Wigilja Bożego Narodzenia (Dickens, 1909)/3. Pierwszy z trzech duchów

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wigilja Bożego Narodzenia
Pochodzenie Bibljoteczka Młodzieży Szkolnej
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1909
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. A Christmas Carol
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.
Pierwszy z trzech duchów.

Scrooge ocknął się nagle, — w pokoju było ciemno, tak że patrząc z łóżka, zaledwie mógł rozeznać przezroczyste okno na zupełnie czarnem tle ściany. Gdy wpatrywał się w ciemność z natężeniem, zegar sąsiedniego kościoła wybił cztery kwadranse. Scrooge nadstawił uszu.
Ciężki dzwon uderzał zwolna sześć, siedem, osiem, dziewięć i tak dalej, aż do dwunastu. Północ! Było kilka minut po drugiej, gdy spać się położył. Widać, zegar źle idzie. Może sopel lodu wpadł, w środek? Północ!...
Scrooge nacisnął sprężynę leżącego przy nim repetjera[1], aby sprawdzić godzinę. Maleńki młoteczek zegarka uderzył szybko dwanaście razy i zatrzymał się.
— Co to znaczy?! To być nie może! — rzekł bankier — czyżbym przespał dzień cały i część następnej nocy? Przecież chyba słońce się nie pomyliło?
Zaniepokojony, wyskoczył z łóżka i poomacku zbliżył się do okna. Rękawem szlafroka przetarł zamarznięte szyby, aby cokolwiek dojrzeć, lecz niewiele zobaczył. Mgła była bardzo gęsta, mróz siarczysty; nie słyszał żadnego szmeru, żadnego ruchu, kroków, ani głosu, widocznie wszyscy spali, noc była zwyczajna, słońcu nic się nie stało. Odetchnął spokojniej, bo w cóżby się obróciły jego weksle[2], płatne we dnie, gdyby noc objęła stałe panowanie nad światem!
Wracając do łóżka, zaczął jednak myśleć nad tem wszystkiem, co go spotkało w przeciągu tej doby. Byłyto rzeczy dziwne i doprawdy niezrozumiałe. Im więcej się zastanawiał, tem więcej wikłał się w myślach, których pozbyć się nie mógł. Widmo Marley’a wielce go niepokoiło. Ilekroć wyrozumował sobie, że wszystko było snem lub przywidzeniem, skutkiem zmęczenia i niedomagania fizycznego, a zatem — niema o czem myśleć, głupstwo! — w tej chwili czuł, że głupstwem jest takie rozumowanie, i że właściwie dotąd nie rozwiązał pytania: czy to był sen, czy jawa?
Trwało to, dopóki zegar nie wydzwonił trzech kwadransy; — wtedy przypomniał sobie, że widmo zapowiedziało mu odwiedziny ducha na pierwszą. To mu rozwiąże zagadkę; jeszcze kwadrans oczekiwania i czuwania. Był zresztą tak rozdrażniony, iż łatwiejby mu było schwytać księżyc zębami, aniżeli usnąć naprawdę.
Kwadrans ten wydał mu się niezmiernie długi, tak długi, iż kilkakrotnie przychodziło mu na myśl, że się zdrzemnął i nie słyszał bijącej godziny. Wreszcie dźwięk zegara uderzył czujne jego ucho.
— Bę — kwadrans — rzekł Scrooge.
— Bę — bę — wpół.
— Bę — bę — bę — trzy kwadranse.
— Bęęę — pierwsza, pierwsza! — wykrzyknął z radością. — Nikt nie przybywa!
Wymówił to, nim zegar ucichł, lecz w chwili, gdy przebrzmiało i rozpłynęło się w powietrzu ostatnie uderzenie, w pokoju zajaśniało żywe światło, a firanki nad jego łóżkiem rozsunęły się na obie strony.
Firanki się rozsunęły, — boczne firanki, ku którym miał właśnie twarz zwróconą. Rozsunęły się gwałtownie, a Scrooge, zerwawszy się na równe nogi, spotkał się oko w oko z nadziemskiem zjawiskiem.
