Sny przy ognisku obozowem

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ernest Buława
Tytuł Sny przy ognisku obozowem
Podtytuł Poświęcone najsmutniejszéj z Polek
Pochodzenie Krople czary. Część druga
Wydawca Paweł Rhode
Data wyd. 1865
Druk A. Th. Engelhardt
Miejsce wyd. Lipsk
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Sny przy ognisku obozowem.
(POŚWIĘCONE NAJSMUTNIEJSZÉJ Z POLEK.)
Sen I.
„Moja tęcza przymierza — w potopie niedoli!“
(H. Jabłoński „Nowy rok“)

Zdało mi się, że byłem na rozległem polu,
Podobnem do winnicy, pełnem lilii woni,

Woń ta je napełniała, jak wspomnienie bolu
Uprzytomnione sercu, piosenką w ustroni...
Na polach tych słonecznych, same lilie białe
Smukłe rosły, unosząc kielichy w niebiosy,
Piękne nad Salomona majestatu chwałę,
Słońce je całowało w ich koronach z rosy...
I na to błonie orszak aniołów po chmurach
Świetlany zleciał, w ręku z złotemi sierpami,
Co jak nowie błyszczały przy ich śrebrnych piórach,
Szumiących w chwilach lotu harmonii tonami,
I weszli aniołowie na liliowe błonie,
Jako orszak żniwiarzy dzwoniący sierpami,
Szli śpiewając i wiodąc się za bratnie dłonie,
Każdy na czole wieniec miał lśniący gwiazdami,
Schylając się z sierpami z swą pieśnią wspaniałą.
Poczęli żąć te lilie, lecz żąć na kolanach,
Bo każdy, zanim użął, kląkł przed lilią białą,
I klęcząc, zżął przy ziemi wzrosłą na kurhanach —
A kiedy każden miał już swój snop lilii zżętych,
Utulił go pod ramię i wionął skrzydłami,
I tak jeden za drugim wzlatali w lot świętych,
Jasnemi skrzydły z pieśnią i lilii snopami...
Tak płynęli w klucz długą wstęgą po błękicie,
A woń lilii z ich pieśnią w akordy splątana,
Śpiewały zmartwychwstania pieśniami o świcie,
Co grzmiały po niebiesiech: Hozanna! Hozanna!...
I niknął w nieb przestworzach ten szereg aniołów,
Malejąc jako stado spłoszonych sokołów,
Jak klucz żórawi... wreszcie niknąc skowronkami,
Aż pogasły błękitów małemi gwiazdkami...

∗                         ∗

A w tem — strzał mnie przebudził —
ogniska już gasły,
Zrywam się, zdziczałemi obóz zawrzały hasły,
Każden gnał w swoją stronę: ci siodłali konie,
Ci nabijali, tamci rozrywali bronie,
A trąbka alarmowa wśród sosnowych borów,
Wśród nocy rozlegała się jak śmiech upiorów,
Wszędzie wrzawa i pośpiech, w głos alarmu goni,

Zewsząd krzyki: do broni! do broni! do broni!
Lecz alarm był fałszywy —
znów krążyła czara,
I u ognisk się nocą ułożyła wiara...

Sen II.

Widziałem czarny kościół, gotycki, prastary,
U załomów sklepienia wiały tam sztandary
I buńczuki tureckie i krzyżackie znaki,
Chorągwie pod Chocimem i Wiedniem zdobyte,
Z pod Grünwaldu, Byczyny, kulami przeszyte,
Z psiego pola, Smoleńska i z pod Obertyna...
A nad niemi usarskie zbroice, jak ptaki
Powstałe z gniazda na głos matki, sercem syna
Zerwały się nad dziejów swych wiekową trumnę,
Oni co nie wiekami, niemi wieki dumne!
Znaki Barskich, Legionów, Kościuszkowskie kosy,
W środku zawisły arfy wieszczów, w ciche głosy,
Grające w wielkiej ciszy —
jak dzwon zmartwychwstania,
Co słońce wywołuje — i gromy rozgania...
Były to arfy duchów — co przeszli — i w ciszy
Rzucili ziarna w serca, bujne krwi posiewem,
Ziarna — co dzisiaj schodzą!
choć arf nikt nie słyszy,
Jako grają w powietrzu dziejowym powiewem,
Po nad ołtarzem z bębnów — wyrastał krzyż biały,
Bielszy niż śnieg Sinaju o słonecznym wschodzie,
Co z serca Polski wyrósł, jéj męką wspaniały,
Który za całą ludzkość dźwignąłeś narodzie!
Zdało mi się kościół ten — byłto — świat cały!
Na środku, przed ołtarzem stał jak świateł góra,
Katafalk wyniesion i obszyty kirem.
Na nim siadł, „orzeł biały“ i zastrzępił pióra.
Obok zaklęta „pogoń“ ciszy bohaterem,
I było nabożeństwo całego narodu,
Za poległych w ostatnim, najwiekszem powstaniu,
I naród tam się schodził jak pszczoła w ul miodu,

