Romeo i Juljetta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Romeo i Juljetta
Pochodzenie Bajka o człowieku szczęśliwym
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Druk Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ROMEO I JULJETTA


1905


Wyszedłem z Piazza delle Erbe, niegdyś rzymskiego forum w Weronie, a dziś jednego z najbardziej malowniczych placów we Włoszech a może i na ziemi całej, z cudnym Palazzo Maffei w głębi i smukłą Torre civica, patrzącą z góry, z za muru pałacu della Ragione, na stare domy na podcieniach oparte o dziwnych, fantastycznych facjatach średniowiecznych, pokrytych resztkami pobladłych fresków, — na barwną casa dei Mercanti o smukłych kolumnach, na słup granitowy z lwem św. Marka u szczytu i na wiecznie szemrzącą fontannę, uwieńczoną postacią wolnej Werony, na kamienną trybunę z czasów rzeczypospolitej i na ten cały tłum, gwarny i barwny, wijący się dookoła kramów, na placu rozstawionych... Minąwszy marmurową kolumienkę w końcu długiego a wązkiego placu stojącą, z maleńką, do gotyckiej latarni podobną kapliczką na wierzchu, zapuściłem się w ulicę św. Sebastjana, zmierzając zwolna w stronę Adygi i mostu Navi. Nie uszedłem jeszcze kilkudziesięciu kroków, gdy zatrzymało mnie wołanie: Signore! ecco la casa di Gulietta! przede mną stał mały oberwus i pokazując jedną ręką stary, wysoki dom z czerwonej cegły, drugą wyciągał z przyjaznym uśmiechem: Un soldino, signore!

A więc to tutaj — sześć wieków temu... kiedy to dumnym patrycjuszom Werony, właścicielom pałaców, winnic i gajów oliwnych na poblizkich wzgórzach, panował z grodu św. Piotra, co się wzniósł na ruinach Teodorykowego ongi zamczyska, mądry i szczodry książę Bartłomiej della Scala... Sześć wieków! Dom stoi jeszcze krzepki, wyniosły, ponury, postarzał się tylko i wygląda teraz, jakby był rówieśnikiem tej rzymskiej Areny opodal, która przecież w gruz się już pewno i wówczas rozpadała, kiedy zakładano pierwszy jego kamień węgielny... A kiedy szczęście przyszło do tego domu, aby w nim przez jedną, krótką, letnią noc zamieszkać, kiedy tam wysoko, na balkonie kamiennym otwierały się słodkie, białe ramiona Juljetty i do wezbranej, od nocnego chłodu czy uczuć nieznanych drżącej piersi dziewczęcej tuliły czarną głowę Romea: wówczas, jak dzisiaj, biegały już w dni słoneczne po rozpalonych, zielskiem obrosłych głazach opustoszałej Areny drobne, zwinne jaszczurki, które są pośmiertnem życiem ruin na Południu. Dni jeszcze kilka, kilka lat czy wieków, a i tutaj biegać będą tak samo — po zwaliskach domu Kapuletów...


∗             ∗

Ma się już ku zachodowi. Słońce czerwone wyjrzało na chwilę z pomiędzy dachów strzelistych i krwawi cegły górnych piąter domu i błyszczy w mętnych szybach okien. Dołem mrok się już ściele wieczorny.
Przechodzę na drugą stronę ulicy, ażeby przyjrzeć się lepiej... Wązka, wysoka, zaniedbana fasada, w długi szereg nowszych domów wciśnięta; okna różnej wielkości i kształtów, o okrągłych romańskich łukach; na dole, nad szeroką bramą wmurowana tablica: „TU MIESZKAŁA NIEGDYŚ JULJETTA...“ — Obok szyld owocarza czy też przekupnia wina i oliwy, a tam, u okna na trzeciem piętrze, co rozpłonęło od ostatnich słonecznych promieni, uczepiony balkon drewniany... Kwiaty na nim są jakieś.
Więc to tutaj może? Nie, nie! to nie w tem oknie. Obok jest okienko, mniejsze nieco, od narożnej izdebki, w której zapewne dziewczęta zazwyczaj mieszkały... I tutaj niegdyś był balkon: sterczą jeszcze z czerwonego muru trzy szare wyszczerbione kamienne podpory.
Usiadłem naprzeciw w szeroko rozwartych drzwiach winiarni i patrzę. Blady księżyc po nowiu jest na niebie i zaledwie słońce zaszło, zaczyna błyskać w szybach okna i malować na niem dziwne, upiorne, srebrno-białe zjawiska. Szemrze fontanna na pobliskim placu delle Erbe; zapach bzów skądeś dolatuje, a czerwone, płomienne, czarodziejskie wino mam przed sobą...

