Sądecczyzna (Szczęsny Morawski)/Tom I/Chrobacya w wieku X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Jan Szczęsny Morawski
Tytuł Sądecczyzna. Tom I.
Pochodzenie Sądecczyzna
Wydawca Nakładem autora
Data wyd. 1863
Druk Wytłoczono u Ż. J. Wywiałkowskiego
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


4.  Chrobacya w wieku X.

Jak wprzódy Hunny i Awary tak w końcu Madziary obsiadłszy środkową Pannonią; w prawo i w lewo, ku północy i południowi rozdzielili i odepchnęli Sławian panońskich. Ztąd po dziś dzień uderza podobieństwo: Kroatów z Polakami, Serbów z góralami Bieszczadu wschodniego, a Bulgarów z Słowakami węgierskiemi.
Madziary w wściekłych zapędach goniąc w bogate Niemcy, Francyą i Włochy, nie mieli czasu troszczyć się o zimne i niedostępne góry, kędy się chroniła ludność przed oną straszną dziczą. Chrobacya: szląska, orawska, liptowska, spiska, sądecka i babigorska aż po za Wisłę i Kraków — spokojnie jeszcze żyła życiem rodzimem. Był to lud: jednoplemienny z starą Polszczą nadwiślańską, odmienny tylko, o ile góry od równin odmienne. Po dziś dzień! mimo lat tysiąca, mimo tylu wojen i osadnictwa obcego; nawet na Orawie i Spiżu u podnóża Tatr i Pienin dochował lud mowę polską i krewkość polską narodową tak różną od znamion Sławian czeskich, a tak zupełnie podobną do małopolskiej.
Człek, jak wszelkie stworzenie boskie żyje tem co przyroda użycza. Góry mniej chlebne od równin żyzniejszą za to wydając paszę, nie mogły być zamieszkałemi jeno od pasterzy, którzy chów bydła po dziś dzień głównem zajęciem i dochodem. Bezpieczniej od dzikich zwierząt i wygodniej, bo weselej pasać gromadnie. Gromadne życie społeczne rychło się też musiało wyrobić w górach.
Lecz wyrobiło się i towarzyskie.
Nie każden zdolny pasać po górach. Trzeba na to zdrowia: płuc i nóg szczególnie. Bo to tam wiatry mroźne a hale wysokie i niedostępne. Wilki też, rysie i niedźwiedzie po dziś dzień napastują: trzeba odwagi i siły do walki z niemi. Więc na pasterzy wybierają najzdrowszych, najśmielszych, a nad niemi przewodzi najdoświadczeńszy. Towarzyskość pasterzy śmiałych pod dowództwem baców jest koniecznością życia pasterskiego. Znamionem tego towarzystwa jest: ufność w swoje ręce, nogi i płuca, a w rozum starego bacy. Bocowa koliba: bacówka, jest stolicą hali lub polany zdawien dawna!
Rodziny rozplemiły się w odrębne pospólstwa, w odrębne gromady — podobnie jak w Podgórzu i równiach; podobnie jak na całej ziemi. Gromady pokrewne znały swą odrębną społeczność, znały spólne potrzeby i korzyści. Lud tworzący odrębną gromadę, czuł się jej członkiem, zwał się: pospólstwem albo człekiem pospolitem. Bo gromada była rozplemioną rodziną. Najbiedniejszy człek licząc się do pospólstwa gromady, czuł: że gromady życie jest podstawą jego życia, jej bieda jego biedą, jej nadzieja jego nadzieją! — Z kolei wieku każden doznał opieki, później pracował, wiecował i opiekował się drugimi.
Obyczaje musiały być społeczne i jawne! — bo życie wiedziono społeczne nie samolubne. Otwartość mowy i czynu była koniecznością społeczną: co jeden to wszyscy.
Po dziś dzień myśl ta przyrodzona poważnie tkwi w umysłach ludu: ani się mu z nią rozbratać!
