<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Soból i panna
Podtytuł Cykl myśliwski
Rozdział VII. Bukiety
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1913
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa; Lublin; Łódź; Kraków; New York
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII.
BUKIETY.

Na zakończenie noworocznych polowań u książąt S*** dzień był słoneczny, ciepły i radosny taki, że śniła się już wiosna w parku pałacowym, wielkim gaju, pokreślonym żwirowanemi drogami pośród naturalnych porostów i sztucznych sadzeń, który sprawiał w niektórych częściach złudzenie głębokiego lasu, w innych był bogatą ramą i perspektywą dla jasnych murów pałacu, oficyn, oranżeryi, różnych atynencyi mieszkalnych, przebłyskujących daleko przez obnażone z liści drzewa.
Odwilż trwała parę dni, więc w parku zaledwie w dołkach, w głębszych cieniach dostrzedz było można bryły śniegu, niby łomy marmuru wyszczerzone z ziemi. Ubite na cegle drogi były suche prawie, jak posadzka; gęste kobierce barwinku w podcieniach, strzyżone ligustrum w żywopłotach przydrożnych stroiły park w wesołą zieleń, a niektóre dęby z zachowanym na zimę liściem łowiły jasne słońce na swe pióropusze krwawe i złote. Taka radość płynęła przez powietrze, że ptaki śpiewały wiosenne swe pieśni, a nawet tu i ówdzie zbudziły się muszki niebaczne, brzękiem sławiąc rozkosz życia aż do śmiertelnego wieczoru.
Do tego salonu pod niebem wysypało się liczne towarzystwo z pałacu, po śniadaniu, mężczyźni i kobiety, wszyscy wypoczęci, rozmowni, lekko ubrani. Po trudach leśnych, podróżach, zasadzkach i obowiązujących milczeniach, dzisiejsze polowanie w parku na bażanty wydawało się grą towarzyską, sportową igraszką.
Wrzały jednak w myśliwych namiętności łowieckie, zwłaszcza w tych, którzy chcieli koniecznie »przestrzelać« towarzystwo, policzyć sobie najwięcej sztuk ubitych. Trzej młodzi bracia Hrebniccy: Konstanty, Witold i Aloizy (Kocio, Wicio i Luś) mieli naprzykład pretensyę do »królowania« w każdem przedsięwzięciu, którego się jęli. Odstępowali koronę tylko jeden drugiemu, byle nie wyszła z rodu Hrebnickich. Działali zawsze razem i solidarnie, miał przytem każdy swą wybitność osobistą; jeden był najpiękniejszy (Kocio), drugi przeważnie dowcipny, umiał mnóstwo monologów i naśladował do złudzenia głosy zwierząt (Wicio); trzeci był gimnastykiem nie gorszym od Japończyków (Luś). Ale który lepiej strzelał albo który miał większe powodzenie u kobiet — tego nie można było rozstrzygnąć: wszyscy trzej działali bez pudła.
Te nadzwyczajne talenty braci Hrebnickich nie zyskiwały wprawdzie ogólnego uznania. Ten i ów radby nawet nie codzień ich widywać albo nie zapraszać. To jednak było bardzo trudne; gdziekolwiek zamierzono bawić się pospołu, tańcować, a szczególniej polować, Hrebniccy zjawiali się niby cudem. Ostatecznie zaś nie psuli nigdzie zabawy, owszem podsycali ją zarówno pomysłami, jak wytrzymałością na krytykę: można było bawić się z nimi lub ich kosztem mniej więcej jak się komu podobało. Byli zresztą z wysokiego rodu, krewni nawet książąt S. i nikt się nie dziwił, że brali udział w ich polowaniu.
