Trzej muszkieterowie (1913)/Tom III/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Trzej muszkieterowie
Podtytuł Powieść historyczna z XVII wieku
Wydawca Wydawnictwo Najsławniejszych Powieści Świata
Data wyd. 1913
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Warszawa, Lwów
Tłumacz Stanisław Sierosławski
Tytuł orygin. Les Trois Mousquetaires
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
ZRZĄDZENIE LOSU.

Tymczasem milady, uprzytomniwszy sobie utratę cennego dokumentu Jego Eminencyi, pijana złością, rzucając się na pokładzie statku, niby uwięziona lwica, gotowa była niemal skoczyć w fale morza, by dostać się z powrotem na wybrzeże. Nie mogła pogodzić się z myślą, że, znieważona przez d’Artagnana, a następnie pozbawiona przez Atosa śmiertelnego swego żądła, musiała opuszczać Francyę, nie pomściwszy się na nich. Myśl ta stała się jej wreszcie tak nieznośną, że, nie dbając o to, jakie niebezpieczeństwa mogą stąd dla niej samej wyniknąć, poczęła błagać kapitana statku, aby wysadził ją na brzeg. Ale kapitan, pragnąc jak najrychlej wyjść z niemiłego położenia, w jakiem się znalazł — w pośrodku między wojennymi okrętami Francyi i Anglii, niby nietoperz między szczurami i ptakami, spieszył ku wybrzeżu angielskiemu i stanowczo odmówił żądaniu, które uważał jedynie za kaprys kobiecy, przyrzekając natomiast podróżnej, szczególnie zresztą poleconej mu przez kardynała, że wysadzi ją na ląd, o ile tylko morze i Francuzi na to pozwolą, w jednym z portów bretońskich — w Loriencie lub w Breście. Wiatr wszakże był niepomyślny, a morze wzburzone, i musiano lawirować z niezwykłą ostrożnością. Wreszcie w dziewięć dni po opuszczeniu Charente milady, wybladła ze zmartwień i złości, ujrzała przed sobą spowite w mgły wybrzeża Finisterru. Poczęła się wszakże zastanawiać, jak ma postąpić. By dostać się stąd z powrotem do kardynała, potrzebowałaby zużyć na to, wliczając jeden dzień na wylądowanie, cztery dni czasu; dodawszy te cztery dnie do dziewięciu dni przebytej już podróży, miała razem trzynaście dni straconych, — trzynaście dni, w ciągu których wydarzyć się mogły w Londynie najdonioślejsze wypadki. Rozważyła również, że kardynał, oburzony jej powrotem, w następstwie tego gotów byłby uwzględnić raczej skargi, przeciwko niej podniesione, aniżeli te, z jakiemiby ona wystąpiła przeciwko innym. Następstwem tych rozważań było to, że okręt minął Lorient i Brest, ona zaś nie przypominała już o poprzedniej swej prośbie kapitanowi, który, zadowolony z jej milczenia, uważał za odpowiednie milczeć również. Tak więc płynęła milady dalej i tego samego dnia, gdy Planchet wsiadał w Plymouth na okręt, zdążając z powrotem do Francyi, wysłanniczka Jego Eminencyi przybyła do tegoż portu.
Wybrzeże roiło się od tłumu, gdyż w dniu tym wśród wielkiej uroczystości spuszczano na morze cztery dopiero co wykończone statki. A w ceremonii tej brał, jak zwykle, udział książę Buckingham. Błyszczący od złota, lśniący, jak zazwyczaj, dyamentami i klejnotami, z białem piórem, spływającem mu z kapelusza na ramię, stał on w otoczeniu wspaniałej świty.
Był to jeden z tych pięknych, rzadkich dni zimowych, kiedy Anglia przypomina sobie, że istnieje słońce. Zachodziło ono właśnie, zalewając purpurą niebo i morze, złocąc wieże i stare domy miasta, paląc się w ich szybach, niby płomienie pożaru.