Zasług pełen, ochrzczony krwawym chrztem w zaraniu,
I przy tym katafalku, poległych postacie
Stały żywe i jasne swą nieśmiertelnością,
W półkole, jako wieńcem w zórz świetlanéj szacie,
Z licem napiętnowanem ofiary świeżością:...
I stał tam przy Narbucie Bończa i Frankowski
I przy Bogdanowiczu Lelewel, Czachowski,
I Cieszkowski ze Szlaskim, z Mielęckim Padlewski,
Horodyski i Nullo i zacny Bolewski.
Duchowieństwo, i Polki poległe wśród bitwy,
Dalej „Nieznani“, legli wśród Polski i Litwy,
O! iluż ich tam było — kiedyś Bóg wymieni!...
Ich zaszczytem, że padli, wielcy, bezimienni!
Stali i cudzoziemcy od swoich narodów
Szlachetniejsi, co padli w krucyacie ludzkości,
Co nie Polski, lecz świata całego wolności,
I postępu lwa ludów, jest matką porodów!...
I wśród tłumu stał jeden z arfą na ramieniu,
Co jéj odbiegł dla miecza, wierny jéj natchnieniu,
Ach! patrzcie to nasz Mieczek! Mieczek Romanowski,
A za rękę go trzymał Tadzio Rozwadowski!...
Władysław Jabłonowski i Juliusz Tarnowski,
A dalej Miechowici!... te smętne orlęta.
Te sieroty usarskich skrzydeł!... męczennicy!...
Których krew popłynęła najpierwsza! i święta!
Dalej Żuawi Grochowisk — te dzieci orlicy...
Stał Tomkowicz, a przy nim obok Giebułtowski,
Moszyński i Straszewski, dalej Wędrychowski
I tylu — bezimiennych! których tylko znają
Łzy matek i żarłoczne ptactwo dziką zgrają!
Wieńcem tak otaczali katafalk wysoki,
Co gorzał w ogniach świateł — z gromnic łzawooki,
Przy ołtarzu celebrę ksiądz Iszora trzymał,
Do której mu z Konarskim służył Benvenuto,
A Maćkiewicz kropidło żywą[1] ręką imał
Jak buławę — i maczał, z chrobrej pieśni nutą
W kropielnicy, co pełną była Polek łzami,

Niemi kropił katafalk nad ludu głowami,
Nad niemi księdza Marka błysnęła twarz łzawa,
O świętego pastorał — wsparta — Stanisława!
Przodem stali ci jeszcze, którzy mają zginąć,
Na których spojrzeć okiem serce mi nie dało,
O!... a było ich jeszcze zacnych i nie mało,
I wzrok w dół opuściłem...
(wolał z łzą wypłynąć!)
I coraz więcej ludu w dumie przybywało,
Że się kościół rozszerzał, jak pierś wielka chwałą,
Którą rozsadza akord szczęścia i boleści,
Związawszy pieśnią życia i nadziemskich wieści!...
Wtedy duch księdza Marka zawołał: Hetmani!...
Wy u sklepień tam drżący! i w chwale wybrani!
Patrzcie, to Polska młoda!... to wasze sieroty,
Od lat stu przeciw piekłu, z mąk swoich Golgoty
Wszystkich sił swych potęgą ciągle spiskujące,
Od lat stu ciepłą serca swego krew broczące —
Lecz choć w więzach zrodzone, czują, że do chwały,
Bo walczą nieśmiertelnem tu za nieśmiertelne,
Czując, że sprawy Polskiéj tu bramy piekielne
Nieprzezwyciężą, choćby w sto piekieł zmożniały...
Oni są dziś kapłanem Boga na tej ziemi,
Co ludy ewanielii nawracają drogą!...
Patrzcie!... ci bez opieki, co usty drżącemi
Słodkiej żądzy męczeństwa tęsknotą spragnieni,
Woleli paść, jak hańbę przeżyć znikczemnieni!...
Patrzcie! o króle! wodze! rycerze! hetmany!
Żółkiewscy i Czarnieccy! Zawisze! Rejtany!...
Patrzcie na te sieroty dziejów, co kurhany
Tylko uczyły jeszcze, że miały ojczyznę,
Co się na piekło z dłonią porwały i bliznę
Najświętszą światu rzucą w oczy, w blask świetlany!...
To są wieków sieroty i usarskich skrzydeł,
To modlitwa narodu, co Boga kapłanem
Stał się na ziemi, rycerz bezbronnych prawideł,
Modląc się dzieci zgonem, codziennie przed Panem!
Co sami sobą wstali, po wieku niemocy,
Gdy miano za umarły naród wśród przemocy!...