Gromad więc ustrój społeczny równie był wyrobiony jak i towarzyski. Ustrój społeczny narodowy nie wyrobił się jeszcze. Wszechsławiańskie wspomnienia niemowlęcości, szły w zapomnienie, ograniczyły się na: powiatowszczyznę. Podobnie jak nad Dnieprem u Polan, o których mówi Nestor: — Żyli dla siebie, każden w swej okolicy z swemi rodzinami, którym panowali. O Czechach opiewa pieśń jeszcze pogańska. Każden rodziną swą rządzi; mężowie orzą, żony szaty dzieją; a umrzeli głowa rodziny, toć wszystka dziatwa spólnie mieniem rządzi obrawszy sobie władykę z rodu swego.
Spólna tylko wszechsławiańska religia łączyła rozplemione narody. Wszyscy pospołu koili gniew bogów krwią bydła i ludzi. W odwiecznej Sławian bożnicy w Retrze, gdy chrześciaństwem zagrożony: Znicz, jarym płomieniem zagorzał gniewliwie! zgorszeni Światowida słudzy ogłosili ludowi: iż bożyszcze pragnie krwi chrześcianina! jako najmilszej ofiary. Jeńcom chrześciańskim kazano losować: który ma być zarznięty i spalony. — Biskup meklemburski: Jan jeszcze roku 1066 ofiarowan w Retrze bogom.
I nad Dunajcem prawdopodobnie po uroczyskach Jarewitowi na ofiarę gorzały całopalenia skoro ludzką krew na cześć Boga przelewano w całej Sławiańsczyznie. Poganie sławiańscy czcili: Jessego w postaci czterogłowego: Światowida, a najsłynniejsza świątynia pomorska w Retrze czciła: trzygłowego Rugita czyli Garewita. Chrześcianie zaś czcili: Boga w Trójcy jedynego, którego w ołtarzach przedstawiano w trzech zupełnie do siebie podobnych głowach ludzkich. — Chrześcianie mieli chorągwie z wyobrażeniem Boga lub świętych: — Pogańscy Sławianie bez swych świętych chorągwi zachowanych w bożnicach, nie ruszyli do boju. Chrześcianie czcili: Boga dobrego, i wielkiego; podobnie jak Sławianie: Białego boga. Chrześcianie bali się djabła; podobnie jak Sławianie: Czarnego boga. Chrześcianie palili Bogu światło i kadzidło: to samo czynili Sławianie. Przy mszy używano wina i chleba: u Sławian zaś miodu i zboża. Tu chwalono Boga, iż krwią niewinnego baranka syna bożego, na krzyż przybitego, odkupił grzechy ludzkie. Tam krwią baranów, wołów i ludzi łagodzono boga zagniewanego.
Wyższej myśli, ducha chrześciaństwa, nie znało pogaństwo sławiańskie; chwaliło jednak Boga jednego, obrzędami do chrześciańskich wcale podobnemi. Ofiary bezkrwawej, duchownej: nie znali.
Dziwili się też niemieccy biskupi nad religią Sławian, mianowicie południowych: że ich niemożna nazwać poganami gdyż wierzą w jednego Boga i obrzędy mają podobne chrześciańskim. Mnisi zaś północnych Niemiec nieumiejąc języka Sławian wmówili w siebie: że Światowid, to ich patron: Święty Wit.
Taką była Chrobacya wielka w końcu X wieku.
Z upadkiem Moraw, wzniosły się Czechy i Polska jako samoistne państwa sławiańskie, z dążnością potężenia się na zewnątrz przeciwko Niemcom i Węgrom ujarzmiającym Sławian, jedni w imię Chrystusa drudzy w imię oręża.
Czechy najprzód korzystali z upadku Moraw. Bolesław czeski wyrobił sobie osobne biskupstwo praskie, a w skutek bulli papieskiej, regensburski biskup: Wolfgang święty ustąpił tej części dyecezyi swej. Zawierała ona: Czechy, Morawy, Szląsk i Kraków.
Tak więc roku 973 Ditmar dziejopisarz objął biskupstwo praskie a książę czeski przywłaszczył sobie panowanie świeckie nad całą dyecezyą, której granice na wschód nie były oznaczone. Lud krakowski niewćwiczony w boje poddał się jego wojownikom i oddał im grody swoje.