I oto, gdy Anglia przystępowała do aktu, który był wyrazem rosnącej jej potęgi, milady, słaba kobieta, posiłkowana jedynie kilkoma worami złota, stawała w jej obliczu, przygotowując się do walki na śmierć i życie i porównywając się w myśli z ową straszną Żydówką, Judytą, gdy ta znalazła się wśród obozu asyryjskiego, wśród nieprzeliczonego mnóstwa wozów ładownych, koni, ludzi i zbroi, co wszystko jednym ruchem ręki rozwiała, jak chmurę dymu.
Gdy statek zatrzymał się nareszcie w pobliżu portu, zarzuciwszy kotwicę, skierowała się ku niemu groźnie uzbrojona, niby straż nadbrzeżna, mała szkuta, i po chwili spuszczono z niej na morze łódź, która podpłynęła ku drabince statku. W lodzi znajdował się oficer, sternik i ośmiu wioślarzy. Na pokład wszedł tylko oficer, którego przyjęto z należnymi jego mundurowi honorami, a zamieniwszy z właścicielem statku słów kilka, przedstawił mu dokumenty, jakie przywiózł z sobą. Bezpośrednim skutkiem przejrzenia owych dokumentów było to, że kapitan kazał wezwać na pokład wszystkich znajdujących się na statku ludzi załogi i podróżnych, poczem oficer, wypytawszy głośno, z jakiego portu statek wypłynął, którędy jechał i gdzie przybijał do brzegu, i otrzymawszy na wszystkie te zapytania szczerą odpowiedź kapitana, odbył przegląd zebranych, przechodząc od jednego do drugiego. Zatrzymawszy się przed milady, oficer popatrzył na nią badawczo, poczem zwrócił się ponownie do kapitana i zamienił z nim słów kilka, dając jakieś zlecenie. Na to zlecenie posłuszny kapitan wydał rozkaz załodze, i wnet statek ruszył z miejsca jednocześnie ze szkutą płynącą równo z nim i grożącą mu sześcioma paszczami armat, skierowanych w bok jego kadłuba. Łódka, kołysząca się z tyłu, wyglądała jak łupina przy olbrzymiej masie szkuty.
Podczas, gdy młody oficer przyglądał się badawczo milady, ona także pożerała go wzrokiem. Przy całej swej jednak umiejętności czytania w sercach ludzi, których tajemnice pragnęła odgadnąć, tym razem ta kobieta z płomiennemi oczyma natrafiła na oblicze tak nieprzeniknione, że nic się z niego domyślić nie mogła. Nieodgadniony ten człowiek mógł liczyć lat dwadzieścia pięć lub sześć najwyżej. Twarz miał bladą, oczy jasnoniebieskie, nieco wgłębione, usta wązkie, pięknie zarysowane, lecz w swych szlachetnych liniach nieruchome. Broda, wysunięta nieco naprzód, świadczyła o sile woli, która u pospolitych typów angielskich graniczy z uporem. Czoło wyniosłe, jak u poetów, entuzyastów i żołnierzy, ocieniał włos krótki, gładko zaczesany, pięknej ciemnej barwy, tak samo, jak broda, okalająca mu oblicze.
Gdy statek wpłynął do wewnętrznego portu, zapadła już noc, a mgła, potęgująca jeszcze ciemności, tworzyła naokoło nadbrzeżnych latarń widmowe kręgi, podobne do tych, jakie okalają księżyc w przededniu niepogody. Powietrze było wilgotne, zimne i tchnęło jakimś smutkiem. Być może, iż to podziałało na milady, że drżała w tej chwili, jak w febrze.
Oficer zażądał, by mu wskazano kufry podróżne milady, poczem kazał je przenieść do łodzi, a gdy wypełniono to zlecenie, podał jej rękę, prosząc, aby udała się za nim.
Milady spojrzała na młodego człowieka i zawahała się.
— Kto pan jesteś? — zapytała — i dlaczego z tak szczególną troskliwością opiekujesz się pan moją osobą?
— Odgadnie to pani łatwo, spojrzawszy na mój mundur. Jestem oficerem marynarki angielskiej — odpowiedział młodzieniec.
— Czyż jest to obyczajem oficerów marynarki angielskiej, że oddają się na usługi swych rodaczek, przybywających do portów Wielkiej Brytanii, i że posuwają swą uprzejmość do tego stopnia?
