<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Złoty Jasieńko
Podtytuł Powieść współczesna
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1869
Druk Drukarnia S. Lewentala
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Czytelnicy moi nie od dziś wiedzą o tém że mam słabość do epilogów, ale nie jest ona moim grzechem właściwie, bo pochodzi ze szczeréj chęci dogodzenia wymaganiom powszechnym. Chociaż na świecie Bożym nic się nie kończy a życie ogniw nieskończonym łańcuchem się przeciąga, każdyby przecie, zamykając książkę, pragnął wiedziéć o losie bohatéra ostatecznym.
Tym razem jesteśmy zmuszeni dla dopowiedzenia prawdziwéj historyi o złotym Jasieńku (gdyż mutatis mutandis jest ona — niestety, bardzo prawdziwą) z największym wstrętem wpaść w formę zużytą, oklepaną, nieprzebaczoną powieściopisarzowi — ale konieczną. Co począć przeciwko prawdzie? Musiémy ją dać taką jaką jest.
Wiadomo iż w r. 1867 — z wielką uroczystością odbyła się wielka wystawa międzynarodowa w Paryżu; ściągnęła ona krocie ludzi ciekawych i nauki chciwych nad brzegi Sekwany. Do wagonów na kolei docisnąć się było niepodobna, a bufety na stacyach szturmem brano.
Ci nawet ludzie spokojnego ducha, którzy nigdy w sobie nie czuli powołania do włóczęgi, rozpatrywali się w oszczędzonym groszu i zamyślali czyby po zniżonej cenie na podróż do Paryża im nie wystarczało.
W takiém położeniu właśnie był zamożny właściciel magazynu mebli zbytkownych, pan Wilhelm Szkalmierski, znany nam pod imieniem Wilmusia, dziś człek stateczny, żonaty z panną Teklą Wolkiewiczówną, i jeden z najlepszych w swoim fachu rzemieślników. Chociaż sam sobie winien był wykształcenie, doprowadził je pracą do tego, że się mógł bez fanfaronady nazwać artystą. Pojmował on że z widzenia wzorów, z nauki jaką daje poznanie najcelniejszych wyrobów świata, skorzystać wiele można. Kłopotał się téż wielce tą myślą, jakby do Paryża się dostać.
Żona pana Wilhelma która w téj saméj kamienicy utrzymywała magazyn strojów i bielizny, miała tęż samę myśl, choć się z nią długo taiła. I byliby się pewnie oboje wyrzekli jéj spełnienia, gdyby poczciwy stary Tramiński, który czasem gazety czytywał, nie przyszedł jednego wieczora opowiedzieć im że — jak się wyraził — za psie piéniądze tam i napowrót dostać się można, wystawę widzieć i kawał jeszcze świata po drodze.
Jak zaczął rachować co to na dwie osoby wynieść może, z pobytem, utrzymywaniem skromném, a nawet z małemi sprawuneczkami, okazało się że oboje państwo Wilhelmostwo składając swe oszczędności, wyśmienicie sobie téj hulanki pozwolić mogli.
Ten tylko pojmie jaką im to radość sprawiło, kto niewielu w życiu mógł swym zachceniom dogodzić.
Ludzie niezużyci są staremi dziećmi; zachowują tę świéżość wyrażeń, którą ściéra prędko pieszczota losu i dogadzanie fantazyom.
Wilhelm uściskał żonę, ona jego, oboje potém ucałowali starego Tramińskiego, który wpadł w najlepszy humor w świecie.
— Kto na tém najlepiéj wyjdzie, rzekł, to ja, bo grosza nie dawszy będę słuchał opowiadania caluteńką zimę i dowiem się o wszystkiém jak bym tam sam był. Nawet po sprawiedliwości, gdybym wam jakie pareset złotych dołożył, nie zgrzeszyłbym, ale — chuda fara!!
To mówiąc, łzę otarł Tramiński.
W sierpniu wybrali się tedy oboje państwo, poleciwszy magazyny uczciwym zastępcom i opiece starego.
Nie będziemy jechać z nimi.
