Sekta djabła/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Sekta djabła
Podtytuł Powieść niesamowita
Redaktor Jan Stypułkowski
Wydawca Bibljoteka Echa Polskiego
Data wyd. 1933
Druk Drukarnia B-ci Wójcikiewicz
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.
Ceremonja Bafometa.

Mury stan był, zaiste, niezwykły. Niby sen, na jawie. Pamiętała, że zajęła miejsce w samochodzie, obok jakiejś miedzianowłosej pani, a twarz tej pani wydała się jej znajoma.
Samochód ruszył, z zawrotną szybkością. Nie obchodziło teraz Mury, ani dokąd ją wiozą, ani co zamierzają uczynić. Wciąż otaczała ją jakaś mgła, a w tej mgle ginęły wspomnienia, uczucia. I Janek Grodecki i list i co pomyślą sobie o jej niezwykłem zniknięciu w domu.
Jak długo trwała podróż, nie mogła określić. Sekundę, a może godziny? Jej towarzyszka nie odezwała się ani słówkiem, jakby nie zwracając uwagi na obecność Mury. Tem lepiej. Bo, przecież i tak nie mogła jej odpowiedzieć.
Raptem, samochód przystanął.
I znów poczuła Mura, jak jakaś nieznana siła, której musi być posłuszna, wyciąga ją z auta. Pokornie podniosła się i wysiadła. Rzekłbyś, same niosły ją nogi. Dokoła widniały poła, pokryte śniegiem i okryte szronem drzewa.
Krajobraz nie obchodził Mury. Przed nią zarysował się jakiś niewielki, opuszczony dom, znajdujący się widocznie, zdala od miasta.
Skierowała się w jego stronę, niby znała ten budynek oddawna. Przedsionek, długi, ciemny korytarz, później mały pokoik. W tym pokoiku stała otomana.
Na otomanę tę padła Mura i wnet zasnęła twardym, kamiennym snem.
Miedzianowłosa kobieta, która weszła wślad za nią długą chwilę patrzyła na leżącą. Później, uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, zbliżyła się do jednej ze ścian izdebki.
Nacisnęła jakąś deseczkę i ukazał się telefoniczny aparat. Był to aparat, wyłączony z ogólnej sieci i potajemnie założony przez Wryńskiego. Coś pokręciła przy nim i rychło na drugim końcu telefonicznego drutu zabrzmiał głos czarnego maga.
— Cóż, udało się? — zapytał.
— Wprost, nadzwyczajne! — odparła, ze szczerym podziwem. — Nigdy nie przypuszczałam..
— Że możliwa jest hypnoza na odległość?
— Tak! Śpi, jak zabita! Robiłeś z nią, co chciałeś!
W tonie Wryńskiego odezwała się przechwałka. Lubił popisywać się swoją siłą.
— Tego nie uczyni żaden magnetyzm! — wyrzekł.
— Niewątpliwie!
Wryński, jednak, wnet zmienił temat. Zaprzątały go inne kłopoty.
— Musisz przy niej pozostać — oświadczył — póki nie przybędę! A przybędę wieczorem! Wtedy, dopiero ją zbudzę!
— Chcesz ją zbudzić!
— Oczywiście! Przecież musi być przytomna, przy ceremonji! Inaczej, nie wiedziałaby, co się z nią działo.
Pojęła.
— Skoro, niema innej rady — odparła — zaczekam. A tam, czy wszystko w porządku?
Posłyszała cichy śmiech.
— Ostawili cały dom! Chcą mnie koniecznie wyśledzić! Skądcić wywąchali, że „to”, nastąpi dzisiaj?
— Nie obawiasz się? — zapytała, zaniepokojona.
— Wcale! Niszczę obecnie kompromitujące papiery i szykuję się do wyjazdu. Choć, udało się z Lesicką, długo nie zamydlimy oczu władzom. W nocy drapniemy zagranicę. Samochód przygotowany do drogi. Walizki zabiorę ze sobą. Wyjeżdżamy, natychmiast po zebraniu!