A u góry postacie zatrzęsły się świętych
I zkądsić ryk szatanów odwrzasnął przeklętych — —!
Amen!!! O arfy miecze krzyknęły hetmańskie
I zleciały z liliami w dół anioły Pańskie.
Ci sami, którzy żęli na liliowem błoniu,
Ci, co u strzechy Piasta bywali w ustroniu,
Po lilii rozdawały poległym rycerzom,
A orzeł wzniósł się w górę i niebios przymierzom
Krzyk wznosząc, rozkrzyżował skrzydła jasnopióre,
Nad nim stała się tęcza — On się wznosił w górę
I skrzydły błogosławił poległych drużynę,
Stała się cisza wielka, w tę wielką godzinę,
Polskę, jak jedną — Boga, widziałem rodzinę!...
I padli na kolana jako fala morza —
Krzyk: Duch święty!... się rozszedł — jak światłości zorza,
I na środku kościoła wisząca zasłona,
Rozdarła się jak dzieje świata! i głos dzwona
Męczeństw grzmotem piorunów ozwał się z chmur łona!...
I schodziła na ziemię Polska w tym orszaku,
I skrzydła brylantowe ussarskiego znaku,
Miała — a nad nią w gloryi wieczystych pochodów
Gwiazdą świata słonecznił „Paraklet“ narodów!
A pogoń się zerwała i pędem piorunu
Wyleciała z świątyni na pola piołunu...
I orzeł się podnosił, a wśród wichru duchów
Dotknął sklepień i nagle wielki brzęk łańcuchów
Rozległ się, jakby spadły ze wszystkich już ludów
Strzaskane o miedziany łeb hydry na wieki!...
A orzeł miał błyskawic piorunne powieki —
W tem z grzmotem się pod ziemię zapadł kościół cały,
Tylko księżyc z nad gruzów wstał — jak hostia biały,
Kilka zwalonych kolumn i duch mój nad niemi,
Jako źródło, co żyje wśród samych kamieni...
I świat już był kościołem — a gwiazdy sklepieniem,
Piorun dzwonem — kapłanem Bóg! nad wieków cieniem!...
Lecz zbudził mnie krzyk dziki —
ogniska już gasły,

Zrywam się — zdziczałemi obóz zawrzał hasły,
Każden pędził w swą stronę: ci siodłali konie,
Ci nabijali, tamci chwytali swe bronie,
A trąbka alarmowa wśród sosnowych borów
Rozlegała się dziko, nito śmiech upiorów,
Wszędzie wrzawa i pośpiech w głos alarmu goni
Głos: Baczność! dalej krzyki: do broni! do broni!
Lecz alarm był fałszywy —
Znów krążyła czara
I poprawiwszy ognisk, znów się kładła wiara.

Sen III.