Trwała podróż daleko dłużéj niż sobie byli obrachowali, Tramiński zaczynał być niespokojnym, chociaż listy przychodziły, wiedziano że się nic złego nie stało. Wilmuś przecież, powiedziawszy sobie że drugi raz w życiu chyba tak daleko na świat już nie wyjrzy, chciał spenetrować Europę — jak mówił. Ceny podróży zdziwiły go tém że je wszędzie prawie znalazł mniejsze niż się spodziéwał, oboje bowiem zbytnich wygód nie potrzebowali. Jechali trzecią klasą, jedli w małych garkuchniach, a Wilmuś zawsze wielki miłośnik piwska, tylko się na nie potroszę ruinował. Ponieważ zaś sumienie go gryzło, że Tekla mniéj miała przyjemnością jedną, tracił trochę na łakocie dla niéj. Z tém wszystkiém ani im zabrakło, ani zbyt wiele wydali.
Późną jesienią, Tramiński stęskniony już siedział raz po ciemku bez świécy w swojéj izdebce, gdy posłyszał tętnienie na wschodach, śmiéch wesoły i coś go tknęło, jakby głos Wilmusia. Ale uszom nie dowierzał.
W tém otwarły się drzwi szeroko i — niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, dźwięcznym głosem wyrzeczony w progu, niepozostawił wątpliwości że pan majster był z powrotem.
Tramiński krzyknął radośnie.
— Wszelki duch pana Boga chwali!..
Zapalił świécę i — spostrzegł oboje Szkalmierskich śmiejących mu się radością wielką i weselem. On sam trzymał w ręku drewniany szwajcarski kałamarz prześlicznie wyrzeźbiony, ona kufel do piwa a ozdobny z cyfrą Tramińskiego.
Radości opisywać nie umiem, więc nie będę; ale gawęda tego dnia rozpoczęta w mieszkaniu kancelisty, skończyła się po północy przy kawie, piwie i przekąskach u Szkalmierskich. Jesteśmy pewni że lepiéj nad Wilmusia wrażeń jego podróży opowiedziéć nie potrafimy; niech więc pan majster głos zabierze. Przekonacie się iż historya téj podróży ma pewien związek z dziejami złotego Jasieńka.
Wilmuś tak opowiadał.
— Nie wiem, ojcze kochany, czyś bywał kiedy za granicą? nie? — no to może i lepiéj — ale to pewna że człowiekowi naprzód wyjechawszy z domu wszystkiego swojego braknie, wszystko cudze zdaje się śmiészne i przechwalone — ale potém! potém, rozpatrując się w różnych różnościach niemieckich, francuzkich i cudzoziemskich, musi sobie powiedziéć — diableśmy od nich daleko!
Wiele u nas jest dobrego, ale nie małoby nauczyć się potrzeba. Naprzód ojcze kochany, bije w oczy jedno, u nas ogromne fortuny i straszne ubóstwo, dwie ostateczności rażące — tam, niemal jakby pod strychulec wymierzył średni byt panuje, ani nędzy nie spotkasz nadzwyczajnéj, ani téż zbytku wielkiego, chyba bardzo rzadko. Średni stan jak ono jest to jest, żyje dobrze, oszczędniéj niż u nas, a krociowi ludzie, ba i milionowi panowie którzy te miliony zrobili, nie rzucają zarobkowania. Zarobkują tylko na większą skalę, ale z rękami założonemi nie siedzą.
Wsie jak u nas miasteczka, miasteczka jak u nas miasta, stolice ludne jak małe kraiki, ruch, wrzawa, życie, trud, wrące, kipiące, bez snu i spoczynku.
Zapukawszy do piersi tych ludzi, znajdziesz je tatku i zastygłe i jeszcze ciepłe, jak wszędzie po świecie, a taki miara złego i dobrego, gatunek powiedziałbym — inny. Już jeśli się trafi oszust to arcymistrz w swojém rzemiośle. Tego co u nas braterskiego uczucia, łatwości życia, znajomości, gościnności, uczynności nie znajdziecie.
Serce się tam tak łatwo i prędko nie otworzy jak nam — czemu? myślę że nieraz się zawiodło i sparzywszy, na zimne dmucha; ależ i tam są ludzie.
Już co Niemcom naprzód to się i dziwić potrzeba i uczyć od nich i z nich pośmiać. My wszyscy potrosze sobie rady damy wszędzie, bośmy jeszcze dzieci pustyni i Robinsonowie tatku, — oni są jak kółka w zegarku, gdyś wyjął ją z werku, ani się już ruszą, i niewiedziéć do czego ich użyć.
Szewc nie zna ino swoją dratwę, a bywa taki co szyje tylko cholewy, inny co umié tylko podeszwy rychtować, inny co stębnuje tylko wiérzch trzewika lub buta. Tak samo z innemi rzemiosłami. W wielkich zbiorowiskach ludu, podzielili się pracą aż do drobnostek, odejm im tę robotę ich jedyną, jutro z głodu pomrą.
