Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ VI.
NIMFY PARKU FONTAINEBLEAU.

Król przez, chwilę cieszył się swoim triumfem, który, jakeśmy powiedzieli, był najzupełniejszy. Następnie zwrócił się do księżnej, aby ją zkolei podziwiać.
Kiedy królowe wynurzyły swoje zadowolenie, a widzowie swój zapał, kiedy król udał się do loży dla zmienienia ubioru, a książę tańczył, podług zwyczaju przebrany za kobietę, Guiche przyszedł do siebie, zbliżył się do księżny, która siedziała w głębi teatru, czekając na powtórne wystąpienie i w tłumie szukała samotności, aby poić się radością z powodzeń choreograficznych. Zatopiona w myślach, być może, nie wiedziała rzeczywiście, co się wkoło niej dzieje, lub też może nie chciała wiedzieć. Guiche, widząc ją smutną, siedzącą przy malowanem na płótnie drzewie, zbliżył się do niej. Dwie damy honorowe, za Amadrjady przebrane, spostrzegłszy zbliżającego się hrabiego de Guiche, oddaliły się z uszanowaniem. Guiche szedł wśród rozstępującego się koła i powitał Jej Książęcą Wysokość. Ale Jej Książęca Wysokość, czy widziała ukłon, czy też rzeczywiście go nie dostrzegła, dość, że nie raczyła głowy odwrócić. Dreszcz przeszedł po ciele nieszczęśliwego: nie spodziewał się bowiem tak rażącej obojętności, o niczem nie wiedząc, a zatem niczego nie mogąc odgadnąć. Widząc, że nie otrzymuje żadnej odpowiedzi na ukłon, postąpił dalej i rzekł głosem zmienionym, który starał się napróżno uczynić spokojnym.
— Mam honor złożyć księżnie moje uszanowanie.
Tym razem — Jej Królewska wysokość zwróciła omdlewające oczy ku hrabiemu.
— A!... to pan de Guiche, witam.
I odwróciła się znowu. Hrabiemu już brakło cierpliwości.
— Wasza Książęca Wysokość cudownie tańczyła — rzekł.
— Czy tak?... — zapytała od niechcenia księżna.
— Tak, rola to nadzwyczaj stosowna dla Waszej Wysokości.
Księżna zwróciła się nagle i, spoglądając na hrabiego wypogodzonemi oczyma, zapytała:
— Wytłumacz się pan.
— Wasza wysokość przedstawiałaś boginię piękną, lekką, swobodną — odpowiedział hrabia.
— Mówisz pan o roli Pomony?...
— Mówię o bogini, którą Wasza Książęca Wysokość przedstawiasz.
Księżna przez chwilę pozostała ze zwartemi ustami.
— Ale ty, panie hrabio — rzekła nakoniec — nieszczególnym jesteś tancerzem.
— O!... ja pani, jestem z tych, na których się nie zwraca uwagi, albo się o nich zapomina.
Wymawiając te słowa z ciężkiem westchnieniem, ukłonił się i z mocno bijącem sercem, z głową rozpaloną i okiem niepewnem, oddalił się za krzaki płócienne.
Księżna za całą odpowiedź lekko wzruszyła ramionami.
Nadeszły panny Tonnay-Charente i Montalais.
Obie na dany znak spiesznie się zbliżyły.
— Czyście panny słyszały?... — zapytała księżna.
— Co, Wasza Książęca Wysokość?...
— To, co hrabia de Guiche powiedział?...
— Nie.
— Prawdę mówiąc, rzecz godna uwagi — ciągnęła dalej księżna z wyrazem ubolewania — jak dalece wygnanie zmieniło umysł hrabiego.
I głośniej znowu, aby nieszczęśliwy nie stracił ani jednego wyrazu, dodała:
— Najprzód źle tańczył, potem prawił same niedorzeczności.
I wzniosła głowę, nucąc arję, podług której miała tańczyć. Guiche wszystko słyszał, pocisk trafił w serce i rozdarł je. Wtedy, narażając porządek uroczystości, uciekł, drąc na sobie piękny strój Vertumna i siejąc po drodze liście winne, morwowe, migdałowe i inne oznaki tego bożyszcza. W kwadrans potem wrócił do teatru. Ale łatwo było odgadnąć, że wysilał się na poskromienie namiętności, która go wiodła do tej, co go tak śmiertelnie zraniła. Księżna kończyła taniec. Ujrzała go, ale nie patrzyła na niego, on zaś, gniewny i wściekły odwrócił się tyłem, kiedy przechodziła koło niego w orszaku nimf i stu pochlebców.
