął, wieczór przeminął.

Świtem niebo rumieni się krwawo,
chmury grożą oklasków burzą,
bo dotychczas czeka na brawo
tenor Caruso...




CARUSO W GARSONIERZE

Dziś pobiegnę do kogoś, szczęśliwa.
Ktoś mnie chwyci, ktoś płaszcz ze mnie zerwie
i ustami z ust zetrze mi czerwień...
Palce moje o ostrzach z lakieru,
ważyć będą klejnoty likierów,
a Caruso będzie przyśpiewywał,
jak uczynny, głodny Włoch pod oknem,
w gramofonie, ze wstydem okropnym...




„PERCHÉ“

Caruso ma tremę.
Wspiera się czołem o płytę.
Pobladł, ukląkł na ziemi.
Serce ma igłą stalową przeszyte...

Śpiewa pod igły naciskiem,
ale w refrenie canzony
ryczy jak byk zraniony,
powtarzając:
»Perché? Perché?«







SPIS WIERSZY.
Str.
 11


SEANS NA DNIE MORZA
 22


 33
 34
 35

MARCOWA BALLADA.


 44
 46
 47
7 
 49


Czcionkami Drukarni Narodowej w Krakowie, Wolska 19


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Pawlikowska-Jasnorzewska.