Nie śmiem tego dodać ale mi się widzi iż to potroszę i głowy im ścieśnia, robi z nich machiny: patrzą na jeden punkt i przez cholewę od buta widzą świat.
A mimo to niby są rozumniejsi od nas, tylko gdyby nas dwóch z niemieckim majstrem rzucić na wyspę bezludną, onby zdechł a jabym sobie radę dał. Myśmy potroszę dzicy ludzie, ale instynkt téż dzikich nie postradany w nas pozostał. Mądrość ich nieco ciasna. Toż samo z kobiétami; u nas każda i chléb upiecze i jeść zgotuje, tam chléb biorą u piekarza a jadło w garkuchni, a kobiéta jedna tylko obrębia, druga tylko porze.
Już to pewna że kto całe życie pracuje nad jedném, lżéj mu idzie, ręka się wprawia ale umysł ociężéć musi, bo mechanicznie palce wykonywają czego się wyuczyły, a głowa pracować nie potrzebuje. Jest w tém zło, jest i dobro. Może ten dobroczynny podział pracy nadaje się dla mas które nie mają wielkich darów, ale na ludzi coby chcieli iść naprzód, wkłada kajdany.
Alem się ja rozgadał — dodał Wilmuś, pewnie od rzeczy, i nie moja sprawa o tém sądzić.
Z początku gdzieśmy z Teklą stanęli a poczęli się rozpatrywać, było zdumienia wiele, taki przepych, taki przemysł, handel, fabryki; taki świat dopasowany we wszystkiém, że mu już zdaje się nic nie braknie.
Są ludzie co karmią, co bawią, co buty czyszczą, co zęby rwą, na skrzypcach grają, kijki strużą i drewionkom do zapałek końce całe życie ucinają. Wszystko to w niedzielę jak się wystroi, bankiera od jego chłopca nie rozróżnisz, a w Niemczech nie rzadko u jednego stołu siądą pić piwo.
I ot — w czém ich wyższość, to już niéma stanów — są ludzie.
Ten co ulice zamiata czuje się tak dobrze człowiekiem jak ten, co po nich jeździ cztérma końmi. Oprócz żebraka nikt ci czapkować nie będzie — bo to wszyscy czytać umieją.
Dlaczegośmy pojechali do Wrocławia i po co do Drezna, doprawdy nie wiem. Chciało się rzemiennym dyszlem odbywać drogę a widziéć co najwięcéj. Tekla i ja pchaliśmy się gdzie ino powiedzieli że jest co do widzenia. Jabym nie przysiągł tatku, że zrozumiałem wszystko co mi pokazywali, tego nie powiem; ale dużo rzeczy zrazu ciemnych powoli się rozjaśniało.
Mnie już w tém saskiem Dreźnie strasznie się podobały stare roboty stolarskie i drewniane, takichem jeszcze nie widział, wielu i nie domyśla się, na ile to sposobów kawałek drzewa da się obrobić. A no człowiekowi dosyć często zobaczyć raz, aby pochwycić myśl i sposób. Co jeden zrobił, drugi potrafić musi.
Z Drezna albo nas fałszywie pokierowali, albom się ja zdurzył, albo tak pan Bóg chciał, niewiedziéć po co powieźli nas na Frankfurt.
Żeby tam było wiele do widzenia, nie powiem, poszliśmy z Teklą prawie na darmo oczy wyszczerzać, aż w ulicy około pomnika jakiegoś poety (Goethego) gdy się gapiąc stoimy, słyszę ktoś mnie po ramieniu klepie. Obejrzę się co za poufałość, bo u Niemców często piérwszy raz cię widząc człek z dobrego humoru tak początkuje, ażem się zdziwił, a to w eleganckim tużurku pan Maryan Częstochowski, mistrz kunsztu krawieckiego z naszego miasta, z cygarem w ustach, kapelusz na bakier, ledwie go poznałem.
— Cóż wy tu robicie? zawołałem.
— Ja? a no — wędruję! używam świata, jadę nibyć to jak i wy na wystawę, ale nim się tam dowlokę, strzelam gawrony.
Rękę trzymał w kamizelce, a minę miał taką gęstą czegoś że mi się to w głowie pomieścić nie mogło, czy podpił czy wziął sukcesyą, czy się z milionową Angielką ożenił zagranicą.
— Zkądże pan Bóg prowadzi?