W tym czasie, na drugim końcu teatru, przy stawie, siedziała dziewica, mając oczy w teatr wlepione. Tu z okna loży lśniły potoki światła. Było to okno łoży królewskiej. Guiche opuścił teatr, goniąc za spokojem, którego potrzebował; przeszedł właśnie około tej dziewicy i powitał ją. Ona zaś, spostrzegłszy młodzieńca, powstała, jakby pochwycona wśród tajemnych myśli, które usiłowała ukryć. Guiche poznał ją i zatrzymał się.
— Dobry wieczór — rzekł z żywością.
— Dobry wieczór, hrabio.
— A!... panna de La Valliere!... — rzekł Guiche — jakże jestem szczęśliwy, że panią spotykam.
Panna de La Valliere skłoniła się, chcąc się oddalić.
— O!... nie, nie, nie opuszczaj mnie, pani — rzekł Guiche, rękę wyciągając ku niej — pozostań, pozostań, proszę. Pani unikasz tłumu i lubisz samotność. O!... rozumiem to!... Wszystkie kobiety z sercem to czynią. Takie kobiety nigdy się nie nudzą. O!... pani, pani. Czy pani, panno de La Valliere, kochasz kogo?...
— Ja?...
— O!... przebacz, nie zastanowiłem się nad tem, co powiedziałem, przebacz mi, przebacz!... Księżna ma słuszność, to przeklęte wygnanie w głowie mi przewróciło.
— Ale król, jak mi się zdaje, dobrze cię przyjął, panie hrabio.
— Dobrze przyjął... być może... zapewne... tak.
— Musiał dobrze przyjąć, bo powracasz, nie pożegnawszy się z nim.
— Prawda, masz pani słuszność. Ale czyś tu nie widziała wicehrabiego de Bragelonne?...
La Valliere zadrżała na to nazwisko.
— Dlaczego pan o to pytasz?
— A!... mój Boże!... czy znowu panią obraziłem?... — rzekł Guiche — bo zdaje się, że cierpisz okropnie. A!... pani, czemuż nie mam przywiązanej siostry, czułej przyjaciółki!...
— Masz przyjaciół, panie de Guiche, a pan wicehrabia de Bragelonne, o którym wspomniałeś przed chwila, jest zapewne jednym z najlepszych.
— Tak, w rzeczy samej jest to dobry przyjaciel. Żegnam cię, pani.
I pobiegł jak szalony wzdłuż stawu.
La Valliere długi czas patrzyła na niego z politowaniem.
— Tak, on cierpi — mówiła — i domyślam się dlaczego.
Zaledwie wymówiła te wyrazy, nadbiegły towarzyszki jej, panna Montalais i de Tonnay Charente. Skończywszy swoja służbę, zrzuciwszy stroje nimf, uradowane pogodą nocy i powodzeniem wieczornem, przybyły szukać towarzyszki.
— Jakto, jesteś już?... — mówiły — myślałyśmy, że pierwsze przybędziemy na schadzkę.
— Ja jestem od kwadransa — odpowiedziała La Valliere.
— Zatem nie bawi cię widowisko?...
— Nie, wolę widok czarnego lasu, wśród którego błyska tu lub owdzie światło, jak zapłonione oko, to rozwarte, to przymknięte.
— Ależ to poetka ta La Valliere — rzekła Tonnay-Charente.
— Nieznośna — odezwała się Montalais. — Ilekroć śmiać się, lub weselić potrzeba, La Valliere płacze; ilekroć płakać należy, jak to przystoi nam, kobietom, o lada cacko, o szmatkę, lub obrażoną miłość własną, La Valliere się śmieje.
— Co do mnie, nie mogę być taką — mówiła panna Tonnay-Charente. — Jestem kobietą i to kobietą, jakiej drugiej niema; kto mnie kocha, ten mi pochlebia, kto mi pochlebia, podoba mi się; a kto mi się podoba...
— Nie kończ — rzekła Montalais.
— To trudno — odparła panna Tounay-Charente, śmiejąc się do rozpuku. — Dokończ za mnie, tyś taka dowcipna.
— A ty jak chcesz, Ludwiko?... — zapytała Montalais.
— To nikogo nie obchodzi — rzekła młoda dziewica, podnosząc się z ławki, na której siedziała przez cały czas baletu. — Teraz, moje panie, miałyśmy projekt bawienia się całą noc bez natrętników i bez widzów. Jesteśmy trzy; jedna drugiej będzie się podobała. Czas prześliczny, spojrzyjcie tylko i przypatrzcie się księżycowi, który zwolna wschodzi na niebie i posrebrza szczyty kasztanów i dębów. Śliczna przechadzka, miła wolność, urocze gaje, słodka przyjaźń!... Weźmy się za ręce i wejdźmy pod wielkie drzewa. Teraz wszyscy zajęci są przygotowaniem do przepysznej przechadzki; siodłają konie, zaprzęgają powozy, muły królowej i cztery białe klacze księżny. Pośpieszmy na miejsce, gdzie nie dostrzeże nas niczyje oko, gdzie nikt nie pójdzie za nami. Montalais, czy pamiętasz lasy Chaverne i Chambord, wysmukłe topole w Blois?... zamieniłyśmy to wszystko na łudzącą nadzieję.
