<<< Dane tekstu >>>
Autor Bronisław Rajchman
Tytuł Wycieczka na Łomnicę
Podtytuł Odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego
Wydawca Filip Sulimierski
Data wyd. 1879
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.
Przejście przez odnogę szczytu Kezmarskiego. — Piérwsza próba. — „Nie puszcza!“ — Straszna pustka. — Tarasik. — Widok na podhale. — Zbyt silna wentylacya. — Przygoda nocna. — Błądzenie śród kosodrzewiny. — Wyjście na grzbiet drugiéj odnogi.

Była trzecia kiedyśmy nad Stawkiem Zielonym zasiedli; obiad i odpoczynek trwał dwie godziny, o piątéj więc rozpoczęliśmy marsz nanowo.
Czasu było mało. Należało po północném zboczu jednéj z odnóg Kezmarskiego szczytu wedrzéć się na jéj grzbiet, a po południowém zejść do doliny, do granicy kosodrzewu. Takie wejście i zejście, przy najszczęśliwszych warunkach wymagało ze 4 godziny, a tymczasem, z powodu powlekania się nieba chmurami, można było spodziewać się ciemności za dwie.
Przy tém wszystkim i tu nikt drogi nie znał.
Gdyśmy pod samo zbocze nadeszli, zaczęto się naradzać, przez który punkt będzie najlepiéj przejść na drugą stronę. Wszyscy niemal zgodzili się na to, że należy posunąć się daléj w dolinę, gdyż grzbiet odnogi góry Kezmarskiéj będzie tam niższy i wygodniejszy.
Tatar jednakże wystąpił przeciwko temu projektowi, przedstawiając, iż ponieważ mamy iść na Łomnicę, więc poco mamy schodzić nizko w dolinę? Chybaby dla powiększenia sobie pracy, albowiem droga od tego miejsca gdzie stoimy aż do niższego punktu doliny i droga w dolinie, do któréj przejdziemy, od punktu zejścia, aż do obecnéj wysokości, będzie zupełnie straconą. Oprócz tego, mało mamy czasu i zużywszy godzinę lub więcéj na zejście do niższéj części, możemy zostać zaskoczeni przez noc, jeszcze na zboczu lub na grzbiecie. Uwaga ta o mało co niezostała przyjęta oklaskami.
— Bardzo pięknie, rzekł profesor, ale pytanie czy znajdziemy bliższą drogę — ja jéj tu nie widzę.
— E! najdzie się. Ja dobrze widzę żleby.
To mówiąc pomknął ku występowi, tworzącemu rodzaj żebra czy podpórki góry, podobnéj do murowanych podpór starych kamienic.
Stok tego żebra był bardzo stromy. Ślizka trawa, mech i maziste błoto powiększały trudność wchodzenia. Gdzieniegdzie znów występował na wiérzch lity gładki granit, także niezbyt wygodny. Wreszcie, po uciążliwém wspinaniu się, stanęliśmy na grzbiecie podpórki, jakby na małym tarasie. Od tego miejsca wznosiła się prawie pionowa ściana skalista, wyszczerbiona u góry kilku wyłomami. Wszyscyśmy usiedli, a Tatar poszedł szukać drogi do jednego z wyłomów. Nie bawił jednak długo; po dwóch minutach wrócił i, powiedziawszy jakby od niechcenia „nie puszcza“, zaczął schodzić.
Osłupiałem ze zdziwienia i złości.
— Jakto! zawołałem oburzony, wiedziecie nas przez półgodziny w górę po tak uciążliwéj drodze, nie wiedząc czy puszcza!
— Bo mi się widziało, że jest droga do żlebu.
— Jak się komu widzi, to powinien pójść sam i przekonać się.
Tatar zamilkł.
— Ah! oni zawsze lubią tak drogę skracać, rzekł profesor.
Ale nacóż się zdało sarkanie! Straciliśmy pracę i czas, i rzecz skończona. Polityka każe się zgadzać z fait accompli. Zamilkliśmy, ale to mi wcale nie przeszkodziło, — podobnie jak tym państwom, które muszą akceptować fait accompli — być wcale w niedobrym humorze.