Dopóki polowano w lasach, gdzie zwierz był gruby i rzadki, Hrebniccy, trzymani w ścisłym rygorze, nie mieli ani sposobności rozwinięcia swych talentów, ani szczęścia. Kociowi przyznano, po długich dowodzeniach i sporach, dzika strzelanego na spółkę z Liebem, tylko na mocy nieubłaganego »prawa pierwszej kuli«. Hrebnicki przeszył dzika przez zadnie szynki i byłby dzik dotąd chodził po lesie, gdyby go Liebe strzałem na komorę nie powalił. Miał więc Kocio niezaszczytne trofeum, Liebe zaś nosił w sercu urazę. Na Wicia i Lusia dziki jakoś nie wyszły, obaj zabili mało zwierzyny i pospolitej. Luś opowiadał, że na dziczych łowach strzela wyłącznie kulami, szył niemi kilkakrotnie po ziemi i w górę, z małem powodzeniem. Jeden jarząbek rozleciał mu się podobno w powietrzu od pękającej kuli tak, że strzelec miał do okazania towarzyszom jedno tylko pióro — —? Na zabitym przez Lusia koźle dowodzono, że ma ranę nożem wierconą na przedniej łopatce, bryzgi zaś farby po turzycy od śrutu — — Słowem Hrebniccy żadnym czynem Herkulesowym nie potwierdzili dotąd swej głośnej reputacyi strzeleckiej. Tembardziej gotowali się dzisiaj na bażanty, których miało paść kilkaset; zaniechali nawet umizgów do pań.
Było parę bardzo godnych uwagi między paniami, które wyszły do parku, aby towarzyszyć mężczyznom w zbrojnej przechadzce. Młoda księżna Jerzowa stanęła nawet w szeregu myśliwych z bronią w ręku. Nie pierwszyzna to w polskiej tradycyi. Ponieważ łowy nie były tutaj tak niebezpieczne, jak owe w Niepołomskich lasach roku 1527, na których królowa Bona, uchodząc konno przed rozjuszonym niedźwiedziem, pozbawiła tron polski młodszego brata Zygmunta Augusta — księżna brała w polowaniu udział właściwy: stawała sama na stanowisku i nikomu nie przeszkadzała. Nie można było tego powiedzieć o pani Teresie Czarnkowskiej.
Ta śliczna brunetka z niebieskiemi oczyma wszędzie, gdzie się znalazła w towarzystwie, zakładała stacyę doświadczalną promieniowania swych wdzięków. I z polowania radaby także urządzić romansową przechadzkę, z przystankami na stanowiskach. Pedantyczni myśliwi unikali jej, wiedząc, że raczej do grzechu można ją było namówić, niż do milczenia w lesie. Ale znowu trudno opierał się mężczyzna jej oświadczeniu: »stanę przy panu«. Dzisiaj, polując na bażanty parkowe, półswojskie, było to prawie wszystko jedno, czy stać cicho, czy kręcić się i rozmawiać; wszelako Hrebniccy, pochłonięci przez swą żądzę »przestrzelania«, stronili w parku od pani Teresy, chociaż zwykle byli jej stałymi asystentami.
Nie uciekał za to od niej wcale Michał Rajecki. Usilnie się postarał o zaproszenie na te polowania, wiedząc, że zastanie tu panią Teresę, oczywiście z mężem, Augustem hrabią Czarnkowskim. Wrażenie tych wspaniałych i urozmaiconych dni salonowo-myśliwskich było dla Michała zaperfumowane zapachem pani Teresy, zaprawne niepokojem i oczekiwaniem zdarzeń wymarzonych, do których nic podobnego nie ziszczało się: August Czarnkowski był równie sztywny i podejrzliwy, jak zwykle; piękna pani, nie zaniedbując Rajeckiego, miała jednak w gronie kilkunastu mężczyzn zbyt wiele do czynienia. I dobiegający kresu tydzień był tylko pasmem uśmiechniętych, drażniących półsłówek, krótkich rozmów pod skrzyżowanemi spojrzeniami innych — kronika uczuciowa banalna, która pani Teresie zdawała się wystarczać tymczasowo do szczęścia, ale nie Michałowi.
Czuł jednak ciągłe odurzenie w mózgu i wszystko, co tu przeżywał, nawet w kniei, było tym lubym czadem przesłonięte. Może dlatego strzelał mniej przytomnie?