Dziwna to była postać.. dziecięca, a zarazem podobna do starca, który w dalekiej, bardzo dalekiej odległości, maleje w naszych oczach i zmniejsza się do kształtu dziecka. Bieluteńkie włosy starca spływały mu po szyi i ramionach, ale twarz była młoda, gładka, jak atłas, bez najmniejszej zmarszczki i błyszczała świeżym rumieńcem. Ramiona miał długie, żylaste ręce zdawały się posiadać niepospolitą siłę, nogi kształtne, zupełnie nagie. Na sobie miał białą tiunikę[3] ściągniętą w biodrach pasem, rzucającym żywe światło. W ręku trzymał zieloną gałązkę choiny, a przez szczególną sprzeczność z tą oznaką zimy, tiunika jego przybrana była w wieńce i girlandy z najpiękniejszych kwiatów letnich. Lecz najdziwniejsze wrażenie sprawiał wspaniały wytrysk światła z jego głowy; — zamiast kapelusza trzymał w ręku wielki spiczasty gasilnik, którym zapewne w chwilach smutku lub zamyślenia nakrywał głowę i przytłumiał to rażące światło. Wpatrując się bliżej, Scrooge nową dostrzegł osobliwość. Jaśniejący pas widziadła lśnił jakimś migotliwym i ruchomym blaskiem, podobnym do płomienia na żarzących węglach, tak, że to miejsce pasa, które przed chwilą błyszczało, nagle stawało się zupełnie ciemne, a natomiast jasność biła znów z innego punktu; — tym samym zmianom i drganiom ulegała i cała postać. Raz zdawało się, że jest to istota o jednej tylko ręce, jednej nodze, — to znowu o dwudziestu może rękach i nogach; chwilami ukazywał się tułów bez głowy, natychmiast potem głowa bez kadłuba, a niknące nagle członki pogrążały się w ciemności, żeby za chwilę błysnąć nowem światłem i uwydatnić całą postać taką, jaka się w pierwszej chwili ukazała.
— Panie — zapytał Scrooge — czy ty jesteś duchem, którego przyjście było mi zapowiedziane?
— Ja nim jestem.
Głos był słodki i przyjemny, bardzo cichy, jak gdyby dolatujący z daleka.
— Któż jesteś? — pytał Scrooge.
— Jestem duch wszystkich ubiegłych wigilji Bożego Narodzenia.
Scrooge, nie wiedząc sam dlaczego, uczuł gwałtowną chętkę ujrzenia ducha z głową nakrytą gasilnikiem i po chwili wahania prosił go, aby to uczynił.
— Jakto! — zawołało widmo — więc chciałbyś przygasić to światło niebieskie, które ci przynoszę? Niedość, że samolubstwo i niegodziwość ludzka zmusza mnie nieraz wciskać na głowę ten kapelusz, abym nie oświecał zbrodni, — jeszcze i te jednostki, które ocalić pragnę —
Scrooge z pokorą zaczął się tłumaczyć, że nie miał zamiaru obrażenia ducha, że nie wiedział, — wreszcie ośmielił się zapytać, co go rzeczywiście tu sprowadza
— Twoje szczęście i przyszłość — odpowiedziało widmo.
Scrooge wynurzył wdzięczność, lecz pomyślał sobie, że sen niezakłócony i noc zupełnie spokojna byłyby także szczęściem. Duch odgadł widać wewnętrzną rozmowę, ponieważ dodał:
— Wreszcie — twoje nawrócenie. Uważaj!
Wyciągnął rękę i zlekka schwycił bankiera za ramię.
— Powstań — i chodź ze mną.
Brr! pomyślał Scrooge, który radby przekonać swego przewodnika, że czas, ani pogoda nie sprzyjają przechadzce, że miał wygrzane łóżko, a na dworze takie przejmujące zimno, że był za lekko ubrany, gdyż miał na sobie tylko szlafrok, pantofle i cienką szlafmycę, a nadewszystko, że jest chory i zakatarzony. Daremnie mówić o tem. Niepodobna było oprzeć się delikatnemu uściskowi ducha, lekkiemu, jak dotknięcie ręki dziecka, a silnemu zarazem, jak żelazne kleszcze. Podniósł się, lecz spostrzegłszy, iż duch zmierza do okna, złożył ręce i pochylił się błagalnie.
— Jestem śmiertelny! — zawołał — przecież ja stąd upadnę.
— Pozwól, że cię tu dotknę — rzekł duch, kładąc mu rękę na sercu. — Teraz nie lękaj się niczego.
W mgnieniu oka przemknęli przez okno i znaleźli się na gościńcu, biegnącym środkiem pól i łąk szerokich. Miasto znikło w dali bez śladu. Jednocześnie mgła i ciemność nocy ustąpiły, zajaśniał pogodny, piękny dzień zimowy; — śnieg błyszczący pokrywał ziemię.
— Mój Boże, dobry Boże! — zawołał Scrooge, składając ręce i rozglądając się na wszystkie strony ze zdumieniem. Wszakże tutaj spędziłem moje dziecięce lata!
Duch spojrzał nań z dobrocią. Słodki ten wzrok, trwający chwilkę, zbudził dziwne wzruszenie w sercu starca. Doznał nagle tysiącznych wrażeń, otoczyły go niewidzialnym rojem dawno zapomniane uczucia, nadzieje, myśli, pragnienia i marzenia, chęci, wspomnienia dawno minionych radości, kłopotów, prac i zajęć, od dawna — od bardzo dawna zapomnianych.
— Usta twe drżą — rzekł duch. — Co ci jest?