Piekła i nieba drżały i drżał świat przedwieczny,
Bo przyszedł dzień on straszny —
on sąd ostateczny!...
Trąba anioła wieków rozdarła grobowce
Milionów i miliardów!...
Duchy przez manowce
Zlatywały się zewsząd, jak ptaków gromady
Wiały dusz jasne chmury, ogniste kolumny,
Ach i czarne obłoki duchów niósł duch dumny...
I z niebios w głąb runęły gwieździste plejady!
Szatani drżeli w dole, aniołowie w górze,
A ludzkość zmartwychwstała, jako łan dojrzały
Tonąc oczu smętnością w bezgranic lazurze,
Drżąc czekała, jak czyny jéj sądzić ją miały!...
A tam, na szczytach wichrów, w łonie Trójca święta!
Jehowa w chmurze gromów, Chrystus po prawicy,
A nad nimi duch święty w kształcie gołębicy
Drżał miłościw jak gwiazda ostatnia — rozpięta!...
U stóp Trójcy, siedzącej na burz majestacie,
Klęczała tam niewiasta w bielszej nad śnieg szacie,
Ręce i nogi miała od gwoździ zranione
I dwa skrzydła Usarskie na wichry rzucone —
I Bóg Ojciec wraz z Synem koronę cierniową
Chrystusa jej trzymali nad słoneczną głową,
A duch święty z gołębia nad nią wzrósł w orlicę.

Co bywa przy pogoni!...
I na smętnej lice
Rzucił piorunujący promień bóstwa chwaty,
Że ziemia — niebo — piekło, wszystkie światy drżały!
A w środku po nad duchów zgromadzone ludy,
Co czekały na wyrok i szły po swe trudy,
Stał krzyż olbrzym, ramiona od morza do morza
Miał szerokie — od niego promieniała zorza,
A on ramion olbrzymich dwojga połowami
Jednych się błogosławić —
drugich zdał przeklinać,
W on dzień, kiedy się wieczność miała rozpoczynać
I złamać grom ostatni nad ludzi głowami;
I pierś ludzkości niema była w ciche dreszcze,
Jakby ją dłoń żelazna cisnęła w swe kleszcze,
I tam światy pogańskie i Chrystusa światy
Stały w ład chaotyczny w wiekowej gromadzie,
Obleczone w swych czynów narodowe szaty,
Harmonią życia strojne ku ducha biesiadzie...
Jak wielkie morze, potop tej dziejowej chwili,
Mozajką głów lśnił we mgłach, tych, co się zbudzili,
Sklepienie niebios skrzydła okryły aniołów,
Postacie męczenników, świętych i pokornych —
W dole szatanów tłum i tyranów potwornych —
I była wielka cisza — królowa żywiołów!
Cała ludzkość wstrzymując dech swej piersi bratni,
Czekała na swój wyrok — ostatni —
Ostatni!...
I jął Bóg Ojciec w dłonie miecz piorunujący
I rozciął nim glob ziemi — na dwie równe części,
Nawlókł je na łańcuchy ludzkości cierpiącej,
Potem wstał i w przestworzach wzniósł je we dwie pięści
I zawiesił na końcach dwojga ramion krzyża
Olbrzymiego, jak szale dwie sprawiedliwości,
Że ramiona się wagą stały w sfer cichości,
I poczęły się ważyć!
ta i ta się zniża...

Ku otchłannym przepaściom —
o! któraż przeważy?...
Która w dół pójdzie, cnotą czy zbrodnią spełniona?
W ciszy akord ryczący przebiegał plemiona.
Aniołowie będący na ludzkości straży
Rzucali w jedną cnoty męczeństwa zasługi,
Bohaterstwa poświęceń i ciche ofiary,
Łzy nieme, przebaczenia i mąk szereg długi —
I krew zbawcy!...
(Co zasług dopełniła czary!)
Z wtórej strony szatani wsze zbrodnie ludzkości,
Wściekłość mordów, tyranią, cezarów wściekłości
I tygrysie podstępy, i podłości żmije,
Mord ludów i mord ducha — których krew nie zmyje!
W końcu carów moskiewskich podłe okrucieństwa,
Których się rumieniło piekło od radości,
I zachwiała się szala zasług człowieczeństwa,
Szala zbrodni przeważyć miała w głębokości!
I jęk się stał tak tęskny, że Bóg na swym tronie
Łzę spłakał, co na czole Polski uwisnęła,
A Polska tam przed trójcą klęcząca w koronie,
Jak orlica zerwała się i zakrzyknęła
Tak —
że aniołom trąby wyleciały z dłoni,
A dłonie miała krwawe Chrystusa gwoździami,
Co gwieździły nad światy odkupień słońcami —
I zagrzmiała:
O Ojcze! na toż’em konała
Za tę ludzkość, po tobie w mękach i wątpieniu,
Na toż’em miała boleć świata rozboleniu
I na to w grób zstępywać, by dziś przeważała
Szala mąk!... bym w wieczności za nią rozpaczała?...
O! do końca utonę w bezmiarze smętności,
Choć cię ze wszystkich potęg miłuję miłości,
Jeźli dzisiaj przeważy szala „zła“ ludzkości!...
Cóż mnie po zmartwychwstaniu, gdy te wszystkie światy,
Za którem ja cierpiała, matką je kochała,
Karmiła je krwią natchnień i w mądrości kwiaty
Stroiła! o! na toż’em w chwale zmartwychwstała!...

