Wicehrabia de Bragelonne/Tom III/Rozdział XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXV.
KONIEC HISTORJI NAJADY I DRJADY.

— Filis — mówił Saint-Agnan, rzucając wyzywające spojrzenie na pannę Montalais, podobnie jak to czyni fechmistrz, zapraszający godnego siebie przeciwnika — Filis nie jest ani brunetką, ani blondynka, ani wysoką, ani niską ani zimną, ani egzaltowaną; jest to sobie pasterka, dowcipna, jak księżniczka, a zalotna jak szatan. Jest ona jak ptaszek, który ustawicznie świergocząc, dotyka trawy, to znów ulata, goniąc za motylem, to wiesza się na gałązce drzewa i stamtąd drwi ze wszystkich ptaszników.
Obraz był tak podobny, że wszystkie oczy zwróciły się na Montalais, która z oczyma ożywionemi słuchała pana de Saint-Agnan, jakby mówiono o zupełnie obcej osobie.
— Czy to już wszystko, panie de Saint-Agnan? — zapytała księżna.
— Portret jest tylko odszkicowany i wiele do niego dodaćby należało. Lecz lękam się nadużycia cierpliwości Waszej książęcej mości, i nie chce obrazić skromności pasterki i dlatego przechodzę do Amarylis. Jest ona najstarszą ze wszystkich trzech, a jednak — dodać pośpieszył pan de Saint-Agnan — wiek jej dwudziestu lat nie dochodzi. Jest wysoka, włosy ma nader bujne, które związuje na wzór posągów greckich; chód ma poważny, a w każdym jej ruchu przebija duma. Dlatego wygląda raczej jak bogini, nie jak śmiertelniczka i pomiędzy boginiami najpodobniejszą jest do Djany łowczyni, z tą tylko różnicą, że okrutna pasterka, wykradłszy pewnego dnia kołczan miłości, kiedy Kupido spał pod krzakiem róży, zamiast wymierzyć strzały na mieszkańców lasów, gromi biednych pasterzy, których tylko jej oczy dosięgną.
— A!... czyż okrutna pasterka nie zrani się kiedy temi strzałami, które na prawo i na lewo wyrzuca?...
— Tego się spodziewają wszyscy pasterze — odparł Saint-Agnan.
— A szczególniej pasterz Amyntas, wszak prawda?.. — zapytała księżna.
— Pasterz Amyntas jest bojaźliwy — odpowiedział pan de Saint-Agnan, przybrawszy jak można najskromniejsza minkę — i jeżeli ma jaką nadzieję, nikt o tem nie wie, bo ją chowa na samym spodzie serca.
Pochlebny szmer przyjął to wyznanie wiary opowiadającego względem pięknej pasterki.
— A Galatea... — zapytała księżna — pragnęłabym jaknajprędzej ujrzeć jej portret.
— Wasza książęca mość — rzekł Saint-Agnan — zachęcony twojem pobłażaniem, odważę się i ten portret naszkicować.
— Słuchamy — rzekła księżna.
Saint-Agnan wyciągnął nogę, rękę i usta.
— Biała, jak mleko — rzekł — ze złotych włosów, podobnych do kłosów, rozsiewa woń w powietrzu. Widząc ją, pytają, czy to nie jest ta piękna Europa, którą ukochał Jowisz, ujrzawszy igrającą z rówieśniczkami na kwiecistej łące. Z jej oczu lazurowych, czarownych, jak błękity niebios w pięknym dniu wiosennym, słodki wypływa płomień, który usposabia do dumań. Kiedy zmarszczy brwi, albo schyli czoło ku ziemi, słońce kryje się na znak żałoby. Przeciwnie, kiedy się uśmiecha, cała natura odzyskuje radość i ptaki, które umilkły na chwilę, rozpoczynają swoje śpiewy w cieniu drzew. Ta nadewszystko — mówił Saint-Agnan, kończąc — ta godną jest uwielbień całego świata i jeżeli komu odda swoje dziewicze serce, szczęśliwy śmiertelnik zmieni się w bożyszcze.
Księżna, słuchając tego opisu, jak wszyscy, poprzestała na okazaniu swojego potwierdzenia w miejscach najbardziej poetycznych przez kiwniecie głową; ale trudno było powiedzieć, czy te oznaki zadowolenia odnoszą się do talentu opowiadającego, czy do podobieństwa obrazu.
Nastąpiła chwila milczenia, którą dopiero księżna przerwała.
— A co, Najjaśniejszy Panie, co mówisz o tych portretach?