— Eh! to nic, to nic — odpowiedział Scrooge głosem bardzo wzruszonym. — To tak tylko! prowadź mię dalej, o, błagam!
— Czy przypominasz sobie tę drogę?
— Czy ją sobie przypominam! — zawołał Scrooge z zapałem — mogę iść po niej z zawiązanemi oczyma.
— Dziwna rzecz, żeś o niej przez tyle lat nie myślał — zauważył duch.
Szli wzdłuż drogi, a Scrooge poznawał każde drzewo, każde drzwi, każdą chałupę, płot, rów lub pagórek, — wreszcie w dali ukazała się wioseczka, kościołek, mostek i wązka, a kręta struga. Z pomiędzy chat wybiegło kilka koników chłopskich, siedzieli na nich małe chłopcy, nawołując się radośnie i wzywając po imieniu innych chłopców, jadących na wozach i mieszczańskich bryczkach. Cała ta dzieciarnia, wesoła i gwarna, wydawała tysiące okrzyków radości, aż powietrze, poruszone tym hałasem, zawtórowało im podmuchem wiatru.
— Są to cienie istot i rzeczy minionych — rzekł duch. — Nie wiedzą one wcale o naszej obecności, nie domyślają się jej zupełnie.
Wesołe grono zbliżało się szybko.
Scrooge poznawał chłopców i każdego nazywał po imieniu.
— Mój Boże! — Jaś — tak, Jaś — Franuś — a to Piotrek — tak, Piotruś. Cóż się to ze mną dzieje?
Cieszył się, tak, cieszył jak nigdy; jego oko, zwykle ponure, rzucało radosne blaski, serce biło mu gwałtownie. O mało nie wyskoczył ze skóry, usłyszawszy, jak sobie życzyli wzajemnie świąt wesołych, gdy który na skręcie drogi opuszczał gromadkę i oddalał się w boczną ulicę, prowadzącą do mieszkania rodziców, krewnych lub przyjaciół. A przecież — czemże było dla Scrooge’a Boże Narodzenie? co go mogło obchodzić Boże Narodzenie? jaki mu zysk przyniosło?
— Szkoła niezupełnie jeszcze opuszczona — odezwało się widmo. — Pozostało tam samotne, zapomniane dziecię!
Scrooge westchnął głęboko.
Minęli gościniec, skierowali się krętym, dobrze Scrooge’owi znajomym manowcem i zbliżyli się wkrótce do wielkiego budynku z ciemno-czerwonych, nietynkowanych cegieł. Była to pusta szkoła. Na dachu, ponad wejściem wisiał niewielki dzwonek. Budynek był obszerny, ale zaniedbany, ściany wilgotne, omszałe, okna potłuczone, drzwi spaczone. Kury gdakały na dziedzińcu i biegały po wszystkich kątach, — w stajniach i szopach rosła trawa i zielsko. Zewnętrznej powierzchowności odpowiadało wnętrze! Wszedłszy do ponurego przedsionka i rzuciwszy okiem przez szereg drzwi otwartych od kilku obszernych pokoi, widać było skromne, prawie biedne sprzęty, czuć w powietrzu zimną, spleśniałą woń zamknięcia; wszystko oddychało tutaj niedostatkiem, który kazał się domyślać, że mieszkańcy musieli ciężko pracować na kawałek chleba i zapewne często kładli się spać głodni.
Duch i Scrooge minęli sień i zbliżyli się do drzwi, leżących na stronie przeciwległej. Otworzyły się przed nimi, i ukazała się sala długa, smutna, pusta, a szeregi ławek i stołów z sośniny uwydatniały jeszcze tę pustkę. W rogu jednej ławki, w blizkości tlejącego ognia, siedziało samotne dziecię, pogrążone w czytaniu. Na ten widok Scrooge usiadł na ławce i gorzko zapłakał, poznawszy w tem dziecku siebie, jak zwykle wówczas, samotnego, opuszczonego i zapomnianego.
Najmniejszy szmer: pisk myszy, wojujących po kątach i dziurach, szelest wiatru poruszającego suchemi gałęziami nawpół zeschłej topoli, skrzyp otwieranych i zamykanych drzwi, trzask ognia na kominie, krople wody spadające z rury wpół obmarzniętej studni, słowem, najlżejszy szmer odbijał się w rozczulonem sercu Scrooge’a i podsycał strumienie łez, płynących mu z oczu.
Duch dotknął jego ręki i wskazał mu dziecię, zajęte czytaniem.
Nagle jakiś człowiek dziwacznie ubrany ukazał się za oknem. U pasa miał zawieszoną siekierę i prowadził za cugle osła, obładowanego drzewem.
— Ach, to Ali Basza! — zawołał Scrooge w uniesieniu, — mój dobry, mój poczciwy Ali Basza! Poznaję go, poznaję! Raz w wigilję Bożego Narodzenia, gdy to dziecię siedziało tak, jak dziś, samotne, przyszedł je odwiedzić i zabawić; ach, jakżeśmy się śmieli, jakeśmy krzyczeli!