„Wilt thou be gone? it is not yet near day:
it was the nightingale, and not the lark,
that pierc’d the fearful hollow of thine ear:
nightly she sings on you pomegranate-tree:
believe me, love, it was the nightingale!...“[1]


∗             ∗

Tutaj miał być ogród. Szekspir mówi, że był tutaj ogród, murem zamknięty wysokim, ogród, w którym kwitnęły pomarańczowe drzewa, pełne śpiewających słowików. Nie wspomina o tem wprawdzie dalla Corte, pierwszy historyk tych dziejów; nie widać też zgoła nigdzie śladów, aby dom, w wazką ulicę dzisiaj wciśnięty, mógł być niegdyś otoczony ogrodem, ale... cóż to szkodzi? Więcej wierzę Szekspirowi, choć nie był tu nigdy, niż wszystkim historykom świata, niźli własnym oczom nawet. A zresztą — przecież noc jest majowa i wino się pieni czerwone, — więc cóż łatwiejszego, niż przenieść tu sobie kilka najpiękniejszych cyprysów z giardino Giusti, który wisi tam rozśpiewany słowikami — na skalnych urwiskach po przeciwnym brzegu Adygi! Są między niemi takie, co przed sześciu wiekami, za czasów Juljetty, już po sto lat miały i śmiało mogły były ocieniać w księżycu balkon ten, u okienka uczepiony i drzeć, jak teraz, słowiczym śpiewem z nastaniem nocy majowych. A pod cyprysami kwitnęły róże. Przenieśmy tu sobie wszystkie róże, które rosną i pachną po ogrodach willi i winnicach pobliskich pagórków, wszystkie róże wzgórz i nadpadańskich nizin — nie! więcej! całe morze, otchłań całą przewonnych róż: wszystkie, jakie tylko zakwitają i śmieją się do słońca na obu stokach Apeninu, od Alp aż po brzeg Sycylji, róże białe jak śnieg i lekko spłonione dziewczęcym, wśród listków ukrytym rumieńcem, te jak świt i młodość różowe i te purpurowe jak krew, i te, od zbyt rozkosznej woni własnej mdlejące, jak miłość upojne — i polne róże gwiaździste, i te królewskie, w przepychu barw ciężkie głowy złocisto płomienne ku ziemi kłoniące...
Niechaj mi kwitną tutaj, niechaj biją woniami niewypowiedzianemi i poją, poją, mocniej niż wino, mocniej niżeli wspomnienie minionej młodości i chwil szczęścia przebrzmiałych, tak mocno prawie jak miłość, która dech w piersiach zapiera i rozhukane serce wstrzymuje na chwilę, — jak usta jedne, mnie znane, stracone... Przymykam oczy... Duszący, obłędny, czarodziejski zapach. Słowiki, pijane tą wonią, opadają z czarnych wysmukłych cyprysów na nizkie, lśniące liściem w księżycu drzewa pomarańczowe i zanoszą się od śpiewu, tak podobnego do łkań, wydzierających się z przepełnionej piersi w chwilach takiego szczęścia, którego już słowa ani śmiech nie są zdolne wyrazić... Wtóruje im namiętnie perlista, wśród kwiecia ukryta fontanna...
Tak, tutaj był ogród — tutaj jest ogród...
A teraz niech wstaną dawno pomarłych nieśmiertelne cienie!... Jakiś szelest... Ktoś lekko mur przesadził, zadrżały bzy pod ogrodzeniem, kłonią się róże i rosę wonną strząsają na męską, młodzieńczą dłoń, która je zwolna rozsuwa... Księżyc wypłynął z za najwyższego cyprysu i pada teraz na balkon...