Król chciał przyjść w pomoc panu de Saint-Agnan, nie kompromitując siebie.
— Według mnie — odpowiedział — Amaryllis jest piękną.
— Co do mnie, ja wolę Filis — rzekł książę — jest to dobra, prosta dziewczyna.
Powszechny powstał śmiech.
Tym razem tyle spojrzeń skierowało się ku Montalais, że uczuła mocny rumieniec, występujący na twarz.
— Zatem — rzekła księżna — te pasterki mówiły...
Ale pan de Saint-Agnan, którego miłość własną zadraśnięto, nie był w stanie odeprzeć ataku.
— Wasza książęca mość!... — odpowiedział — te pasterki wyznały sobie nawzajem swoje uczucia.
— Dalej, panie Saint-Agnan, jesteś prawdziwym strumieniem poezji pasterskiej — rzekła księżna z miłym uśmiechem, który natchnął opowiadającego odwagą.
— Mówiły, że miłość jest niebezpieczną, ale dodały, że brak miłości jest śmiercią serca.
— I cóż stąd wywnioskowały?... — zapytała księżna.
— Że należy kochać.
— Wybornie. Ale jakież dały warunki?
— Jeden tylko warunek wyboru — rzekł Saint-Agnan. Winienem nawet dodać, co drjada mówi, że jedna z pasterek, sądzę, że Amarylis, nie zgadzała się na to, aby koniecznie kochać, a jednak nie bardzo się broniła, gdy się w jej serce zakradł jeden z pasterzy.
— Amyntas, czy Tyrsys?
— Amyntas, Wasza książęcą mość — odpowiedział skromnie Saint-Agnan.
— Ale natychmiast Galatea, słodka, z oczyma błękitnemi Galatea — odpowiedziała, że ani Amyntas, ani Alfezide, ani Tytel, ani żaden z pasterzy, nie może się równać z Tyrsysem, że Tyrsys przewyższa wszystkich mężczyzn, przymiotami, jak dąb przewyższa wysokością inne drzewa, a lilja pięknością wszystkie kwiaty. Co więcej nawet, tak odmalowała Tyrsysa, że on, który to słyszał, pomimo swojej wielkości, czuł, że mu pochlebiono. Tak wiec Tyrsys i Amyntas byli wybranymi przez Filis i Galateę. Tak wiec tajemnica dwojga serc została odkryta wśród cienia i ciszy leśnej. Oto Wasza książęca mość, co mi opowiadała Drjada, która wie o wszystkiem, co się dzieje w dziupli dębów i w gęstwinie krzewów; Drjada, która wie o miłostkach ptaków, która rozumie ich śpiewy i pojmuje nakoniec język wiatrów, szumiących w gałęziach drzew. Ona mi to wszystko opowiadała i, co wiem od niej, powtórzyłem.
— Czy skończyłeś, panie de Saint-Agnan?... — zapytała księżna a uśmiechem, na który król zadrżał.
— Tak, Wasza książęca mość, skończyłem — odpowiedział Saint-Agnan — i szczęśliwy jestem, jeżeli chociaż, na chwilę zdołałem Waszą książęcą mość zabawić.
— Cudownie pan opowiadałeś wszystko, co wiesz — rzekła księżna — ale, kochany hrabio, jak mi się zdaje, z jedną tylko rozmawiałeś drjadą?
— Tak, Wasza książęca mość, z jedną, przyznaję.
— Wynika zatem, że pominąłeś pan maleńką najadę, która wydawała się nic nie znacząca, a która nierównie więcej wiedziała, niż pańska drjada.
— Najada!... — powtórzyło naraz wiele głosów, spodziewając się, dalszego ciągu historji.
— A tak; przy tym samym dębie, o którym pan wspomniałeś, a który nazywa się królewskim...
Król i Saint-Agnan spojrzeli po sobie.
— Tak, Wasza książęca mość — odpowiedział Saint-Agnan.
— A więc!... blisko tego dębu jest maleńki strumyczek, który toczy swoje wody po krzemykach wśród niezapominajek konwalij.
— Sądzę, że księżna ma słuszność — rzekł król zaniepokojony, śledząc poruszenia ust swojej bratowej.
— Zaręczam wam, moi panowie, że jest tam najada, która panuje nad tem źródłem, a która zatrzymała mnie, gdym przechodziła.
— O!... — rzekł Saint-Agnan.
— Tak — mówiła dalej księżna — zatrzymała mnie, aby mi powiedzieć o wielu rzeczach, które pan de Saint-Agnan pominął w swojem opowiadaniu.