Cóżby to był za widok dla poważnych kupców i bankierów, gdyby teraz ujrzeli Scrooge’a, marnującego tyle zapału i energii dla błahych wspomnień! gdyby usłyszeli, jak śmiejąc się i płacząc, wydawał dziwaczne głosy, — gdyby ujrzeli twarz jego, niezwykłym jaśniejącą blaskiem.
Zbliżył się do książki, którą czytało dziecko.
— Tak! — zawołał — ta sama! Robinson Kruzoe. Papuga, widzę ją, zielony korpus, żółty ogon, czub na głowie. »Biedny Robinson Kruzoe«, krzyczała, gdy opłynąwszy w łodzi bezludną wyspę, wracał do samotnego mieszkania.
— Ty wiesz — rzekł do ducha. — Papuga Robinsona, ta papuga! A otóż i Piętaszek! biegnie wcwał, aby ujść śmierci. Ludożercy! Prędzej, prędzej! odważnie. Tak, dobrze!
Potem przeskakując z niezwykłą sobie ruchliwością od jednego przedmiotu do drugiego, zdjęty współczuciem dla tamtego siebie, zawołał — »Biedne dziecię!« — i wybuchnął płaczem.
— Chciałbym — rzekł po chwili, otarłszy oczy i kładąc rękę do kieszeni — chciałbym, — ale to już poniewczasie.
— Cóż takiego? — zapytał duch.
— Nic, nic! Przypomniałem sobie dziecko, które wczoraj wieczorem zaśpiewało pod mojemi drzwiami: Ej, kolęda! kolęda! chciałbym mu coś dać! — Mój Boże!
Duch uśmiechnął się łzawo, dał mu ręką znak milczenia i szepnął:
— Otóż inna wigilja Bożego Narodzenia.
W oka mgnieniu obraz się zmienił.
Scrooge ujrzał się młodzieńcem; sala szkolna była brudniejsza i bardziej zaniedbana: ramy okien potrzaskane, na podłodze leżały szczątki opadłego z sufitu wapna, po ścianach tu i owdzie przebijały pokłady trzciny. — Tak, tak było w istocie. Poznał to wszystko najdokładniej, i znowu znalazł siebie w tem ponurem miejscu, gdy wszyscy inni pojechali spędzić wesołe święta w domu, wśród rodziny.
Teraz nie czytał, — miotany rozpaczą, przechadzał się wzdłuż sali. Scrooge spojrzał na widmo, potem smutnie potrząsnął głową i zwrócił ku drzwiom wzrok pełen obawy.
Drzwi się otwarły. Dziewczynka znacznie młodsza od chłopca, biegającego po sali, wpadła jak strzała, poskoczyła, zarzuciła mu ręce na szyję i ucałowała go kilkakrotnie, wołając:
— Kochany, drogi braciszku! — Przybywam po ciebie, zabrać cię do domu! — klaszcząc w ręce i zanosząc się od śmiechu, powtarzała: — Do domu! do domu! do domu!
— Fanny! najdroższa Fanny! do domu? — szeptał głosem drżącym młodzieniec.
— Tak, bracie drogi, naprawdę do domu, naprawdę! Papa jest taki dobry w porównaniu z tem, co było, że dom nasz stał się rajem! Pewnego wieczora tak serdecznie ze mną rozmawiał, że ośmielona tem, zapytałam, czy nie mógłbyś przyjechać na święta; odpowiedział, że i owszem, że możesz, i posłał mię po ciebie. Jesteś już mężczyzną — dodała, patrząc mu w oczy — nigdy tu nie wrócisz! A teraz spędzimy razem święta Bożego Narodzenia, najweselsze święta na świecie!
— Moja droga, moja kochana! moja opiekunko! — wołał rozrzewniony chłopiec.
Ona się śmiała i klaskała w dłonie, potem chciała go pocałować w głowę, ale nie mogła dostać tak wysoko, — więc znowu się śmiała, wspięła się na palce i dokazała swego. Wreszcie pociągnęła go ku drzwiom. Szedł za nią.
W sieni dał się słyszeć surowy głos nauczyciela, głos przywykły widocznie do rozkazywania.
— Podajcie tu kuferek i rzeczy p. Scrooge. — Poczem wszedł p. profesor we własnej osobie; spojrzał na Scrooge’a wzrokiem przyjacielsko-groźnym i na znak pożegnania uścisnął mu rękę. Następnie wyprowadził młodą parę do drugiego pokoju, zimnego jak lodownia, do prawdziwej piwnicy, służącej za salon. Podano butelkę bardzo lekkiego wina i kawałek ciężkiego ciasta; częstował tem swych gości, poczem szepnął służącej, tak, aby go słyszeli, żeby zaniosła kieliszek i pocztyljonowi. Ten jednak odpowiedział, że jeżeli to jest to samo wino, którem go raz w tym domu częstowano, dziękuje serdecznie, ale woli szklankę wody, gdyż jest więcej pokrzepiająca. Tymczasem za powozem przymocowano kuferek pana Scrooge: dzieci pożegnały serdecznie nauczyciela, wskoczyły do powozu, który pomknął raźno po skrzypiącej drodze, znacząc swój ślad płatkami podskakującego śniegu, lekkiego jak morska piana. W powozie on całował ręce siostry i tysiączne składał jej dzięki.