Pani Teresa stanęła obok Michała na pierwszem stanowisku. — Była to ograniczona strzyżonymi żywopłotami, między wysokim, a dość rzadkim gajem drzew rozmaitych, szeroka droga, na której myśliwi rozstawili się w małej odległości jeden od drugiego. — Nic z namaszczenia, z chytrości wielkich łowów; sznur ludzi wystrojonych i uśmiechniętych, gotował się do niechybnej i pociesznej rzezi. Zaledwie odezwały się krótkie hasła trąbek, już widać było postępującą nagankę, złożoną z dwunastu świątecznie wystrojonych strzelców dworskich i kilkudziesięciu chłopaków wiejskich. Szło to wszystko wolno, bez trudu, ani wzruszenia, które też udzielało się słabo myśliwym, stojącym na linii.
— Ile ja zabiję i czy więcej, niż tamci?... — myślał nieodmiennie każdy z oczekujących.
Złudzenie dziczy, niespodzianki leśnej, wyścigu o przebiegłość ze zwierzyną dochodziło do zera. W rzadszych miejscach zagajenia widać już było pędzone na śmierć ofiary, jak trwożnie, a może i nieświadomie biegły po ziemi w różnych kierunkach, kurzym krokiem: koguty czeskie o szyjach barwy metalicznej, czarno-sino-zielonej, angielskie z białą na szyi obrożą, mongoły ze złocistym grzbietem, a nawet parę złotych bażantów, powłóczących łokieć jaskrawego ogona. Szare samice plątały się jak skromnie ubrana służba między tęczowo upierzonymi samcami.
— Jeżeli zabijesz takiego złotego, włożę pióro na swój kapelusz — rzekła pani Teresa.
Mówiła Michałowi »ty« na zasadzie jakiegoś pokrewieństwa; po całej Polsce dużo miała krewnych, zwłaszcza między zgrabniejszą młodzieżą.
Przeciągnęło już przez linię parę kur, cicho i niby wstydliwie; nikt nie złożył się nawet do tej zabronionej zwierzyny — — Nareszcie ze środka miotu jeden kogut wzbił się w górę, ogłaszając się zdławionem gdakaniem.
— Strzelaj! — zawołała pani Teresa.
Rajecki nie strzeliłby do tego bażanta, ciągnącego o sto kroków wzdłuż linii, ale pod magnetycznym nakazem zdecydował się i palnął. — —
Bażant ani się zachwiał, płynął dalej położony na powietrzu, jak wielka ość rybacka, zbliżając się trochę do linii. Padły jeszcze dwa strzały bezskuteczne — — błysnął czwarty — i bażant, jakby uderzył o niewidzialną szybę i o nią się rozbił, złamał się w szyi ku górze i ciężko spłynął na ziemię.

— Zdaje się, że mój mąż go zabił? — zawołała pani Teresa — lepiej strzela od ciebie; wstydź się, Misiu!
— Miał go bliżej — bronił się Rajecki.
— I bardziej zażarty na koguty, niż ty, Misiu — dodała niemiłosierna żona.
— Ach tak? rozśmiał się Michał — on i o bażancie koguty zazdrosny?!
— Il en est capable...
Przyparte do żywopłotu bażanty zaczynały rwać się gęściej. Ale na strzał Rajeckiego nadciągały same kury.
— Za to ty masz szczęście do kur — dodała pani Teresa do poprzedniej rozmowy. — No, teraz kogut! — i drugi — patrz!
Michał strzelił, chybił i dopiero z drugiej lufy zabił jednego koguta; drugi przeleciał mu nad głową.
— Dlaczego nie masz dwóch strzelb? — Patrz — Hrebniccy mają po dwie, i Jerzy i August.
Rajecki, niezadowolony z siebie, że wykonał tylko pół dubleta, odrzekł:
— Ach, bo ja tych parkowych polowań nie lubię. To jest rzeź w kurniku!
— No, no. — Niejedenby dużo dał, aby się tu znaleźć — — Uważaj!
Tyralierka grzmiała już na całej linii. Znowu dwa naraz koguty znalazły się w sferze strzału Rajeckiego. Zawziął się, że strzeli dobrze, mierzył nieco dłużej i oba koguty ładnie spuścił z powietrza. Nic nie rzekł, tylko, zmieniwszy ładunki, wyprostował się jakoś gracko i przytupnął nogą. Pani Teresa przypatrywała mu się z zadowoleniem.