Czy zaś i góry zajęli? nie ma najmniejszego śladu ni dowodu, nawet co do Szląska. Prawdopodobnie nie troszczyli się o nie Czesi, równie jak Madziary.
Praski biskup Ditmar umarł nawracając Sławiany i opisując ich obyczaje i dzieje.
Nastąpił po nim: Wojciech, wojewodzic Lubicy czeskiej mnich zakonu ś. Benedykta — a zarazem przez cesarza potwierdzony pan na Lubicy. W samych Czechach wiele jeszcze pozostało pogańskich zwyczajów, szczególnie: wielożeństwo i sprzedawanie dzieci, które kupywali żydowscy kupcy odprzedając w dali w niewolę lub na krwawe całopalenia bogom. Wojciech chciał znieść nieludzki obyczaj, chciał też wprowadzić łacińskie obrzędy — lecz nie znalazł poparcia ani u ludu ani u księży. Zgorszony puścił się do Rzymu i Jerozolimy, skarżąc i narzekając na zatwardziałość czeską. — W roku 995 wróciwszy ujął się cudzołożnicy na śmierć skazanej, która się była schroniła do klasztora zakonnic. Przemocą wydobyli i stracili ją Czechowie. Wojciech zgorszony opuścił Pragę udając się powtórnie do Rzymu. Wracając przez Węgry wstąpił do króla Geizy, który go uroczyście przyjął i długo zatrzymał. Był zaś Geiza chrześcianinem a oraz i poganem. Obu bogom ofiary czynił niechcąc się żadnemu narazić. Wojciech wzmocnił go w wierze ochrzcił mu Syna Stefana poczem się udał na dwór cesarza Ottona III przyjaciela swego. Czechy podczas tego zdobyli Lubicę i wyzabijali rodzinę jego; samemu zagrozili powrót. Jeden tylko z braci: Poraj zdołał ujść do Polski, gdzie łaskawie przyjęty od Chrobrego. Boleśnie poczuł Wojciech przykre położenie swoje i sprzeczne obowiązki względem: czeskiej ojczyzny, Rzymu i cesarza. Sprzykszył sobie świat i życie, i całego siebie oddał Bogu i chrześciaństwu. Wyrzekając się biskupstwa i księstwa: zapragnął korony męczeńskiej apostolskiej.
Puścił się w nieznane dotąd chrobackie kraje: do Krakowa. Znalazł tam umysły przygotowane, bądź podobieństwem dawnego sławiańskiego obrzędu bądź naukami uczniów Cyryla i Methodego zakonników z Nitry rozproszonych dziką Madjarów napaścią. Więc słowa jego padały w serca otwarte: nie męczeństwo lecz cześć i uwielbienie znalazł u Małopolan. Miejsce gdzie kazał do ludu, stało się odtąd: świętym przybytkiem.
Że lud podgórski spieszył słuchać świętej mowy, że przybywał zbliska i zdala: wiadomo już z samego żywego wcielonego podania narodu. Czy zaś Wojciech prócz Krakowa, zwiedził i dalsze małopolskie mianowicie podgórskie grody?? Zdaje się: że nie! — bo niebyło tak nagiej potrzeby u ludu tak kornego nowej nauce. Wojciecha wiodło przeczucie męczeństwa — a tu nie było pola po temu.
Pruska dzicz ciemna paliła mnogie ofiary ludzkie, w uroczyskach i na wojnie w gorejących siołach — chrześciaństwo wściekłość w niej rozbudzało; — na świeżo ochrzczoną Polskę wywierała cały jad. Tam! było pilno!! Wojciech idąc za tym głosem przybył do Gniezna do Bolesława Chrobrego, który bratu jego użyczył przytułku i łaski.
Przyjął Wojciecha Chrobry z wielką uroczystością i kwapiącemu się do Prus przydał 30 lechów zbrojnych. Popłynęli na dół Wisłą a wkrótce w okolicy Piłławy umęczon święty biskup, 22 kwietnia roku 997.