— Była to delikatna i wątła istota, gięła się pod tchnieniem silniejszego wiatru, lecz miała wielkie i szlachetne serce — rzekł duch.
— Oh! tak, anielskie serce, — szepnął Scrooge — ja temu nie zaprzeczę, Broń, Boże!
— Umarła zamężna — dodał duch — zdaje mi się, że zostawiła dwoje dzieci?
— Jedno — odpowiedział Scrooge.
— Prawda, jednego syna, twego siostrzeńca.
Scrooge się zarumienił, odwrócił oczy, spuścił głowę. »Tak«, — wybąknął półgłosem.
Zaledwie opuścili mury szkolne, w jednej chwili Scrooge i duch znaleźli się na ulicy ludnego miasta. Ruch tu panował prawdziwie świąteczny, ludzie spieszyli, biegli, — wozy, bryczki, powozy krzyżowały się po bruku, przyprószonym śniegiem, — życie miejskie wrzało przyspieszonem tętnem. Wystawy w oknach sklepów świadczyły wymownie o niezwykłej uroczystości; łatwo było odgadnąć, że to wszystko przygotowane zostało na święta Bożego Narodzenia. Stosy strucli, pierników, ciast, gruszek, jabłek, góry ryb, strojne choinki. Pyszne rzeczy! Wieczór się zbliżał, łuna biła ze wszystkich okien, dym, nasycony zapachami kuchennymi, walił ze wszystkich kominów.
Widmo zatrzymało się u drzwi jakiegoś sklepu i zapytało Scrooge’a, czy poznaje to miejsce.
Chyba żartujesz ze mnie? Jakżebym nie poznał? Wszakże w tym sklepie byłem chłopcem, a następnie subiektem.
Weszli. Na widok wysokiego jegomości w peruce, siedzącego przy kantorku na wysokiem krześle, jak na koniu, Scrooge, niezmiernie wzruszony, zaczął się oglądać, zbladł, zaczerwienił się, wreszcie zawołał:
— Ależ to stary Fezziwig, nasz pryncypał, niech go Bóg błogosławi; chyba oszalałem: Fezziwig zmartwychwstał?!
— Uspokój się — rzekł duch.
Fezziwig położył pióro, spojrzał na zegar, wyjął z kieszeni zegarek, niewiele mniejszy od tego, który wisiał na ścianie, zatarł ręce, poprawił perukę, obciągnął kamizelkę, która podniosła się prawie pod szyję, i rozśmiał się, jak on tylko śmiać się umiał: śmiało się wszystko, z czego on się składał, co miał na sobie, zacząwszy od butów aż do peruki. Kiedy śmiać się, to całem sercem, całą duszą, całem ciałem! Wreszcie zawołał głosem potężnym, grzmiącym, ale pełnym śmiechu, niby wybuch radości:
— Hola, hej, Dick! Ebenezer!
Scrooge (ale nie ten Scrooge, który był z duchem, tylko tamten drugi — rozumiecie?) Scrooge, już nie uczeń, lecz dorosły młodzian, wpadł do pokoju z drugim młodzieńcem.
— To Dick Wilkins — zawołał ten prawdziwy Scrooge, trącając ducha w ramię. — Z pewnością Dick Wilkins. Razem ze mną był tu subiektem. Dalibóg, poznałem go odrazu. Dick! poczciwy Dick, bardzo do mnie był przywiązany, przyjaźniliśmy się szczerze.
— No, dalej dzieci — zawołał Fezziwig. — Dość na dzisiaj roboty. Wigilja Bożego Narodzenia! Wielkie święto — Boże Narodzenie! Ebenezerze. Boże Narodzenie — Dick! Prędko wynosić okiennice, zamykać sklep — wołał, zacierając ręce. — Cóż to, jeszcze tu stoicie, jak słupy! Jeszcze sklep nie zamknięty? Marsz!
Trudno sobie wyobrazić, z jakim pośpiechem rzucili się do drzwi. Z ogromnemi okiennicami wypadli, jak szaleńcy, na ulicę — raz, dwa, trzy — już wstawione; — cztery, pięć, sześć — zasuwy i kłódki nałożone; — siedem, osiem, dziewięć — wszystko zamknięte. Nimbyście doliczyli do dwunastu, oni już byli z powrotem, zmachani, jak konie wyścigowe.