— I na zwierzenia poufne.
— Tak.
— Ja — rzekła panna Tonnay-Charente — ja myślę wiele, ale ostrożnie.
— Ona nic nie mówi — odezwała się Montalais — a co myśli, chyba tylko Bóg wie.
— Ciszej!... — zawołała panna de La Valliere — ktoś z tej strony nadchodzi.
— Prędzej!... prędzej!... w krzaki!... — dodała Montalais — schyl się, Atheno, bo jesteś najwyższa.
Panna de Tonnay-Charente schyliła się.
Prawie w tej samej chwili ukazało się dwóch mężczyzn, idących ze schylonemi głowami ulicą, równoległą do brzegu. Dziewice przysiadły i powstały niedostrzeżone.
— To pan de Guiche — szepnęła Montalais do ucha pannie Tonnay-Charente.
— To pan de Bragelonne — szepnęła do ucha pannie de La Valliere.
Dwaj młodzieńcy zbliżali się, rozmawiając głośno.
— Tutaj właśnie była przed chwila — rzekł hrabia. — Gdybym ją tylko widział, mógłbym był sądzić, że to zjawisko, ale rozmawiałem z nią.
— Zatem jesteś pewny...
— Tak, a może ją przestraszyłem.
— Jakto?...
— Byłem prawie nieprzytomny z wiadomego ci powodu; mówiłem, nie rozumiała mnie i pewnie się przelękła.
— O!... nie troszcz się, mój przyjacielu, — odpowiedział Bragelonne. — Ona jest dobra i usprawiedliwi cię: ma rozum, zrozumie cię.
— Ale jeżeli zrozumiała... zanadto zrozumiała?...
— Cóż z tego?...
— A jak powie?...
— Nie znasz Ludwiki, hrabio — odrzekł Raul. — Ona ma wszystkie cnoty, a żadnego błędu.
Młodzieńcy przeszli, a gdy oddalili się, ich głos cichnął powoli.
— Jakto La Valliere?... — ozwała się panna Tonnay-Charente — pan Bragelonne mówi po imieniu o tobie. Skądże to?...
— Wychowaliśmy się razem, — odrzekła La Valliere — znamy się od dzieciństwa.
— A zresztą, każdy wie, że pan de Bragelonne jest jej narzeczonym.
— O!... ja wcale o tem nie wiedziałam, czy to prawda, moja droga?...
— Tak — odpowiedziała Ludwika, rumieniąc się — pan de Bragelonne zaszczycił mnie żądaniem mojej ręki. Ale...
— Jakież ale?...
— Zdaje się, że król... nie chce pozwolić na ten związek.
— I dlaczegóż król?... — zawołała z cierpkością Aurora — dlaczego król miesza się w podobne sprawy?... Polityka, zawsze polityka, a miłość miłością, jak mawiał Mazarini. Jeżeli kochasz pana de Bragelonne i on cię kocha nawzajem, idź za niego. Ja daję ci moje zezwolenie.
Aurora śmiać się zaczęła.
— O!... ja mówię poważnie — odpowiedziała Montalais — a moje zdanie w tej sprawie, sądzę, jest tak dobre jak króla. Cóż ty na to, Ludwiko?...
— Zobaczmy, czy ci panowie odeszli — rzekła La Valliere; — korzystajmy ze sposobności, aby przejść łąkę i wejść do lasu.
— Tembardziej — rzekła Aurora — że oto światła ukazują się z zamku i teatru, i zdają się poprzedzać jakieś dostojne towarzystwo.
— Biegnijmy — rzekły wszystkie trzy razem.
I, zgrabnie podnosząc długie zwoje jedwabnych sukien, lekko przebyły przestrzeń, rozciągającą się między stawem i ciemną częścią parku.
W tym czasie mężczyzna, ukryty w fosie, zarosłej młodą wierzbiną, wyskoczył na wał i zaczął biec w kierunku zamku.
Trzy kobiety dostały się wkrótce na ścieżki, tem łatwiej, że wszystkie drogi były im znane. Przybyły nakoniec do dębu królewskiego, godnej poszanowania pamiątki, która słyszała westchnienia Henryka II-go do Anny de Poitiers, a później Henryka IV-go do pięknej Gabrjeli d‘Estrees. Pod tym dębem ogrodnicy tyle nagromadzili mchu i murawy, iż żadne krzesło nie mogłoby być wygodniejsze. Pień drzewa służył za poręcz i był szeroki tak, że cztery osoby wygodnie mogły się oprzeć.
Pod gałęziami, które skłaniały się do pnia, głos cichł, przebijając się w górę.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.