Syn Mirandy Lubocza

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Syn Mirandy Lubocza
Pochodzenie Człowiek w oknie
Wydawca „Wydawnictwo Współczesne“
Data wyd. 1933
Druk Zakł. Graf. "Drukarnia Bankowa"
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
SYN MIRANDY LUBOCZA
Janowi Tarnowskiemu.

Z pod czerwonych dachów Lantory nie pójdziesz tam, gdzie ci się zechce. Są tylko dwie drogi: jedna prowadzi przez łańcuch gór — to dla śmiałków żądnych emocji wspinania. — Inną drogą idziesz prosto wdół, ku nizinom — po pochyłym biuście dwu­‑kilometrowego wzgórza, co dzieli Lantorę od pasących się tam wdole owiec, małych domków różnie malowanych, szumiących łanów zboża, czasu dojrzewania, oraz szeroko i kręto wiodącej swe łagodne nurty — rzeki, co zalotnie przyciąga uznojonych upałem mieszkańców Lantory nad swe urocze wybrzeże.
Jest więc miasteczko zawieszone tam wgórze — raczej wsunięte w bramę, jaką tworzą dwa tysiąc­‑metrowe głazy: Glogoard i Swonbe, — jak gniazdo ptaków górskich. Pastuszkowie zdołu, zasłuchani w leniwy bulgot dzwonków owczych, godzinami wpatrywali się w jaskrawą plamę domów Lantory — wtulonej między dwa prostopadłe głazy. Zdawać im się mogło, że wgórze zostanie coś poruszone, obsunie się i, całe miasteczko zleci ku nim, — jak pudełka od zapałek, rzucone swawolną ręką dziecka.
Niewiele brakowało do południa. Wszystko starało się okazać radość; — w powietrzu pachniało ziołami. Rośliny drżały delikatnie w rozgrzanej jasności przeczystego nieba, a pyszne owady bzykały wśród kwietnych oparów. Słońce pieściło ziemię, by za godzinę spiec ją w swym żarze. Od strony gór padały ostre ciernie.
W połowie drogi między Lantorą a rzeką, otoczony kosodrzewiną i kilkunastu drzewami, stał szeroki, drewniany dom Sędziego Hirfela Lubocza. Okna od sypialnego pokoju zaciągnięto żółtemi zasłonami. Skądś słychać ciche kwilenie dziecka; brzmi słaby głosik jakgdyby zdaleka — rozlega się dziwnie świeżo w uciszonym wzmagającym się upałem domu.
Żona Sędziego — pani Miranda, powiła syna. Leży oto z boleśnie zmienioną twarzyczką, z wyrazem udręki i dumy w grymasie warg. Policzki jej są blade bardzo i lśniąca czerń włosów oddzielająca tę twarz od poduszki, pozwala ją rozeznać wśród bieli. Pani Miranda leży nieruchomo. Czuje ulgę tak wielką, że obawia się poruszyć by nie doświadczyć iż owa lekkość jest złudzeniem. Tam, wewnątrz uczuwa jeszcze to ostrzejsze, to łagodniejsze przypływy bólu — pozostałości po owym wielkim wstrząsie. Rozchodzą się one wzdłuż bioder i dalej, pobudzając dreszcze. Pani Miranda unosi powieki i jej wielkie o granatowem odcieniu oczy, przesuwają się wolno po sprzętach, zatrzymują się chwilę na wychudłej dłoni o białych palcach. Wąski krążek złota, darowany przy ołtarzu, tkwi tutaj luźno. Na oczach zasuwają się ciężkie powieki i tylko dwa szpalery pysznych rzęs drżą lekko. Z matowej czerwieni, rzec można: wesołych, obcych bólom — warg, wymyka się ciche westchnienie. Płacz maleńkiej istotki wibruje w powietrzu. Pani Miranda otula się kołdrą, tak, iż haftowany brzeg zakrywa jej usta. Przez głowę przechodzą myśli, niedbale wplątane w mgliste wspomnienia. Dziecko — tyle niepożądanych, nieoczekiwanych męczarni. Ten płacz obco brzmiący z oddali, nie łaskocze radośnie, ni słodko uszu matki, — nie budzi tkliwości. Jest tylko przypomnieniem brutalnie narzuconej przez naturę boleści. Pani Miranda nie pragnęła tego dziecka równie jak tego, który je począł. Z odrazą myślała teraz o swem upokorzeniu. Cóż wart będzie człowiek, co go nie matka w miłości urodziła, a sprytnie skonstruowana maszyna z ciała, krwi i kości. Boże — posłużyłeś się mną, bez mej woli...
