Wspomnienia z wygnania 1865-1874/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Wielhorski
Tytuł Wspomnienia z wygnania 1865-1874
Wydawca Zygmunt Wielhorski
Data wyd. 1875
Druk Ludwik Morzbach
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXIV.
Ciężkie czasy. — Kotek Wańka, — Wyjazd z Solwyczegodska.

Lato jak lato, łatwiejsze było do przebycia; najprzód nie potrzebowałem drzewa na opał, powtóre mogłem się obyć bez światła. Zacząwszy od połowy maja, aż do końca lipca nie ma tam prawie nocy, słońce zachodzi ledwo na parę godzin, ale zorza świeci ciągle, o północku czytać można jak w biały dzień. Otóż ta jednostajność nuży niezmiernie, dnie wydają się długie, bez końca. Podczas tych dni letnich najczęściéj sypialiśmy w czasie upałów południowych, a czuwali całą noc. Dopiero nad ranem kładliśmy się do łóżka. Lato przynosiło nam jeszcze te korzyści, że mogliśmy sobie to ryb nałapać, to zwierzyny upolować, zbieraliśmy grzyby lub rydze, nakoniec i ogród, który, będąc w biedzie, jeszcze staranniéj uprawiałem, dawał mi oprócz potrzebnych warzyw, malutkie dochody. Z początku ani się myślało z ogrodu cośkolwiek sprzedawać, jeżeli była jaka wczesna jarzyna, to się ją czémprędzéj brało do kuchni; teraz nowalije szły na sprzedaż.
Służąca mego gospodarza za małe bardzo wynagrodzenie roznosiła produkta mojego ogrodu po mieście. Za pierwsze ogórki brałem czasem 1 po 10 groszy za sztukę; fasola zielona, któréj do mego przyjazdu tam nie znano, także znajdowała amatorów, równie jak galarepa, pietruszka, selery. Ale największy odbyt miały rzodkiewki, płacono mi po dwa grosze za sztukę, sałaty wcale nie jadano, zaczém nie kupowano. Ogródek, który wynajmowałem, był niewielki, to téż niewiele sprzedać mogłem, ale gdybym był więcéj produkował, to nie miałbym już odbytu, bo bardzo mała liczba mieszkańców, i to tylko najdystyngowańszych, pozwalała sobie kupować moje płody.
Zima sprowadzała nam większe wydatki, szczególniéj światło dużo kosztowało. W grudniu mieliśmy zaledwie trzy godziny słońca, a nie więcéj jak cztery mogliśmy się obyć bez świecy. Śmiech mnie pobiera, jak sobie przypomnę nasze polowania na świecę; bo łatwiéj można się było obejść bez wielu bardzo potrzebnych przedmiotów, jak bez światła; i tak wchodzę n. p. do Gl. i pytam go się:
— Czy nie masz przypadkiem zbytecznéj świecy?
— Nietylko zbytecznéj, ale i nieodzownie potrzebnéj nawet nie mam.
— Chodźmy do Kl., u niego znajdziemy na pewno.
Idziemy, zastajemy Kl. zamyślonego, jak gdyby chciał wynaleść perpetuum mobile.
— Czego ty taki zadumany?
— Właśnie chciałem rozwiązać to codzienne zadanie, zkąd dostać sześć groszy na świecę.
— To źle, widać że i u ciebie nie nie wskóramy.
— Chodźmy do Wysokiego, to przemyślny człowiek, on bez świecy być nie może. Poszliśmy do Wysokiego już we trzech. Zastaliśmy go uważnie wpatrującego się w drzwiczki od pieca.
— Co się dzieje w piecu, że tak się w niego wpatrujesz?
— Bądźcie cicho! W moich alembikach wytapia się teraz złoto!
— Co za szczęście! za twoje złoto kupiemy sobie świec, ale to stósy świec, miliony świec — cały funt świec!
— Cicho, cicho; dowiedzcie się wziąłem dwa funty baraniny, które rzeźnik dał mi na kredyt, poobkrawałem z niéj wszystek tłuszcz i teraz go wytapiam.
Otworzył Wysoki piec, zaleciała nas woń smrodliwa baraniego łoju, ale ta woń łechtała bardzo mile w tę porę nasz organ powonienia, wyciągnął ostrożnie rynkę i w przygotowaną skorupkę, w któréj leżało kilka skręconych nitek bawełny, wylał to, co się w niéj znajdowało. Tłuszcz ledwie pokrył dno skorupki.
— Oszukał mnie szelma rzeźnik, djabelnie chudą mi sprzedał baraninę.
Już było całkiém ciemno, Wysoki zapalił improwizowaną świecę i z godzinę nam przyświecał, a gdy ostatni promyk światła już zagasł, wtedy ktoś zaintonował: „Znikły dla nas nadziei promienie“ — i resztę wieczora spędziliśmy przy świetle księżyca i odblasku śniegu.
Nieraz mi się wtedy przypominała książeczka młodego Henryka Murger: Scenes de la vie de Bohéme. Jego bohaterowie mieli jednak nadzieję w przyszłości, a my żadnéj.