— Może odwołać zebranie?
— Przenigdy! Chcę skończyć z tą małą i uprzedzić naszych prawdziwych członków o grożącem niebezpieczeństwie!
— A czy cię nie poznają, gdy będziesz wychodził z domu i nie podążą wślad za tobą? Czy nie dotrą do naszej kryjówki?
— Bądź spokojna! Przebiorę się dzisiaj tak, że nikt mnie nie pozna. Zupełnie inaczej. Sam to przewidziałem. A naszą kryjówkę nie tak łatwo odnaleźć! Lesicka nie była w niej nigdy...
— Ach! — szepnęła z pewną ulgą.
Jeszcze kilka zdań i Wryński odłożył słuchawkę. W rzeczy samej, miał sporo pracy. A wszystko załatwiał, nie wychodząc z domu. Wieczorem, w jego gabinecie paliło się światło i widać było jakąś sylwetkę, pochyloną nad biurkiem.
Tylko, że w tymże czasie, gdy na tle sztory, widać było tę sylwetkę, z kamienicy, w której zamieszkiwał, wyszedł jakiś gładko ogolony, młody człowiek w monoklu. Pewnym krokiem minął policyjnych wywiadowców, kręcących się dokoła domu i nie spojrzał nawet, na nich. Dopiero później, kiedy już w znacznej odległości się znalazł, jął się śmiać cichym, wewnętrznym śmiechem. A na jednej z bocznych ulic, oddawna oczekiwał nań samochód...

Gdy Mura otworzyła oczy, ujrzała pochyloną nad sobą postać Wryńskiego.
W pierwszej chwili nie mogła nic zrozumieć. W jaki sposób znalazła się na otomanie, w tej małej biało tynkowanej izdebce i ile spędziła tu godzin. Dzień cały prawdopodobnie, bo w pokoju świeciła się elektryczność i musiał zapaść już wieczór. I Wryński? Z trudem zbierała myśli.
Nagle, uderzyło ją przykre wspomnienie. Przyszedł do niej rano, zaraz po rozmowie z Jankiem. Chciała go wyprosić za drzwi. A potem? Co potem się stało? Jakaś luka w pamięci.
— Jak pan śmiał? — porwała się ze swego tapczana. — Gdzie jestem? Kto mnie tu przywiózł?
— Ja, panno Muro! — odparł z uśmiechem.
Twarz miał gładko ogoloną, bez zarostu jaki zazwyczaj nosił i wyglądał bardzo młodo. Ale, choć te szczegóły zmieniały mocno powierzchowność Wryńskiego, Mura w swym gnieździe nie zwróciła na nie uwagi.
— Pan mnie przywiózł? Wbrew mej woli?
Łagodnym głosem począł przemawiać:
— Rzeczywiście, postąpiłem nieładnie. Ale, pani sama temu winna. Przybyłem, aby ją zaprosić na pewną naszą ceremonję, a pani kazała mi wynosić się natychmiast!
— Po tej historji z Lesicką? Po jej samobójstwie? Co za czelność!
— Nie mam pojęcia — odparł — czemu pani Lesicka odebrała sobie życie. Mnie zaś uczynić pani może tylko jeden zarzut. Że wziąłem jej weksle. Te weksle, za chwilę zwrócę...
Oniemiała.
Reszta, to brudne plotki niejakiego Różyca, mocno nieciekawego jegomościa. Chciał, koniecznie, dostać się do naszego związku, a ja go nie przyjąłem. Mści się, jak może.
Sama nie wiedziała, co sądzić o tej historji.
— Ale, czemu mnie pan tu przywiózł?
— Chciałem dać małą naukę, że tak postępować nie wolno. Bądź co bądź jest pani członkiem bractwa, a ja jej zwierzchnikiem! Przyznaję się więc, że panią zahypnotyzowałem i w tym stanie tu przywiozłem. Cały dzień przespała pani na kanapce. Widzi pani sama, że nie jestem takim człowiekiem, za jakiego mnie przedstawia pan Różyc, gdyż choć była pani całkowicie w mej włazy, nie stała się jej najmniejsza krzywda, a mogłem ją dotkliwie ukarać. Żądam, wzamian, aby panią przekonać, kim jesteśmy, by przyjęła u dział w naszej ceremonji. Później swobodnie odejdzie. Więcej powiem. Może pani nawet wystąpić ze związku, mimo swych przysiąg i podpisów...