Zasłony nie przepuszczały promieni słońca, tylko przez otwarte okna buchał żar z zewnątrz. W powietrzu trwała biała cisza i w ciszy tej stężałe od upału rośliny tkwiły nieruchomo. Pod oknem zaszczekał pies metalicznie i ocknęły się kury zagrzebane w pyle pod płotem. Zaraz jednak wszystko ucichło i znieruchomiało w nowych przypływach gorąca. Pani Miranda wolno przesunęła się w łóżku i niezwykle pięknego kształtu rękoma, odgarnęła sploty włosów za uszy. Natrętne wspomnienia zaatakowały wyobraźnię i cofnęły myśli o rok wstecz. Oto piękna willa na głównej ulicy Lantory. — Wizyty narzeczonego, Hirfela Lubocza. Trzy lub cztery razy w tygodniu odwiedzał dom jej rodziców ten piękny młodzieniec, patrzący na nią zwykle z czułym zachwytem. Jakże inny był wówczas. Spokojny, łagodny, zrównoważony. Czasem ucałował jej powieki i usta; czynił to rzadko, przytem sprawiały jej rozkosz te delikatne pieszczoty...
Drzwi otwarto energicznie i stanęła w nich niemłoda kobieta, szeroko roześmiana.
— No i co?... Cierpienie poszło w djabły, a dziecko co zostało to zostało... Obstalunkowe dziecko, proszę pani. Zaraz go pani pokażę...
Pani Miranda uniosła głowę i powiedziała:
— Zostaw mnie moja droga Lero w spokoju. Zabierz je gdzieś dalej, żebym nie słyszała płaczu i zamknij drzwi. Wogóle nie chcę nikogo widzieć.
— Proszę pani, to jest chłopak i dlatego tak ryczy, jak bawół. Dobrze, obejrzy go sobie pani później... to nie dziecko, to smok...
— Dobrze już, dobrze... zamknij drzwi.
...A potem wszystko się zmieniło. Ślub. I ta ohydna noc, co urodziła nienawiść do niego. Frak, porywczo ciśnięty w kąt zdawał się obnażyć innego Hirfela. Z poza sztywnego gorsu koszuli ukazały się — czarnym włosem pokryte — piersi i muskularne, pożądliwe ramiona. Jego czyste, mądre oczy zaszły mgłą jakby. Jego tak chłodne dawniej, do uśmiechu złożone usta przeistoczyły się nagle w oszalałe zwierzątko ruchliwe niesłychanie, wciskające się z gorącym oddechem w najskrytsze miejsca jej bezwładnego ciała. Oo, jakimże wstrętem przejął ją wówczas, kiedy nie bacząc na jej błagania, na proszące pocałunki, co podniecały go tylko, źle rozumiane, — przytulał ją namiętnie, zgrzany, dziki, szepczący bezładnie niezrozumiałe słowa. Czyż nie wyczuwał jak bardzo jest jej to wstrętne i obce, skoro dawniej słowa jego i wzrok znaczyły tylko miłość. Obejmował ją aż do utraty tchu, rozdarł boleśnie i uciskał ciężarem swego rozpalonego ciała. A potem te noce pełne lęku, by nie żądał, by nie czynił tego, co obrzydzeniem bezmiernem ją napełniało. Ranki wyrzutów i gorzkich narzekań na jej oziębłość. Pogarda, czyniąca współżycie nie do zniesienia. I wreszcie, kiedy zdecydowała się opuścić go, uczuła dziecko. Radość swą objawił w pobłażliwych słowach: — Ach, jesteś przecie kobietą?... Dziękować Bogu choć za tyle. Tak więc, musiała zostać. Czekała cierpliwie dnia uwolnienia. Nadszedł wreszcie. Teraz będzie mogła wrócić tam wyżej, do Lantory, by nie spojrzeć nigdy na mężczyznę. Zamieszka w swoim panieńskim pokoiku, skąd wywabiono ją podstępnie i dozwolono poznać wstręt. Nie, nie czuje się matką, nie pozostawi w tym domu nic, prócz żałosnych wspomnień i upokorzenia.
Smutno rozmyślając, pani Miranda skubała palcami brzeg kołdry. Na progu stanął Hirfel Lubocza z dzieckiem na ręku. Był zadyszany i oczy jego błyszczały radośnie. Czule patrzał na żonę. Nie miał więcej nad lat dwadzieścia pięć. W dobrze skrojonem, jasnem ubraniu, — smukły, drżący od szczęścia i wzruszenia, był piękny. Jego brwi zrośnięte u nasady nosa uniosły się teraz jak pyszne skrzydła nad uśmiechem. Na palcach, sądząc, że śpi może, podszedł i stanął u łóżka żony.
— Słuchaj, czy ty śpisz?... Popatrz, mamy syna, słowo daję.