— Hę? z Homburga?
— Co? z Hamburga.
— Nie — nie! mówię państwu z Homburga! A to śmiészna rzecz, dodał, czy nie wiécie że jest Hamburg i Homburg?
Wstyd mi było wyznać żem jako żywo nigdy o Homburgu żadnym nie słyszał. Ale trudno, rzeknę tedy:
— Nie wiem o żadnym Homburgu, cóż to jest? co tam widzieliście?
— Ale ba! co ja tam widziałem! zawołał Częstochowski, tego my pewnie na wystawie nie zobaczymy. Kupy złota i bankocetli jak góry. Notabene że ino przyjdź i bierz.
— Cóż bo pleciesz? zawołałem — czy żartujesz.
— A no, gra, gra mospanie! Grają o miliony i o guldeny, jak kto chce. Pałac mospanie królewski, sale jak stodoły złocone, a w środku stoliki, ino siadaj i graj. Można zrobić fortunę w kwadrans.
— I przegrać téż! rzekłem.
— Musi być pewnie — dodał Częstochowski, ale nie głupim się tylko udaje. Ja, przyznaję się, przyszedłem ze czterma guldenami, wygrałem tysiąc i drapnęłem.
— Wygrałeś tysiąc!! zawołała Tekla — waćpan...
— A no, a no, ja — jak mnie żywego widzicie, i to jeszcze w ten sposób że ani wiem jak się to stało. Przyszedłem do stołu, czegosiem się i bał i wstydził stawić. Naostatek skorciło, przystąpiłem jak złodziéj, zaczerwieniłem się jak panienka, rzuciłem cztéry guldeny, wtém ktoś mnie w bok trącił, odwracam oczy, zdaje mi się że znikły. A no! przegrana. Stoję jak głupi, i patrzę, patrzę. Rychtyk na czterech guldenach, tylko trochę daléj posuniętych, rośnie kupa grosza. Ot to! myślę sobie, szczęśliwy bałwan co je postawił, ależ po co je trzyma, prawie mu je zabiorą. No nic — stoję, kupa rośnie, narosło tego dosyć, aż kart zabrakło i jakiś jegomość odwraca się do mnie, znać widział żem stawił i pyta po niemiecku czy daléj myślę trzymać? Ja! osłupiałem, kupa była moja. Nuż za grabki, sunę do kieszeni, do chustki, kapelusz na głowę i drapaka. Tyleście mnie widzieli.
Cha! cha! oto mi się udało!
Częstochowski opowiedziawszy przygodę, poszedł, my z Teklą pokręciwszy się po Frankfurcie, zamyśleni oboje, wróciliśmy do gospody.
— Wartoby te dziwy zobaczyć! odezwałem się.
— A! nie! oparła mi się poczciwa Teklusia, skorci cię grać, po co? nuż przegrasz? Co tam ciekawego.
Dałem jéj słowo że grać nie będę jeśli cztery guldeny przegram i dopiéro się zgodziła na to, ażebyśmy pojechali ten sławny bank zobaczyć.
Przyznaję się że to było głupstwo i słabość, bo po co léźć w piekło, kiedy nic nie zmusza? Ale téż ciekawość piérwszy stopień do piekła.
Stanęliśmy tegoż dnia wieczorem, znaleźli drogą izdebkę pod łabędziem i poszliśmy razem do tego pałacu szatana. Co prawda to prawda że przepyszny, zdaje ci się że wchodzisz na królewskie pokoje, sufity złotem kapią, lokaje w liberyi, wszędzie zbytek i rozpusta.
Cztéry stoły a na nich kupy papiérów i rulony złota i porozsypywane garściami luidory, fryderychsdory, a dokoła blade twarze mężczyzn, kobiet, starców, młokosów, wlepione w tę grę i w karty i numera.
Przyszedłszy do piérwszego stołu, stanęliśmy i stali jak osłupieni, patrząc na przesuwające się pieniądze, które tak trudno zapracować a tak łatwo tu stracić! Tekli się na płacz zbiérało, tak się to jéj zdawało jakoś straszném, diabelskiém.
W naszych oczach wygrał jeden sto tysięcy franków, drugi się do ostatniego zgrał guldena. Obydwa bledzi byli jak trupy, ten co zyskał bielszy może od tego co stracił, wargi mu się trzęsły i nogi zataczały gdy odchodził.
