Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XXXVII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVII.
OPAT FOUQUET.

Fouquet przebiegł prędko korytarz podziemny, wszedł i starannie zasunął lustro na właściwe miejsce.
Zaledwie znalazł się w gabinecie, posłyszał stukanie do drzwi, a jednocześnie głos dobrze znany wołał:
— Otwórz, szanowny panie, otwórz, proszę.
Fouquet szybkiem poruszeniem uporządkował wszystko, co mogło zdradzać jego wzruszenie i nieobecność; rozrzucił papiery na biurku, wziął pióro do ręki i, ażeby zyskać na czasie, zapytał przez zamknięte drzwi.
— Kto tam?...
— Jakto?... pan mój mnie nie poznaje?... — odpowiedziano.
— Tak, tak — mówił Fouquet do siebie — tak, mój przyjacielu, poznaję cię wyśmienicie.
Głośno zaś dodał;
— Czy to ty, Gourvillu?...
— Tak, ja, proszę pana.
Fouquet podniósł się, rzucił ostatnie spojrzenie na lustro, poszedł do drzwi, odsunął rygle i wpuścił Gourvilla.
— O!... panie, panie — rzekł tenże — skąd ta surowość?...
— Dlaczego?...
— Od kwadransu już błagam, abyś otworzył, a pan mi nawet nie odpowiadasz.
— Wiesz o tem, że nie chcę aby mnie odrywano od pracy, chociaż ty czasem nie podlegasz tej ogólnej zasadzie, kochany Gourvillu, ale życzeniem jest mojem, aby inni szanowali ten rozkaz.
— O, panie, dziś nicby mnie nie powstrzymało: rozkazy, drzwi, zamki i mury, wszystkobym był skruszył, obalił, rozbił...
— Chodzi więc o coś bardzo ważnego?... — zapytał Fouquet.
— O tak, przysięgam panu — rzekł Gourville.
— Cóż się stało tak nadzwyczajnego?... — ciągnął Fouquet wzruszony trochę pomieszaniem swego najbliższego powiernika.
— Panie, utworzono tajny sąd przysięgłych.
— Wiem o tem, lecz czy już sędziowie rozpoczęli czynności, Gourvillu?...
— Nietylko już działają, ale wydali nawet wyrok....
— Wyrok?... — rzekł minister, nie mogąc ukryć bladości i dreszczu. — Wyrok!... na kogo?...
— Na dwóch pańskich przyjaciół.
— Lyodot i d‘Emery skazani, wszak prawda?...
— Tak, proszę pana.
— Jakiż to wyrok?...
— Wyrok śmierci.
— Już wydany?... Mylisz się, Gourvillu, to niepodobieństwo.
— Oto kopja wyroku, który król ma dziś podpisać, jeżeli go dotychczas nie podpisał.
Fouquet porwał chciwie papier, przeczytał i oddał Gourvillowi.
— Król tego nie podpisze — powiedział.
Gourville potrząsnął głową.
— Panie łaskawy, Colbert to śmiały doradca... nie spuszczaj się na to...
— Znowu Colbert!... — zawołał Fouquet — od kilku dni nazwisko to ciągle obija się o uszy moje, i ty znów je powtarzasz?... Niech Colbert wystąpi, a zobaczymy; niech tylko głowę podniesie... zmiażdżę go bez litości; lecz pojmujesz, iż potrzebuję jakiegoś punktu, na którym byłbym w stanie wzrok zatrzymać, jakiejś powierzchni, abym nogę postawił i stratował..
— Cierpliwości, miłościwy panie, mówisz tak, bo nie wiesz jeszcze, do czego zdolnym jest Colbert.... Przypatrz mu się dobrze, staraj się go poznać; ten ponury rachmistrz, prowadzący dzieło swe w ukryciu, ukaże się jak meteor; nie spodziejesz się nawet, jak spadnie, zaćmi cię i zabije...