We dwa roki umarł książę czeski a Chrobry zdobył Kraków i całe Pogórze: sądeckie i zatatrzańskie aż po Dunaj, a na wschód aż po San. Kraje te nazwano małą to jest: nową Polszczą, podczas kiedy gnieźnieńskie zwano: starą czyli Wielkopolszczą. Granice bolesławowskie na południe sięgały: po Dunaj i miasto Gran; ztamtąd (rzekomo wedle Genczu) ku rzece Cisie (raczej Bodrogowi kędy zmierza do Cissy) — ztąd rzeką Teplą (Ciepłą mimo Bardjowa) aż do grodu zwanego: Galis (?) kędy się schodzą granice: Polszczy Rusi i Węgier. (Byłobyto gdzieś między Krępakiem a Bieszczadem).
Zdobycze te Chrobrego nie były trwałemi, skoro Stefan węgierski mógł stawiać klasztory w Nitrze i na skale świętego Marcina.
Dzieje wspominają zwycięzkie jego z Madjarami utarczki a później przyjaźń i pokrewieństwo z królem. Prawdopodobnie widząc trudność utrzymania zagórskiej zdobyczy wolał się umocnić w górach nad Popradem i Dunajcem jako miedzą przyrodną.
W owe czasy właśnie wspominają dzieje pogórskich pustelników: Świerada i Benedykta a lud na Magurze u podnoża Tatr prawi następne podanie:


Podania ludowe w Zamagurzu.

Zamagurze między górnym Dunajcem a Poprutem w XI wieku było jednym wielkim borem, ulubioną siedzibą zbójców i dzikiego zwierza. W miejscu gdzie dziś kościółek ś. Anny pod Podolińcem przesiadywał groźny zbójca: Krudynhop. Nietylko: że rozbijał podróżnych i obierał z mienia; okrutnik zabijał wszystkich nielitościwie lipową swoją maczugą. Na prośby i łzy odpowiadał: śmiechem szyderczym. Że zaś w tem miejscu Poprad przerzyna Magurę i wzdłuż koryta jego jedyna droga; nie można było ominąć Krudynhopa zasadzki, a podróżni zbliżając się do tej okolicy gotowali się na śmierć. Był on postrachem całego pogranicza, bo maczuga jego ogromna; gdyby korą grubą obrosła warstwą zaschłej krwi ludzkiej. Żalu ni skruchy nieznało dzikie serce jego. — Ostatnią jego ofiarą był biedny pielgrzym wracający rzekomo od rzeki: Pregla, kędy pielgrzymował do pierwotnego grobu ś. Wojciecha. (Więc roku 997). Bardzo się mu prosił i żałośnie błagał o życie, lecz bez skutku. Więc konając pod razami maczugi wyjąknął boleśnie: Nie masz dla mnie litości! obyś nie doznał litości przed Bogiem!! — Krudynhop roześmiał się dziko nad słowami biedaka; a obrawszy z mienia wrócił do swej siedziby ulubionej i położywszy się w cieniu olbrzymiej jodły: usnął. Nie usnął spokojnie: żałosne słowa konającego pielgrzyma ostrym grotem utkwiły mu w sercu.
Śniło mu się: że 6 strasznych piekielnych potworów pochwyciwszy w szpony niosło go powietrzem kilka! kilka!! godzin. W końcu złożyli go na szczycie jasnej góry sięgającej w niebo. Tam na lśniącym tronie siedział: Bóg sędzia sprawiedliwy, a u stóp niebieskiego stolca klęczały dusze wszystkich których on pozabijał. Wszystkie się zwróciły ku niemu i wskazując rękoma żądały zeń sprawiedliwości boskiej. — A tam w dole! gorzało piekło! potwory piekielne rozniecały jeszcze straszniejszy żar.
Bóg sędzia wyrzekł surowo: — Nie ma już dlań miłosierdzia! — Poczwary piekielne pochwyciły i niosą go. Na darmo ogląda się czy która z ofiar rozboju jego nie zlituje się nad nim!... Zdala tylko obaczył postać nieznaną mnicha, o łagodnem uśmiechniętem obliczu. Wyciągnął mnich doń rękę, jak gdyby mu ją chciał podać.... lecz za późno! Poczwary rzuciły go w bezdeń piekielną... która się roztworzyła z strasznym hukiem!...
Tej chwili obudził się Krudynhop — lecz sam nie wiedział co się z nim dzieje.