— A teraz, moje chłopcy — rzekł Fezziwig — uprzątnijmy wszystko, powstawiajmy w kąty niepotrzebne rzeczy, żebyśmy mieli jak najwięcej miejsca. No! galop! Dobrze tak; ach, ty niezdaro, tę skrzynię pod biurko — Ebenezerze, co ty robisz? — tę pakę jedną na drugą, no, zrozumiałeś wreszcie?
Uprzątnąć? — oniby cały dom roztrzęśli i przenieśli gdzieindziej w mgnieniu oka. W minutę wszystko już było skończone. Wszystko, co tylko można było ruszyć z miejsca, popakowali gdzieś w kąty, jak gdyby ludzkie oko nigdy dojrzeć tego nie miało. Podłogę skropiono i wymieciono, lampy poprawiono, na komin wsypano furę węgla, sklep zmienił się w jednej chwili w wielką salę balową, wygodną, jaśniejącą; — może tylko, jak na salę balową, cokolwiek zanadto ogrzaną. Ale to nic nie szkodzi.
Zaczęły się niespodzianki. Przyszedł najpierw, niby to sam z siebie, skrzypek, z ogromną księgą nut pod pachą. Zasiadł na wysokiem krześle pryncypała i zaczął stroić skrzypce, kręcić, piszczeć, próbować, aż w mózgu świdrowało. Potem weszła pani Fezziwig, za nią trzy panny Fezziwig, białe, pulchne, skromne, jaśniejące uprzejmością i weselem.
Za niemi wsunęło się sześciu kawalerów: wystrojeni, wypomadowani, chłopcy jak świece (prawdę mówiąc, pomiędzy nimi było dwóch czeladników mydlarskich), potem chłopcy i dziewczęta z całego domu, przyjaciele, znajomi — młody chłopczyna z sąsiedniego sklepu, sierota, o którego pryncypale szeptano, że uczniów głodem morzy. Zgroza! I tak wchodzili jedni za drugimi; ci śmiało, tamci lękliwie, ci z szelestem, tamci niezręcznie, popychając się, kryjąc za sobą, jak to bywa wszędzie i zawsze. Dość, że weszli i pomieścili się wszyscy. Potem nastąpiły dygi, ukłony, zaproszenia do tańca i inne bardzo ważne ceremonje. Wreszcie stanęli w parach — ze dwadzieścia par chyba, — alboż to można zliczyć, kiedy kręcą się na wszystkie strony — może i więcej... Tańce! Hasali na zabój, jak warjaci; gospodarstwo ani na chwilę nie usiedli, chodzili od jednych do drugich, kłaniali się, głaskali, całowali gości, dzieci; stary Fezziwig wyciągał z kątów nieśmiałych, wołając: »Naprzód, bardzo dobrze, jak we własnym domu! sługa państwa dobrodziejstwa! Wiwat! Boże Narodzenie!«
Kiedy skrzypek się zmęczył, odłożył instrument i schylił głowę w ogromny dzban piwa, przygotowany wyłącznie dla niego. Pił długo, rozkoszował się napojem, — ale kiedy się wyprostował, pochwycił za skrzypce i zaczął grać na nowo, gardząc odpoczynkiem, jak gdyby tamtego skrzypka znużonego odprowadzono do domu, a natomiast zjawił się inny, świeży, wypoczęty, gotów grać do upadłego.
Tańczono więc znowu, bawiono się w gry — znowu tańce, potem pauza — wielka pauza! Podano ciasta, ogromne kawały pieczeni, wyborne salcesony, pasztety z siekanki, zdroje piwa. Wszystkiego było dosyć, aż do zbytku, jak przystało na uczciwy dom obywatelski. Lecz gdy skrzypek urżnął Drabanta, nadeszła uroczysta chwila! Stary Fezziwig podał rękę swej małżonce i stanął na czele ogromnego węża. To mi, panie, robota! prowadzić dwadzieścia kilka par młodych, rozbrykanych ludzi, którzy chcą tańczyć, a nie wlec się noga za nogą.
Lecz chociażby ich było dwa, trzy razy więcej, państwo Fezziwig daliby sobie radę. Fezziwig podskakiwał, komenderował, podrygał, kręcił się tak fertycznie, takie dziwne wyrabiał gęsta, że zawstydził niejednego z młodych.
Uderzenie jedenastej położyło koniec tej zabawie. Pan i pani Fezziwig stanęli u drzwi salonu, przyjaźnie podając rękę każdemu z gości, który się oddalał, wszystkim życząc świąt wesołych. Gdy pozostali sami w kole domowników, powtórzyli im życzenia, rozdali kolędy, pożegnali serdecznie. Ucichły radosne głosy, a subiekci udali się na zasłużony spoczynek.