— Jest to zwyczaj, milady, wskazany nie uprzejmością dla kobiet, ale przezornością. Podczas trwania wojny odprowadzamy wszystkich cudzoziemców do wyznaczonych dla nich hoteli, gdzie aż do chwili zasięgnięcia szczegółowych o nich wiadomości pozostają pod nadzorem władz naszych.
Słowa te oficer wypowiedział z największą uprzejmością i najzupełniejszym spokojem. Jednak nie zdołały one przekonać milady.
— Nie jestem przecie cudzoziemką, mój panie — rzekła z najczystszym akcentem angielskim, jaki można słyszeć od Portsmouthu do Manchesteru; — nazywam się lady Clarick, i to rozporządzenie...
— Rozporządzenie to obowiązuje wszystkich, milady, i napróżno usiłowałabyś pani uchylić się od niego.
— W takim razie idę z panem.
I przyjąwszy podane jej ramię, poczęła schodzić po drabince, u stóp której oczekiwała łódka. W tyle łodzi rozciągnięty był wielki płaszcz; oficer wskazał jej na nim miejsce i sam usiadł obok.
— Odbijać! — wydał rozkaz marynarzom.
Osiem wioseł jednem uderzeniem spadło w morze, rozgarniając równym ruchem ciemne fale, i łódź pomknęła ku lądowi.
W pięć minut przybili do brzegu. Oficer wyskoczył i podał rękę milady. W pobliżu oczekiwał powóz.
— Czy to dla nas jest przeznaczona ta kareta? — spytała milady.
— Tak, pani — odparł oficer.
— A jak daleko stąd do hotelu?
— Znajduje się on na drugim końcu miasta.
— Zatem jedźmy — rzekła milady i śmiałym ruchem wsiadła do powozu.
Oficer dopilnował, by kufry podróżne przytroczono z tyłu karety, poczem wsiadł do powozu i, ulokowawszy się obok milady, zamknął drzwiczki. Woźnica zaś na ten dźwięk, nie czekając rozkazu i nie pytając o cel podróży, zaciął konie, i kareta pomknęła w uliczki miasta.
Tak niezwykłe przyjęcie na ziemi angielskiej nastręczyło milady wiele tematu do rozmyślań. Ze zaś po kilku próbach przekonała się, iż oficer nie jest wcale usposobiony do rozmowy, wcisnęła się w głąb pojazdu i poczęła rozważać kolejno wszystkie przypuszczenia, jakie się jej nasuwały.
Po upływie jakiegoś kwadransa, zdziwiona przedłużającą się zbyt jazdą, nachyliła się ku drzwiczkom, aby zobaczyć, gdzie się znajduje, i stwierdziła z pewnem zdumieniem, że naokół nie widać wcale domów; w ciemnościach nocy migały tylko przydrożne drzewa, jak czarne widma, biegnące szybko jedno za drugiem.
Milady wzdrygnęła się.
— Jesteśmy za miastem? — odezwała się.
Młody oficer milczał.
— Uprzedzam pana, że nie pojadę dalej, jeżeli mi pan nie powiesz, dokąd mię wieziesz!
I na tę groźbę nie było odpowiedzi.
— Panie! tego już zawiele! — zawołała milady. — To już najoczywistszy gwałt! — I poczęła krzyczeć. Na pomoc! ratujcie!
Nikt jednak na to wołanie nie odpowiedział; oficer siedział nieruchomy, jak posąg, a powóz pędził dalej z niezmienioną szybkością.
Milady spojrzała na swego towarzysza jednym z tych spojrzeń, które rzadko kiedy chybiały celu, i gniew rozświecił jej oczy w ciemności. Młody człowiek jednak nie poruszył się nawet. Wówczas milady porwała się nagle z siedzenia, by otworzyć drzwiczki i wyskoczyć z powozu, co widząc oficer oświadczył lodowatym tonem:
— Ostrzegam panią, że, wyskakując, możesz się pani zabić...
Milady, pieniąc się ze złości, usiadła, i wówczas młody człowiek, spojrzawszy na nią, aż się zdziwił zmianą, jaka wskutek strasznego gniewu zaszła na jej twarzy; piękne to oblicze zeszpecił taki wyraz, że stało się ono niemal wstrętnem.