Zszedłszy na dół, musieliśmy się posunąć niżéj w dolinę. Na szczęście wkrótce spostrzegliśmy zbocze równe, nie bardzo spadziste. Nieprzyjemnych jednak na niém doznawaliśmy niespodzianek. Co chwila zdawało się że już jesteśmy na grzbiecie, na przełęczy, a tymczasem doszedłszy do miejsca uważanego za przełęcz przekonywaliśmy się, iż najwyższy punkt odnogi nie jest w tém miejscu, ale cokolwiek daléj. Doszedłszy znów tam, spostrzegaliśmy, że znowu byliśmy w błędzie, tak że nareszcie zupełnie niespodzianie wyszliśmy na przełęcz. Jestto skutek kopulastéj krzywizny boku odnogi szczytu Kezmarskiego.
Staliśmy na grzbiecie odnogi, to rzecz pewna; ale jednak nie była to jeszcze granica drugiéj doliny. Zwykle na grzbiecie takich odnóg widać obie doliny, tu zaś... Przed nami rozciągała się miednicowata zaklęsłość, jakby bańka na ramieniu polipa. Zstąpiliśmy w nią.
Czczość — oto charakter téj wklęsłości. Byliśmy jakby w kulistém więzieniu, którego dolną połowę stanowiły dość równo ułożone zwały granitu a górną niebo zachmurzone. Ani zieleni, ani nawet martwych, lecz fantastycznych zygzaków skał. Niżéj odbija się wszędzie wzrok o niedalekie szare brzegi miednicy, wyżéj o popielate sklepienie. A przytém cisza... przerywana tylko naszemi krokami. Jakaż przejmująca pustka, jaka okropność nicości!
Jużem przywykł do martwoty, któréj wnętrze Tatr jest obrazem. Ale tu, w tém pudle, tak mi było smutno, taka mnie tęsknota ogarnęła za szérokiemi widokami, jak gdybym był sam na świecie, jak gdybym stąpał samotny po kraterze księżyca, z którego już niepodobna się wydobyć.
Ale wrota więzienia otwarto. Wychodzimy na brzeg, wstępujemy na mały taras i odrazu roztacza się przed nami daleki krajobraz. Zachód słońca na prześliczném ożywioném podhalu. Co za szalony kontrast. Wiatr, w téj chwili nasz przyjaciel, zmiótł wszystkie chmury. Białe wieże zróżowiały, zieleń podhala przybrała jakiś ciepły rozkoszny koloryt, i zdało się, iż zachodzące słońce szepcze miłośnie z doliną. Potém czerwoność coraz mocniejsza, coraz więcéj ciemnością rozrzedzona, coraz elegiczniéj śpiéwa dolina i wreszcie pogrąża się w mroku. Jednocześnie gwiazdki wynurzają się na ocean niebios, z początku blade, nieśmiałe, mrugające ku dolinie, lecz coraz pewniejsze siebie, coraz bardziéj błyszczące zléwają radośne promienie na ziemię. Wreszcie pojawia się na wschodzie Mars ognisto-żółty, jakby pan tych wszystkich istot błyszczących, i cały ten orszak patrzy się przymilająco ku samotnym turystom.
Była to prawdziwa apoteoza żywiącéj, pełnéj wdzięków natury, którą nam Oready w swym gmachu wyprawiły.
Możebyśmy długo nie mogli oczu oderwać od tego wspaniałego widowiska, gdyby nie to, że Oready wielce przesadziły w wentylacyi swego teatru. Wiatr coraz bardziéj się wzmagał i zapędził nas do ogniska, które dymem zasłoniło scenę.
Wkrótce oczy kléić się zaczęły, i wpełzliśmy do namiotu, nie myśląc o tém wcale, że wiatr może go w nocy zlizać ze skały.
Było to bardzo prawdopodobne, gdyż coraz bardziéj szalał na małym tarasiku, z jednéj strony tylko szczytem osłoniętym. Ale znużenie i obawę przemogło.