O! bądź miłościw! ducha pod swe stopy ścielę,
Cóż mnie chwała, gdy oni upadną w złem dziele!
Ojcze mój! Za te męki daj twojéj orlicy
Raz jeszcze zniszczyć ciemność piorunem gromnicy!
I rzuciła się jednym błyskawicy lotem
Między ziemią a niebios ognistym namiotem,
Tam gdzie krzyż stał z szalami na końcach swych ramion,
Ważących się już chwilą ostatnią swych znamion,
I w czarę zasług dziko rzuciła się cała,
Ku Bogu prężąc ręce, miłością szalała —
A czara przeważyła!...
I w dół poleciała!..
A wtedy krzyk milionów wzniósł się w burzy głosy,
Że zatrzęsły się w swoich posadach niebiosy,
Radością się zatrzęsły wielką milionową,
I jak dzwon gromów krzyk ten wzniósł się jasną głową
I Bóg piersi swéj wrota na oścież ludzkości
Otwarł, by ją jak dziecię na wieczność w miłości
Przytulić, i aniołów arfy z ludzkim śpiewem
Jednej burzy radości powiały powiewem!...
Tęcza ich otoczyła w pocałunek bratni,
I wszyscy byli jaśni, nikt nie był ostatni!...
Miłość, dobro i piękność w prawdy majestacie,
Zlała z Bogiem sławione na wieczność postacie!...

W tem zbudziły mnie strzały —
ogniska już zgasły,
Świtało, dzień się krwawił, obóz zawrzał hasły,
Wiara się szykowała: ci siodłali konie,
Ci nabijali, tamci celowali bronie,
Huk strzałów dolatywać począł z głębi borów,
A głos trąbki rozlegał się jak świst upiorów,
Sztandar z Boga-rodzicą powiewał rozpięty
I szatana tratował na nim Michał święty,
A na widok sztandara łzy w źrenicach drżały
I naprzód —
dzikim głosem zawrzał obóz cały,
Wszędzie wrzawa i pośpiech w głos alarmu goni

Głos: baczność! wszędzie krzyki: do broni! do broni,
A postać młoda wodza już zakapturzona
Pędziła jak litewska „pogoń“ ożywiona.
Lecz tą razą zawrzała bitwa krwawa, dzika,
Z czernią starła się wiara — a boju muzyka
To krzyk: urra!... przy którym lance zafurczały,
Urra!... naprzód bagnety wszędzie zabłyszczały.
Urra!... jak jeden akord z wszystkich piersi wrzasnął,
I ryknęły ich działa, a kule jak pszczoły
Gwiżdżące całowały szczęścia pocałunkiem —
I krzykiem się ożywił bór, co we mgłach zasnął,
A w powietrzu tam śmierci wzlatały anioły...
I zabierały dusze lecące w żywioły!...
Jak piekło wniebowzięte walczy garstka nasza,
Któréj „ducha“ szarańcza — tylko się przestrasza
Ich zgraja jak robactwo, pierzcha i znów mrowiem
Łączy się —
i w pierś ducha — uderza ołowiem.
A nad walką spowitą
w dymy dział wlekące,
Wznosiło się — widziało ją — poranne słońce....[2]


Lwów, 1863.







  1. Niestety zginął wkrótce potém!
  2. Trzeci obraz jest kartonem do osobnego poematu: „Sąd ostateczny.“





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.