— O! Gourville, tego już zanadto, — odparł Fouquet z uśmiechem; — pozwól, mój przyjacielu, że tak łatwo się nie przerażę. Pan Colbert meteorem!... on, on, pokaż mi dowody, a nie gołe słowa... Cóż on takiego zrobił?...
— Rozkazał katowi paryskiemu przygotować dwie szubienice — odparł Gourville spokojnie.
Fouquet podniósł głowę, oczy mu zabłysły.
— Czy pewnym jesteś tego, co mówisz?... — wykrzyknął.
— Oto dowód, proszę pana.
Gourville podał ministrowi rozkaz, który odpisał dla niego jeden z sekretarzy ratuszowych, oddany Fouquetowi.
— Tak, to prawda, — mruczał minister, — rusztowanie wznosi się... lecz król nie podpisał, Gourvillu... król nie podpisze...
— Będę wiedział niebawem, — rzekł Gourville.
— Jakim sposobem?...
— Jeżeli król podpisał, dziś wieczorem przyślą szubienicę do ratusza, aby do jutra ustawić...
— Ależ nie, nie, — zawołał raz jeszcze Fouquet — mylisz się i mnie w błąd wprowadzasz; przedwczoraj rano był u mnie Lyodot; przed trzema dniami biedny d‘Emerys przysłał właśnie transport wina syrakuskiego.
— Czegóż to dowodzi?... — odpowiedział Gourville — chyba tego, że nowy sąd zebrał się potajemnie, rozbierał motywy w nieobecności oskarżonych i że cała procedura była gotowa, gdy ich aresztowano.
— Więc zaaresztowani?...
— A jakże....
— Gdzie?... kiedy?... jak ich aresztowano?...
— Lyodota wczoraj przed świtem; d‘Emerysa onegdaj wieczorem, gdy powracał od swojej kochanki; nikt uwagi nie zwrócił na ich zniknięcie, lecz naraz Colbert zdjął maskę i kazał rozgłosić całą sprawę. Trąbią teraz o tem po wszystkich ulicach Paryża i doprawdy, łaskawy panie, ty jeden nie wiesz o tem zdarzeniu...
Fouquet zaczął chodzić po pokoju, z coraz bardziej wzrastającym niepokojem.
— Cóż postanowisz, panie mój?... — zapytał Gourville.
— Gdyby tak było, udam się do króla!... — zawołał Fouquet. — Jadąc do Luwru wstąpię najpierw do ratusza. Jeśli wyrok podpisany, no, to zobaczymy!...
— Jedźmy!... — dodał — każ otworzyć, Gourvillu.
— Ostrożnie, panie, — rzekł tenże, — pan opat Fouquet jest za drzwiami.
— A!.. mój brat?... — odparł Fouquet zgryźliwie, — to on się tam znajduje?... musi wiedzieć coś złego i rad jest, jak zawsze, że może mi to oznajmić?... Do djabła, jeżeli mój brat przyszedł, interesy moje źle idą, Gourvillu; czemużeś wpierw nie powiedział?... Byłbym się dał łatwiej przekonać.
— Obmawiasz go, panie łaskawy — rzekł Gourville, Śmiejąc się; — wcale nie w złych zamiarach przybywa.
— Teraz stajesz w jego obronie, — oburzył się Fouquet — to człowiek bez serca, bez zdrowego rozumu, pożeracz mojego majątku.
— Wie, żeś pan bogaty.
— Pragnie mnie zrujnować.
— Nie... pragnie tylko czerpać z pańskiego worka, ot i wszystko.
— Dosyć, dosyć!... sto tysięcy dukatów w przeciągu dwóch lat!... Do licha!... to z mojej kieszeni, Gourvillu, a ja znam swoje rachunki.
Gourville uśmiechnął się chytrze.
— Tak, chcesz powiedzieć, że to król płaci — rzekł minister; — a!... Gourvillu, nie pora na złośliwe żarty.