Jak długo spałem snem twardym, nie mógłbym powiedziéć. Baz tylko w nocy otworzyłem oczy, gdyż padał na nie blask silny, jakby z pieca, w którym się topi żelazo, z tą tylko różnicą, że był czerwony. Ocknąwszy się, usłyszałem przeraźliwy świst wiatru i trzepotanie płótna namiotu, jakby chorągiewki mającéj się w szmaty rozleciéć. Na wpół senny nie mogłem się zreflektować co to jest, a przez myśl przesunął mi się, jakby końcowe ogniwo jakiegoś snu, który nie doszedł do świadomości, wiérsz Mickiewicza:
„Na szczycie jakaś łuna — pożar Czarogrodu!...“
Czyniąc wysilenie, aby sobie wytłumaczyć zkąd się tu wziął pożar Czarogrodu, — gdyż nie mogłem sobie przypomniéć gdzie przedtém byłem, — zobaczyłem na tle morza ognistego jakąś czarną postać, która się wzięła do spinania brzegów otworu namiotu i do zasłaniania go kosodrzewiną. Poznałem wtedy gdzie jestem, i... nie bacząc na ogień i wicher usiłujący zerwać namiot, obróciłem się na drugi bok i znowu zasnąłem. Wytłumaczono mi późniéj co się w nocy stało.
Gdy odeszliśmy od ogniska do namiotu, ułożyli się górale około ognia promienisto w zwartém kole, i owinąwszy głowy w czuchy zasnęli snem sprawiedliwych. Roj, który był zajęty przy namiocie i najpóźniéj przyszedł do watry, nie mógł dla siebie znaléźć miejsca. Chcąc więc górali rozsunąć, dołożył tyle kosówki, że powstał ogromny ogień, który parząc śpiących w nogi, zmusił ich do instynktownego odsunięcia się. Wten sposób koło górali powiększyło się i Roj wsunął się pomiędzy dwa jego promienie.
Ponieważ wiatr na chwilę ustał, więc sądził że ognisko samo przygaśnie. Tymczasem stało się inaczéj. W nocy wiatr jeszcze bardziéj się rozszalał, rozdmuchał ognisko do niebywałych rozmiarów, zapalił kosówkę przygotowaną do dokładania, wydłużył ogień w ogromny język, który piękącém swém liznięciem postawił na nogi wszystkich górali, a następnie zwrócił się ku namiotowi, grożąc mu pożogą. Wtedy właśnie śniła mi się łuna. Wojtek, dla uchronienia namiotu, stanął przed nim i rozciągnąwszy ramiona zasłonił go sobą i czuchą. Drugi przewodnik zmniejszył ognisko. Do świtu już pilnujący spać się nie kładli, gdyż ciągle musieli to spinać otwór namiotu, to poprawiać kołki przytwierdzające go do ziemi, aby nas wichr nie poniósł.
Wstaliśmy o wpół do piątéj. Spojrzałem na dolinę, któréj najwyższe piętro zajmowaliśmy. Główném jéj tłem żałobna zieleń kosodrzewiny, rozciągająca się po całém dnie i dosięgająca połowy stoków. Smutno, jednostajnie. Świetnego obrazu ziemi zamieszkanéj przez człowieka już widać nie było, gdyż tonęła we mgle porannéj.
Wiatr zupełnie ustał, niebo było pochmurne. Rozpoczęła się narada którędy przebyć drugą odnogę góry Kezmarskiéj, którąśmy mieli po prawéj ręce, aby się dostać do doliny pod Łomnicą. Zdawało się, że najlepiéjby było iść wprost od nas, po nad kosodrzewiną. Ale Tatar, nauczony wczesném doświadczeniem, wniósł, że trzeba się posunąć niżéj. Ponieważ za kosodrzewiną, mówił, jest „wolarnia“, więc bezwątpienia znajdziemy wyrąbaną w kosodrzewinie perć, która nas najlepszą drogą zaprowadzi. Nikt nie chciał protestować, choć to była dłuższa droga, bośmy pamiętali wczorajsze fiasco.
Przytém mieliśmy w perspektywie zobaczenie ogromnéj wolarni, spotkanie się z życiem, ruchem, pogadanie z juchasami.
Poszliśmy za Szymkiem.