Ogromna jodła pod którą spał, waliła się wśród przerażającego huku: piorun w nią uderzył. Wściekła burza miotała borem, Poprad wezbrany huczał straszliwie, zdawało się mu: że istotnie sądny dzień nastąpi; wyglądał rychło owe poczwary piekielne nadlecą aby go porwać. W przerażeniu zrywa się uciekając. A tu mu się zdaje, iż słyszy za sobą pogoń duchów wołających: Sądu na niego! sądu! sprawiedliwości!!
Gdzie spojrzy zda mu się iż widzi owe dusze: obłokiem pędzą, w wierzchołkach drzew się kołyszą jęcząc boleśnie i chyrcząc w skonaniu.
A pioruny górą grzmią: Już nie ma litości, nie ma miłosierdzia!
Uciekając sam przed sobą spostrzega podróżnego dążącego pod górę. Dawna zbójecka wściekłość opanowała go; podskakuje z podniesioną maczugą: w świeżej krwi niewinnej chcąc utopić straszne wyrzuty zbudzonego sumienia. W tem spojźrał staruszek, a zbójca opuścił ręce: poznał spokojne uśmiechnięte oblicze mnicha, którego widział we śnie. Przejęty trwogą skruchy pada mu do nóg wołając: — Ojcze przebacz mi, ojcze rozgrzesz mnie.
Zakonnik Benedyktyn zdziwiony pyta z trwogą: — Czyś ty może Krudynhop ów groźny zbójca nielitościwy co jest postrachem całego pogranicza?
— Jam Krudynhop! — lecz rozgrzesz mnie ojcze a będę cnotliwym i całe życie będę pokutował. — Tu odpowiedział mu życie swoje ostatnie zabójstwo i widzenie senne, kończąc: Wy tylko ojcze podaliście mi rękę! — Podajcież mi ją teraz! Jak jeleń raniony zdroju wody tak ja z upragnieniem szukam od was pociechy.
Z pobożnym uśmiechem podał mu staruszek rękę i słowa pociechy lał w serce jego skruszone. Niejaki czas zatrzymał się przy nim ciesząc go i spowiadając: poczem szedł dalej do klasztora swego dokąd go wołał obowiązek. Odchodząc pobłogosławił skruszonemu.
Krudynhop powiesił maczugę swą na drzewie i patrząc na nią płakał rzewnie i żałował; słowa jednak ostatniej ofiary ciągle mu brzmiały w sercu: Nie ma miłosierdzia, nie ma litości!
Więc powątpiewał o litości Boga i rozpływał się w żalu i rozpaczy. W tem zauważył: iż z maczugi ściekła kropelka krwi i rozszerzając woń przecudną jasnym obłoczkiem uleciała ku niebu. Wziął to za znak łaski nieba. W mogiłę gdzie grzebał swe ofiary wsadził maczugę i rzekł do siebie: — Jeżeli się przyjmie i wyrośnie w drzewo, toć Bóg wysłuchał żalu mego i skruchy mej! — Klęknął, łzami zlewał swą maczugę i wodą, którą w koneweczce donosił z Popradu na klęczkach.
Maczuga zazieleniała i puściła konary po nad grobem zabitych zbójecko.
Więc nabrał otuchy. Zwołał murarzy, i zmurował kościółek obok tej mogiły i lipy. Koneweczkę oną, którą donosił wody podlewając maczugę, codziennie pełną pieniędzy nie licząc, dawał robotnikom, aż wystawili kościółek. Obok wystawił sobie chatkę, w której zamieszkał. Codzień modlił się w kościółku żałując za zbrodnie swe. Podróżnym był opiekunem i obrońcą; przeprowadzał ich przez góry i lasy, a samo imię jego było im dostateczną obroną. Lud okoliczny bez obawy zbliżał się do miejsca niegdyś tak groźnego i z nim pospołu modlił się u stóp ołtarza. W kilka, kilka lat, zakonników: benedyktyn przechodząc znowu tamtędy, z zadziwieniem oglądał kościół, lipę i pokutującego zbójcę. Odprawił nabożeństwo, wyspowiadał, rozgrzeszył go i zaopatrzył sakramentami.
