Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


XVI.

Arcyksiążę, zakłopotany, pogrążony w głębokich myślach, przechadzał się wzdłuż i wszerz po swoim gabinecie, gdy tymczasem sekretarz jego rozpieczętowywał i po kolei przedstawiał mu treść rozmaitych listów tego dnia odebranych.
— Depesza ta — mówił sekretarz — dotyczy pułkownika Pennetti, wygnanego z rodziną swoją do Anglji. Minister poczytuje sobie za obowiązek ostrzec Waszą Cesarską Wysokość co do zachodów i próśb przyjaciół pułkownika Pennetti, którzy będą usiłowali wyjednać jego ułaskawienie.
— Nie potrzebowałem wcale podobnego zalecenia. Człowiek ten jest zbyt niebezpieczny, ażebym się za jaką bądź cenę miał skłonić do łaski. Cóż dalej?
— Pełnomocnik Rzeczypospolitej meksykańskiej uprasza Waszą Cesarską Wysokość o dozwolenie przedstawienia jednej z jego współrodaczek. Ma ona jakiś bardzo ważny interes i prosi o posłuchanie w dniu jutrzejszym.
— Czy jutrzejsza audjencja bardzo będzie liczna.
— Nie, Mości Książę.
— Napisz pan, że jutro o godzinie drugiej przyjmę posła meksykańskiego i jego współrodaczkę.
Sekretarz zaczął pisać. Lecz po chwili milczenia, arcyksiążę zapytał:
— Czy w tym liście niema wzmianki o nazwisku osoby, która pragnie mi być przedstawiona?
— Nie; Mości Książę.
— Jest to przeciwne wszelkim zwyczajom. Nie otrzyma posłuchania.
Sekretarz odłożył na bok list, który zaczął pisać i wziął do ręki inny papier; lecz książę zastanowiwszy się czas jakiś, dodał:
— Zresztą, udzielam audjencji...
Sekretarz skłonił głowę, i biorąc do ręki inne pismo, wstał, z miejsca i podał je zapieczętowane księciu, mówiąc:
— Na kopercie stoi: do własnych rąk Waszej Cesarskiej Wysokości.
Arcyksiążę odebrał pismo i przeczytał; było ono od pana Paskala, i treść jego, zawierała się w następujących nader poufałych wyrazach:
„Po głębokiej rozwadze, zamiast czekać do czwartku, przybędę do Waszej Cesarskiej Wysokości jutro, około godziny trzeciej; zależeć to będzie zupełnie od Waszej Książęcej Mości, ażeby nasz układ jutro zawarty i podpisany został.
Oddany zupełnie Waszej Książęcej Mości,

Paskal“.

Chwila żywej nadziei, umiarkowana, wkrótce dziwacznością charakteru Paskala, drżeniem przejęła księcia, który odpowiedział obojętnie:
— Zapiszesz pana Paskala na liście jutrzejszego posłuchania o godzinie trzeciej.
W tej chwili wszedł do pokoju adjutant służbowy, z zapytaniem, czy książę przyjmie pana hrabiego Franciszka de Neuberg.
— Ma się rozumieć — odpowiedział arcyksiążę. I popracowawszy jeszcze chwilę ze swoim sekretarzem, rozkazał potem wprowadzić Franciszka.
Franciszek stanął.zarumieniwszy się przed księciem, swoim chrzestnym ojcem, gdyż młodzieniec ten był nad zwyczajnie nieśmiały, i niewinność jego była tak wielka, że mogłaby zostać przedmiotem śmiechu niejednego z naszych dwudziestoletnich modnych bohaterów; wychowany przez pewnego protestanckiego pastora w głębi Niemiec, w wiosce należącej do licznych włości arcyksięcia, nie wychodził nigdy z jej osamotnionych granic, aż dopiero w szesnastym roku życia, kiedy go umieszczano w szkole wojskowej, przeznaczonej dla samej szlachty i utrzymywanej w purytańskiej niemal surowości.