Z początku przedzieraliśmy się przez kosówkę, ale niezadługo natrafiliśmy na dobrą perć. Idziemy po niéj, weseli, śmiejący się, tymczasem perć się kończy na jakimś placyku ogołoconym z kosodrzewiny. Rozbiegamy się na okół i zaczynamy szukać, każdy na własną rękę. Wreszcie znajduje ktoś coś podobnego do perci, w przedłużeniu piérwszéj. Idziemy nią. Ale to nie perć. Coraz około ramion gęściéj, coraz pod nogami błotniściéj, wodniściéj, nierówniéj. Matnia taka, że ani rusz. Wracamy się więc na ów placyk i innéj perci szukamy. Idziemy z kwadrans, i znów spostrzegamy, żeśmy się zawiedli. Uśmiéchy już dawno zniknęły z twarzy, rozmowy zamilkły, gniewni milczymy lub sarkamy na Szymka. Ten z Rojem latają jak oparzeni, ale perci znaléźć nie mogą. Znużeni, znudzeni, zniecierpliwieni, skwaśnieli, siadamy pod kosodrzewiną i paląc papierosy czekamy na rezultat ich poszukiwań. Milczymy, ale co chwila któś się odezwie:
— A nie mówiłem, żeby od razu pójść ponad kosówką.
— Toć i ja mówiłem.
— Albo ja zaraz nie powiedziałek ci kaz tam sukać perci. Jak najdziem to nas zawiedzie dołu i potém się wracaj horze (do góry).
— Eh! co tam gadać, już przepadło, rzekł któś kiwnąwszy ręką z rezygnacyą.
Znowu długie milczenie, przerywane tylko pykaniem z fajek i cygarniczek.
Któś spojrzał na zegarek i rzekł jakby przestraszony:
— Wpół do ósméj! Bagatela, prawie dwie godziny błądzimy.
— Trzysta tysięcy! szepnął jeden z górali — tele dole (tak długo) dźwigało się worki napróżno.
Znowu milczenie.
Tymczasem na domiar złego zaczął dészcz padać. Tego tylko brakowało.
Miarka się przepełniła. Sposępnieliśmy jeszcze bardziéj. Ale ponieważ wszystkie bardzo silne wrażenia wywołują reakcyą, więc wkrótce przestaliśmy się dąsać i zaczęliśmy żartować. Już drwiliśmy z możliwych przygód na tym padole płaczu, mówiąc filozoficznie — wszystko głupstwo! Jakby na zaklęcie deszczyk ustał, nie bardzo nam zaszkodziwszy, i wstało słonko. Ah jakże nas ucieszyło... Ale nie nadługo. Sprowadziło ono miliony muszek, które nas ciąć poczęły bardzo dotkliwie. Tego już doprawdy było zanadto. Najcierpliwszy i najgładszy dżentelmen angielski rzuciłby już wtedy w powietrze wyraz, podobny do trzeszczącego zaklęcia, po którém zagranicą poznają Polaka.
Tymczasem zjawił się poseł od Roja, z miną jakoś nie bardzo pogodną.
— Wojtek naseł — rzekł.
— Perć?
— Ni, ino miesce nie barz séroko zarosłe....
Ha! trudna rada, nie było co robić. Musieliśmy się zdecydować na przebicie się przez kosówkę.
Jestto przyjemność zupełnie specyficzna, więc do niczego znanego nie da się porównać. Jeśli jednak czytelnik wyobrazi sobie pole pokryte silnemi sprężynami meblowemi, które każdy krok odbijają do góry i na wszystkie strony, jeśli pomyśli sobie śród nich gęste elastyczne gałęzie sosnowe, które trzeba rozpychać ramionami, i które się zaraz za człowiekiem zamykają, jeśli doda do tego przyjemne wrażenie z uderzenia kit iglastych gałęzi po twarzy, to pojmie przyjemność przedzierania się przez kosówkę.
Gdyśmy po półgodzinném może kroczeniu śród niéj wydostali się na miejsce wolne, uczuliśmy się tak szczęśliwi, jak gdyby po wydostaniu się z trzęsawiska, w którém po bary ugrzęźliśmy. Twarze się znowu rozjaśniły, poczęła się wesoła rozmowa i kamieniami zasypane zbocze góry wydawało nam się jak najwygodniejszym chodnikiem.
Około godziny dziewiątéj byliśmy już na grzbiecie góry, oddzielającéj nas od doliny rozciągającéj się pod Łomnicą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bronisław Rajchman.