„Lecz cicho! Cóż to zabłysło mi w oknie
To świt się budzi, — zorzą jest Juljetta!
Wzejdź, jasne słońce!...“

„Tyś jest Romeo? Ty jesteś Montecchi?“...

— Nie! Ja jestem miłość! Nie mam imienia ani nazwiska innego. Miłość jestem i przychodzę dlatego, że maj jest na świecie, że róże pachną w twoim ogrodzie i jęczą słowiki na cyprysowych drzewach. Przychodzę, aby ci powiedzieć, że jesteś piękna, bo żywy jestem i młody i wiosnę mam w sobie! I jeszcze dlatego przychodzę, żeś ty mnie wołała... dziś, wczoraj, ciągle, od chwili kiedy po raz pierwszy serce twoje żywiej zabiło, gdy zadumałaś się po raz pierwszy, słuchając słowików i oddychając wonią róż i pomyślałaś, że róże są wonne i że słodki śpiew słowiczy wieści jakąś rzecz najsłodszą! I przychodzę ja, posłuszny twemu wołaniu, i przynoszę ci tę rzecz najsłodszą na ziemi i w niebie: miłość ci przynoszę!...

„Dobrze, iż nocny cień twarz mi osłania,
bobyś na licu mem dostrzegł rumieniec,
żeś ty to słyszał, com ja w noc szeptała...
Próżno udawać i próżno mi przeczyć
swym własnym słowom: precz wszelkie wykręty!
Czy ty mnie kochasz? Wiem, że: Tak — odpowiesz;
ja ci uwierzę... Lecz choć ty przysięgniesz,
możesz fałszywie przysiąc! Z klątw kochanków
sam Bóg się śmieje podobno... Romeo,
czy ty mnie kochasz? — powiedz mi to szczerze...
Lecz, gdybyś myślał, że jestem zbyt płocha,
to ja się zaprę i skłamię i powiem,
że nie chcę ciebie! — lecz ty nie wierz temu...“


∗                           ∗

Jest więc ogród, róże są, słowiki i jest znów rozkoszna włoska noc majowa... Z balkonu trzeciego piętra zwiesza się drabina ze sznurów spleciona: Juljetta czeka na przybycie męża. „Męża, męża“ — powtarza i ciśnie rękoma tak dziwnie, tak niespokojnie bijące serce pod rozsznurowaną, pachnącą piersią dziewczęcą. „To mąż...“ — mówi i przesuwa dłonie drobne po czole, po licu, jakby zetrzeć z nich chciała ten palący rumieniec, co na każdy szelest w ogrodowych zaroślach krwią na twarz jej się rzuca.
„Mąż“... — powtarza, ale czuje przez ten rozkoszny, dech jej zapierający dreszcz, że to nie jest „mąż“, ani „wróg“, ani nikt, ktoby jakiekolwiek nosił miano, — oprócz tego jednego, najsłodszego: „kochany... kochany... mój...“
Myśli: „Oto przyjdzie za chwilę... weźmie mnie... Cóż ja mu mam powiedzieć? jak go powitać? Nie chcę, aby pomyślał o mnie, żem się niestosownie zachowała... Oby jeszcze nie przychodził... Nie, nie! niech przyjdzie!...“
A teraz krok lekki słychać: zaskrzypiały sznury... Juljetta, jak ptak spłoszony, w tył się rzuca... nie! już jest na balkonie, wychyla się przez poręcz i wyciąga ręce ku tej czarnej, ukochanej głowie, coraz bliższej, coraz bliższej jej ramion, ust, piersi zalękłej a stęsknionej...
Oto są już przy sobie. Nie mówią ani słowa, tylko patrzą sobie w oczy i śmieją się pod cyprysami cicho i długo do siebie tym błogosławionym śmiechem dziecięcym, który jest najświętszym darem miłości i najwyższem szczęściem kochanków na ziemi. Tak się śmiać ongi musiała złota Sulamith do czarnego kochanka swojego, leżąc w jego ramieniu na wonnych ziołach pod gałęziami drzew cedrowych.
Ach! ale to są jeszcze dzieci naprawdę i nie umieją przeto ocenić szczęścia dziecięcego śmiechu! Więc żal im czasu, żal każdej straconej chwili przelotnej!... Jeszcze na poręczy balkonu zwieszony, Romeo chwyta dłońmi tę jasną, błogosławioną głowę i mając palce pełne przenajdroższego złota jej włosów, nachyla się i szuka wargami oczu, patrzących weń z pod wpółprzymkniętych powiek, i ust, co drżą, rozchylając się bezwiednie do pocałunków. I ona czuje na włosach, na oczach, na licu i na skroniach pocałunki częste, szybkie, dorywcze, płomienne; tchu jej brak; czy to śmierć, czy szczęście przybywa?