Stąd wyszedł następnie Franciszek do armji rosyjskiej jako ochotnik, gdzie służył podczas wojen kaukaskich; ścisła karność obozowa, surowość starego wodza, przy którego boku umieszczony został przez arcyksięcia; myśli poważne lub smutne, jakie w niektórych duszach walecznych, lecz tkliwych i melancholijnych budzi pole bitwy podczas zaciętej wojny; smutne wyobrażenia, jakie zwykle nastręcza tymże samym duszom, jeśli nie oczekiwanie to przynajmniej możliwość okropnej śmierci, na którą się obojętnie w każdym dniu wystawiają pośród największych niebezpieczeństw; tajemnica jego urodzenia, z którą łączyła się smutna pewność, że nigdy nie zazna czułych pieszczot ojca i matki; słowem, wszystko przyczyniało się, że Franciszek aż dotąd nie wystąpił ani razu za koło tych smutnych okoliczności i uwag, niezdolnych odmienić lękliwej nieśmiałości jego charakteru i prostoty naiwnego serca, dobrego i szczerego jak serce dziecięcia. We Franciszku, równie jak w wielu innych, bohaterska odwaga łączyła się z nadzwyczajną i niepokonaną nieśmiałością w życiu codziennem.
Zresztą, czy to skutkiem roztropności, czy też wyrachowania, przez pierwsze sześć miesięcy, które Franciszek spędził w Niemczech po swoim powrocie z wojny, książę trzymał swego chrzestnego syna w zupełnem oddaleniu od dworu. Postanowienie to zgadzało się zupełnie z prostemi upodobaniami młodzieńca. Co się tyczy uczuć, jakiemi oddychał dla księcia, swego chrzestnego ojca, te były pełne wdzięczności, uległości i tkliwego przywiązania, które jednak były powściągane jego nieśmiałością i wysokiem, prawie królewskiem położeniem jego protektora.
Pomieszanie Franciszka było tak wielkie, kiedy po wyjściu sekretarza znalazł się sam na sam ze swoim ojcem chrzestnym, że w pierwszej chwili stanął przed nim niemy, nieruchomy i ze spuszczonemi oczyma.
Szczęściem, na widok młodzieńca, książę zapomniał o wszystkich kłopotach; zimna i dumna jego twarz przybrała pewien wyraz czułości, czoło jego rozjaśniło się, tkliwy uśmiech okrasił jego usta i uprzejmie odezwał się do Franciszka:
— Dzień dobry, moje dziecię — rzekł, biorąc jasną głowę młodzieńca w obie ręce i z tkliwością całując go w czoło; poczem dodał, jakgdyby czuł jakąś potrzebę ulżenia swemu sercu — rad jestem, że cię oglądam, Franciszku, dzisiaj rano byłem przeciążony interesami, smutnemi interesami. Podaj mi rękę, przejdziemy się po ogrodzie.
Otworzywszy jedne ze szklanych drzwi, wychodzących na galerję, Franciszek podał rękę swemu ojcu chrzestnemu i obaj udali się tąż samą aleją, w której młodzieniec przechadzał się tak długo tegoż samego poranku.
— Ale, co tobie jest, Franciszku? — zapytał wkrótce książę, spostrzegłszy pomięszanie i niepokój młodzieńca.
— Książę... — odpowiedział Franciszek z coraz większym niepokojem — obciąłem uczynić wyznanie pewne Waszej Cesarskiej Wysokości.
— Wyznanie... — rzekł książę z uśmiechem — jakież to jest to twoje wyznanie, mój Franciszku?
— Nie mam żadnych krewnych. Wasza Cesarska Wysokość raczył aż dotąd zastępować mi rodzinę...
— I godnie odpowiedziałeś moim staraniom, kochany Franciszku, przewyższyłeś nawet moje nadzieje; jesteś skromny, pracowity, pełen odwagi, przed trzema laty, będąc jeszcze bardzo młodym, walczyłeś z nieustraszonem męstwem w tej okropnej wojnie, na którą cię wyprawiłem dla odbycia twego popisu, gdzieś otrzymał pierwszy chrzest ognia, twą pierwszą ranę, moje biedne dziecię. Nie wspominam tu już o owym pojedynku, o którym nie chcę słyszeć, a w którym, jak mi wiadomo, dowiodłeś równego męstwa, jak wspaniałomyślności.
