Wilczyce/Tom III/Rozdział XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wilczyce
Podtytuł Powieść z wojen wandejskich
Wydawca Gebethner i Wolff; G. Gebethner
Data wyd. 1913
Druk Piotr Laskauer
Miejsce wyd. Warszawa Kraków
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les louves de Machecoul
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVI.
W którym baron Michel znajduje, jako podporę, dąb, zamiast trzciny.

Marya zrozumiała, że to Pan zsyła jej pomoc. Czuła bowiem, że teraz, zdradziwszy się, była już, gdyby pozostała sama, na łasce ukochanego. Pobiegła zatem do Rozyny, pochwyciła ją za rękę i spytała:
Co się stało, moje dziecko? co cię sprowadza? Przesunęła dłonie po czole i po oczach: po oczach, żeby zetrzeć łzy, po czole, żeby zetrzeć rumieniec.
— Panienko — rzekła Rozyna — zdaje mi się, że słyszę plusk łódki.
— Z której strony?
— Od strony Saint-Philbert.
— Zdawało mi się, że na całem jeziorze jest tylko łódka twego ojca.
— Nie, panienko; jest jeszcze łódka młynarza z Grand-Lieu; nawpół przegniła wprawdzie, ale to pewnie tą łódką ktoś tu do nas jedzie.
— Dobrze, dobrze — odparła Marya — idę z tobą, Rozyno.
I, nie zwracając uwagi na młodzieńca, który wyciągał ku niej błagalne ręce, Marya, rada, że może oddalić się od Michała, by zebrać myśli i odwagę, wybiegła z szałasu. Rozyna udała się za nią.
Michał pozostał sam, w zgnębieniu bezbrzeżnem; czuł, że szczęście go opuszcza i rozumiał całą niemożliwość zatrzymania go. Nigdy już nie powróci chwila takiego upojenia i takiego wyznania!
Gdy Marya powróciła, wytężywszy słuch we wszystkich kierunkach i nie usłyszawszy nic, oprócz plusku fali, odbijającej się od brzegu, zastała Michała siedzącego na pęku sitowia, z głowią na dłoniach opartą. Na odgłos jej kroków podniósł głowę, a widząc ją równie spokojną za powrotem, jak była wzruszona odchodząc, wyciągnął do niej rękę i rzekł głosem błagalnym:
— Maryo, Maryo, powiedz mi raz jeszcze, że mnie kochasz!
— Powtórzę ci to, mój przyjacielu — odparła Marya ze smutkiem — ilekroć zażądasz, jeśli przekonanie, że moja tkliwość współczuje twoim cierpieniom i śledzi bacznie twoje wysiłki, może ci dodać odwagi i energii.
— Jakto! — rzekł Michał, załamując ręce — więc ciągle jeszcze myślisz o tej okrutnej rozłące? chcesz, żebym, mając świadomość swojej miłości dla ciebie, i pewność twojej miłości dla mnie, związał się z inną? Berta, prędzej, czy później, spostrzeże, że jej nie kocham, a wtedy...
— Słuchaj, Michale; godziny biegną, noc mija, niebawem dzień zaświta, trzeba się będzie rozstać; postanowienie moje jest nieodwołalne: to był cudny sen, o którym musimy zapomnieć. Powiedziałam ci, czem możesz zasłużyć nie na moją miłość, bo tę posiadasz, ale na wieczną wdzięczność biednej Maryi. Jeśli odmówisz błagalnej prośbie mojej, musisz się wyrzec widywania mnie; bo, powtarzam ci, przysięgłam ci wobec Boga, że nigdy twoją nie będę!
— Maryo, Maryo, nie składaj tej przysięgi! pozostaw mi przynajmniej nadzieję. Przeszkody, które nas rozłączają, mogą być usunięte.
— Pozostawić ci nadzieję, Michale, byłoby błędem nie do darowania... Nie — rzekła Marya, przesuwając ręką po czole — nie łudźmy się temi marzeniami, są zbyt niebezpieczne. Skoro pozostajesz nieczuły na moje prośby, pozostaje mi tylko pożegnać cię na wieki.
— Miałżebym cię już nie widywać, Maryo!... Och! raczej śmierć. Będę ci posłuszny... — umilkł, nie mając siły mówić więcej.
— Dzięki ci, przyjacielu! dzięki! Żądałam od ciebie tej ofiary i przyjmuję ją w przekonaniu, że nie będzie stracona zarówno dla twego szczęścia, jak i dla szczęścia Berty.
— Ale ty, ty? zawołał młodzieniec.
— Nie myśl o mnie, Michale. Bóg dał w poświęceniu źródło pociechy, którego głębi człowiek zmierzyć nie zdoła. Ja... — tu Marya przysłoniła oczy dłońmi, jak gdyby obawiając się, żeby nie zadały kłamu jej słowom — ja się postaram, żeby widok waszego szczęścia mi wystarczył.
— Och! Boże! Boże! — zawołał Michał, załamując ręce — a więc wszystko skończone, jestem skazany!
I rzucił się twarzą na ścianę szałasu.
W tej chwili weszła Rozyna.
— Panienko — rzekła — dzień świta.
— Co ci jest, Rozyno? — spytała Marya. — Zdaje mi się, że drżysz cała.