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

„Ty chcesz już odejść? dzień jeszcze daleki!
to słowik śpiewa, to nie był skowronek!...“[2]


∗                           ∗

Nie mogę się rozstać z tą parą jasną, słodką, umiłowaną; nie mogę się rozstać z tą małą izdebką na trzeciem piętrze ceglanego pałacu, którą sobie wymarzyłem — tak pełną szczęścia niewypowiedzianego...
Teraz już ogród niepotrzebny, słowiki, cyprysy ni róże, teraz już wszystko jedno, cokolwiek jest tam — za oknem, bo świat cały zamknął się w tych czterech ścianach; tutaj — na jedną krótką noc majową streściła się cała wiosna jego i wszystko piękno ziemi.
Lampa oliwna płonie na okapie kominka, — a może nawet niema lampy; księżyc się tylko wlewa szeroką falą przez okno rozwarte i srebrzy jasną postać Juljetty. Do szczupłych, białych kolan odkrytych ciśnie ona małemi dłońmi głowę klęczącego przed nią Romea i mówi, chyląc się z lekka piersią nad tą ukochaną głową:
— Dziękuję ci, że przyszedłeś. Dziękuję ci za to, że dzisiaj przyszedłeś, w chwili, kiedym ja po raz pierwszy zapragnęła kochać i być kochaną i wziąłeś mnie taką, jaka jestem: jasną, nietkniętą jeszcze niczyjemi usty. Dziękuję ci za to, żeś ty pierwszy usta moje całował i że oprócz ciebie nikt ich już nigdy całować nie będzie! I za to ci dziękuję, że nie potrzebowałam czekać na ciebie i szukać, i błądzić, i mylić się, i ronić niepowrotnie najpiękniejszych, bezcennych kwiatów pierwszych moich tęsknot dziewiczych. Dziękuję ci, że mogłam cię uczynić dzisiaj tak bezgranicznie szczęśliwym, że mogłam oddać ci wszystko, co tylko szczęście stanowi na ziemi!...
A on ręką objął jej nogi i, wznosząc twarz rozpłonioną od kolan jej białych, mówi z cicha nawzajem:
— Dziękuję ci, że jesteś moja i że ja kocham ciebie! To ja dziękuję ci za to, że nikt jeszcze przede mną ust twoich nie całował, że krom matki, niczyje oko jeszcze twej białej piersi nie widziało, niczyja dłoń nie dotknęła złotych włosów twoich! Dziękuję ci za to, że usta twoje najczystszą jeno rozkoszą mnie poją! że mogę cię kochać miłością niewypowiedzianą, w której wszystko światłem jeno jest i radością, że myśląc o tobie, myśleć mogę tak święcie, bez bólu i goryczy, i tej najstraszniejszej, złej i głupiej a zabójczej zazdrości o dzień wczorajszy, który się już nie wróci... Dziękuję ci za to, że jesteś tak biała i żem ja jest tak szczęśliwy, ty moja, ty moja! moja!
Czy tak oni sobie dziękowali? czy tak mówili do siebie ci dwoje — w małej, szczęścia pełnej izdebce na trzeciem piętrze ceglanego domu? Nie, z pewnością nie mówili tak: zbyt młodzi jeszcze byli i zbyt niewinni, aby odczuć i zrozumieć to bezgraniczne, jedyne szczęście niezrównane młodości i niewinności. I nigdy tego nie mieli zrozumieć, Los litościwy ustrzegł ich od świadomości tej, która wówczas dopiero przychodzi, gdy się człowiek z tęsknoty za tem szczęściem, co nigdy nie było jemu przysądzone, w bólu krwawi niewypowiedzianym...
Błogosławione są dzieci...