Jak wszystko przemija, przeminęła i zima, a potém poszły koleją wiosna, lato j jesień, Zima wróciła znowu. Otrzymywałem nieco pieniędzy z domu, ale te nie regularnie przychodziły, 150 najwięcéj 200 rubli rocznie, niestety musiałem długi płacić, więc życie zawsze było równie nędzne.
Jak już powiedziałem, z dawnéj mojéj zamożmości została mi się tylko jedna kotka. Wogóle mężczyźni kotów nie lubią, ale ja muszę się przyznać, że mam do nich słabość, bo proszę mi powiedzieć, gdy się jest samemu, w biedzie, czy to nie przyjemnie, jak takie zwierzątko wskoczy na kolana, zacznie się na nich kręcić, obcierać swój pyszczek o ręce, a po chwili zbędzie się wspinać na piersi, chwyta delikatnie łapką za brodę, a do wszystkich tych karesów dodaje ciągłe mruczenie, znak ukontentowania.
Dla czego zresztą nie mam lubić kotów? Wszak kardynał Richelieu lubił je namiętnie, a sławny poeta i pisarz francuski Theophile Gautier nie mógł ani jednego wiersza napisać, jeżeli faworyt nie siedział mu na kolanach. Te wielkie przykłady usprawiedliwiają, mam nadzieję, moją słabość dla tych zwierzątek.
Posiadałem tedy kotkę; kotka naturalnie miała na wiosnę kocięta; kocięta, kiedy już podrosły, rozebrano, został mi się tylko jeden kotek, któremu dano nazwę Wańka, jest to zdrobniałe Iwan, nie chciałem, żeby pamięć Iwana Leońtiewicza się zatarła, więc chocież kot nosił jego imię.
Wańka był najrozkoszniejszym kotkiem, trudno sobie wystawić coś rozkoszniejszego, rósł jak na drożdżach.
Jednéj niedzieli kupiłem na targu trzy funty wieprzowiny, miały mi one wystarczyć na cały tydzień; przyniosłem ten zapas do domu i położyłem na stole, a sam wróciłem na rynek, żeby kupić jeszcze mleka. Wracam, a tu moja kotka i Wańka w najlepsze siedzą na stole i kończą wieprzowinę.
Nie miałem ani grosza, żeby tę stratę zastąpić, wpadłem w gniew, kotka uciekła, ale złapałem biednego Wańkę i mocno rzuciłem o podłogę, zaraz się opamiętałem, ale już było za późmo, Wańka leżał na podłodze i ani się ruszył, A tylko miauczał przeraźliwie, podniósłem go, utuliłem, położyłem na łóżku, wszelako opatrując go spostrzegłem, że coś miał w sobie złamanego; dałem mu mleka, pić nie chciał. Dwa dni mój biedny Wańka żył jeszcze — i w końcu zdechł. Żebym był wiedział, że takie będą następstwa mego uniesienia, byłbym wolał i w tym, i w następnym i w trzecim tygodniu mięsa nie jeść, byle tylko mój biedny Wańka żył. Drobne to zapewne zdarzenie, ale na całe życie zostanie mi pamiętném, od owéj pory nigdy żadnego zwierzęcia nie uderzyłem, lękając się podobnych następstw, jak z Wańką. Bardzo mi żal było Wańki, na szczęście moja kotka miała znów kocięta, i dawnego Wańkę nowy zastąpił.
Pisząc te wspomnienia, widzę sam, ile w nich niedostatków. Koléj zdarzeń nie jest dobrze zachowana, często pod koniec opowiadam coś, z początku mego wygnania i przeciwnie. Możnaby poprawić lub przerobić, powiązać z sobą niektóre zdarzenia, inne obszerniéj opisać, inne znowu skrócić, ale jakoś nie mam do tego ochoty. Jedyna rzecz, co może mnie choć w części wytłómaczyć, to to, że żadnych zapisków na miejscu nie robiłem, zgoła nie myśląc, że kiedyś przyjdzie mi opisywać moje dziewięcioletnie wygnanie. Zaczęto je drukować bez mojéj wiedzy i musiałem daléj pisać, a gdym pisał, coraz to coś nowego się nasuwało, to późniejsze wypadki, to wcześniejsze. Zmieniać już nie szło; bo jak mówi rosyjskie przysłowie: „czto napisano perom, ne wyrubisz i toporom“, (co napisane piórem, nie wyrąbiesz toporem), a tém bardziéj co drukowane. Tak téż i ta moja praca, taką była na początku, taką i została, niech teraz idzie w świat i życzę czytelnikowi, aby mu tyle przyjemności sprawiła, ile ja jéj doznaję, opowiadając czasy ubiegłe.