— No i cóż? lepiej ci znowu w kurniku?
Miś odpowiedział tylko szerokim uśmiechem, patrząc prosto w oczy pani Teresy — i dojrzał w nich tę zmianę błękitu w fiolet, która znaczyła najmilsze momenty w spojrzeniu tej pani. Prawie, że się nachylił do ślicznej, nie cofającej się bynajmniej twarzy — i powiedział oczyma więcej, niż to, na co się mógł zdobyć w mowie. Przepuścił bez strzału łatwego bażanta — lecz nie strofowała go już pani Teresa.
W pięciu zakładach zabito około siedmdziesięciu kogutów. Było to mało w porównaniu z ilością spodziewaną. — Jeszcze za długie bierzemy mioty — bażanty cofają się i ciągną wszystkie w zagajnik. Trzeba je przepędzić z dwóch stron, bez strzału i wtedy zająć zagajnik. Na takim planie osadziła się niesyta mordu drużyna.
Hrebniccy chodzili jak struci: jeden zabił sześć, dwaj drudzy tylko po parę bażantów. Nawet dołgać nie było z czego, bo każda sztuka padała w oczach całej kompanii, a nadto pan Liebe, bardzo krytycznie usposobiony względem cudownych braci, kontrolował ich każdy strzał. — Teraz, albo nigdy! — myśleli Hrebniccy, zbliżają się do owego zagajnika, gdzie w każdym razie będą »bukiety«, czyli masowe wzloty bażantów.
W prostokątnej ramie wyższego gaju był zagajnik kilkoletni sosnowo-brzozowy, ze cztery morgi. Do tego gąszczu służba łowiecka spędziła ze wszech stron bażanty, a teraz myśliwi rozstawili się, aby je wystrzelać. Ciasno było w tym miocie: jeden myśliwy od drugiego stał o kilkanaście kroków.
Rajecki dostał stanowisko między dwoma Hrebnickimi: Kociem i Wiciem; na prawo za Kociem stał Liebe; pani Teresa świeciła jasną swą postacią, tym razem przy księciu Jerzym. Wogóle wszyscy stali tak blizko, że podniesionymi zaledwie głosami porozumiewali się między sobą; głosy dźwięczały radośnie, podniecone oczekiwaniem i sportową ochotą. Tylko młodzi Hrebniccy milczeli zawzięcie, oglądając każdy swe dwie dubeltówki, wyciągając ramiona dla sprawdzenia elastyczności rękawów, gotując się nerwowo do czynów niepospolitych. Kocio zrzucił nawet kurtkę i pozostał w kamizelce z rękawami, może dla uwydatnienia posągowej swej postaci, obszytej w wełnę, jedwab i rzemień — wszystko angielskie.
Wesoło, jak do tańca, zagrały trąbki i wybuchły huczki z obławy na pohybel ptasiej rzeszy, już zaniepokojonej wśród gąszczu i traw młodego zagaju, który drgał od krzątań przyziemnych. Błękitno-srebrne, raźne, zimowe słońce rozpływało się w powietrzu, nakrapiając jaskrawszą barwą oporne jeszcze liście, rumieniąc się na pniach sosen, przepadając w ich ciemnych koronach. Na śmierć miały piękny dzień bażanty. Jakoż z heraldyczną dumą wznosiły się ku niebu tęczowemi piórami, wysoko ponad las, szukając zbawienia w górnym błękicie. Ale od brzegu lasu szczekała zażarta strzelba.
Strzelano na wyprzódki, niezbyt celnie. Dużo było, widać, między myśliwymi głodnych osiągnięcia najwyższej cyfry zabitych bażantów. Ledwie kogut wykwitał z zarośli jak powolna raca, o sto kroków od linii już grzmiano do niego. Czasem trzeci, czasem i szósty strzał ściągnął go dopiero z powietrza. Czasem znów jakiś desperat, ciągnąc nizko i prosto na myśliwego, aż go szumem piór oszołomił, wykręcał się od śmierci i przepadał w lesie.
Michał był z urodzenia dobrym strzelcem i, choć jedną tylko miał fuzyę, postanowił użyć jej najskuteczniej, zwłaszcza, że strzelało się przed oczyma całej kompanii.