Murze zrobiło się mocno głupio. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Może długo szukałaby tej odpowiedzi, gdyż mimo wszystko, słowa Wryńskiego nie rozchwiały wszystkich jej wątpliwości, gdyby w tejże chwili, nie rozległ się stuk w drzwi. Do izdebki wsunęła się głowa Bucickiego i wyrzekł z naciskiem:
— Mistrzu! Pora zaczynać!
— Niech pan tu wejdzie! — oświadczył Wryński. — Bardzo dobrze, że pan się zjawił!
Wszedł. Był w czarnym płaszczu, takim samym, w jaki za poprzednim razem ubrano Murę.
Drgnęła. Potworna twarz Bucickiego, stale napełniała ją grozą. Przemogła się jednak — i podała mu rękę.
— W rzeczy samej, pora zaczynać! — mówił dalej Wryński. — Muszę odejść! A pan się zaopiekuje siostrą Amurah! Zechce pan jej przynieść maskę i płaszcz oraz przeprowadzi do kaplicy... I proszę, pod żadnym pozorem, jej nie opuszczać!
Nierówne oczy Bucickiego zaświeciły radośnie. Pojął zamiar Kunar-Thavy. Lubieżny i zepsuty do gruntu, już wczoraj pożądliwie spozierał na młodą dziewczynę.
— Zastosuję się do rozkazu, mistrzu! — odparł dwuznacznie.
Po chwili, w płaszczu i masce, w towarzystwie Bucickiego, szła jakimś mrocznym korytarzem. Wryński opuścił ich wcześniej. Idąc, rozglądała się ciekawie i odniosła wrażenie, że gmach, w którym bawi obecnie, jest inny, niźli ten, w jakim miało miejsce pierwsze zebranie. Korytarze były niższe i więcej kręte i zdawało się, ciągnęły bez końca.
Wreszcie, Bucicki pchnął małe drzwiczki — i znaleźli się w sporej sali.
Widok jej uderzył Murę nieprzyjemnie. Jakżeż różniła się od sali, w której odbyło się jej przyjęcie do związku. O ile w poprzedniej było coś imponującego, mogącego wzbudzić należyty szacunek w kandydatach, pragnących wstąpić do związku, o tyle ta odpychała wprost, napełniając lękiem.
Właściwie, jej wygląd przypominał podziemną kapliczkę. Duża, półokrągła komnata, bez okien, o kamiennej podłodze. Nie często, musiały się w niej odbywać zebrania, bo ściany, niepokryte ani tapetą ani obrazami, były brudne i pozaciekane od wilgoci. Tonęła w półmroku, oświetlona kilku płonącemi pochodniami, a w jej kątach, na wysokich metalowych trójnogach dymiły się kadzidła. Szedł od nich mocny, odurzający aromat; nie wiadomo, czy dzięki żarzącym się tam węglom, czy ukrytym piecykom, w salce było ciepło, prawie gorąco. Wzdłuż ścian ciągnęły się niskie, szerokie otomany.
Ale, nie te szczegóły najwięcej uderzyły Murę. Tym razem tronu w komnacie nie było, ale naprzeciw wejścia, na wzniesieniu stał, niby ołtarz. Długi, wąski stół, do którego wiodły trzy stopnie, oddzielony od reszty salki, drewnianą również na czarno pomalowaną barjerką. Pokrywało go czarne sukno i paliły się na nim dwie duże, grube czarne, woskowe świece, osadzone w wysokich świecznikach.