Skruszony zbójca, pojednany z Bogiem, do ostatka chcąc wychylić kielich pokuty, zawezwał zwierzchność świecką i opowiedziawszy popełnione zbrodnie prosił o sprawiedliwość na siebie. Wymierzono mu ją. U stóp lipy na mogile zabitych ścięto go mieczem.
Ucięta głowa potoczyła się z pagórka, a gdy się zatrzymała widziano, jak z obu źrenic strugą trysły łzy czyste. Poczem zapadła się głowa w ziemię, a źródełko czyste zostało i dotąd istnieje. Lud zbliska i zdala przychodzi doznawać mocy jego uzdrawiającej, osobliwie w chorobach oczu.
Lipa dotąd istnieje obok kościółka. W jej cieniu siedząc rok w rok lud pobożny opowiada o Krudynhopie i modli się za dusze jego i ofiar które pogubił.
Nad drzwiami zakrystyi zaś widać wyobrażenie jego jak klęcząc z koneweczki podlewa lipkę. Obok leżą trzy kostki do gry, a 3 miecze zkrzyżowane tkwią w ziemi. Nad tem wypisany rok: 1012.
Na ratuszu pokazują maczugę potężną czarną, która do niego miała należeć; i miecz jego prosty oprawny w jaszczur, na którym wyryta: korona z jabłkiem i krzyżykiem.
Krudynhop ten, miał być człekiem wojennym, który popełniwszy jakąś zbrodnię, udał się potem w lasy na zbój.
Ku końcu X wieku: Świerad i Benedykt dwaj mnisi przybywszy do Polski zamieszkali nad brzegami Dunajca. Dziejopisarze dokładnie o tem wzmiankują. Błogosławiony Maurus biskup pięciokościelski pisał żywot ś. Świrada, któren opis przyłączony do: starego strzygońskiego brewiarza. Mówi on: że będąc jeszcze uczniem w klasztorze ś. Marcina, widywał tam ojca: Benedykta, towarzysza i ucznia: Jędrzeja Żerarda wenda. Ten Benedykt często klasztor ich odwiedzał i jemu chłopięciu jeszcze, żywot jego opowiadał. Był Świerad zakonu Benedyktynów z klasztoru ś. Hipolita na górze Zobor, koło Nitry; mieszkał zaś w jaskini na skałce przy Tręczynie nad rzeką Wagą. W jaskini tej zamieszkał później Benedykt i tam go zbójce zabili i do Wagi rzucili.
W Tropiu koło Rożnowa nad Dunajcem, dotąd istnieje pustelnia ś. Świrada. Jest to skała niewielka pochyłością swą tworząca przydasze samorodne niby jaskinią w pięknej dolince wysoko nad skalistym i pięknym Dunajca brzegiem położona. O kilkadziesiąt kroków dalej wytryska czyste zimne zdrowe źródełko. Jeżeli gdzie jaki zakącik w świecie toć pewno ta dolinka u skrętu Dunajca stworzona na pustelnią dla pobożnego myślącego zakonnika. Po Pieninach jest to najwięcej urocza okolica naddunajecka. Dziś pustelnia ta ogołocona z lasu. Lecz w owe czasy kiedy cisowe bory okrywały te wzgórza skaliste i rówienki prześliczne: jakżeż wspaniałą musiała być?!
Kościół tropski stoi na nadbrzeżnej ogromnej i pięknej skale zkąd widok najcudniejszy. W roku 1347 na szczątkach starego kościoła stawianego 1243 zmurowan dzisiejszy. Presbyteryum zajmuje maleńką niecałe 2 siągi szeroką kapliczkę starą, nad której pierwotnem oknem dla symetryi dorobiono drugie; słabe ściany zaś popodpierano troskliwie. Widocznie starano się o zachowanie tego świętego przybytku, kędy prawdopobnie pierwotny ołtarz świętego Świerada stał. Kapliczka ta co do sposobu murowania zupełnie odpowiada zameczkowi: Tropsztynowi.