Ale przewrotna ta istota spostrzegła się w tejże chwili, że gubi się sama, pozwalając zbyt głęboko zajrzeć w swą duszę, więc natychmiast rozpogodziła twarz i zapytała z westchnieniem:
— Na miłość Boga, powiedz mi pan, komu zawdzięczam ten gwałt, jakiego się wobec mnie dopuszczono: rządowi waszemu, czy też jakiemu osobistemu wrogowi memu?
— Niema tu żadnego bynajmniej gwałtu, pani; to, co się stało, jest poprostu wynikiem zarządzeń, do jakich musieliśmy się uciec wobec tych ludzi, którzy przybywają do Anglii.
— Więc pan nie znasz mnie wcale?
— Po raz pierwszy w życiu mam zaszczyt widzieć panią.
— I możesz mi pan zaręczyć słowem, że nie żywisz do mnie jakichkolwiek wrogich uczuć?
— Bynajmniej; daję pani na to moje oficerskie słowo.
Tyle było powagi, łagodności, a nawet słodyczy w głosie młodzieńca, że milady do pewnego stopnia uspokoiła się.
Nareszcie, po godzinie mniej-więcej jazdy, powóz zatrzymał się przed żelazną kratą, która zamykała stromą drogę, wiodącą do ponurego kształtem, ogromnego i zupełnie samotnego zamczyska. Po otwarciu tej kraty powóz ruszył ku murom zamczyska, a podczas gdy koła toczyły się po miękkim piasku, do uszu milady doszedł głuchy poszum morza, z czego wywnioskowała, że uderza ono tuż niedaleko bałwanami swymi w skaliste wybrzeże.
Powóz przejechał pod dwoma sklepieniami i zatrzymał się wreszcie na ciemnym kwadratowego kształtu podwórcu. Prawie równocześnie oficer, otworzywszy drzwiczki, wyskoczył lekko na ziemię i podał rękę milady, która, wsparłszy się na niej, wysiadła, jakby się zdawało, uspokojona już zupełnie.
— Bądź co bądź jednak — rzekła, rozejrzawszy się dokoła z najwdzięczniejszym uśmiechem, a następnie zwróciwszy się ku młodemu oficerowi, — bądź co bądź jednak jestem, jak widzę, więźniem. Spodziewam się wszakże, iż niewola ta nie potrwa zbyt długo — dodała; — czyste moje sumienie i uprzejmość pańska, panie oficerze, są mi w tym względzie, jak myślę, najlepszą gwarancyą.
Aczkolwiek słowa te były mocno dla oficera pochlebne, nie odpowiedział jednak na nie ani słowa, — natomiast wyjął z za pasa małą srebrną świstawkę, jaką zazwyczaj posługują się sternicy na okrętach wojennych, gwizdnął trzykrotnie, za każdym razem inaczej, a na ten sygnał podbiegło wnet kilku ludzi i, wyprzęgnąwszy okryte pianą konie, poprowadzili je do stajni, powóz zaś zatoczyli do wozowni. Oficer zaś tymczasem, zawsze z tą samą obojętną grzecznością, poprosił uwięzioną, by podała mu ramię, a gdy milady, wciąż uśmiechnięta, ujęła go pod rękę, wprowadził ją w nizką, łukowo sklepioną bramę, skąd oświetlonym z jednej tylko strony korytarzem weszli na kamienne schody i zatrzymali się wreszcie przed okutemi drzwiami. Oficer otworzył je kluczem, który miał przy sobie, przyczem drzwi zgrzytnęły głucho, i wprowadził milady do przeznaczonego dla niej pokoju.
Jednem spojrzeniem objęła milady cały apartament.
Stojące wewnątrz sprzęty były odpowiednie zarówno dla celi więziennej, jak i dla zwykłego mieszkania; jedynie kraty, umieszczone w oknach, i rygle, znajdujące się zewnątrz drzwi, świadczyły, iż jest to właściwie więzienie.