Nie to, jeszcze najwięcej przeraziło Murę. Nad stołem zarysowywał się jakiś potworny posąg. Wielka drewniana figura, ustawiona w znajdującej się w ścianie wnęce. Wyobrażała ona potwornego kozła, o piersi kobiecej, zasiadającego na ziemskim globie, Bafomet. Nie miał on, coprawda, rubinowych oczów, ale szklane, misternie osadzone, fosforyzujące. Chwilami, gdy padało w jego stronę światło pochodni, wydawał się, jak żywy i przysiągłbyś, że w szatańskim uśmiechu wykrzywia swą mordę. Nad nim zaś, wisiał na czarnym jedwabiu, wyhaftowany srebrnemi literami napis, po łacinie:
Laudetur nomen Tuum, Domine, et triangulum signum Tuum, conterfectusque capiti Capri sancti” — co po polsku oznaczało: „Niech będzie pochwalone Twoje imię Panie, Trójkąt, znak Twój i wizerunek głowy Kozła świętego.” Pod napisem zaś — trójkąt podstawą odwrócony do góry i litery tworzące tajemnicze imię Simon.
Wszystkie te symbole były Murze całkowicie obce i w pierwszej chwili, nie pojęła prawdziwej ich treści. Różyc nie zdążył jej wytłómaczyć, kogo to nazywano Bafometem i do głowy jej nie przychodziło, że ustawiony naprzeciw niej bałwan, reprezentuje szatana. Nie uczyła się również łaciny i nie mogła odczytać niezwykłego napisu a imię Simon i nadal stanowiło dla niej zagadkę. Choć, więc, całe urządzenie kapliczki, wydało się jej ponure i mocno niesmaczne, sądziła, że to o niewinny jakiś obrzęd chodzi i stojąc obok Bucickiego, spokojnie oczekiwała dalszego biegu wypadku.
Z kolei przeniosła swój wzrok, na zebranych w salce. Było, zaledwie, kilkanaście osób, daleko mniej, niźli wtedy, w loży. Kim byli obecni, nie mogła określić, gdyż zasłaniały ich również długie płaszcze i maski. Wydało się Murze, że przeważały kobiety, bo tu i owdzie z pod płaszczów wysuwały się drobne stopy i małe pantofelki. Tylko, jeszcze, zastanowiło ją jedno. Gdy, w czasie poprzedniego zebrania, „bracia” i „siostry”, siedzieli w milczeniu, zachowywując kamienną powagę, teraz tworząc małe grupki, szeptali coś do siebie nawzajem, rozmawiali o czemś cicho, z wielkiem podnieceniem.
Nagle, rozległ się dzwonek. Taki, jaki odzywa się przed mszą, w katolickich kościołach.
W kapliczce zaległa cisza — i Mura zamarła w oczekiwaniu.
Z niskich drzwi, znajdujących się w rogu sali, wyłonił się Wryński i szedł powoli, w skupieniu, w stronę ołtarza. Był, bez maski, oczy miał na pół przymknięte, ubrany w ornat czerwonego koloru, z czarnym wizerunkiem kozła pośrodku.
— On... — pobiegł szept.
Za nim kroczyła kobieta — i Mura poznała w niej Sarę. I jej strój był dziwny. Zachowała maskę i płaszcz, lecz głowę zdobiła mała czerwona czapeczka, zakończona niewielkiemi rogami, a bose stopy tkwiły w ponsowych wysokich bucikach.
Wryński zbliżył się do ołtarza i skłonił się przed nim nisko.
— Introibo ad altare dei nostri! — wyrzekł głębokim głosem. — Ad deum, qui nunc oppressus resurget et triumphabit! (Wejdę na ołtarz boga naszego, który, choć teraz poniżony powstanie i zatryumfuje).
Przepuścił przed siebie kobietę. Weszła na wzniesienie i tam przystanęła. Raptem, z jej ramion zsunął się płaszcz — i ukazała się zebranym całkowicie nago. A kształty jej i ciało były tak piękne i doskonałe, że rozległy się ciche wykrzykniki:
— Jak cudna jest, nasza Królowa Sabbatu!