Spojrzała na nie większą od pięści męża, główkę dziecka. Była różowa, niekształtna, z błyszczącemi jak paciorki, czarnemi, ruchliwemi oczkami. Powiedziała leniwie:
— Myślę, że teraz będzie tak, jakeśmy to omówili. Ja wracam do rodziców. Wiesz dobrze; że nie możemy być razem...
— Jakto, jeszcze teraz obstajesz przy tem? Nieznośna jesteś. A co z niem będzie?
— Zostanie u ciebie. Jest mi zupełnie obce. Lera ci je wykarmi... przestań nudzić, przecież to już dawno zostało załatwione.
Był tak oburzony, że dziecko ujrzawszy jego minę, zakwiliło. Począł mówić szybko i głośno:
— Bodajeś ciężko przed Bogiem za to odpowiedziała... ty... ty oh-ydo... bez serca. Przecież to twoje pierwsze dziecko. Pomówimy o tem jutro.
I wyszedł.
Ale na drugi dzień rano pani Miranda już nie żyła. Leżała równie biała, jak dnia poprzedniego, kiedy po raz ostatni rozmawiał z nią tak krótko. Jej piękne usta wyrażały wzgardę. Może wzgardę dla życia na ziemi. Długo łkał Hirfel u bezwładnie opuszczonych rąk zmarłej.


∗                ∗

Od Swonbe pada bezkształtny cień. Daleko wibruje szloch gitary. Ospała cisza błąka się po rozgrzanej ziemi.
— Ojcze, a matka... czy ona wiedziała, czy zdążyła dowiedzieć się jakiej płci było jej dziecko.
— Normalnie, u matki jest to pierwsze pytanie, lecz ona... ona doprawdy mogłaby tego nie wiedzieć. Chyba jednak wiedziała, zresztą ja jej to powiedziałem jeszcze tego samego dnia. Przysuń się bliżej mnie, Tespisie, i przestań już pytać wreszcie. Patrz jak tu cudnie. U stóp naszych rozciąga się przestrzeń aż po te błękitne plamy — to lasy na nizinach. Spójrz wdół. Na srebrzystym pasie rzeki posuwają się małe punkty — to łódki. Na łąkach pasą się owce; są tak małe, jakgdyby ktoś garść pereł rozsypał. Skała na której siedzimy ocieniona jest Swonbe, więc słońce nam nie dokucza, a przyjemnie jest patrzeć na tę jasność, co się przed nami roztacza. Słyszysz gitarę, to twój ukochany przyjaciel, słodki próżniak, Milet — gra tam wdole. To dziwne, że filozof ten lubi tak pospolity instrument. Przysuń się, oprzyj głowę na ramieniu, ot tak. Dobrze nam tak razem. Prawda?
— Tak. — Gdyby tu obok siedziała jeszcze matka. Czy piękna była — ojcze.
— Bardzo piękna — równie piękna, jak zła. Tespisie, skoro już o tem mówimy — posłuchaj. Masz przecież szesnaście lat i o wielu sprawach cię uświadomiłem. Miranda... ona wcale cię nie pragnęła. Wyrzekała na swą dolę, przeklinała cię w swem łonie. Nie znosiła mnie, domu mego, a myśl o dziecku była jej nieznośną... Bo... nawet chciała mnie opuścić w parę miesięcy po ślubie, tylko że ty jej przeszkodziłeś. A potem — nie zdążyła, bo umarła na drugi dzień po wydaniu cię na świat, — umarła przez ciebie. Cóż, była tak drobną. Otóż dziwnem jest dla mnie twoje interesowanie się matką, te ciągłe pytania już od wczesnego dzieciństwa. Przecież ty byłeś... ty byłeś głównym powodem jej śmierci.
— A jednak... często myślę o matce, mimo że jej nie znałem. Czuję ją w sobie. I wiesz ojcze... ona mówi we mnie takie różne rzeczy... takie rzeczy, których ja pojąć nie mogę. Wtedy jestem zły... wprost okrutny.
— Ale nie trząś mną, bo mnie zepchniesz. Istotnie oczy ci błyszczą niesamowicie. Wogóle od dość dawna zauważyłem, że jesteś równie wrażliwy, jak matka. Te góry nastrajają cię tak nerwowo — samotność może. No, ale już niedługo, za rok może, pojedziesz między ludzi, na studja. Wszystko przejdzie. Tylko żal mi cię puścić, zostanę sam. Ach ty mój kochany chłopcze, jakże cię kocham. Nie patrz na mnie tak źle, pozwól — uściskam cię.
— Ojcze, nie ściskaj mnie tak często, mnie to denerwuje.
