Zagadki (Kraszewski, 1870)/Tom III/VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zagadki
Wydawca Ludwik Merzbach
Data wyd. 1870
Druk Ludwik Merzbach
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Z imieniem wielkiéj stolicy Kraków jest małém miasteczkiem... od Floryańskiéj bramy do Wawelu na wylot go może ciekawe prześwidrować oko... Wszyscy się tu znają, każdy wie o życiu, zajęciach, gustach i nawyknieniach sąsiada, ukryć się niepodobna ani z nałogiem ani z cnotą... Ci nawet, co się z sobą nie witają i nie żyją, poznają się po fałdach sukni z tyłu... Nowo przybyły na tém tle starém odbija natychmiast i najmniejszy żydek wekslarz pozna go, prześladuje i goni. Jak w małżeńskiém długiém pożyciu, mówią, że małżonkowie stają się w końcu do siebie podobni, tak i mieszkańcy tutejsi nabrali pewnéj jednostajnéj, księżowsko-profesorsko-mieszczańskiéj fizyognomii. W gruncie jest to jeden typ z trzema waryacyami. Dodawszy do tego izraelską ludność na całém świecie jednaką i włościan z okolicy, mieć będziecie wyobrażenie tła, z którém oko łatwo się tak oswaja, iż na niém jak jaskrawą barwę nawet niedalekiego Lwowianina odróżnia. Są wprawdzie w życiu Krakowa chwile przepływu i odpływu większego obcych, w których więcéj jest żywiołów naniesionych, co ogólny charakter nieco zmienia, ale większą część roku... sami swoi. — W miastach, w których silniéj było rozbudzone życie w młodzieży uczącéj się — jak na przykład w Wilnie, żywioł ten wybitnie się odznaczał, tu on prawie znika. Młodzież teraźniejsza dobrowolnie ściera z siebie znamiona stanu i wieku, woli uchodzić za starych i dojrzałych...
Nawet mniéj uderzający przybysz w Krakowie zwracać musi uwagę, a o nieco wyrazistszym wiedzą nazajutrz nietylko wszystkie redakcye, wszyscy doróżkarze, ale nawet szukający zajęcia faktorowie. — Mimo największego starania, aby się uczynić niewidocznym, jenerał téż wypłynął w parę dni tak dobrze na wierzch, iż wiedziano, dokąd i o któréj godzinie z domu wychodził; jakich miał znajomych a nawet poniekąd, po co przyjechał. Historya jego z dramatycznemi dodatkami chodziła z ust do ust, budząc powszechną ciekawość. Miał nawet parę odwiedzin zupełnie nieznajomych ludzi, którzy cierpieli za ojczyznę a nie mieli dwudziestu centów na tytuń, jednego muzyka, który przyniósł mu dedykowanego poloneza, i jednego literata, który chciał go przypuścić do spółki w wydawaniu bardzo zajmującego dzieła o starożytnościach miasta Bochni.
Wszystko to niecierpliwiło, męczyło człowieka, który pragnął i sądził, że mu się uda przesunąć niewidzianemu. Większą téż część dnia spędzał za domem na zwiedzaniu miasta z Arusbekiem, który ciekawy był wszystkiego, nawet starożytnych pamiątek téj Polski, któréj wcale nie rozumiał. — Przy najlepszych chęciach poczciwy kniaź czerpał o Polsce wiadomości z takich źródeł, z których tylko męty mógł zaczerpnąć. Jenerał starał mu się tę przeszłość wytłómaczyć, objaśnić, ale wyprowadzenie z błędu było bardzo trudném. Jak wszystkie zjawiska historyczne, na których utworzenie składają się siły różne i różnolite, Polska téż ma oblicze nie łatwe do rozczytania się w niém i mieniące. Nie dziw, że z pewnym pozorem bezstronności nawet można, z różnych się na nią stron zapatrując, widzieć w niéj najwyższą piękność i najpoczwarniejszą brzydotę...
Na to tylko trzeba być jednostronnym i namiętnym. Polski, jaką w istocie była, mało kto dziś rozumie — intuicyą dziecięcą chyba sierocy jéj synowie, co się w te rysy ukochane całe życie wpatrują i znają wszystkie ich zmiany, transfiguracye, cienia i blaski.
Arusbekowi ta Polska dawna obcą była zupełnie a przez to i nowa stawała się niezrozumiałą. Ten, coby w życiu ani we śnie nie widział gmachu, mógłżeby pojąć rzucony na polu kapitel strzaskanéj kolumny? Jedno tylko Rosyanina dobréj wiary uderzało — to niezmierna przestrzeń, jaka dzieliła dwa kraje, Polskę i Rosyą... wychowane na dwu różnych mlekach... zrodzone pod jakiemiś innemi konstelacyami. Pokrewieństwo ledwie się dawało dojrzeć, rozbrat historyczny uderzał co chwila. Arusbek wszakże, lepsze mając serce i szlachetniejsze od innych swych współziomków uczucia, łatwiéj mógł odgadywać jasne strony polskiéj przeszłości... umiał poszanować je i chwilami zdawał się je rozumieć.