∗                           ∗

Wpadła mi w rękę przypadkiem mała książeczka pewnego literata z Werony (oby imię jego na wieki było zapomniane!), w której stara się udowodnić, że miłość Juljetty dlatego jest „wyższa“ od wszystkich tragicznych i romantycznych miłości, jakie nam przekazała historja, ponieważ była wynikiem... poczucia obowiązku wobec ojczystego miasta!!... Dziwny ów mędrzec baje, że Juljetta wtedy dopiero pokochała Romea, kiedy się dowiedziała, że jest to jeden z Montecchich, a pokochała go w tym jedynie „celu“ i z tym zamiarem, aby, doprowadziwszy do małżeństwa, pogodzić w ten sposób z dawna zwaśnione rody i zapewnić nareszcie spokój wewnętrzną rozterką targanej Weronie!
Bluźnierstwo jedyne w swoim rodzaju, naiwne i nieludzkie jednocześnie, całą cudowną legiendę, a więc dzisiejszą żywą prawdę faktu, stawiające po prostu do góry nogami!
Być może zresztą, że historycy, — a wiedli przecież o dzieje Romea i Juljetty zażarte spory Filip Scolari i profesor Todeschini, Aleksander Torri i opat Ventori! — otóż być może, że historycy doszli wreszcie do takiego poglądu, ale to bynajmniej rzeczy nie zmienia: pogląd ten, choćby nawet poparty był dokumentami (które zresztą nie istnieją), będzie i tak zawsze fałszywy.
Jedyną nieprzemijającą prawdą w każdym wypadku, choćby rzeczywistym, który stał się już legiendą, jest jego piękno, to jest to, czemu właśnie zawdzięcza swą nieśmiertelność. — Juljetta, dziecię piętnastoletnie, które pokochało młodzieńca, niespodziewanie jawiącego się na wieczornicy w domu jej rodziców, a dowiedziawszy się o imieniu nieznajomego — wroga swej rodziny, czując jeszcze na ustach pierwszy, gorący jego pocałunek, przez który z dziecka stała się kobietą, woła z przerażeniem i rozpaczą:

„My only love sprung from my only hate!
Too early seen unknown, and known too late!
Prodigious birth of love it is to me,
that I must love a loathed enemy!“[3]

— ta Juljetta, która następnie, nie walcząc już i nie opierając się przemożnej miłości, skarży się tylko w ogrodzie:

„O, mój Romeo! czemuś ty — Romeo?
Wyrzecz się ojca, odrzuć swoje imię,
lub jeśli nie chcesz, kochać mnie przysięgnij,
a ja nie będę odtąd Kapuletką!“

— i dotrzymuje tych słów, spełnia tę ofiarę i nie waha się ani na chwilę wyrzec nazwiska i rodziny i oddać się duszą i ciałem ukochanemu człowiekowi i... żywa, w grób iść nawet dla niego, po prostu dlatego tylko, że go kocha: ta Juljetta jest piękna właśnie przez ową miłość zwycięską, nieopatrzną i ślepą na wszystkie rzeczy świata! Ale jakże ohydna byłaby Juljetta, udająca miłość dla wroga, albo bez miłości wychodząca za niego „przez poświęcenie“, aby małżeństwem załagodzić jakieś tam spory rodzinne lub zapewnić pomyślność ojczystemu miastu! A przecież to takby tylko można pojmować, gdyby to wogóle pojąć można było!
Tak, ta jasna Juljetta byłaby wówczas tem, czem są wszystkie kobiety sprzedajne, dziewki, żony czy królowe, które z rzeczy bezcennej, jaką jest miłość, robią cenę rzeczy... pożytecznych i za pokalanie, za bezmiłosne oddanie swego ciała, kupują chleb, spokój czy cześć, dobre imię dla swoich dzieci, czy życie dla ojców swoich i braci, władzę dla siebie, czy szczęście dla swoich narodów, — to jest: nierządnicą!
Nie, mój literacie z Werony, nie kalaj mi Juljetty, która naprawdę kochała i śmiercią zapłaciła za miłość, za nic więcej ani mniej — za samą miłość tylko! Zapomnij o historykach, porzuć mądre i uczone swoje badania, a weź w rękę książkę jasnowidza Szekspira i pójdź wieczorem razem ze mną, dzikim barbarzyńcą z Północy, i Jego duchem nieśmiertelnym przed ten stary dom, patrzeć, jak wyrastają w księżycowym obrzasku cyprysy, jego potężną fantazją tutaj sadzone, i słuchać słowików, zanoszących się w ciszy gdzieś w zielonych krzewach nad brzegiem Adygi! Czyż dopiero ja, cudzoziemiec, mówić ci potrzebuję, że jeśli miłość Juljetty w czem jest „wyższa“ od wszystkich, o jakich tylko słuch nas doszedł, to przez to jedynie, że to była miłość dziecka, która się zaczęła tak, bez dnia wczorajszego, i tak skończyła, bez jutra! Rozumiesz mnie? Miłość dziecka, które jeszcze nigdy, nigdy! nigdy dotychczas nikogo nie kochało i potem już nigdy nikogo kochać nie miało?