— Tak, często cię ściskam. Mój Boże! przecież jednak jesteś podobny do matki — zastępujesz mi ją. No, ale chodźmy do domu, pora zjeść obiad.
Schodzili stromą ścieżką, ojciec i syn: Hirfel i Tespis Lubocza. Zdaleka już, pośród zarośli błyszczał czerwony dach ich domu — jak wielki muchomor. Przechodzili wzgórze naukos; po lewej stronie widzieli zawieszoną wysoko Lantorę, z groźnie sterczącemi głazami — tam było cienisto; — po prawej biegła zielona, wesoła słońcem zalana dal, gdzie wszystko poruszało się, żyło, błogosławiąc dobry letni dzień.
— Jesteś głodny, Tespisie, bo i ja też. Dziś rano, zanim poszliśmy na spacer, miałem tam wgórze przykrą sprawę. Chodziło o ojcobójstwo: syn zabił ojca, broniąc matki przed jego brutalnością. Uniewinniliśmy syna. Ojciec był brutal i alkoholik. Tak więc spełniłem swój obowiązek i teraz mam prawo być głodny. Zadziwiające. — Ilekroć jestem z tobą, wszystko wydaje mi się proste i jasne — zwłaszcza to co mówię, przechodzi mi przez gardło gładko, bez zafrasowania. Czyś skończył już książkę, którą ci dałem w zeszłym tygodniu.
— A, „Obronę Sokratesa“, — tak, kończę właśnie; właściwie boję się kończyć. Sokratesa przypomina mi Milet. — Ilekroć schodzę do niego wdół, nad rzekę, serce moje targa niepokój przed tem, co usłyszę. Milet mówi tak pięknie, prostym stylem, przytem zawsze operuje sofizmatami. I wszystko byłoby dobrze, gdyby zachowywał się spokojnie, lecz nie. — On zaraz musi dotykać mnie wszędzie rękoma, i, korzystając z mego zachwytu, popełnia różne nieprzystojności. Gdyby nie mój szacunek dla niego i dla jego wieku, stłukłbym go już niejednokrotnie. Ale chętnie bywam u Mileta.
Już wchodzili do domu, gdy Hirfel raptem się zatrzymał. Był wzburzony.
— Powiadasz, że pozwala sobie na nieprzystojności. Próbował całować cię może?
— I owszem. Ale ja do tego nie dopuszczam. Zresztą, śmieszy mnie to zwykle.
— Dlaczegoś mi o tem wcześniej nie powiedział? Od dziś zabraniam ci odwiedzać Mileta! Tegom się po nim spodziewał, — wykorzystuje twój szacunek dla siebie. Ja z nim pomówię przy sposobności. Pójdźmy już jeść wreszcie.
Siedli na ganku, ocienionym dzikiem winem. Stara Lera podała im zupę. Pieściwym wzrokiem objęła Tespisa. Otwarła usta by coś powiedzieć, ale uśmiechnęła się tylko i wyszła. Pili z apetytem chłodną, owocową zupę. W gęstwie dzikiego wina ćwierkało i trzepotało ptactwo. Przelatując, furczały jak małe, kolorowe pociski. Tespis odsunął filiżankę.
— Ojcze, a co do Mileta, to proszę, zostaw go w spokoju. Wiesz, że nic złego mi nie zrobi, a przytem cóż — jest stary i samotny.
— Już ja to załatwię.
Lera wniosła pieczywo i sałatę. Ustawiając chleb, oliwę i sól patrzała na Tespisa. Wreszcie rzekła:
— Wszyscy Święci! I poco ta matka umarła? Mówiłam przecie wyraźnie, pamiętam, powiedziałam tak: że szczęścia starczy na całe życie. Że też Panu Bogu nie szkoda dawać na ziemię takich śliczności jak panicz Tespis. To nie, ona sobie poszła. — Widać zamało była wierząca.
— Lero, Lero, proszę cię — nie mów tak wiele. Zostaw, o, już mamy wszystko, możesz odejść.
— Bo pan starszy nie lubi wspomnień. Aby już życie było nie dużo warte bez wspomnień; chociaż smutne, ale lepiej niech będą. Idę, idę, tylko jeszcze słodkie przyniosę.
Jedli w milczeniu. Ojciec marząco patrzał na syna. Tespis w zamyśleniu bawił się szklaną solniczką. Skończyli jeść i Hirfel powiedział:
— Chętnie się prześpię trochę, a ty co będziesz robił?
— Poszedłbym do Mileta, ale ponieważ zabroniłeś mi ojcze, więc zajmę się czemś, poczytam może.
— Wybij sobie z głowy Mileta. Przykro dotknęło mnie to, coś mi o nim powiedział. Rzeczywiście pójdę odpocząć trochę.