— Zatem powiedz je nam, księżno — odezwał się książę — twoje opowiadania są zawsze tak zachwycające.
Księżna ukłonem odpłaciła małżeński komplement.
— Zapewne nie mam tyle poezji i talentu — rzekła — ile go okazał pan de Saint-Agnan, aby określić wszystkie szczegóły.
— Pomimo to z równem zajęciem będziemy słuchali — odrzekł król, który naprzód przeczuwał coś nieprzyjemnego w opowiadaniu bratowej.
— Mówię zatem to w imieniu tej maleńkiej najady, która jest najpiękniejszą boginią, jaką kiedykolwiek widziałam. Śmiała się ona tak serdecznie w czasie opowiadania, że na zasadzie pewnika lekarskiego, iż śmiech jest zaraźliwy, poważam się prosić o pozwolenie śmiania się, gdy będę powtarzała jej wyrazy.
Król i Saint-Agnan, którzy widzieli, że wiele twarzy obleka, wesołość, podobna do tej, jaką zapowiedziała księżna, spojrzeli z przestrachem na siebie.
Lecz księżna miała silne postanowienie jątrzyć ranę; dlatego, przybierając miłą i łagodną minkę, najniebezpieczniejszą ze wszystkich, odezwała się w te słowa:
— Przechodziłam tamtędy, a ponieważ pod mojemi stopami napotykałam świeżo zerwane kwiaty, nie wątpiłam, że Filis, Amarylis i Galatea oraz wszystkie inne pasterki szły pewno przede mną.
Król przygryzł usta, opowiadanie stawało się coraz groźniejszem.
— Moja maleńka najada — mówiła dalej księżna — nuciła piosenkę. Że zaś widziałam, jak uczepiła się mojej sukni, postanowiłam dobrze ja przyjąć, bo wiem, że bóstwo, chociażby najmniejsze, więcej znaczy od śmiertelnej księżniczki... Zbliżyłam się zatem do niej, a ona zaczęła mówić wśród śmiechu.
— Wyobraź sobie, księżniczko... pamiętaj, Najjaśniejszy Panie, że mówi to najada.
Król skinął głową, a księżna mówiła dalej:
— Wyobraź sobie księżno, że brzegi mojego strumyka były świadkiem zabawnego widoku. Dwóch ciekawych pasterzy, ciekawych aż do niegrzeczności, pozwoliło zażartować z siebie trzem pasterkom.
Po tej przemowie, król widocznie się zaczerwienił, a Saint-Agnan, tracąc siły, patrzył przed siebie osłupiały.
— Dwaj pasterze mówiła mała najada, śmiejąc się ciągle — szli natrętnie za trzema pannami, przepraszam chciałam powiedzieć za trzema nimfami! jakże się mylę!... za trzema pasterkami.
Król, niechętny temu, co miało nastąpić, poruszeniem objawił swe niezadowolenie.
— Ale, mówiła dalej najada, pasterki widziały, jak Tyrsys i Amyntas weszli w gęstwiny, a że księżyc świecił, poznały ich w krzakach. A! śmiejecie się, panowie — przerwała księżna. — Cierpliwości, cierpliwości, jeszcze nie koniec.
Król zbladł. Saint-Agnan otarł spocone czoło. Pomiędzy kobietami odezwały się stłumione śmiechy i ciche rozmowy.
— Pasterki zatem, widząc natręctwo dwóch pasterzy, usiadły u stóp dębu królewskiego, a kiedy czuły, że ciekawi mogą słyszeć każdy wyraz ich rozmowy, niby objawiły swoje ku nim uczucia miłosne, w które pasterze przez właściwą sobie miłość własną uwierzyli.
Królowi na te wyrazy, których zgromadzenie bez śmiechu słuchać nie mogło, zapaliło się oko błyskawicą gniewu. Pan Saint-Agnan zwiesił głowę na piersi i ciężką uczuł boleść.
— O!... — rzekł król, powstając — to doskonały żarcik, który księżna opowiada jeszcze doskonalej, ale czy pani zrozumiałaś język najady?
— Przecież hrabia utrzymuje, że zrozumiał język drjady — żywo odparła księżna.
— Zapewne — odpowiedział król. — Lecz wiesz pani, że hrabia należy do akademji i umie rzeczy, których pani nie znasz, a zdaje się, że język nimf wodnych należy do umiejętności, których pani się nie nauczyłaś.
— Pojmujesz, Najjaśniejszy Panie — odpowiedziała księżna — że w podobnych rzeczach samej sobie ufa się; ucho kobiety myli się, powiada święty Augustyn, dlatego, na mojem nie poprzestając zdaniu, chciałam cudzego zasięgnąć, a że moja najada wszystkie posiada języki, jako bogini... nieprawdaż, panie de Saint-Agnan?