Legła na ołtarzu, a Wryński pod jej głowę podsunął znajdującą się tam poduszkę. Później, pochylił się i na jej obnażonem ciele złożył długi pocałunek. Następnie, zwracając się do zebranych, głośno wymówił słowa:
— Gloria in profundis Bafometi! In profundis Satani gloria! (Chwała w głębokościach Bafometowi, w głębokościach szatanowi chwała!) Satana! Exaudi orationem meam et clamor meus ad te veniat!
Mura drgnęła. Pomijając już sam fakt bezczelnego widoku leżącej na ołtarzu nagiej kobiety, dobiegło jej słuchu wyraz — szatan. Nie rozumiejąc po łacinie, nie pojęła sensu zdania — lecz słowo to napełniło ją lękiem. Djabelska ceremonja? Hołd składając czartu? Znów przypomniały się jej teorje, wygłaszane przez Bucickiego i zerknęła nań z obawą. Stał obok, to pożerając wzrokiem leżącą na ołtarzu Sarę, to wzrok swój przenosząc na Murę. Tyle lubieżnego pożądania malowało się w tym wzroku, że sponsowiała.
— Co to wszystko znaczy? Co nastąpi dalej? — w jej główce przebiegła niespokojna myśl. — Czemuż ten potwór tak mi się przygląda.
Tymczasem Wryński, przed posągiem Bafometa coś szeptał cicho. Rzekłbyś, wymawiał modlitwy. To przyklękał, to się podnosił, a dym z kadzideł obecnie biegł tak gęstemi smugami, że chwilami zasłaniał go całkowicie. Musiały te kadzidła składać się z niezwykle aromatycznych i odurzających substancyj, bo woń ich oszałamiała, budziła dziwne uczucia, i dziwne pożądania.
Raptem, Wryński się odwrócił. Podniósł rękę do góry i przemówił do zebranych.
— Składajcie hołd naszemu Władcy! Uwalnia on nas z wszelkich więzów i oków i daje prawdziwe szczęście. Nie żąda głupiej cnoty, ani moralności! Bowiem to, co faryzeusze nazywają moralnością jest tylko obłudą i kłamstwem. Niechaj w pełni zapanuje w swych prawach pognębione ciało! On nam na to zezwolił i zezwolił na rozkiełznanie zmysłów i namiętności. Zaspakajanie namiętności, stanowi jedyną prawdziwą potrzebę człowieka, a kto postępuje inaczej, jest komedjantem lub tchórzem. Bądźmy ludźmi wyższemi, pogardzającemi marnemi przesądami... Tak, każe On nam, Szatan i dziękujcie mu zato! Czyńcie jako każe, a będziecie Mu mili! Laus Satani! Chwała Szatanowi, chwała.
Znów skłonił się nisko przed wstrętnym posągiem kozła, a chór zebranych odpowiedział na te słowa głośnym okrzykiem:
— Laus Satani! In profundis Satani gloria! Te, Satanum laudemus! Te, dominum confitemur!
Murę zdjęło przerażenie. Teraz już nie miała żadnych wątpliwości.
— Więc, sekta djabła! — wyszeptały jej wargi. — Boże, gdzie wpadłam...
— Zechce pani, nie wymieniać tu imienia Boga — zauważył, stojący tuż przy niej Bucicki. — Nie wiele pomoże, a słowo to drażni naszego władcę! Czyż pani myśli — dodał z ironją — że dostała się na zebranie niewinnych dziewczątek?
— Chcę wyjść, natychmiast!
— Nie łatwe będzie! — mocno przytrzymał ją za ramię.
Szarpnęła się kilka razy daremnie. Uścisk był tak silny, że nie mogła się z niego uwolnić, a ze strachu krzyk zamarł w jej gardle. Jak skamieniała, przywarła do miejsca.
Co się dalej działo, widziała, jak przez mgłę. Wryński znów odwrócił się do ołtarza i zgiął się nad leżącą kobietą.. Trwało to długą chwilę...
Po salce, rzekłbyś pobiegł, powiew sabbatu. Z ciemnych rogów komnaty, zasłoniętych dymem kadzideł, zalatywały chrapliwe okrzyki, jęki, westchnienia.