Ucałował czoło syna i powiedział jeszcze: wieczorem pójdziemy może do Lantory, odwiedzimy dziadków, poczem wyszedł.
Tespis obrócił się ku słońcu. Ciągle myślał o matce. Tak, ojciec jest dobry, to prawda, ale matka — o, jak mile brzmi to słowo. To dziwne, nigdy jej nie widział, nie słyszał jej głosu, a mimo to ciągle ją nosi w sobie. To tak, jakgdyby jej z tamtego świata zależało na czemś... żeby on o niej myślał, żeby raczej ona kierowała jego myślami.
Tespis siedział czas pewien na ganku, z wtuloną w dłonie głową. Raptem wstał i szybko przeszedł do pokoju ojca. Nie spał jeszcze, leżał na szeslongu i palił papierosa. Tespis usiadł przy nim i patrząc w twarz jego, spytał:
— Ojcze... a, czy matka cię kochała?
Hirfel drgnął — i nieodrazu odpowiedział.
— Widzisz, może nie powinieniem ci tego mówić... zresztą... Czy ona mnie kochała. Nie, bo przecież przed tobą chciała mnie opuścić...
Pauza.
...Ona była oziębła dla mnie, a ja jej byłem zupełnie obojętny. Nie, źle się wyraziłem; ja dla niej nie byłem obojętny, ona mnie nawet nienawidziła, nie mówiła mi tego (powiedziała kilkakrotnie: „musimy się rozstać, bo nie tak sobie wyobrażałam małżeństwo, jesteś mi daleki, — bo cię nie kocham“) — ale ja to czułem.
— Nienawidziła cię?
— Tak, ciągle doznawałem wrażenia, że ona jest gościem u mnie, że nie czuje się jak u siebie w domu.
— Ale ojcze, powiedziałeś przecież poprzednio, kiedyśmy byli na spacerze, że ja byłem głównym powodem jej śmierci. Skoro ona cię nie kochała, nienawidziła nawet, jak sam mówisz, to przecież nie ja, a ty byłeś powodem, może nie głównym, ale byłeś powodem jej śmierci. Skoro cię nienawidziła, to nie chciała mnie mieć od ciebie.... rozumiesz mnie.
— To są za trudne rzeczy, żeby je tak odrazu wytłumaczyć. Ona chyba nie mogła być wogóle żoną, nie nadawała się do małżeństwa.
— A tyś ją kochał?
— Okropne są te twoje pytania.. Tak... tak. — No, ja naturalnie... bardzo nawet — może za bardzo. Byłem tak młody a ona tak piękna.
Bo widzisz ojcze, — głos Tespisa stał się drżący i poważny — ja już dawno pragnę ci to powiedzieć... już nawet powiedziałem ci trochę dzisiaj, kiedyśmy siedzieli pod Swonbe... że ja mam takie chwile, kiedy u mnie zanika miłość dla ciebie... a uczuwam straszną nienawiść dla ciebie... to przychodzi wtedy, kiedy nie czuję się sobą. — To tak, jakgdyby we mnie żyła moja matka... wtedy cię strasznie nienawidzę.
— Och, nie męcz mnie już... dość mam tego. Co ty mówisz, co ty mówisz... skąd ty przychodzisz do tych rzeczy. To przecież okropne. Proszę cię, zostaw mnie samego... stajesz się niemożliwy. Potom cię chował, żeby teraz takie rzeczy słyszeć.
Tespis wyszedł cicho.


∗                ∗

Nie było piękniejszego podczas całego lata, jak ów poranek niedzielny. Na nizinach soczyste łąki uniosły z wdziękiem kielichy swoich kwiatów ku posępnym złomom skalnym. Całe podgórze, ustrojone srebrem łagodnie toczącej się rzeki, trwało radośnie w upalnym uścisku słońca. Zazdrośnie ukryta w cieniu gór Lantora, spoglądała oknami swych kolorowych domów wdół, gdzie życie wszystkiego co ziemskie, w upojeniu dosięgło kulminacyjnego punktu. Wszystko zdawało się mówić: dnia tego nikt i nic krzywdy nie doświadczy.
Właśnie dźwięki sygnaturki z kościoła Lontary posypały się ku dołowi, kiedy przed dom swój wyszli dwaj Lubocza. Hirfel ocieniając dłonią oczy, spojrzał na rzekę, potem odezwał się do syna:
— Istotnie, widzę, że dzień nam się uda. Do Do zachodu będziemy mogli leżeć na trawie, grzać się w słońcu i używać kąpieli. Tylko chodźmy szybko, szkoda każdej chwili. Chodź, Tespisie.