— Książę...
— Proszę cię, pozwól mi przypomnieć ci w tej chwili wszystkie twoje prawa do mego przywiązania. Słodką jest dla mnie rzeczą, przy niej zapomnę o wszystkich goryczach, których jesteś mimowolną i niewinną przyczyną.
— Ja, Mości Książę?
— Ty, gdyż jeżeli nie przestaniesz zasługiwać ciągle, jak dotąd, na moje zupełne zadowolenie, to nie domyślasz się nawet, jaką przyszłość moja tkliwa duma dla ciebie przygotowuje, przyszłość i położenie może niespodziane.
— Wasza Cesarska Wysokość zna dobrze skromność moich chęci... i...
— Kochany Franciszku, ta skromność, ta prostota, są prawdziwemi cnotami w pewnych okolicznościach i położeniach, gdy tymczasem w innych położeniach są one słabością i niedołęstwem. Ale zanadto oddaliliśmy się od twego wyznania. Słucham teraz, cóż chciałeś mi powiedzieć?
— Mości Książę...
— No, mów, mów, czyż mnie się lękasz? czyż w sercu twojem jedna myśl postoi, którejbyś nie mógł wyznać z otwartem czołem, śmiałem spojrzeniem?
— Nie, mój Książę... dlatego też powiem Waszej Cesarskiej Wysokości bez żadnej ogródki, że pragnę się ożenić.
Gdyby piorun uderzył u stóp księcia, nie byłby nim tak przerażony, jak temi słowy Franciszka; wyrwał spiesznie swą rękę z ręki młodzieńca i, cofnąwszy się o parę kroków, zawołał:
— Tyś chyba oszalał.
— Mój Książę...
— Ożenić się... mając zaledwie lat dwadzieścia... ożenić się... kiedy ja właśnie myślę, żeby ci...
I arcyksiążę nie dokończył swoich słów, a wracając skutkiem zastanowienia do zwykłego spokoju i pozornej obojętności, dodał:
— Z kimże to chcesz się ożenić... Franciszku?
— Z panną Antoniną Hubert, Mości Książę.
— I cóż to jest ta panna Antonina? Jakie jest jej nazwisko?
— Hubert... mój Książę.
— Więc czem ona jest ta panna Antonina Hubert?
— Synowicą pewnego francuskiego urzędnika sądowego, synowicą prezesa Hubert.
— A gdzieżeś ty poznał tę pannę?
— Tutaj... Mości Książę.
— Tutaj? Nigdy nie przyjmowałem nikogo pod tem nazwiskiem.
— Jeżeli mówię tutaj, Mości Książę, rozumiem przez to, że ją poznałem w tej alei.
— Wytłumaczże się jaśniej.
— Wasza Cesarska Wysokość widzi ten mur oddzielający nasz ogród.
— Więc cóż stąd?
— Przechadzałem się w tej alei, kiedy pierwszy raz ujrzałem pannę Antoninę...
— W tym ogrodzie? — zapytał arcyksiążę, zbliżając się do muru i zaglądając na drugą stronę, poczem dodał — zatem osoba ta mieszka w sąsiednim domu?
— Tak jest, Mości Książę, jej stryj zajmuje część dolnego mieszkania.
— Bardzo dobrze. — I po chwili namysłu, książę dodał: — ofiarowałeś mi swoje wyznanie, przyjmuję je, ale uczyń je otwarcie, powiedz mi wszystko iz zupełną szczerością.
— Mości Książę! — zawołał Franciszek tonem bolesnego zdziwienia.
— Już dobrze, zbłądziłem, mój Franciszku, podejrzewając twoją szczerość, wszakżeś nigdy w życiu swojem prawdy przede mną nie zataił. Mów, słucham cię.
— Wiadomo Waszej Cesarskiej Wysokości, że od czasu przybycia naszego do Paryża wieczorem wychodzę bardzo rzadko z domu.