Przez cały ten czas Scrooge, ten prawdziwy Scrooge, kręcił się, jak gdyby już postradał zmysły. Duszą i sercem brał udział w zabawie, do której on drugi tak czynnie należał. Poznawał wszystko, wszystko sobie przypominał, wszystkiem się cieszył, doznawał najrozkoszniejszych wrażeń. Dopiero kiedy znikły rozpromienione oblicza subiektów, przypomniał sobie o obecności ducha, spostrzegł, że tamten patrzy na niego badawczo, a promień światła ponad głową widma coraz żywszą rozlewa jasność.
— Jakże mało potrzeba — rzekł duch — aby w tych głupich ludziskach najżywszą wzbudzić wdzięczność...
— Mało?! — powtórzył Scrooge.
Duch skinął, aby zamilkł, i kazał mu posłuchać rozmowy subiektów, wynurzających swoje uwielbienie dla zacnego pryncypała.
— I cóż on zrobił tak wielkiego? — odezwał się duch po chwili. — Wydał kilkadziesiąt złotych z waszych śmiertelnych pieniędzy, może i mniej. Czyż warto go za to tak wychwalać i wielbić?
— Co też ty mówisz, duchu! — zawołał Scrooge w uniesieniu, zapomniawszy, że jest sobą, zmieniony pod wpływem wrażeń w tamtego drugiego siebie. — Nie o to wcale chodzi, ile Fezziwig wydał, ale jakim jest dla nas. On może nas uczynić szczęśliwymi, osłodzić nasze obowiązki, lub je utrudnić, zrobić nieznośnymi; — w jego mocy uczynić nasze życie przykrem albo względnie przyjemnem. Czy zrobi to spojrzeniem, słowem, czynem, jakąkolwiek drobnostką, tak nic nieznaczącą na pozór, że się ocenić nie da — wszystko jedno.
Szczęście i radość, jakie nam sprawia, taką np. małą przyjemnością, jak dzisiejsza zabawa, jest tak wielkie, tak ważne, jak gdyby kosztowało nieobliczone sumy.
Tak rozumując, Scrooge podniósł głowę i ujrzał przenikliwy wzrok widma, zwrócony na siebie; zatrzymał się.
— Co ci jest? — spytało widmo.
— Nic takiego — rzekł Scrooge.
— A jednakże wydajesz mi się pomieszany; no, śmiało powiedz!
— Nic, nic... tylko!... widzisz... mówił Scrooge — pragnąłbym z całej duszy powiedzieć parę słów memu buchalterowi.
Tamten Scrooge zgasił ostatnią lampkę w sklepie, a prawdziwy Scrooge i duch znaleźli się nagle na świeżem i chłodnem powietrzu.
— Czas upływa, moja godzina już blizka. — Chodźmy rzekł duch — dalej!
Wyrazy te nie były zwrócone do Scrooge’a, a jednak miały skutek nieomylny. Scrooge ujrzał się znowu. Był nieco starszym, w sile wieku. Twarz jego nie miała jeszcze ostrych i surowych rysów, lecz malowały się już na niej cechy niepokoju i chciwości. Wzrok uderzał gorączkową ruchliwością, znamionującą walkę złych i dobrych skłonności; złe brało górę, — można było przewidzieć w którą stronę przechyli się zwycięstwo.
Przy nim stała młoda dziewczyna w żałobie. Przy świetle, wytryskającem z głowy ducha, widać było łzy w pięknych jej oczach.
— Kto inny — mówiła — zajął moje miejsce w twem sercu.
— Któż taki? — pytał tamten Scrooge niecierpliwie.
— Złoty cielec.
— To jest sprawiedliwość ludzka! Świat brzydzi się ubóstwem i gardzi niem, a skoro ktoś rozsądny i przezorny dąży do tego, aby się z niego otrząsnąć, aby zdobyć majątek, zaraz go zasypują wyrzutami, i sądzą z niepojętą surowością.
— Widziałam, jak pod wpływem obawy ubóstwa gasnęły najszlachetniejsze twe uczucia. Chciwość, żądza złota, wszystko pochłonęły. Czy możesz temu zaprzeczyć?
— Stałem się rozsądniejszy i nic więcej. Względem ciebie nie zmieniłem się w niczem.
Wstrząsnęła głową na znak powątpiewania. »Bodajby nowo obrana droga przyniosła ci szczęście i spokój. Nie mamy względem siebie żadnych obowiązków. Zwalniam cię z danego słowa«.
Usiłował się usprawiedliwiać, lecz szło mu tak niezręcznie, iż widać było radość, jakiej doznał z powodu tego zerwania.
Odeszła.
— Duchu! — jęknął Scrooge — nie pokazuj mi już nic więcej. Odprowadź mnie do domu. Przestań pastwić się nade mną!
— Jeszcze jedno widzenie — odpowiedział duch nieubłagany.
— Nie, nie, już nic więcej, nie chcę już nic widzieć! Nic mi już nie pokazuj.