Z troskliwie wypełnionym przez Lerę krągłym koszykiem pod pachą, szedł Tespis w milczeniu za ojcem. Miłą mu była myśl o orzeźwiającej kąpieli, mimo to chętniejby jednak pozostał w domu. Żałował teraz, że tak lekkomyślnie, przed kilku dniami, powiedział ojcu to, z czego sam sobie jeszcze dokładnie sprawy nie zdawał, czego nie był pewien. I oto wyrządził ojcu krzywdę istotnie wielką; całe szczęście, że umysł ojca nie znosi żadnych komplikacji psychicznych, że nie cierpi zawiłości myślowych. Na pewno już zapomniał o tem; jest przecież tak wesół. Jednak źle uczynił, że powiedział; — chodzi nietylko o ojca. — Wydał z siebie tę myśl, wyraził ją słowami, i teraz dręczy go ona z zewnątrz. Ciągle słyszy to, co powiedział, i to wszystko jest jakgdyby realniejsze... prawdziwsze. Ale może lepiej, że nie został w domu; tam, — nad rzeką, pośród zieleni, — rozerwie się chyba. I już weselszy zwrócił się do ojca:
— Ciekaw jestem, czy też Lera nie zapomniała o moim przysmaku?
— Na pewno pokaźny kawałek znajdziesz w koszyku. Lera wie, że lubisz ciasto z jabłkami.
Stanęli nad rzeką.
— Przeprawimy się na drugi brzeg. Widzisz, Tespisie, tę polankę w zaroślach, — tam będzie najmniej ludzi.
Przeszli nieco dalej, do miejsca, gdzie kołysała się na wodzie szeroka, wygodna łódź.
Opalony przewoźnik przeprawił ich na przeciwległy brzeg. Biegnąc, dotarli do polany, otoczonej gęstwiną. Tutaj poczęli się rozbierać.
Tespis odrazu wskoczył do wody, mimo upomnień ojca, aby przedtem nieco ochłonął. W prześwietlonej wodzie prężyło się i kurczyło jego smukłe ciało. Pływał, wydając co chwila okrzyki zachwytu. Maleńkie fale ogarniały mu ramiona i szyję; woda spływała bez śladu po lśniącej skórze, zmoczywszy tylko jasne kędziory włosów na karku. Hirfel również zanurzył się na płytszem nieco miejscu, potem popłynął: miarowo i powoli.
Mieli dość. Tespis — jak naga rzeźba — stanął na brzegu, dysząc lekko i błyszcząc w słońcu kroplami wody. Gładkie, gibkie ciało wyprężył, a mokremi palcami odgarnął rozfalowaną czuprynę z czoła. Jasne włosy pociemniały miejscami od wilgoci. Był piękny; — uwydatniała się delikatna muskulatura, gdy stał tak z wyciągniętemi ramionami. Począł biec w lekkich podskokach, pochylony naprzód. Wreszcie wrócił nad brzeg i podał rękę wychodzącemu z wody ojcu. Hirfel rzekł, patrząc na syna.
— Tespisie, jakże zgrabny jesteś. Kiedy patrzę na ciebie, wspominam siebie, gdy miałem lat szesnaście. Byłem równie smukły i dobrze zbudowany. A teraz cóż? Tłusty jestem; moje piersi są jak piersi starej kobiety; duży brzuch wysunął się naprzód, nogi straciły linję i łydki pokryły się guzami rozszerzonych żył. Ciało nie ma barwy, pokryte jest włosem, a przytem skłonny jestem do zadyszki. A przecież nie jestem stary, mam dopiero czterdziesty drugi rok. Brzydki jestem... brzydki, ale szczęśliwy, że mam tak pięknego syna. Chodź, rozłożymy pled i leżąc, będziemy gawędzić, grzejąc się na słońcu.
Nadzy, trochę znużeni, ułożyli się na plecach, poddając promieniom słońca twarze z przymkniętemi oczyma. Zdaleka, z nad obydwóch brzegów rzeki, dolatywały ich wesołe głosy kąpiących się ludzi. Wysoko, grzbiet gór ciągnął się brunatnem pasmem i ginął na horyzoncie. Pośrodku Glogoard i Swonbe błyszczały maleńkie dachy Lantory, łaskawie ujęte słońcem. W powietrzu pachniało niedzielą i odpoczynkiem. Od Lantory biegł wdół, aż tu, do rzeki, wąski, popielaty pasek drogi. Dom sędziego Lubocza wyłaniał się z pośród minjaturowych zarośli. Daleko pasące się owce dzwoniły monotonnie i cicho dzwonkami. Błogość i leniwe rozmarzenie ogarniało mieszkańców tego szczęśliwego zakątka. Wszelkie głosy rozpierzchały się, nie przerywając ciszy letniego, niedzielnego rana.