— Byle nie chybić pierwszego! — myślał, bo wiedział, że pierwsze pudło źle go usposabia i psuje mu rękę.
Zobaczył koguta nadciągającego zdaleka prosto na jego stanowisko i czekał, aż się przybliży na strzał normalny. Gdy już podniósł strzelbę do ramienia, padły jednocześnie dwa strzały z prawa i z lewa — i bażant złamany, rozwichrzony młyńcem, zataczając jeszcze łuk z rozpędu, upadł o kilkanaście kroków przed Michałem. Kocio i Wicio odstrzelili mu ładną sztukę z przed nosa.
Rajecki opuścił fuzyę i czekał. Na Wicia teraz ciągnął kogut. Rajecki chwycił go na cel, i z rzutu strzeliwszy dobrze wprzód, strącił piorunem z powietrza. W sekundę później rozległ się strzał Wicia, już do spadającego ptaka.
— Panie Hrebnicki! — zawołał Michał — do trupa się nie strzela:
— Ostatni śrut! — odparł Wicio.
Nie było czasu na sprzeczkę. Bażanty ciągnęły już bez przerwy, aż drżało powietrze od szumu skrzydeł, od gdakań samców, od krzyków blizkiej naganki, biorącej coraz zapalczywszy udział w pogromie, od huku strzałów, rozgrzmoconych po lesie.
Przy każdym szumnym wzlocie:
— Kogut! — — ba-bach! — Kogut! — ba-ba-ba-bach! Kura — — cicho. — I znowu hałas.
Rajecki naliczył sześć kogutów zabitych z rzędu i pamiętał jeszcze mniej więcej, gdzie spadły. Ale wkrótce stracił nietylko liczbę, lecz i świadomość miejsca, kształtów i szybkości, jak we śnie. Przyparte przez obławę do samej linii tęczowe ptactwo tryskało w górę istotnymi bukietami żywych kwiatów, całych drzew bajecznych, drżących na powietrzu bez gałęzi, bez łodyg, z samych ruchliwych głośnych kwiatów.
Instynktowo sięgał po najpiękniejsze, zrywał, strącał — — łamał machinalnie fuzyę, która na szczęście odrzucała wybornie puste ładunki, wkładał nowe, znów szukał ofiar w rozkosznie ubarwionym błękicie. Zaledwie widział, jak który bażant ginął z jego ręki: czy pchnięty całym nabojem krzywo wzwyż i obezwładniony w powietrzu — czy »zeskrzydlony« i młyńcem jednej zdrowej lotki wiosłujący w dół, — czy padał przed nim, czy prosto mu na głowę, aż usunąć mu się trzeba było z powietrznej drogi — czy runął w lesie ciężko o twardą, nagą ziemię.
Na całej linii, lecz głównie w pobliżu Rajeckiego grzmiały salwy tak gęste, że trudno było zdać sobie sprawę, kto i do czego strzela. Hrebniccy miotali się, jak w tańcu świętego Wita, zmieniając fuzye, sięgając strzałami swoje i nieswoje sztuki, posyłając przybocznych strzelców, aby chwytali postrzelone bażanty. Cała linia myśliwych, gdyby ją można było wyobrazić sobie odciętą od pełnego jaskrawych lotów nieba, wyglądała jak szereg ludzi połączonych sznurem elektrycznym, przez któryby puszczono silny prąd, wyłamujący członki w dziwaczne podskoki. Pan Liebe zaś stał spokojnie, bez strzelby w ręku; czasem tylko chwycił strzelbę od stojącego przy nim służącego i celnym strzałem strącił blizkiego koguta.
Wyczerpywał się jednak powoli zagajnik, kanonada słabła, obława dotarła już do krańca. Jeszcze bażant jeden i drugi, skulony do ostatka pod krzakiem, gdzieby usiedział cało, tracił głowę i wyrywał się w powietrze na śmierć niechybną.
Michał odetchnął głęboko; teraz dopiero spostrzegł, że trzyma w ręku lufy gorące, jak żelazo do prasowania, i że mu z prawego policzka krew spływa na ubranie.