— Opłatki rozkoszy... Opłatki rozkoszy... — wyciągały się ku Wryńskiemu błagalnie dłonie.
W rzeczy samej, zszedłszy do drewnianej balustrady, podawał teraz jakieś czarne opłatki. Chwytano je łapczywie i połykiwano, z pomrukiem dzikiej rozkoszy. Znać było, że bestja ludzka, nie tłumiona żadnym nakazem, wnet zapanuje tu, wpełni. Dym kadzideł, coraz gęstszy, prawie zasłaniał obecnych, a z ramion niektórych kobiet zsunęły się płaszcze, odsłaniając nagie ciała...
— Har! Har! Sabbat! — rozbrzmiewały rozpustne nawoływania.
Bucicki jeszcze mocniej ścisnął ramię Mury. Miał usta rozchylone pożądaniem, a twarz wyjątkowo bladą.
— Podejdzie pani do ołtarza — twardo wyrzekł — i przyjmie opłatek rozkoszy! Przyprawia on o szał, lecz daje szczęście i zapomnienie!
— Przenigdy!
Znów usiłowała rzucić się do ucieczki lecz Bucicki przemieniał się w bydlę. Nie zważając na opór jął ją ciągnąć siłą.
Tymczasem, z za barjery wychodził wyprostowany Wryński. Ceremonja dla niego została ukończona, gdyż w orgji nie przyjmował zazwyczaj udziału. Za nim podążała, ubrana już w płaszcz Sara, z wypiekami na policzkach i płonącemi niesamowicie oczami. I ją podniecał odor sabbatu.
Wryński spostrzegł zdala Bucickiego, szarpiącego się z Murą. Przedtem już zauważył, że nie przyjęła opłatka. Zmarszczywszy brwi, zbliżył się do nich.
— Ona nie chce... — wybełkotał Bucicki. — Ale ja ją zmuszę...
— Jesteście wszyscy wstrętni, ohydni! — w przystępie najwyższego zdenerwowania wykrzyknęła. — Szajka zboczeńców i zbrodniarzy!
— Ach, tak! — mruknął. — Znowu zaczyna się to samo! Mam użyć siły? Dobrowolnie, lub niedobrowolnie połkniesz nasz opłatek...
— Łotry!
— Bucicki! Przytrzymaj no, tę małą!
Z zadowoleniem wykonał ten rozkaz, a choć Mura walczyła rozpaczliwie, żelazne jego łapy, rychło obezwładniły ją całkowicie.
— Ratunku! — krzyknęła, lecz nikt nie zwrócił uwagi na ten okrzyk, ani nie pośpieszył z pomocą. Zginął w ogólnym gwarze. W komnacie panował hałas taki, że wydawało się, że jest zapełniona tłumem obłąkańców.
— Otworzyć jej usta!
Ohydna, brudna łapa pochwyciła twarz Mury. Jeszcze chwila — a szatański opłatek, zawierający straszliwy narkotyk, znajdzie się w jej ustach. A wtedy, uczynią z nią, co zechcą... Stanie się łupem, nawet takiego Bucickiego...
— Ach! — tylko jęknęła, nie mając siły dłużej się bronić.
Ale, wtem, stała się rzecz nieoczekiwana. Z tyłu z hałasem rozwarły się drzwiczki i wpadł przez nie jakiś człowiek. Pchnął Bucickiego tak, że ten wypuściwszy Murę, zatoczył się o kilka kroków i odtrącił wyciągniętą dłoń Wryńskiego.
— Precz!
Wryński cofnął się mimowolnie i na sekundę, przestrach zamigotał w jego oczach.
— Różyc? Jak tu się dostał?
Różyc, on to był w rzeczy samej, zdążył już sobą zasłonić Murę i przemawiał drwiąco:
— Maleńki rewanż! Nieoczekiwana wizyta! Choć przybywam tu w ciele zwykłego śmiertelnika, a nie w postaci astralnej! Nie spodziewał pan się, panie Kunar-Thavo, że trafię do jego jaskini?
