W puszczy (Ejsmond)/Miłość i śmierć

<<< Dane tekstu >>>
Autor Julian Ejsmond
Tytuł Miłość i śmierć
Podtytuł (opowieść karpacka)
Pochodzenie W puszczy
Data wydania 1928
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz J. Rajski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron



MIŁOŚĆ I ŚMIERĆ
(OPOWIEŚĆ KARPACKA)



Góry przemglone dymiły siwą kurzawą chmur. Gdzieś w dole szumiał potok... A zdala, jak przeciągły grzmot, rozbrzmiewał ryk jeleni...
Na połoninie, porosłej bujnem zielem, pełnej złocistych „mleczaków“, mięty i modrych bukietów gencjany, pasł się Nieulękniony byk, jeleń wspaniały, dumny władca chmary, składającej się z pięciu słodkookich i tkliwych łań. W sercu gór na godach miłości nie drżał on ani przed zazdrością rywali, ani przed podstępem zwierząt drapieżnych: ludzi i wilków... Stara łania, opiekunka stada, strzegła go bowiem dniem i nocą...
Skoro tylko pojawił się w okolicy wilk, szary rozbójnik wirchów, już o tem wiedziała. Ostrzegał ją najlżejszy powiew wiaterku, przynoszący do nozdrzy ostry zapach czającego się zwierza.
A gdy myśliwiec ruszył o świcie na odstrzał ryczącego byka i ścieżką górską dążył po zdobycz, znów powiew poranny, niedostrzegalne niemal tchnienie, mówiło starej łani: strzeż się, wróg blisko.
Zwracała wówczas baczny wzrok ku gęstwinom, a gdy Nieulękniony rykiem głosił swą miłość — ona na jedną chwilę nie zapominała o tem, iż bezpieczeństwo chmary od niej zależy. Krótko, chrapliwie chrząkała, poczem całe stado, jak lawina lecących w przepaść kamieni, ruszało wdół, w czarną otchłań puszczy jodłowej.
I cisza nastawała zupełna. Tylko potok szumiał po dawnemu w przepaści, a z za mgły dolatywał podobny do skargi, jękliwy głos jelenia.
Nieulękniony zazdrośnie okrążał swe łanie. Na głos rywali nie raczył nawet odpowiadać. Zrzadka jedynie odezwał się grubem stęknięciem... Nie straszył, jak to czyniła młodzież. Świadomy był swojej mocy niepożytej i swojego bezspornego władztwa w karpackiej kniei.
Gdy zaś natręt zbyt blisko podchodził do jego płowych i płochych miłośnic, rzucał mu jedno z tych spojrzeń, które groźniejsze są od ryku — i natręt cofał się w gęstwiny.
A kiedy zbliżyły się przypadkiem dwie chmary, dwa byki podchodziły wówczas ku sobie zwolna, ryczały gniewnie, stawały majestatycznie, zbliżały się jeszcze, by potem godnie wrócić do łań i zniknąć wraz z niemi w gąszczu płonących buków i mrocznych jaworów.

*

Niezawsze jednak bywało tak spokojnie. Czasem płynęła gorąca posoka, rumieniąc świeży śnieg. Nieustraszony pamiętał ów dzień radosny, pachnący oparem krwi i ostrą wonią górskich ziół, ów dzień nadewszystko wielki, w którym zdobył władanie nad chmarą.
Pamiętał, jak przybył z dalekich gór południa, jak szedł głodny i umęczony, pragnący miłości, gnany namiętnością, aż dotarł do tych połonin, wirchów i roztok, na których ujrzał wreszcie płowe stado, strzeżone przez starego byka. Walczyli krwawo, aż powalił dawnego władcę na kolana. Zrozumiał stary byk, że walkę przegrał. Zerwał się i umknął co sił, najpierw całym pędem, potem coraz wolniej, opuszczając miejsce swoich triumfów, dawnej chwały i szczęśliwości.
Pozwolił mu odejść. Postąpił za nim jedynie parę kroków wyzywająco i majestatycznie. Poczem wrócił do łań i głośnym rykiem obwieścił borom i potokom, iż wstąpił we wszystkie prawa swego poprzednika i władcą jest, i królem, i mocarzem niezwyciężonym... A płowe i płoche, słodkookie, łagodne łanie pasły się wówczas spokojnie, jakby nie o nie szedł śmiertelny bój, uradowane, że z pod śniegu, topniejącego w porannem słońcu, wychylały się bujne kiście granatowej gencjany...
Od tego czasu życie jego płynęło w spokoju i radościach. Łanie darzyły go wierną miłością, rywale mijali trwożnie jego ostoje, w dziewiczym mateczniku pełno było zimnych, rozkosznych latem kąpielisk i słonych lizawek, i rudych tłokowisk, które były miejscem miłosnych godów jelenich.
I zdawało się, że cisza taka i spokój trwać będą zawsze w tej rajskiej krainie, dziko pięknej i groźnie rozkosznej.