— Panie mój, nie gniewaj się...
— Idź, odpraw opata; nie mam teraz ani grosza.
Gourville podszedł do drzwi.
— Cały miesiąc nie był u mnie — ciągnął Fouquet — dlaczegóż nie przeciągnął swej nieobecności do dwóch miesięcy?...
— Bo żałuje, że spędza życie w złem towarzystwie — rzekł Gouryille, — chce pokazać, że przekłada pana nad swoje łotrowskie otoczenie.
— Dziękuję za takie wyróżnienie, zostałeś dziś adwokatem opata Fouqueta, Gourvillu... dziwnie to wygląda.
— Przecież każda rzecz, jak i każdy człowiek, ma swoją dobrą stronę, stronę użyteczną, panie łaskawy...
— Zatem i zbóje na żołdzie opata, których obdarza i poi, mogą być użyteczni?... proszę, dowiedź mi tego...
— Przy zdarzonej sposobności, proszę pana, bardzoby dobrze było mieć tych bandytów pod ręką.
— Więc radzisz pogodzić się z opatem?... — rzekł Fouquet z ironją.
— Radzę panu nie kłócić się ze stoma lub więcej hultajami, którzy, gdy połączą rapiry, utworzyć mogą łańcuch stalowy, zdolny opasać jakie trzy tysiące ludzi.
Fouquet spojrzał bystro na Gourvilla, a potem poszedł do drzwi:
— Rozumiem... Prosić opata Fouquet, — rzekł do lokaja... Masz rację, Gourvillu.
W dziesięć minut opat ukazał się na progu, z niskim ukłonem.
— Był to człowiek prawie czterdziesto-pięcioletni, w połowie duchowny, w połowie wojskowy: szermierz przebrany za księdza: nie miał szpady przy boku, lecz czuć było pistolety w kieszeni pod sutanną.
Fouquet powitał go, nie jak minister, lecz jak starszy brat.
— Czem mogę ci służyć?... — zapytał opata.
— O!... jakim tonem przemawiasz, mój bracie.
— Mówię, jak człowiek, któremu się śpieszy.
Opat spojrzał złośliwie na Gourvila, a niespokojnie na Fouqueta, i powiedział:
— Musze dziś wieczorem zapłacić panu de Bregi trzysta pistolów... dług karciany... dług święty.
— A potem?... — rzekł Fouquet odważnie, gdyż rozumiał, że dla takiej bagateli opatby go nie fatygował.
— Tysiąc mojemu rzeźnikowi, który nie chce mi już mięsa dostarczać.
— Co dalej?...
— Tysiąc dwieście krawcowi!... — ciągnął opat — ten łotr przeklęty zabrał mi siedem ubrań dla służby, przez co liberja moja nie w komplecie, a moja pani mówi już o zastąpieniu mnie poborcą podatków.
— Cóż jeszcze?... — rzekł Fouquet.
— Uważasz pan zapewne — rzekł opat pokornie — że nic nie żądałem dla siebie.
— To bardzo delikatnie — odparł Fouąuet — to też, jak widzisz, oczekuję...
— I nic nie żądam, o!... nic a nic... nie dlatego, ażebym nie potrzebował... zaręczam panu.
Minister myślał przez chwilę.
— Tysiąc dwieście pistolów krawcowi — powiedział — to bardzo wiele...
— Utrzymuję stu ludzi!... — rzekł opat z dumą — sadzę, że to kosztuje.
— Na co aż stu ludzi?... — powiedział Fouquet — czyż jesteś Richelieum albo Mazarinim, żeby się taka strażą otaczać?... Do czego ci służą ci ludzie, powiedz mi otwarcie?...
— Pan pytasz o to?... — rzekł opat; — a!... jak możesz podobne zapytania dawać, dlaczego trzymam stu ludzi?... A!...
— Ależ tak, jeszcze raz pytam, do czego ci taka zgraja, odpowiedz?...