Wryński nic nie rozumiał, lecz wnet, odzyskał panowanie nad sobą. Różyc przybył sam, nie był tedy groźny. Postanowił zastosować swój wypróbowany sposób.
— Drogo zapłacisz za tę ciekawość! — warknął i uderzył weń twardo oczami.
Ale, Różyc, snać przygotowany, uniknął jego wzroku. Pochylił głowę — jednocześnie wyciągając z kieszeni jakiś błyszczący przedmiot. Spory biały, emaljowany krzyż, zawarty w złotym pentagramie.
— No, niech pan hypnotyzuje! — wyrzekł, kierując w stronę Wryńskiego krzyż. — Daremne pozostaną te wysiłki. Zna pan chyba, pentagram Parakleta! Paraliżuje on działanie sił złych, sił którym pan hołduje. Jednocześnie daje moc jasnowidzenia! Cóż, czy i nadal uważa pan mnie za marnego przeciwnika? Nadal zamierza mnie lekceważyć?
Na twarzy Wryńskiego odbiła się wściekłość. Znał dobrze ten znak Parakleta, posiadający właściwość unicestwiania najbardziej skomplikowanych astralnych „uderzeń”.
— Ty... ty... — wycharczał.
— Muszę się pochwalić — przemawiał dalej, z odcieniem ironji — że udała mi się próba. Chciałem pana odnaleźć i odnalazłem. Bo i ja, posiadając ten pentagram, wpadłem w trans i dokonałem pewnej wycieczki w przestworza. Jednak, bez pomocy czarta. Zwykłej wycieczki medjalnej. Dowiedziałem się wtedy, gdzie pan przebywa. Nie pomogło, nawet, sprytne przebranie. Bo, miast, przyprawić sobie brodę, zgolił pan dzisiaj zarost, panie doktorze Wryński, — wskazał na jego gładką twarz. — A szkoda, z wąsami wyglądał pan znacznie lepiej...
Wryńskiego dusił gniew. Nie panował już nad sobą. Smarkacz, nieuk, pozwalał sobie na drwiny.
— Bucicki! — krzyknął. — Do mnie..
Bucicki, który stał opodal o kilka kroków, również zły, że intruz przerwał tak ciekawie zapowiadający się wieczór, rzucił się naprzód. Chciał pomścić poprzednią porażkę. Zbudowany, niczem goryl i obdarzony nieprzeciętną siłą, nie wątpił w swą przewagę. Zresztą, z pomocą śpieszył i Wryński.
— Straszne... — wyszeptała Mura, w obawie, że jej obrońca zginie.
Zawiązała się rozpaczliwa walka, Różyc bronił się rozpaczliwie, lecz łatwo można było poznać, że ulegnie dwóm nacierającym nań mężczyznom. I nie wiadomo, co dalej stałoby się, gdyby z korytarza nie zabrzmiały liczne kroki.
— Co to?
— Policja przybyła! — zawołał Różyc. — O tem jeszcze nie zdążyłem pana uprzedzić! Na nic się nie zda, dalsza walka!
W rzeczy samej, w drzwiach, któremi wbiegł poprzednio, ukazały się granatowe mundury. Na czele policjantów, śpieszył komisarz Den a za nim Grodecki.
Bucicki i Wryński cofnęli się o kilka kroków.
— Trudno! — triumfował Różyc. — Trzeba się poddać! Wasze gniazdo jest otoczone ze wszystkich stron!
Ale Wryński nie poddawał się łatwo.
— Uciekajmy! — zawołał w stronę Sary, która pozostała przy ołtarzu i teraz z przerażeniem w oczach obserwowała tę scenę. — Uciekajmy!
Zanim Różyc zdążył temu przeszkodzić, rzucił się w stronę drugich drzwiczek, znajdujących się za ołtarzem, pociągając za sobą kochankę.
Chciał za nim podążyć Bucicki, lecz wyciągnięty browning Dena, przykuł go do miejsca.
— Ręce do góry! — zawołał. — Inaczej strzelam!