Sama pustelnia jaskinia przerobiona dziś na kapliczkę co rok w dzień ś. Świrada przynęca tysiące ludu pobożnego; a Świrad należy do najczęstszych imion chrzestnych i nazwisk rodowych. Lud podaje sobie z ust do ust: iż Świerad był ich krajanem znad Dunajca, z Opatowca później Zakliczyna rodem, że poszedłszy na Węgry wyuczył się na księdza i wraz z swymi towarzyszami: Justem, Benedyktem i Urbanem co wiosna doliną Popradu i Dunajca przychodzili z Węgier i tu latowali: Świrad w Tropiu, Just nad Tęgoborzą na górze która się do dziś dnia pustelnią Justa zwie; Urban zaś w lesie nad Iwkową gdzie do dziś dnia stoi nad źródłem kapliczka jego. Tu nauczali lud okoliczny zaszczepiając zasady wiary i cnoty. Musieli zrobić wrażenie kiedy po dziś dzień lud z czcią wielką wspomina o swych świętych pustelnikach.
O pustelnikach przechodzących podania żywemi są w całej Dunajca i Popradu dolinie. W Krościenku dotąd pole plebańskie zwie się: pustelniczem. A podanie niesie że przed bardzo dawnemi czasy, pustelnik maleńkiego wzrostu nad Dunajcem wiódł świątobliwe życie.
W Frydmanie i wzdłuż całego górnego Dunajca prawi lud tylko o zbójcach i pustelnikach przechodnich, którzy pierwsi Wiarę świętą opowiadali.
Mniszek za Piwniczną zwie się po niemiecku: Einsiedl to jest pustelnia.
W Rzegestowie jest nadbrzeżna skała zwana: Krzyż. Podanie niesie: że w dawnych czasach pustelnik jakiś pobożny przechodzień, zachwycony cudnością okolicy nad krętym Popradem, przypomniawszy sobie: że to niedziela; z kamieni ułożył krzyż i prawił nabożeństwo i nauczał lud zgromadzony. Każde dziecko wskazuje skałę i opowiada rzecz.
Wszędzie od Tręczyna aż do Tropia występuje poważna postać bogobojnego mnicha pustelnika przechodnia wzdłuż Popradu i Dunajca w latach 997 do 1012. Akta kościelne tropskie i podania ludu zachowały jeszcze jeden ciekawy szczegół. Po śmierci już Świerada corok przyjeżdżał węgierski woźnica z nowym wozem i uprzężą dobrych koni, które poganiał srebrnem złocistem biczyskiem. Przywoził: ośm beczek wina, które wraz z wozem końmi i uprzężą oddawszy plebanowi tropskiemu, z srebrnem tylko biczyskiem na jednym koniu wracał. Zapytany, odpowiadał: że to wino przysyłają Węgrzy Polsce jako dług i dobrowolny obowiązek wdzięczności za tak pobożnego świętego biskupa ztamtąd rodaka. Któryś z plebanów tropskich, łakomiec, nie dość mając na winie, wozie i koniach; naparł się i srebrnego biczyska. Węgrzyn bez najmniejszej trudności dał biczysko i ostatniego nawet konia: piechotą odszedł na Węgry. Lecz odtąd: nieprzysyłają Madziary wina tropskim plebanom.
Pierwsi pisarze Świradowego żywota, Włosi mienią go: Wenetą — za nimi poszedł Skarga i drudzy. — Jakżeż w X—XI wieku, zwał świat: lud małopolski, rodaków Wandy? Czy nie Wendami po łacinie Wenetami?? Przecież: „Wenedów morzem“ jeszcze Ptolomeusz zwał Bałtyku część a miasto Wenecya na Adryatyku od założycieli swych sławiańskich przybrało nazwę. Na Spiżu po dziś dzień: windich znaczy „sławianskopolskie“ — Sławian znano wówczas tylko pod nazwą: Wendy i Sławianie, mniejsza o to czy: Polanie, Pomorzanie, Pogorzanie i t. d. A jakżeż Włochy mieli pisać polskie: Świerad niemając zgłoski: ś? — Jużcić nie inaczej jak: Żwierad = Geverad = Gerard. Mnisi nowocześni polscy zrobili z tego: Żurawka!!