Hirfel obrócił się na bok. Tespis rozchylił czerwone wargi, niby kielich o dnie z nieskazitelnie białych zębów, ściągający do wnętrza słodkie, jasne powietrze. Ojciec począł gładzić swą dużą, pulchną dłonią ramiona syna. Przesuwał rękę wzdłuż ciała chłopca, pieszcząc kolana jego i lędźwia. Tespis odwrócił głowę i patrzał na ojca z poza zmrużonych powiek, wreszcie Hirfel ucałował policzek syna i wrócił do poprzedniej pozycji.
— Słuchaj, Tespisie. — Masz już przecież lat szesnaście. Czy nie doznawałeś takiego dziwnego uczucia na widok ładnej, zgrabnej dziewczyny? Nic cię ku niej nie parło, nie miałeś względem niej żadnych chęci?
— Wiesz, ojcze — specjalnie nie. — Prawda, na piękną dziewczynę patrzę zwykle dłużej niż na każdą inną. Wiem jednak, co masz na myśli. Raczej męczy mnie to w nocy i sprowadza bezsenność. Wówczas to ogarnia mnie niepokój i przed oczami przechodzą najróżniejsze zjawy. Przeważnie właśnie dziewczęta i to nagie — wkońcu wreszcie usypiam, ale rano jestem zmęczony i przynajmniej do południa chodzę napół zamroczony.
— Widziałeś kiedy nagą dziewczynę?
— Nie, w naturze nigdy. Chyba akty w albumie malarzy z twego gabinetu. Wyobrażam sobie nagą dziewczynę, to coś czarownego.
Pauza.
— Pójdź, Tespisie, do wody. Słońce już piecze dość silnie. Po kąpieli zjemy nasz obiad.
Zanurzyli w wodzie swe rozgrzane ciała. Głowy ich owiewał łagodny wiatr. Wokół pluskały drobne fale; odgłos ten dziwnie harmonizował z żarem słońca i poszumem wiatru, co cicho łkał w trzcinach i ścigał się z prądem rzeki. Ci dwaj nie mówili do siebie. Mijali się, kiedy jeden płynął z prądem, a drugi wolno brnął wgórę. Potem — zmęczeni, siadali na piaszczystych wysepkach, i osuszali karki na słońcu i wietrze, by znów je oddać orzeźwiającej pieszczocie fal.
Gdzieś wgórze rzeki, grano na mandolinach smętną, żałosną melodję, co błąkała się po łąkach i wybrzeżach.
Wyskoczyli na brzeg parskając i otrząsając wokół krople wody. Hirfel uchwycił Tespisa za barki, starając się przewrócić go na trawę. Chwilę trwali w natężeniu, aż wreszcie Tespis zwinnie wykręcił się, objął ojca wpół i, śmiejąc się, obaj runęli na ziemię. Spleceni, toczyli się po soczystej zieleni w stronę krzaków. Zdyszani, czas jakiś leżeli w miejscu. W szeroko rozwartych oczach Tespisa przelatywały małe, złe ognie. Zamajaczyła mu blisko, szeroka, biała szyja ojca. Wpatrywał się w rozedrganą grdykę, aż wreszcie z przyduszonym skowytem zanurzył cienkie palce w fałdach tłuszczu. Z wyszczerzonemi od skurczu twarzy zębami, uciskał jak najmocniej chrapliwą masę mięsną kleszczami rąk. Syczał uparcie jedno słowo: Matka... matka... maa‑tkaa.
Z początku duszący się od śmiechu głos Hirfela:
— Tespis... no już... dość tej zabawy... puśćże.
Pauza.
Później bełkot i wytrzeszczone oczy.
— Pu... uszczaj... łotrze, — czyś oszalał?
Głuche rzężenie.
— Matka... to matka... to za matkę.
Hirfel wypiął się brzuchem do góry. Szybkim ruchem chwycił przeguby dłoni Tespisa i oderwał je od swej szyi. Już miał poderwać się z ziemi, kiedy ostre ukłucie jakby przeszyło mu serce. Poczuł straszliwy ciężar w piersiach i szum w głowie. Otworzył oczy. Nad nim stał Tespis z grymasem przerażenia na twarzy. Hirfel zdążył jeszcze wyrzucić z siebie:
— Serce... atak... to już... już koniec. — Oby ci Bóg tego nie zapomniał... ty... przeklęty synu... swej...
Potem uniósł jeszcze głowę do góry, purpurową twarzą ku słońcu, stężałą i groźną. Ciężko opadł i tak już pozostał z podwiniętą pod biodro ręką.