— Tak, Wasza książęca mość — odparł Saint-Agnan pomieszany.
— Że zaś moja najada, jako bogini zna wszystkie języki — mówiła dalej księżna — najprzód mówiła do mnie po angielsku, ja zaś, bojąc się, czym źle nie zrozumiała, przywołałam panny Montalais, de Tonnay-Charente i de La Valliere, prosząc mojej najady, aby to samo, co mówiła po angielsku, zechciała powtórzyć po francusku.
— I powtórzyła?... — zapytał król.
— O! to najgrzeczniejsza bogini... powtórzyła, Najjaśniejszy Panie. Tak, że żadnej nie można mieć wątpliwości. A co, moje panny?... — zapytała księżna, zwracając się na lewo do swojej armji — wszak najada zupełnie to samo mówiła, co opowiadam i że w najmniejszej rzeczy nie minęłam się z prawdą. A co Filis, przepraszam, mylę się... panno Montalais czy prawda?...
— Zupełna prawda — dobitnie odrzekła panna de Montalais.
— Czy prawda, panno de Tonnay-Charente?
— Czysta prawda — odpowiedziała Athena, głosem mniej silnym, ale jednak zrozumiałym.
— Czy prawda, panno de La Valliere?...
Biedna dziewczyna czuła gorejące spojrzenie króla, na nią skierowane; nie śmiała zaprzeczyć, nie śmiała kłamać, skłoniła zatem głową, na znak potwierdzenia. Ale głowa jej nie podniosła się więcej, opadła pod bolesnym tchnieniem. To potrójne świadectwo zmieszało króla; pan de Saint-Agnan nie ukrywał nawet swojej rozpaczy i sam, nie wiedząc, co mówi, jąkał.
— Śliczny!... dowcipny żarcik!... moje panie pasterki.
— Słuszna kara za ciekawość — rzekł chrapliwym głosem król. — O!... któż zapragnie po wypadku Tyrsysa i Amynta — są dowiadywać się tajemnic pasterek?... Co do mnie, ja na zawsze zrzekam się tego... a wy, panowie?...
— I my to samo — odpowiedział chór dworzan.
Księżna triumfowała; cieszyła się przedwcześnie, że opowiadanie jej było, albo raczej powinno być rozwiązaniem wszystkiego.
Książę, śmiejąc się z tego, czego nie pojmował nawet, zwrócił się do hrabiego de Guiche:
— Hrabio, ty nic nie mówisz, czy nie masz nic do powiedzenia?... Czy żal ci Tyrsysa i Amyntasa?...
— Serdecznie ich żałuję — odpowiedział Guiche — bo, prawdę mówiąc, miłość jest tak miłem urojeniem, że, tracąc ją, zdaje się, że życie tracimy. Zatem, jeżeli ci dwaj pasterze sadzili... że są kochani, jeżeli byli szczęśliwi i zamiast spodziewanej rozkoszy znaleźli tylko próżnię, równająca się śmierci, to szyderstwo było dlań tak wielkiem cierpieniem, iż trudno je opisać. Tyrsys i Amyntas są przeto najnieszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
— Masz słuszność, panie de Guiche — rzekł król — śmierć jednakże jest za ciężką karą za samą tylko ciekawość.
— Zatem historja mojej najady nie podobała się królowi? — zapytała naiwnie księżna.
— Przeciwnie, księżno — odpowiedział Ludwik, biorąc ją za rękę — twoja najada tem bardziej mi się podoba, że jest prawdomówną i że jej opowiadanie poparte jest niezaprzeczonemi dowodami.
Te wyrazy padły na pannę de La Valliere z takiem spojrzeniem, że go nikt począwszy od Sokratesa, a skończywszy na panu de Montaigne opisaćby nie zdołał. Spojrzenie to zarazem z wyrazami było najokropniejszym ciosem dla nieszczęśliwej dziewicy, która, wsparta na ramieniu Montalais, traciła przytomność. Król, nie zważając na ten stan biedaczki, powstał wbrew zwyczajowi, bo zwykle do późna bawił u księżnej, i pożegnał obecnych. Saint-Agnan udał się za nim, smutny i zgnębiony. Panna de Tonnay-Charente, mniej wrażliwa, niż panna de La Valliere, nie trwożyła się i nie mdlała. Jednak ostatnie spojrzenie pana de Saint-Agnan było zarówno dumne, jak spojrzenie królewskie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.