Podszedł do niego Liebe:
— Dobrze pan strzelał, panie Rajecki. Czy pan wie, ile zabił?
— Zdaje mi się, że ponad czterdzieści...
— Tak, ma pan 46 sztuk.
— A pan to skąd wie?
Zapisywałem. Przy takich masowych rzeziach nie bawi mnie strzelanie; zabiłem tylko te, które się gwałtem napraszały. Ale bawi mnie obserwować całą linię i notować, jak się kto zachowuje — można z tego wyciągnąć pożyteczne nauki.
Schodzili się strzelcy do kupy, a ściągał ich ze stanowisk pomocnik łowczego, który dla kontroli ubitej zwierzyny prowadził regestr, ile w każdym miocie kto zabił. Urzędnik ten, stojący podczas pędzenia na krańcu jasnej linii, widział także, komu najlepiej się wiodło, więc, zbliżywszy się do Rajeckiego, rzekł z ukłonem:
— Ależ pan ślicznie strzela! — i to z jednej fuzyi? Ile mam zapisać?
— Czterdzieści sześć — odrzekł Michał — prawda, panie Liebe?
— Tak jest — odrzekł zawzięty pedant — może się pan nie trudzić zapytaniami na naszych czterech stanowiskach. Mnie od tak śpiesznego strzelania głowa boli, więc zapisywałem: ja mam tylko 8 kogutów, pan Witold Hrebnicki ma trzydzieści kogutów i dwie kury, pan Rajecki 46 kogutów, pan Konstanty Hrebnicki 28 i także dwie kury.
— Przepraszam! — zawołał Kocio — mam 62 sztuki!
— A ja 54, oprócz tych, których jeszcze szukają — wrzasnął Wicio.
— To się tak zdaje w gorączce — odrzekł uparty Liebe — znana jest bażancia gorączka; ale ja wiem, bom mało strzelał i zapisywałem.
— Ależ, panie Liebe, bardzo pana proszę... ja muszę lepiej wiedzieć...
— Jak panowie sobie chcą liczyć, nie przeszkadzam. Tylko ponieważ ja się znam na tem i zapisywałem, więc mogłem się omylić najwyżej o jakie dwie sztuki...
Słuchał już tej sprzeczki książę Jerzy z pobłażliwym uśmiechem.
— Daj im pokój, Liebe! Oni obliczają według rachunku prawdopodobieństw.
— Ależ Jerzy...
— No, wracajmy teraz do domu na zasłużony posiłek. Strzelcy zbiorą i przyniosą nam bażanty.

∗             ∗

O szóstej po południu, przy ciemnej już nocy, rozłożono ozdobnie przed pałacem pokot ubitej zwierzyny. Nie wszystka tu była z tygodnia polowań, bo odwilż nie pozwalała na dłuższe przechowywanie; położono jednak wszystkie dziki wypatroszone — było ich siedmnaście — i dzisiejsze bażanty. Co do liczby bażantów zachodziły poważne wątpliwości: podanych przez myśliwych było sztuk 500 z górą, służba zaś łowiecka, po sumiennem przeszukaniu, podniosła tylko 360 — —? Tę niewinną malwersacyę, przypisywaną bez wątpienia myśliwym, kazał książę Jerzy zamazać w raporcie strzeleckim, skąd też wynikło, że nie otrąbiono króla polowania. Według osobistych zeznań najwięcej sztuk ubił Wicio Hrebnicki; według innych, prawdopodobniejszych obliczeń przestrzelał go Michał Rajecki, który nadto posiadał między trofeami największego dzika, wprawdzie nieszczęśliwie strzelonego i dobitego przez służbę łowiecką. Podłowczy zaś, który prowadził regestr i nie pierwszy raz miał do czynienia z cudownem pomnażaniem i znikaniem zwierzyny, twierdził napewno, że najwięcej zabił sam książę Jerzy, właściciel polowania, co także było wynikiem niewłaściwym do otrąbienia. Aby więc pogodzić te wszystkie pretensye, ogłoszono bezkrólewie.