Ale to nie jest ocena „etyczna“, to jeno miara szczęśliwości... i piękna...

∗                           ∗

Za kilka soldów pokazują w Weronie grób Juljetty. A nawet nie grób; sarkofag jeno, w którym wedle podania miano złożyć ciała obojga kochanków, — prosty, wyżłobiony głaz czerwonego marmuru, obłupany i pokaleczony zewsząd czasem i bezbożnemi rękami „forestjerów“, którzy „na pamiątkę“ zabierają po okruszynie kamienia, rzucając nawzajem do środka... swoje cenne bilety wizytowe z imionami współczesnych europejskich filistrów, sentymentalnych barbarzyńców, z których żaden jednak nie miałby ochoty umrzeć dla rzeczy tak drobnej, jak miłość!
Sarkofag ten stał dawniej pod murem starego cmentarza kapucynów, otoczony szczątkami kolumienek, które niegdyś podtrzymywały snadź zwalone sklepienie grobowca. Ale to widzi się tylko na fotografjach. Cmentarz zniknął już obecnie; zamieniono go na podwórze koszarowe, przez które trzeba przejść, aby się dostać do miejsca, gdzie się teraz sarkofag znajduje. Wystawiono nad nim nową, kamienną altanę, rodzaj kapliczki, wśród której dziwnie odbija stary, poszczerbiony głaz...
I o to sprzeczają się historycy, czy to jest naprawdę ten sam sarkofag, w którym złożono ciało Juljetty. A przecież to jest rzecz tak obojętna! Legienda ten właśnie kamień uświęciła, a zresztą dość, że na tem miejscu rozegrał się ostatni akt tragedji... nie! dośpiewał się ostatni akord cudownego poematu miłości Romea i Juljetty! Tak, bo to był poemat i piękniej nie mógł się zakończyć. Sentymentalne niemki i angielki ocierają łzy i przewracają oczyma, stojąc nad grobowcem i żałują „nieszczęśliwej“ pary kochanków! Mój Boże! żałują, zamiast zazdrościć im: tej złotej, co tak była kochana, i czarnemu jej kochankowi, który po nocy szczęścia niewysłowionego i po nocy bolu i rozpaczy, miał śmierć tak cudowną i błogą!
A jak to było?
Ów pan z Werony, o którym już wspomniałem, pisze: „Disgraziato, tre volte disgraziato Romeo! Fossi tu almeno morto di spada, che chiusi piu presto gli occhi per sempre, non avresti assistito, nell’impotenza dell’agonia, alla orribile scena che si sta preparando...“ I w dalszym ciągu opowiada barwnie, jak Romeo w ostatniej chwili, walcząc już z ogarniającą go śmiercią po zażyciu trucizny, widzi budzącą się z letargu Juljettę, widzi szczęście swoje przedwczesnym czynem zniweczone i kona w rozpaczy, której uśmierzyć nie zdołał nawet ostatni, pożegnalny pocałunek umierającej dobrowolnie z nim razem kochanki.
Tak napisał ów pan z Werony, a przecież należałoby raczej zawołać: „Szczęśliwy, po trzykroć szczęśliwy Romeo! Gdybyś był umarł od miecza, który zbyt szybko oczy na wieki przymyka, nie byłbyś dożył w ostatniej chwili agonji — rozkosznej sceny, która się właśnie zaczyna...“ Bo oto Juljetta, skrzepiona powiewem świeżego powietrza, wznosi powieki... Przed oczyma walczącego ze śmiercią Romea staje się cud: ta, za umarłą już miana, podnosi się zwolna z kamiennej pościeli i idzie ku niemu jasna, nowem życiem zarumieniona, w złotym płaszczu swych włosów, które, zda się, drżą jeszcze od jego przedwczorajszych namiętnych pocałunków, idzie jak sen, jak zjawienie, jak szczęście ostatnie, najsłodsze, wieczne... Romeo ostatnim wysiłkiem dłonie ku niej wyciąga, ale ręce opadają mu bezwładnie, więc tylko zamierającemi oczyma śmieje się do tej ukochanej i błogosławi ją, że przyszła, że zmartwychwstała, aby pokazać drogę do raju, gdzie będzie już miłość niezamącona i szczęście wielkie, nieskończone...
Lecz i ona zrozumiała, co się stało: oto ten ukochany nie chciał żyć bez niej i zabił się, sądząc, że naprawdę umarła — i teraz śmierć, śmierć przychodzi, aby ich rozdzielić! Ale nie! ona i śmierć przemoże! ich nie rozłączy już nic, nic! Oto leży porzucony sztylet Romea, którym podważał wieko sarkofagu, aby na nią spojrzeć raz ostatni, ostry, błyszczący w księżycu sztylet stalowy! — „Krwią teraz moją piję do ciebie, kochanku mój słodki, najmilszy, jedyny!...“