*

Aż pewnego wrześniowego poranku pojawił się w ostępie karpackim Przybysz zdaleka, byk gruby i siwy, o potężnym wieńcu, spragniony miłości i walki. Nie głosił gromkim rykiem o swem przybyciu i o swojej mocy. Nie groził rywalom i nie wyzywał do walki całego świata. Zjawił się cicho, we mgle, jak sen. Przybył, węsząc świeże, ciepłe jeszcze tropy płowego haremu, i szedł śladem łań i śladem ich władcy, aż dotarł do zawalonej śniegiem polany, na której Nieustraszony przebywał ze swoją chmarą.
Po górach pełzały mgły. Chmury ciężarne ulewą słaniały się w dole. Szare opary czepiały się stromych stoków. Lekkie obłoki unosiły się powiewnie ku wirchom, które dymiły kłębami białej pary, jak szczyty wulkanów...
A gdzieś z za mgieł rozbrzmiewał daleki, żałosny ryk jelenia i szum rwącego w przepaść potoku.
Nieustraszony pasł się, wydając zrzadka grube stęknięcie, nie będące wyzwaniem do boju niegodnych, ale raczej ostrzeżeniem dla nich, iż tu przebywa władca kniei, koronowany wspaniałym wieńcem o dwudziestu gałęziach...
A wtem posłyszał szelest w smrekowych gąszczarach i chrupkie trzeszczenie świeżego śniegu. Spojrzał ku białemu wzgórzu i zdumiał się, ujrzawszy za perłową mgłą jelenia, stojącego na okrytym bielą szczycie. Gęsta mgła wyolbrzymiała jego postać. Byk potwornie wielki, majestatyczny, stał nieruchomo, jakgdyby wykuty z jednej bryły granitu...
Nieustraszony pojął odrazu, że ma przed sobą groźnego przeciwnika, z którym będzie musiał stoczyć walkę na śmierć i życie. Pojął, że tu chodzi nie o groźby i strachy, ale o panowanie nad stadem.
Powoli, bardzo wolno, ruszył naprzeciw Przybysza. Tamten również bez pośpiechu począł się zbliżać. Gdy zaś dzieląca ich przestrzeń zmalała, uderzyły na siebie i zwarły się z łoskotem, jak dwa bloki skalne, jak dwie lawiny, jak dwie burze, aż grom poszedł echem po rozłogach i górach. I poczęły mocować się i zmagać, tłuc w siebie, walić, grzmocić, bić. Czasem wieńce rozdzielały się, a każdy byk usiłował wówczas zadać przeciwnikowi cios zboku. I znów następowało zderzenie rozgłośne, i nowe ciosy, nowe razy, nowe szamotania...
Zdawało się, iż to dwie nawałnice, walczące ze sobą. Groza tej sceny miała w sobie czar przedziwny, urok śmiertelny... Miłość bowiem i śmierć, dwie siły, którym niemasz równych, rozpostarły swoje władne skrzydła nad zapaśnikami.
Już śnieg zbroczyła i zarumieniła pierwsza krew. Jej ostra woń upiła byki, rzuciła na nie szaleństwo, zapaliła w nich taką wściekłość, taką żądzę mordu, iż jedynie śmierć przeciwnika mogła nasycić ten dziki i drapieżny głód.
Było coś w tym boju z pierwszych dni młodej ziemi, gdy o jej miłość walczyły ze sobą rozpętane żywioły...
Lecz powoli bój jeleni tężał w zmaganie zapamiętałe, nieustępliwe, bez szamotań i uderzeń, bez napaści i uchyleń. Dwa olbrzymie byki wparły się w siebie porożem, aż ziemia stęknęła pod ich ciężarem... I znieruchomiały, związane ze sobą na śmierć, na zatracenie... Cisza stała się zupełna, tak przeraźliwa, że aż dzwoniąca w uszach... Czasem jedynie suchy liść odrywał się od złocistego buka lub czarnego jaworu i spływał z szelestem na śnieg, jak umarły motyl.
Gdy dwaj władcy ostępu bili w siebie oszalałem porożem, że aż leciały skry, gdy szamotali się w dzikim wybuchu zazdrosnej nienawiści, zdawało się, że niemasz ponad to groźniejszego obrazu. A teraz oba byki, bez ruchu stojące, wparte w siebie wieńcami, groźniejsze były jeszcze stokrotnie. Sprężyły się ich żelazne mięśnie, wygięły hartowne grzbiety, schyliły i splątały gałęzie rogów, splątały na wieki.
Bo oto, gdy w nagłym odskoku zapragnęły rozdzielić się ze sobą na mgnienie oka, by uderzyć na nowo — splecione wieńce odmówiły im posłuszeństwa... Splecione wieńce trzymały ich, wrogów śmiertelnych, w uścisku, mocniejszym nadewszystko, nad życie i nad śmierć...
Nieulęknionych ogarnął lęk, niezwalczonych zwalczyło przerażenie... Poczęły szarpać się boleśnie, beznadziejnie, oszalałe z trwogi, złączone podstępnemi sidłami odnóg...
Zastygły w bezruchu z przerażenia... Nie podnieść im już bujnych głów! nie zniżyć im się do paśnika!... Głodowa śmierć, okrutna śmierć — zamiast ziszczenia miłosnych pożądań. I tępa rozpacz.
Spuściły głowy boleśnie, bezsilnie, dwie głowy o pysznych wieńcach, w których czaiła się śmierć...

*
A wtem złote, boskie słońce, radosne i jasne, wyłoniło się z za mgieł i roztoczyło błogosławieństwo promieni nad całą ziemią cudną, jakgdyby z bajki... A ziemia łączyła w sobie powaby wszystkich pór roku — zimową biel śniegu i letni przepych kolorowych, modrych gencjan, i płonące złoto buków jesiennych, i wiosenną zieleń połonińskich, wiecznie zielonych traw...

Góry były tak piękne, iż zapomnieć można było o tem, że mają serca kamienne.

*

Opadły bezsilnie głowy sczepionych ze sobą na wieki zapaśników...
Zaś słodkookie, płowe, łagodne łanie, śliczne i wdzięczne, pasły się opodal w lubej beztrosce, uradowane, iż z pod tającego w słońcu śniegu pokazała się soczysta zieloność...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Julian Ejsmond.