Leżały więc pokotem zające, nie indywidualne, jakby z jednej wylane formy, symetrycznie mnożąc w długi szereg sztywne skoki i słuchy. Leżały kozły sarnie, rozmaitsze już co do wielkości, i bardzo rozmaite dziki: czarne i brudno-rude odyńce z wielkiemi, zakrzywionemi szablami przy ryjach; bezbronne w ryjach, a groźne tylko ciężarem i racicami maciory; wycinki, których kieł prosty i ostry pruje uderzeniem, jak nóż; przelatki, jeszcze pokaźne; i niewinne, płowo pręgowane warchlaki. Leżały lisy ryże i bardziej siwe, jakby skupione pokutnie w śmiertelnem rozmyślaniu o przebiegu swego złodziejskiego życia. Na granicy sierści i pióra ustawiono kunsztownie na podesłanych liściach kunę leśną, niby skradającą się do ptactwa; ale w trzy dni po śmierci miała już tylko pozór dużej liszki bezwładnej w swem ciemnem, kosztownem futerku.
Następowały długie szeregi rozmaitego ptactwa; nieprzeliczone bażanty w czterech odmianach: czeskie, angielskie, mongoły i złote; czarne samce i grubo nakrapiane pstrokacizną samice-cietrzewie; do cieciorek podobne, lecz mniejsze, jarząbki; szare, aksamitne kuropatwy z samcami wyróżnionymi przez rudą na piersiach podkowę; inne jeszcze skrzydlate eleganty, ślicznie umyte rosą, wygładzone aż do połysku, oprócz tych, którym słota pośmiertna, lub zakrzepła farba potargały trefione pióra; drobne, lecz dla jałowcowego smaku poszukiwane kwiczoły. Osobno leżały przy lisach drapieżniki skrzydlate: lekkie jastrzębie i kanie, zwinne gołębiarze i kobuzy.
Kompania pałacowa, wyszedłszy z pokojów, rozglądała to wszystko ciekawie przy łunie czerwonej, bijącej od zapalonego w żelaznych koszach łuczywa. Wystrzegano się jednak »przestąpienia« leżącej pokotem zwierzyny, zanim nie zostanie otrąbioną, wiedząc, że to grzech myśliwski karygodny. Skoro otrąbią pokot, można już będzie dostępować z każdej strony do rzędów i oglądać pojedyńcze sztuki.
Stanęły w szeregu strzelczyki, po brzegach łowczy i podłowczy; podnieśli trąbki do ust i popłynęły rytualne hasła. Zagrano najprzód »pochodnego«, otrąbiono potem godnie pióro, kite, czarną szczeć i turzycę, wreszcie koniec polowania. Łowczy Kowalski odczytał krótki raport, niby protokół z wymienieniem dni, rewirów i ostatecznej liczby ubitej zwierzyny każdego gatunku.
Oglądano teraz pokaźne sztuki: odyńca, zabitego przez Michała, starego lisa z kitą niepospolitej długości, kunę leśną. Rozmowy o epizodach odprawionych łowów przeniosły się do salonów, a zarazem i głucha sprzeczka o bażanty i o królowanie. Objawiał się dyskretny pomruk przeciw Hrebnickim, którzy strzelali dość pospolicie, ale nazbyt gracko opowiadali.
Nie przeszkodziło to jednak pani Teresie oddać pół wieczoru Kociowi, śmiać się z nim i rozmawiać, a przez to dawać mu sposobność do pozowania na efeba, bez czego Kocio nie mógł się obejść, gdziekolwiek się znajdował. Nie zapominała wprawdzie pani Teresa o innym kuzynie — Rajeckim (Hrebniccy byli także jej kuzynami) i drażniła go zaczepkami rozmowy, błyskami fioletu w rozbawionych oczach, wreszcie bezpośrednim magnetyzmem i zapachem swej wypieszczonej postaci w walcu, którego spróbowano wieczorem, pomimo, że były zaledwie cztery młode panie w towarzystwie, a między niemi księżna Jerzowa choć strojna i ładna, nie chciała tańczyć z powodu różnych sprzecznych obowiązków. Pani Teresa panowała tu niepodzielnie, miała swe wieczorne polowanie z użyciem wszystkich obecnych mężczyzn do naganki.