Równie jednostajnym trybem dożyliśmy do dnia pamiętnego 1 sierpnia 1872 roku. Rano dnia tego, podczas gdy chodziłem po ogródku i cieszyłem się, że wszystko bujnie rośnie, że ogórki już są spore, ze zawiązuje się galarepka i że będę w końcu miał korzyść z kilkomiesięcznéj pracy, policyant przyszedł ranie zawiadomić, że isprawnik prosi do siebie i czeka w kancelaryi. Taka wiadomość nie mało mnie zastanowiła, ile, że isprawnik do kancelaryi nigdy nas nie potrzebował, tylko w razie, jeżeli miał objawić nam urzędowe rozporządzenie. Poszedłem zaraz i w kancelaryi zastałem już kilku naszych, a reszta się schodziła. Gdyśmy się wszyscy zebrali, p. Merenville de Saint Clair zawiadomił nas, że w skutek rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych, mamy być przeniesieni do miasta Uśtiuga, i nazajutrz powinniśmy być gotowi do drogi, bo taki jest rozkaz wyraźny gubernatora. Ale na nasze prośby i ponieważ to był zacny człowiek, zgodził się isprawnik na trzy dni zwłoki. Dopiero czwartego rano mieliśmy opuścić Solwyczegodsk.
Wiadomość ta niezmiernie nas ucieszyła, Uśtiug uważany był przez nas jako raj ziemski, ale zaczekam z jego opisaniem. Byli między nami i tacy, których ta zmiana zmartwiła. Zafrasowali się ci, co mieli swoje domy, swoje gospodarstwa, a najbardziej ci, co się byli pożenili. Bo niestety mieliśmy i takich. Dwóch do téj kategoryi należało, nieszczęśliwi, zagłuszając w sobie wszelkie uczucie patryotyzmu, honoru, religii, połączyli się z moskiewkami, i teraz ich rodziny są rodzinami rosyjskiemi, bo chociaż oni pozostali niby katolikami, dzieci ich z konieczności do schizmy należą. Dla usprawiedliwienia reszty nadmienić muszę, że obydwa ci odszczepieńcy nie posiadali żadnego wykształcenia, ani czytać, ani pisać nie umieli.
Gdyśmy wyszli od isprawnika, już wiadomość o wywiezieniu nas rozeszła się po mieście; kilkadziesiąt osób czekało na dziedzińcu kancelaryi na nasze wyjście; jedni winszowali, drudzy się krzywili, były i takie osoby, które łez swoich nie mogły utaić. Każdego z naszych kilka osób do domu odprowadziło. Ja pobiegłem do mego poczciwego kapitana, podzielić się z nim tą dobrą nowiną.
Byłem mu winien naówczas do stu rubli, ani się zmarszczył starowina, owszem wiedząc, że nie mam ani grosza, wyciągnął z biurka dwudziestopięcio rublowy papierek i podając mi go rzekł:
— Wiem, że nie masz, a tam ci będzie potrzeba, weź proszę cię, jestem przekonany, że jak będziesz miał to mi oddasz. Nie będziesz miał, to mi Pan Bóg odda za ciebie.
Uściskałem poczciwego starca, umiejącego tyle zachować delikatności, któraby mogła zaszczyt przynieść nietylko prostemn chłopu i żołnierzowi, lecz nie jednemu z uprzywilejowanych téj ziemi. Serdecznie pożegnawszy go, wróciłem do domu.
Przygotowania moje do drogi nie wiele czasu zajęły, jak moskal powiada: „Szapku w ochabku“ (czapkę w rękę) i już gotów. Znaleźli się zaraz kupcy na trochę gratów, które posiadałem, na stół, łóżko, kanapkę, garnki, miski, faski, nawet kotki wnet w innne przeszły ręce, zachowałem sobie tylko prawo używalności, aż do chwili wyjazdu, ale rzecz jasna, że wszystko za bezcen zbyłem. Tylko na ogród nie mógłem znaleźć amatora, nikt go kupić nie chciał; gdybym był został, pewno ze dwadzieścia rubli byłby mi przyniósł, a teraz za pięć oddawałem i jeszcze go nie chciano. Byli tacy, co mi rubla ofiarowali; nie przyjąłem, wolałem darować go raczéj gospodarzowi, u którego parę lat mieszkałem i który zawsze bardzo był dla mnie dobry, chociaż straszny pijak.
Ogromny rejwach panował w mieście przez te parę dni. To myśmy chodzili z pożegnaniem, to do nas ciągle przybywano, nie mieliśmy ani chwili swobodnéj. Koło niektórych wierzyciele się uwijali, ale napróżno, bo kieszenie były puste. Innym znowu, którzy mieli dużo rzeczy do sprzedania, a ostro się trzymali, towarzyszyła zgraja kupujących. Jedni nas serdecznie żałowali, drudzy znowu w duszy radowali się, że przecież pozbędą, się intruzów, co długo rej wodzili. Śmiało mogę powiedzieć, że ogólnie, szczerze byli do nas przywiązani, większość z prawdziwym smutkiem patrzała na nasz odjazd i nie chlubiąc się, muszę powiedzieć, że wspomnienia, które po sobie zostawiliśmy, zaszczyt nam przynoszą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Wielhorski.