Lecz widmo ścisnęło go tylko za rękę i zmusiło do wpatrywania się w dalsze obrazy.
Przeniesieni zostali nagle w inne miejsce, aby ujrzeć przed sobą inną scenę. Był pokój, ani zbyt wielki, ani ciasny, przyjemny i wygodny. Przy ogniu, płonącym jasno na kominku, siedziała młoda dziewczyna, tak podobna do tej, którą pożegnał przed chwilą, że wziął ją za poprzednią, — lecz wpatrzywszy się, poznał, że tamta, już matka rodziny, siedziała naprzeciw córki. W pokoju był ogłuszający, niemożliwy hałas, tak pełno było dzieci. Scrooge nie mógł ich zliczyć, zdawało mu się, że jest ich ze czterdzieścioro; ale prawdopodobnie każde dziecko hałasowało za czterdzieści. Skutkiem tego była wrzawa nie do opisania, która jednak nie dokuczała nikomu, — przeciwnie, matka i córka śmiały się z całego serca i najwidoczniej bawiły wybornie. Córka nagle wmieszała się w krzykliwe grono. Dopiero się rzucili na nią swywolnicy! Szarpali i targali, ciągnęli w różne strony, jak rabusie, a ona się tylko śmiała, opędzała, matka klaskała w ręce.
Ktoś zapukał do drzwi. Natychmiast podwoił się hałas, cała gromada rzuciła się ku drzwiom, niosąc ze sobą dziewczę, które ze śmiechu nie mogło się bronić i stanęło naprzeciw ojca, obładowanego kolędami. Można sobie wyobrazić krzyki, bitwy, napaści na bezbronnego przybysza. Jeden malec porywa krzesło i, jak po drabinie, włazi mu na kark; inny przetrząsa kieszenie i wyciąga paczki, poowijane w bibułę; tamten ściąga mu krawat i wiesza się na szyi. Co za radość! Co za krzyk, co za zdumienie przy otwarciu każdego pakunku! Jednego malca schwytano, gdy pakował do ust blaszaną patelnię! naturalnie, że na niego padło podejrzenie, iż tak samo połknął cukrowego indyka razem z drewnianym półmiskiem. Nakoniec godzina spoczynku nadeszła, dzieci jedno po drugiem wychodzą z pokoju i usypiają z zabawkami w ręku, z projektami zabaw na jutro! Spokojność powróciła.
— Marjo — rzekł mąż z uśmiechem, zwracając się do żony — widziałem dziś jednego z twoich dawnych znajomych.
— Kogóż?
— Zgadnij!
— Jakże chcesz, żebym zgadła?... Czy czasem nie pana Scrooge? — zagadnęła.
— Właśnie jego. Przechodziłem koło kantoru, a ponieważ okiennice nie były zamknięte, i paliła się lampa, spojrzałem mimowolnie. Mówiono mi, że wspólnik jego, Marley, dogorywa. Scrooge siedział samotny. Sam jeden na świecie!!
— Duchu! duchu! odprowadź mnie stąd!... — wołał Scrooge, załamując ręce.
— Zapowiedziałem ci — odrzekło widmo — że ukażę ci cienie przeszłości... nie miej do mnie żalu, jeżeli są takie, nie inne.
— Odprowadź mnie! — wołał Scrooge — nie zniosę więcej podobnych widoków.
Zwrócił się do ducha i ze zdziwieniem spostrzegł w jego twarzy rysy wszystkich tych osób, które mu ukazywał. Więc rzucił się na niego.
— Dajże mi już pokój, puść mnie, odprowadź do domu! — przestań dręczyć! — wołał rozpaczliwie, usiłując wyrwać się z rąk jego.
W tej walce, jeżeli to walką nazwać można, ponieważ duch, nie czyniąc żadnego oporu, nie dał się przecież zachwiać żadnym wysiłkiem przeciwnika, — Scrooge spostrzegł, że światło, tryskające z głowy widma, połyskiwało coraz silniej i prawie oślepiająco. Schwycił więc za gasilnik i ruchem niespodziewanym wtłoczył mu go na głowę.
Duch zniknął pod tym dziwacznym kapeluszem, lecz choć Scrooge przyciskał go ze wszystkich sił, nie mógł zdusić zupełnie blasku, wydobywającego się teraz z pod spodu i oświetlającego całą podłogę.
Uczuł się wkońcu tak okropnie zmordowanym, iż ogarnęła go senność niepohamowana. I nagle ujrzał się w swojej sypialni. Wtedy chciał raz jeszcze przycisnąć gasilnik, uderzył ręką z góry, lecz wraz z tym ruchem sam upadł na łóżko, pogrążony w śnie głębokim.




  1. Zegarek kieszonkowy, bijący za pociśnięciem sprężyny.
  2. Dowód na pożyczone pieniądze.
  3. Suknia luźna o szerokich rękawach.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.