Gdyby zapytano znienacka Michała, czy bawi się, czy zżyma nie umiałby odpowiedzieć. Pani Teresa była mocno ponętna i wcale obiecująco dla niego uprzejma. Ale po co zadaje się tyle — naprzykład — z Konstantym Hrebnickim, właśnie najantypatyczniejszym z obecnych? — — Michał uczynił nawet do tego aluzyę w tanecznej rozmowie z panią Teresą. Udała wielce zdziwioną:
— Muszę być przecie ze wszystkimi uprzejma... I tak już August wytrzeszcza na nas oczy, gdy tylko rozmawiamy na osobności...
— Czy to czułe, czy nieszczere, co mi powiedziała? — myślał Rajecki. — Dlaczegoż August nie wytrzeszcza oczu, gdy jego żona powraca ciągle do rozmowy z Kociem? — — —
Patrzył — trzy pary wirowały w walcu, trzej bracia Hrebniccy. Kocio szkicował jak z laski efekty choreograficzne. Wicio opowiadał w tańcu coś bardzo śmiesznego swej damie, gdyż sam śmiał się dowcipnie, Luś suwał z takim rozpędem, jakby się zabierał do machnięcia kozła przez głowę swej tancerki.
Michał zadumał się. Naraz wszystko, co miał przed oczyma, wydało mu się wątpliwem i śmiesznem. Zaczął sprawdzać swe młodzieńcze, radykalne pojęcia o świecie na widzianych tutaj okazach i przykładach. Czy generalna panująca tu uprzejmość, mdła i egoistyczna, ma w sobie coś z miłości i z przyjaźni? Czy elegancya pospolitych funkcyi życiowych, ruchów, ubioru wiele ma wspólnego z estetyką? Czy nawet to polowanie, metodyczne i kłótliwe, nie zatraciło w sobie smaku poetycznej awantury? Raziło to Michała dotkliwie, że w tych formach życia pod polorem znikło wiele zasadniczych zarysów. — — Pod wpływem tych rozmyślań zatęsknił niespodzianie do wrażeń pod wielu względami przeciwnych.
Lato w tym kochanym, świeżym, jak usta dziewczyny, powiecie jezioroskim! Kraj pagórków i jezior, gdy się go nawet przypomni, przejmuje rozkoszą realną, płynącą od ziemi zapachem, od serc pokrewnych magnetyczną przyjaźnią. — — Żeby Stanisława Pucewicza sprowadzić tu do salonu, patrzanoby na niego, jak na raroga: Stach nie jest efektowny w stroju wieczorowym i nie umie nawet po francusku. Ale zobaczyć go w lesie, zabiegającego na przesmyk, wycierać z nim mszary i haszcze, pogadać z nim o tajemnicach kniei, o prastarych zwyczajach zwierzyny, o wszystkich szczerych i bezpośrednich wrażeniach przyrody — to mi towarzysz! W kozi róg zapędziłby tutejszych znawców polowania. — —
A jak lubo kochać na wiosnę i w lecie! Żeby tak dobrać sobie towarzyszkę sprawną jak samica leśnego ptaka, z nią hasać po polach i kniejach, całować na jej ustach smak dzikich jagód, na jej włosach wonie żywicy i ziela, myć się rosą lub kąpać się w jeziorach, żywić się pospołu zdobyczą polną i leśną, przyledz razem na noc w wonnych przepaściach nowego siana i budzić się o świcie, zaglądającym w olśnione radością oczy. To byłoby życie! — —
Gdzieby do tego pani Teresa! Ona pół dnia się ubiera i przebiera, a gdy się ukaże — no, piękna jest — — cóż po samym widoku?
Spotkał fiołkowy płomyk w oczach pani hrabiny, mijającej go w uścisku tanecznym z kim innym. Odpowiedział uśmiechem, a piękna pani nawet nie zgadła, że ją Michał zdradzał myślą z nimfeczką wiejską, z Warszulką.
Postanowił Rajecki dzisiaj jeszcze napisać do Stanisława Pucewicza, zapowiedzieć mu swój przyjazd na ferye wielkanocne, a w liście pozdrowić serdecznie Warszulkę.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.