A teraz ta chwila ostatnia... Pada na niego, tuli się do niego miłośnie, obejmuje rękoma jego głowę, usta do ust stygnących mu ciśnie, a z pod jej białej, od wspomnienia pocałunków wzdętej jeszcze piersi, płynie z rany otwartej gorąca, czerwona krew... Romeo czuje tę żywą, ciepłą falę, co, zda się, żyły jego przenika, czuje na wargach jej usta najdroższe... Czy to zorza już wstaje? Nie, to błyszczą złote jej włosy... Jak róże najsłodsze, tak pachną usta jej młode... Śpiew ptasząt się odzywa, ale to nie skowronek, — to słowik śpiewa, bo jest noc... i będzie już zawsze... noc — nieprzespana... błogosławiona... szczęśliwa... noc...

∗                           ∗

Czyż ten poemat miłości mógł się inaczej zakończyć? pomyślniej? Czyż nie najwyższe szczęście spotkało tych dwoje, którzy, przemógłszy nienawiść rodową, przemógłszy życie szare i codzienne, i śmierć samą wreszcie przemogli, wzywając tę niszczycielkę na obronę swemu kochaniu i odeszli razem, w najrozkoszniejszym, ostatnim uścisku złączeni, zanim życie zdążyło ich pokalać i miłość ich młodą pierwszych, tęczowych barw pozbawić? Wszak szczęście nie długością trwania się mierzy, lecz natężeniem, a największe to jest pono, które jak pożar pochłania i nie gaśnie, nie rozprasza się w odbiciach bladych i w żrących, bolesnych wspomnieniach słońca wśród szarych dni jesiennych...


Przypisy

  1.   Ten, jak i kolejne cytowane fragmenty pochodzą z tragedii Romeo i Julia Williama Shakespeare'a. Słowa Julii, wersy 1–5 sceny V, aktu III. W przekładzie Stanisława Barańczaka:
    Musisz już odejść? Do rana daleko.
    To nie skowronek przecież, ale słowik
    Śpiewał przed chwilą! Niech cię to nie trwoży.
    Wierz mi, to słowik: on co noc tu śpiewa,
    Usadowiony na drzewku granatu.
  2.   Wspomniane wcześniej wersy 1–2 sceny V, aktu III.
  3.   Słowa Julii, wersy 138-141 sceny V, aktu I. W przekładzie Stanisława Barańczaka:
    Więc kocham — wroga! O, słodycz bolesna,
    Szczęście zbyt późne, niedola zbyt wczesna!
    Ledwie zrodzone, uczucie się wciela
    W to monstrum: miłość do nieprzyjaciela.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.