Od jednego stołu w piérwszéj sali przeszliśmy do drugiego i trzeciego, zostawał ostatni czwarty w osobnym pokoju. Mówię do Tekli. Chodźmy no jeszcze tam zajrzéć, mniéj ludzi, może się docisnę i postawię swoje.
Ona nic nie odpowiedziała, cisnęła się do mnie strwożona ciągle, poszliśmy. Jużem dobywał owe cztéry guldeny i miał je rzucić na czerwoną, gdy spojrzę, Tekla się płoni, krzyknęła i oburącz mnie chwyta za ramię.
— Co ci takiego? zapytałem, co to jest?
Odpowiedzi żadnéj, tylko jéj oczy się skierowały w jeden punkt i uwięzły na nim. Spojrzę, wpatruje się, i ja moim nie wierzę.
Na wysokiém krzesełku z zakasanemi rękawami, w białéj chustce i kamizelce, wyfryzowany, wyświéżony, biały sam jak mąka, siedział mój pan brat z łopatką w ręku i krupierował!!!
Oczy jego zwrócone były w inną stronę, na stół którego pilnował, miałem się mu czas dobrze przypatrzéć. Zmieniony był, postarzały, zmęczony, ale dawna fantazya nie opuściła go całkiem; uśmiéchał się grzecznie do młodéj damy bardzo strojnéj, w brylantach, która grała pod jego łokciem, powtarzał machinalnie jakieś wyrazy, ziéwał pokryjomu i spełniał swoje obowiązki z niepospolitą zręcznością.
Szczególniéj podziwiać było potrzeba wysypywanie luidorów, które padały celnie nadzwyczaj w oznaczone miejsca. Zamiatał téż co Bóg dał i segregował natychmiast z szybkością podziwienia godną.
Nie umiem powiedziéć wam jakie mnie na ten widok ogarnęło uczucie, litość, wzgarda, strach czy podziwienie, a może wszystkie razem zlane w jedno. Tekla płakała ukradkiem oparta o mnie gdybyśmy go byli znaleźli żebrakiem w rogu ulicy, mniéj przykre uczyniłoby na nas to wrażenie.
Machinalnie postawiłem moje dwa guldeny na czerwony i grabki pana brata ściągnęły je w mgnieniu oka, miałem jeszcze dwa do przegrania, a chciałem niemi ściągnąć na siebie wzrok jego — rzuciłem je niezgrabnie — poprawił nieoglądając się. Nie upłynęło sekund parę i te nielitościwie grabki zsunęły. Opłaciwszy ten podatek szatanowi, byłbym odszedł już, alem chciał aby raz zajrzéć w głąb jego oczów, stałem więc.
Zmieniliśmy tylko miejsce, tak aby być naprzeciw niego, w przestanku gry Jasieńko okiem znużoném powiódł po graczach i naprzód zobaczył Teklę — poznał, potém mnie.
Widziałem jak drgnął, jak mu ręka zadygotała, ale to trwało sekundę, odwrócił natychmiast wzrok od nas, grając zupełną obojętność, aby nas uwieść może. Ale napróżno fizyognomii swéj nadawał wyraz niezwyczajny, jakby pożyczany, mogliżeśmy się omylić??
Jak wkuci staliśmy nie na stół już patrząc, nie na grających, ale na niego tylko. Próżno, była to machina zręczna, w któréj pargaminowych rysach po chwili nic już wyczytać nie było można — odzyskał przytomność i cynizm.
Od miejscowych osób dowiedziałem się potém że „Polak,“ tak go tam zwano nie wymawiając nazwiska, otrzymał to miejsce w skutek jakiéjś potężnéj żeńskiéj protekcyi u p. Blanc’a, że brał dziesięć tysięcy franków i liczył się do najzręczniejszych krupierów, jakimi się bank posługiwał.
Jakie losy go zapędziły, co robił, jak żył, dopytać ani mogłem ani chciałem. Nazajutrz rano wyjechaliśmy z Homburga i pod wrażeniem smutném, ciężkiém, kamienném powlekliśmy się do Paryża. Jak widmo chodził za nami złoty Jasieńko z grabkami w ręku, mąką wytartą twarzą i mankietami zakasanemi, ściągający kupy złota.
Czy na tym zawodzie skończy nieborak, czy zmieni powołanie raz jeszcze? któżby śmiał zgadywać. Ja wolę żem został przy warsztacie do którego wracam głodny pracy, a jak teraz zbuduję szafę która już stoi caluteńka w méj głowie, ja ją poślę na wystawę — zobaczysz tatku — to będzie — klękajcie narody.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.