— Prawda, znam twoje upodobanie do samotności, twoję niechęć do świata, twoją nadzwyczajną nieśmiałość, którą zwiększyć jeszcze musiała obawa wystąpienia w tych niebezpiecznych salonach francuskich, które są dwakroć obcemi dla ciebie; nie chciałem więc nalegać na ciebie w tym względzie, Franciszku, i zostawiałem cię samego w domu, oddając całe wieczory dla twego własnego rozporządzenia.
— Właśnie jednego z tych wieczorów, Mości Książę, będzie temu sześć tygodni, ujrzałem pannę Antoninę pierwszy raz w sąsiednim ogrodzie. Polewała swoje kwiaty. Stałem oparty, tu, na tym murze granicznym. Spostrzegła mnie. Ukłoniłem jej się, z zarumienieniem oddała mi mój ukłon, i znów zaczęła podlewać swoje kwiaty; jeszcze dwa razy następnie spojrzała w mą stronę, i powtórnie ukłoniliśmy się sobie, potem, gdy noc nadeszła panna Antonina oddaliła się z ogrodu.
— Jeszcze jedno pytanie, Franciszku — rzekł książę — czy ta panienka ma matkę?
— Nie, Mości Książę. Panna Antonina utraciła matkę jeszcze w kolebce, a ojciec jej także już dawno umarł.
— Czy jej stryj, prezes Hubert, jest żonaty?
— Nie, Mości Książę...
— W jakimże ona jest wieku?
— Ma lat piętnaście i pół.
— I... zapewne... jest... ładna?
— Antonina? Mości Książę.
I w tym wykrzykniku Franciszka znajdował się niemal pewien wyrzut, jakgdyby można było nie wiedzieć o piękności Antoniny.
— Pytam się, Franciszku — zapytał arcyksiążę czy ta panienka jest ładna?
— Wasza Cesarska Wysokość przypomina sobie uśpioną Hebę w galerji swego pałacu w Offenbach?
— Jeden z moich najpiękniejszych obrazów Corregia?
— Oto, Mości Książę, panna Antonina podobna jest do tego obrazu Corregia, chociaż jest daleko piękniejsza od niego...
— To trochę trudno.
— Wasza Cesarska Wysokość wie dobrze, że ja zawsze mówię prawdę — odpowiedział Franciszek naiwnie.
— Mów dalej.
— Nie byłbym w stanie opowiedzieć Waszej Cesarskiej Wysokości, co czułem, kiedy wróciwszy do siebie, myślałem o pannie Antoninie, byłem jednocześnie wzruszony, niespokojny i nieszczęśliwy. Nie spałem całą noc, księżyc zeszedł, otworzyłem moje okno, i pozostałem na balkonie do samego ranka, przypatrując się wierzchołkom drzew ogrodu panny Antoniny. O! panie, jakże następny dzień wydawał mi się długim! Jeszcze przed zachodem słońca stałem tutaj, nad murem. Nareszcie panna Antonina przyszła znowu podlewać swoje kwiaty. Co chwila, myśląc, że mnie spostrzeże, zapuszczałem się, żeby jej złożyć ukłon, ale nie wiem, jak się to działo, ona mnie wcale nie widziała. Wreszcie, zwróciwszy przypadkiem oczy w moją stronę, spostrzegła mnie. Jednocześnie oboje ukłoniliśmy się sobie, i śpiesznie wróciła do domu; a ja zostałem na miejscu aż do nocy. Nazajutrz daremnie czekałem na pannę Antoninę, nie przyszła tego wieczoru, ani następnego pielęgnować swoje kwiaty; nie potrafiłbym opisać Waszej Cesarskiej Wysokości mego smutku, mego niepokoju przez te trzy dni i te trzy noce; i byłbyś odgadł moją zgryzotę, ale właśnie wtedy byłeś Wasza Cesarska Wysokość w podróży.
— W podróży... byłem u dworu w Fontainebleau, zapewne?
— Tak jest, ale raczy Wasza Cesarska Wysokość przebaczyć, ja nadużywam cierpliwości.
— Nie... nie... mój Franciszku, mów dalej, owszem, pragnę wszystko wiedzieć, słucham cię... mów zawsze z tąż samą szczerością.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.