— Niewdzięczny!... — ciągnął opat, rozczulając się coraz bardziej.
— Wytłomacz się, opacie.
— Ależ, panie ministrze skarbu, ja dla siebie, osobiście, miałbym dosyć jednego służącego, a nawet i bez tegobym się obszedł; ale pan, pan, który masz tylu wrogów... stu ludzi nie wystarcza mi na twoją obronę. Co znaczy ta setka!... trzebaby mieć z dziesięć tysięcy. Trzymam tę hołotę dlatego jedynie, ażeby w miejscach publicznych, na zebraniach, nikt nie ośmielił się przeciw tobie głosu podnosić. Bez tego, mój panie, obrzucanoby cię przekleństwami, na zębach rozniesiono; nie wytrwałbyś ani tygodnia, o tak, nawet siedmiu dni, czy rozumiesz pan?...
— Nie wiedziałem, panie opacie, że mam w tobie tak dzielnego sprzymierzeńca.
— Wątpisz może?... — zawołał opat. — Posłuchaj zatem, co się przytrafiło. Nie dawniej, jak wczoraj, na ulicy Hochette, jakiś jegomość targował kurczę.
— W czemże to mogło mi zaszkodzić?...
— Poczekaj, zaraz się dowiesz. Kupujący nie chciał dać osiemnaście sousów, mówiąc, że nie może płacić tak drogo za skórę kurczęcia, z którego wszystka tłustość zabrał dla siebie pan Fouquet.
— Cóż dalej?
— Żart ten rozśmieszył publiczność — ciągnął opat — bawiono się twoim kosztem... to śmierci się równa, do wszystkich djabłów!... tłum rósł co chwila. Żartowniś dodał te słowa: „Dajcie mi kurczę, wykarmione przez pana Colberta, a z ochotą zapłacę, co zażądacie“; pospólstwo klaskać zaczęło. Skandal okropny!... pojmujesz pan; skandal, który zmusił brata do zakrycia twarzy.
Fouquet poczerwieniał.
— I zakryłeś twarz?... — zapytał.
— Nie, gdyż, na szczęście, miałem pod ręką jednego z moich ludzi, świeży nabytek, prosto z prowincji, niejakiego Mennevilla, którego szczególnie lubię. Wyskoczył naprzód, i rzekł do żartownisia: „Kroćset djabłów, panie dowcipny, wypłazować warto twego Colberta!...“ — „Wygarbować skórę twemu Fouquetowi!...“ — odparł zaczepiony. — Poczem złapali się za łby przed sklepem rzeźnika, otoczeni murem ciekawych na ulicy a najmniej pięciuset wyglądającymi z okien.
— Jakże się skończyło?... — rzekł Fouquet.
— Oto mój Menneville nadział wesołego obywatela na szpadę, ku wielkiemu przerażeniu otaczających, i rzekł do rzeźnika: „Zabierz tego indyka, mój przyjacielu, tłuściejszy on od twego kurczęcia“. Widzisz teraz — kończył opat triumfująco — na co wydaję moje dochody; podtrzymuję honor rodziny, mój panie...
Fouquet spuścił głowę.
— A stu takich zuchów posiadam — dodał opat.
— Dobrze — rzekł Fouquet — oddaj listę twoich długów Gourvillowi, a sam zostań na wieczór u mnie.
— Czy będzie kolacja?
— Będzie.
— Ale kasa już zamknięta?....
— Gourville ją otworzy, bądź spokojny, wielebny opacie.
Opat się skłonił.
— Jesteśmy zatem przyjaciółmi?... — powiedział.
— Tak, serdecznymi. Chodź, Gourvillu.
— Wychodzisz, panie ministrze?... Nie usiądziesz z nami do stołu?...
— Za godzinę powrócę, przyrzekam ci, panie opacie.
A potem szepnął do Gourvilla.
— Niech zaprzęgną moje konie angielskie, pojedziemy do ratusza.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.