— Bo tak samo, jak zdawało mi się, że słyszałam plusk wioseł na jeziorze, tak samo przed chwilą zdawało mi się, że ktoś idzie za mną.
— Że ktoś idzie za tobą na tej samotnej wysepce na jeziorze? śniłaś chyba, moje dziecko!
— I ja tak myślę, bo rozglądałam się na wszystkie strony i nie widziałam nikogo.
— A więc idźmy! — rzekła Marya. — Pójdziemy same — dodała, zwracając się do Michała — a za godzinę Rozyna wróci łódką po pana. Nie zapominaj, drogi przyjacielu, obietnicy, jaką mi dałeś; liczę na twoją odwagę, panie Michale.
— Licz na moją miłość, Maryo; dowód, jakiego żądasz ode mnie jest okrutny, zadanie, jakie mi narzucasz, jest przerażające; dałby Bóg, żebym nie upadł pod tym ciężarem!
— Pomyśl, panie Michale, że Berta cię kocha; pomyśl, że śledzi każde twoje spojrzenie; pomyśl wreszcie, że wolałabym umrzeć, niż doczekać się chwili, w której poznałaby stan twego serca. Odwagi! żegnaj, drogi przyjacielu!
I, korzystając z chwili, w której Rozyna otwierała drzwi, Marya pochyliła się i złożyła pocałunek na czole Michała.
Jakże różny był ten pocałunek od tego, jaki pozwoliła wziąć z ust, swoich przed pół godziną! Tamten był płomiennym żarem, który, idąc z serca kochanka, obejmuje serce kochanki; ten zaś był dziewiczem pożegnaniem siostry.
Michał zrozumiał dobrze tę różnicę — serce szarpnęło się w nim boleśnie. Odprowadził dziewczęta na brzeg, poczem, gdy odpłynęły w łódce, usiadł na kamieniu i patrzył, jak się oddalały, dopóki nie znikły we mgle porannej, unoszącej się nad jeziorem. Plusk wioseł dobiegał jeszcze jego uszu; wsłuchiwał się w ten odgłos, jak w dźwięki dzwonu żałobnego, który zwiastował, że marzenia ukochane rozwiały się, jak widma.
Naraz ktoś dotknął z lekka jego ramienia, Michał odwrócił się i ujrzał za sobą Jana Oullier’a.
Twarz Wandejczyka była jeszcze smutniejsza, niż zazwyczaj, ale przynajmniej utraciła wyraz nienawiści, który Michał zawsze w niej widział. Powieki Jana były wilgotne, a wielkie krople wody lśniły się na zaroście, okalającym twarz jego. Byłaż to rosa nocna? byłyż to łzy, wylane przez starego żołnierza Charette’a,? Wyciągnął rękę do Michała, czego dotychczas nigdy jeszcze nie uczynił. Młodzieniec spojrzał na niego zdumiony i z wahaniem ujął dłoń podaną.
— Słyszałem wszystko — rzekł Jan Oullier.
Michał westchnął boleśnie i schylił głowę.
— Dzielne macie serca! — dodał Wandejczyk. — Ale miał pan słuszność, to młode dziewczę kazało panu podjąć zadanie straszne. Niechaj Bóg jej wynagrodzi to poświęcenie! Gdyby zaś pan, panie de la Logerie, czuł, że go siły opuszczają, niech mnie pan uprzedzi, a przekona się pan, że, jeśli Jan Oullier umie nienawidzieć wrogów, potrafi należycie kochać tych, którzy mu są drodzy.
— Dziękuję — odparł Michał.
— No, no, niech pan nie płacze odezwał się znów Jan Oullier — płacz nie przystoi mężczyźnie! a jeśli będzie trzeba, postaram się przemówić do rozumu temu upartemu kozłowi, któremu na imię Berta, jakkolwiek, oświadczam panu z góry, że to rzecz niełatwa.
— Ale, w razie, gdyby ona nie chciała usłuchać głosu rozsądku, pozostanie mi zadanie bardzo łatwe, zwłaszcza, jeżeli pan zechce mi dopomódz...
— Jakie mianowicie? — spytał Jan Oullier.
— Dać się zabić — odrzekł Michał, a powiedział to z taką prostotą, że czuć było, iż wyraża szczery zamiar.
— Hoho! — mruknął Jan Oullier — tak mi to coś wygląda, że gotów jest zrobić, jak mówi. — Poczem, zwracając się do młodzieńca, dodał głośno: — A no, jak do tego dojdzie, zobaczymy!
To przyrzeczenie, jakkolwiek smutne, dodało nieco otuchy Michałowi.
— A teraz, w drogę — odezwał się po chwili stary gajowy — nie może pan pozostać tutaj. Mam wprawdzie łódkę nędzną, wszelako, płynąc ostrożnie, dobijemy w niej do lądu.
— Ale Rozyna ma tu wrócić po mnie za godzinę — rzekł Michał.
— W takim razie przejedzie się napróżno — odparł Jan Oullier — będzie miała nauczkę, za opowiadanie na gościńcach spraw cudzych, jak opowiadała dzisiaj w nocy panu.
Po tych słowach, które wyjaśniły, co sprowadziło Jana Oullier’a na wysepkę Jonchére, Michał udał się z nim do łódki i niebawem, oddalając się od strony, w jaką popłynęły Marya i Rozyna, pojechali w kierunku Saint-Philbert





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.