Późniejsi dziejopisarze olśnieni blaskiem herbowego szlachectwa, stroili w nie postacie dziejowe biskupów. Długosz rozpoczął to pośmiertne szlachcenie a za nim poszli drudzy. Więc też i Świerad podszyty pod Żerarda z Wojsławic Spicymirowicza — kanonika krakowskiego a 1260 biskupa łuckiego, przysądzony nadreńskiej rodzinie Gerardów-Osmorogów, o której się w owych czasach nad Dunajcem nikomu nie śniło jak się Europie o herbach dziedzicznych jeszcze nie marzyło.
W dziejach madziarskich żywot ś. Świrada tak opiewa: Stefan król węgierski na nauczyciela syna swego Emerycha powołał uczonego i świątobliwego mnicha: Świrada (Gerarda). Roku 1024 Emerych pociecha rodziców i nadzieja ojczyzny, ożenił się z córką kroackiego księcia Kresymira, z którą wstydliwie żyjąc umarł bezpotomnie roku 1031. — Śmierć następcy tronu zaniepokoiła całe Węgry, porobiły się stronnictwa; stryjeczni Stefana: Jędrzej Bela i Lewenta uciekają przed Piotrem mężem siostry jego sięgającym po berło. Poganizm wzmaga się wśród madziarskiej dziczy. Podczas kiedy Bela, na dworze króla polskiego doznaje gościnności i uznania, madziarscy stronnicy pogaństwa czy Piotra — dybią na życie świątobliwego króla.
Wonczas Stefan przywołuje na pustyni mieszkającego Świrada i robi go biskupem w Czanadzie między Cissą a Dunajem. Świrad zakłada szkołę, naucza, przywołuje do pomocy: Waltera benedyktyna bakońskiego — a wkrótce obaj nie mogą podołać: tak przybywa uczących się. Wtem umiera Stefan wracają Lewenta z Jędrzejem, naród ich wspiera zastrzegając sobie: wytępienie chrześciaństwa i biskupów, utrzymanie narodowego pogaństwa; biją konie bogom na ofiary, jedzą (aldomasze) objaty, strzygą włosy po staremu... wściekają się na chrześcian.
Nieświadomi wypadków biskupi jadą ku Budzie koronować króla Jędrzeja. Napada ich dzika tłuszcza. Sędziwy Świerad dla wieku podeszłego jedzie wozem. Kamienują go: lecz kamienie ochraniają świętego a on błogosławi swym zbójcom. To wprawia ich w wściekłość: z wózkiem ciągną go na górę zkąd strącają na skały przepaściste ku Dunajowi. Na niski brzeg upadłszy dychał jeszcze; więc go włócznią przebili: Korodźiów rodzina.
Na ciele jego znaleziono łańcuch którym się przepasywał: wrósł w ciało. Część jego posiadła kapituła czanadzka, część klasztor zoborski nad Nitrą, gdzie był zakonnikiem Benedyktynem. Ciało złożono w Nitrze.
Późniejsi pisarze rozdzielili osobę jego: na Zerarda wenetę i Świrada Jędrzeja Polaka; — nawet z Benedyktem pomieniali (w: Imago antiquae Ungariae). Podań jednak ludowych i kościelnych nad Dunajcem i Wagą rozdzielić nie zdołali.
Świrada zasługi względem chrześciaństwa na Węgrzech, są nieocenione. Powrót jego na pustelnią po ożenieniu się Emerycha (też świętego) ucznia swego i pielgrzymka korytem Popradu i Dunajca do rodzinnego Tropia; bardzo się z sobą zgadza. Równie i ów dar roczny przysełany plebanowi tropskiemu.
Przedewszystkiem zaś zgadza się podanie o Krudynhopie, który może przedstawia: pogańskie kapłaństwo chrobackie schronione w te nieprzebyte lasy i góry, a mszczące się na chrześcianach. Krew przyschła na maczudze: może to chrześciańskich ofiar, fanatycznie zabijanych.
Świrad nauką a królowie polscy władzą i powagą stłumili pogaństwo: — Może to ma oznaczać pokuta i ucięcie zbójeckiej głowy — z której źrenic żałosnych wytrysł zdrój zbawienny???







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Jan Szczęsny Morawski.