Tespis stał w miejscu, drżąc na całem ciele. Pośród wściekłej kipieli rozjuszonych nerwów tarzało się niby skorpjon w ogniu jakieś mgłą oczy zalewające pragnienie. Jeszcze jedno. Z miejsca skręcił wbok, kilkoma skokami przesadził krzaki i począł biec przez otwartą łąkę. Na jego wargach ukazała się biała, gęsta ślina. Zdaleka ujrzał w cieniu wielkiego drzewa leżącą nawznak postać. W przejrzystej, kolorowej sukience bez rękawów, w pozie pełnej niewinnego wdzięku, spała młoda dziewczyna. Jej nagie ramiona uniesione były do góry, a dłonie podłożone pod głowę. Tespis utkwił przymglony pragnieniem wzrok w jej zaledwie dziewiczej, nierozwiniętej jeszcze figurce. Opadł na nią jakoś niezdarnie, za gwałtownie, dygocąc. Ujrzał tuż przed swemi, jej przerażone oczy i jakiś krzyk tępo zabrzmiał mu w uszach. Poczuł w dłoniach ciepłe, drgające biodra i słonawy smak jej ust pod swemi wargami. Gorąca rozkosz wstrząsnęła nim i mdłe osłabienie rozlało się jak oliwa po członkach. W uszy wciskał mu się cieniutki głosik dziewczyny niby odgłos dzwoneczków kuglarza wędrownego. Podniósł się. Patrzał na nią, jak — krzycząc ciągle — zakrywała sukienką swą nagość. Stał tak, wśród tego krzyku, nie wiedząc co począć — osłupiały. Z pobliskich zarośli wyłoniła się grupa nagich wyrostków. Zatrzymali się nasłuchując, jak stado łań. Ujrzeli. Poruszając ramionami biegli w stronę tej pary. Tespis poczuł, jak przerażenie dławi mu oddech. Byleby nie schwytali. Wyrwał naprzód. Z pochylonym do przodu torsem, z rozwianym do tyłu włosem, lśniący potem, dyszący pragnieniem ucieczki, parł naprzód brzegiem rzeki. O uszy jego ocierało się gęste powietrze, pachnące rzeką i pełne dźwięków mandolin. Posłyszał za sobą wściekłe wrzaski i odgłos wielu nóg. Obejrzał się. Gnali za nim i klęli. Przyśpieszył, dudniąc głucho bosemi stopami po gliniastem wybrzeżu. Ich głosy słyszał coraz wyraźniej. Czuł jak nogi jego wolniej i wolniej tną powietrze. Nieco w prawo rzeka gwałtownie skręcała. Na przeciwległym brzegu stał domek Mileta. Ominie go i pobiegnie wgórę, byleby tylko dopaść kosodrzewiny, tam już niewidoczny, łatwo dobiegnie domu. Ze złożonemi nad głową rękoma, jak ostrze włóczni, odbił się od brzegu i skrył się pod wodą. Wypłynął tuż przed samym brzegiem. Z trudem wylazł na stromy brzeg. Ubiegł kilkadziesiąt kroków i obejrzał się. Wskakiwali. Potworne zmęczenie rozrywało mu serce. Przed zielonym domkiem, w ogródku, stał wielki, siwowłosy starzec, w kamizelce, z konewką w ręku. Przymrużył oczy w stronę biegnącego Tespisa. Poznał i szybko zabiegł mu drogę. Tespis wpadł w szerokie ramiona Mileta.
— A dokąd to, ptaszku? Ho... no, dawnom cię nie miał u siebie. Ale cóżeś to nagi i oczy ci z przerażenia mało nie wyskoczą na piasek. Cich...cho, nie wyrywaj się, no mów­‑że coś, nie krztuś się. Co to widzę? Zakrwawiony jesteś, czyś się zranił w brzuch?
— Nie trzymaj mnie! puść mnie! puść! Oj, gonią mnie, chcą mnie zabić, puść!
— Chłopie, tyś naprawdę zbzikował. Gdzie cię będę puszczał, nie ubiegniesz pięciu kroków, takiś zziajany. Kto cię goni? Biegnie tu kilku nagusów, ale my ich już zatrzymamy.
— Puść, oj, puść! Już są blisko. — Ochhhh!
Kilku młodych, silnych chłopaków zatrzymało się przed nimi. Nie pozwolili Miletowi dojść do słowa, a kiedy ten nie chciał wypuścić Tespisa ze swych ramion, powalili go między grządki narcyzów i lilij, poczem uchwycili Tespisa za ramiona, lekko wykręcając mu je ku tyłowi. Prowadzili go tak zlanego potem, bez możności wykrztuszenia słowa z wyschniętego gardła, ni jęku co go rodził w piersiach ból wykręcanych ramion. Prowadzili go wdół rzeki — między ludzi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.