Wywiadowcy dopadli do drzwi. Były zamknięte, od zewnątrz na zasuwę.
— Wyważyć! — rozkazał Den. — Daleko nie zbiegną! Dom otoczyłem tak, że mysz się nie wyślizgnie!
Ale drzwi były mocne, dębowe i wysadzenie ich zajęło dłuższą chwilę. Korzystając z tej przerwy, Grodecki podbiegł do narzeczonej i porwał ją w swe ramiona.
— Uratowana! — wyszeptał.
Tymczasem Den, ciekawie rozglądał się dokoła. Nawet przybycie znacznego policyjnego oddziału, nie przerwało całkowicie orgji. Tylko, nieliczni uczestnicy, uprzytomniawszy, wstydliwie kryli się po kątach. Lecz, nadal dostrzec było można pary złączone w uściskach i dobiegały wyuzdane, rozpustne okrzyki.
— Ohyda! — mruknął ze wstrętem. — Nie przesadził Różyc! Potworny musiano im dać narkotyk, skoro nawet teraz działa. Są nieprzytomni. Ale, co powiedzą jutro, gdy otrzeźwieją u mnie w biurze, przy policyjnych badaniach?
Wreszcie, drzwi pękły. Daremnie jednak, szukano Wryńskiego i jego towarzyszki — znikli. Dom składał się z różnych zakamarków i należało je zwiedzić, po kolei. Natrafiono, ostatecznie, na długi, podziemny korytarz. Ten prowadził daleko, poza dom, w szczere pole. Tam widniały świeże jeszcze ślady kół samochodowych.
Komisarz pokiwał głową:
— Tędy uciekli! — oświadczył. — Autem, które oczekiwało na nich!
Wnet, wydał odnośne zarządzenia. Lecz i one okazały się bezowocne. Tylko, później, jeden meldunek głosił, że jakiś tajemniczy samochód, przebył tej nocy w pełnym pędzie niemiecką granicę, nie zważając na liczne strzały, a nawet salwy straży pogranicznej.

Choć Wryńskiemu i Sarze udało się ujść przed pościgiem, w ręce władz wpadł olbrzymi materjał. Przedewszystkiem, Wryński nie zdążył zniszczyć urządzenia swego mieszkania i wykryto „czartowską komnatę”. Pozatem, zatrzymani członkowie „Sekty djabła”, przerażeni wypadkami, składali naogół szczerze zeznania, prócz jednego Bucickiego. Zeznania te były tak potworne, że budziły wprost grozę i wywarły głębokie, przygnębiające wrażenie, nie tylko w Warszawie, lecz i w całym kraju.
Ślub Mury z Grodeckim odbył się w kilka miesięcy później. Drużbami byli oczywiście Den i Różyc. Wogóle przeszłaby dla Mury ta cała przygoda względnie szczęśliwie, gdyby... Bo, prócz strachu i nauki, by nie dowierzać obcym, napotkanym ludziom, którzy potrafią rozpalić wyobraźnię i głoszą piękne hasła, nie poniosła nawet materjalnego uszczerbku. Weksle jej odnaleziono w pokoju Sary. Doręczył Sarze te zobowiązania Wryński, a ona, widocznie, dzięki rozgrywającym się błyskawicznie wypadkom, nie zdążyła ich zdyskontować.
Tylko...
Kiedy, w czasie uczty weselnej doręczono Murze szereg telegramów, uderzyła ją pewna depesza. Pochodziła z zagranicy — a Mura tam nie miała znajomych.
Rozwarła ją pośpiesznie, spojrzała i zbladła.
Brzmiała ona:
„Miast powinszowań, przesyłam ostrzeżenie. Nie zakończyła się jeszcze nasza walka!”
Telegram nie nosił podpisu. Lecz, podpis ten był zbyteczny. Tegoż samego zdania był i Różyc, który wraz z Grodeckim odczytywał depeszę. Obaj szepnęli jednocześnie, ze źle tajonym lękiem w głosach:
— Kunar-Thava! Znów Wryński!


KONIEC.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.