Gdy się milady tu znalazła, nagle cała siła woli opuściła tę tak doświadczoną w przeróżnych okolicznościach życia istotę; osunęła się na krzesło i ze skrzyżowanemi rękoma, opuściwszy głowę na piersi, wpadła w pewnego rodzaju osłupienie. Przypuszczała na razie, że lada chwila nadejdzie sędzia, by ją wybadać, — ale nie ukazał się nikt, prócz kilku żołnierzy marynarki, którzy wnieśli toboły i kufry, ustawili je w kącie pokoju i oddalili się w milczeniu. Oficer, bacząc na wszystko z tym samym spokojem, jaki już milady miała sposobność poznać, milczał również i nawet rozkazy swoje wydawał bądź ruchem ręki, bądź zapomocą świstawki. Można by powiedzieć, że w stosunkach tego człowieka z podwładnymi mowa ludzka jest nieznana lub stała się bezużyteczną.
Bezwład jednak, jaki na razie opanował milady, nie trwał długo. Nie mogąc pogodzić się z zagadkowością swego położenia, zawołała niecierpliwie:
— Na miłość Boga, panie oficerze! co znaczy to wszystko? Uspokój pan moją niepewność; zniosę odważnie każde niebezpieczeństwo, które znam, każde nieszczęście, o którem wiem. Gdzie się znajduję i w jakim tu jestem charakterze? Jeżeli jestem wolna, jaki cel mają te kraty w oknach i rygle przy drzwiach? Jeżeli zostałam uwięziona, o jaką zbrodnię mię oskarżają?
— Znajdujesz się pani w przeznaczonym dla niej pokoju. Polecono mi zabrać panią z pokładu okrętu i przywieźć do tego zamku; wypełniłem ten rozkaz ze ścisłością, jak sądzę, żołnierską, ale również z grzecznością, godną szlachcica. Na tem, na razie przynajmniej, zakończyły się moje obowiązki wobec pani; reszta zależy już od innej osobistości.
— A ta inna osobistość? któż to jest? — pytała milady. — Czy nie możesz pan powiedzieć mi jej nazwiska?
W tej chwili rozległ się na schodach głośny brzęk ostróg, ozwało się kilka głosów i umilkło, poczem odgłos kroków jednego człowieka dał się słyszeć tuż za drzwiami pokoju.
— Oto nadchodzi właśnie ta osoba, o której pani mówiłem — rzekł oficer, usuwając się szybko z przejścia i przybierając pełną uszanowania i posłuszeństwa postawę.
Zaledwie wypowiedział te słowa, drzwi pokoju otwarły się, i na progu stanął jakiś człowiek. Wszedł z odkrytą głową; przy boku miał przypasaną szpadę, — w rękach gniótł chusteczkę.
W cieniu kurytarza postać przybyłego wydała się milady znajomą. Wsparłszy się ręką na poręczy krzesła, na którem siedziała, podała się głową naprzód, jakgdyby chcąc pójść naprzeciw rzeczywistości.
Nieznajomy zwolna posuwał się ku niej, w miarę zaś, jak wchodził w krąg światła lampy, słabo oświecającej pokój, milady pomimo woli cofała głowę.
Wreszcie niepewność jej została rozwiana.
— Czy się nie mylę? mój brat?! — zawołała nagle ze zdumieniem. — Jakto? tyżeś to?
— Tak jest, piękna pani — odpowiedział chłodno lord Winter, skłaniając równocześnie głowę w ukłonie napoły uprzejmym, napoły ironią zaprawionym. — Tak! to ja we własnej osobie.
— Więc ten zamek?...
— Jest moją własnością.
— A ten pokój?...
— Przeznaczony jest dla pani.
— Jestem więc twoim więźniem?
— Mniej-więcej tak.
— Ależ to... to okrutne nadużycie władzy!
— Nie posługujmy się patetycznemi określeniami... Usiądźmy raczej i pomówmy z sobą spokojnie, tak, jak przystoi bratu i siostrze...
Lord Winter odwrócił się i, spostrzegłszy, że młody oficer oczekuje snadź jeszcze dalszych zleceń, rzekł doń uprzejmie:
— Dziękuję panu. Jestem zupełnie zadowolony. Teraz racz pan, panie Feltonie, pozostawić nas samych.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: Stanisław Sierosławski.