Jenerał téż gorliwie pracował nad wyjaśnieniem mu tych zjawisk, które, odrębnie wzięte, fałszywie tłómaczyć się mogły.
Chodzili tak, ścigani oczyma ciekawych autochtonów, a że wiedziano o rosyjskiém pochodzeniu kniazia Arusbeka, powszechnie głowami kręcono na tę przyjaźń, jaka łączyła niedawnego powstańca z wysoko położonym podróżnym Petersburgczykiem.
Wkrótce gorsze on jeszcze na siebie ściągnął podejrzenie, jednego bowiem dnia ów kniaź, którego jakby na całą zimę w Wiedniu już zamieszkałym spotkał Zbyski, zjawił się przejazdem przez Kraków i zawitał (nie wiedząc zkąd o jenerale się dowiedziawszy) do mieszkania jego, gdzie i Arusbeka zastał. Drugi ten kniaź wcale nie był im gościem pożądanym. Arusbek, zobaczywszy go i zimno przywitawszy, wyszedł zaraz; jenerał przyjął go milcząco. To chłodne przyjęcie zdawało się raczéj pociągać kniazia Samuela niż odstręczać. Siedział godzin parę, w rozmowie badał na wsze strony Zbyskiego, a nie dowiedziawszy się od niego nic, oprócz że się może w Galicyi osiedli, zdawał przykro dotknięty. Pytał po kilkakroć i o Arusbeka, ale o tym powiedział tylko jenerał, że się z nim wypadkiem tu spotkał, że bawi nie długo i zapewne przez Warszawę do Rosyi powraca.
Wszystko to Samuel przyjmował z niedowierzaniem pewném, z półuśmiechem, a gdy nawzajem spytał go Zbyski, co on tu robi, odpowiedział, że ciekawy był staréj ruskiéj stolicy i jedzie do Lwowa na dni parę.
— Trudno się było oprzeć pokusie — rzekł — siedzieć w Wiedniu, a naszego kraju nie zobaczyć. Przecież się tam teraz ku nam sympatya obudziła i poczucie braterstwa. Rusini mają rozum, że do silnego lgną a przerobienie się na model wielkorosyjski nie wiele ich będzie kosztować. Pamiętam, gdy mi jeden Małorosyanin w Kijowie z westchnieniem wyznał: Enfin-que sais-je, nous sommes peut être destinés a être eternellement l’envers de quelqunn, nous avons été d’envers de Polonais, nous le deviendrons pour la Russie...
Jenerał nic nie odpowiedział na to, Samuel popatrzał nań... zagadał czémś obojętném i odszedł.
Po obiedzie gdy się spotkali z Arusbekiem u pułkownikowéj, gdzie ich już natręci ścigać nie mogli, kniaź się odezwał:
— Nie wiesz, co on tu robi?
— Odpoczywa w Wiedniu po wodach a dla ciekawości, jak mi powiadał, wybrał się do Lwowa.
— Dla ciekawości! potrząsając głową rzekł kniaź, — wierz mi, tacy ludzie jak kniaź Samuel — nie dla daremnéj ciekawości nie przedsiębiorą... Ja nietylko mie lubię go, ale się lękam...
Rozmowa wkrótce stała się ogólną i na tém się skończyło. Arusbek bardzo pokochał nietylko smętny wyraz twarzy Michaliny, ale staruszkę pułkownikową... Miał serce potrzebujące kochać, żyło w niém wspomnienie własnéj matki, matkę więc przyjaciela przybrał sobie niemal za własną. Prosił ją o pozwolenie nazywania po polsku — mateczką, całował po rękach, przynosił bukiety, starał się rozweselać rozmową... Spoufalił się zresztą i z panną Michaliną, bo obie panie mimo odrazy, jaką budzi imię Rosyanina, w przyjacielu Stanisława widziały tylko dobrego człowieka... Michaliny położenie względem jenerała było jakieś dziwne i przykre, — starała się być dla niego zimną, a nie zawsze umiała.
Na samę myśl, że ją mógł posądzić o jakieś zamiary podboju, krew jéj uderzała do głowy, a mimo to charakter, powaga, słodycz, rozsądek, nawet dziwactwa tego człowieka czyniły na niéj głębokie wrażenie.
Z kniaziem Andrzejem swawoliła, śmiała się dziecinnie, pozwalała mu sobie prawić grzeczności, bywała nieco zalotną, z jenerałem była surową i zimną. Arusbekowi tak jakoś z niemi było dobrze, — a w reszcie świata tak samotnie i pusto, iż ciągle powtarzał:
— Kupujcie sobie tu dobra, ja się do was przyłączę, wydzielicie mi w parku, — bo park być musi, — kawałek gruntu, pobuduję sobie szalet szwajcarski i raz w rok na wakacye do was będę przyjeżdżał, kwiateczki sadził... dumał, czytał i długie ze Stanisławem czynił wycieczki....
Jenerał, który trochę się rozpatrzywszy w Krakowie, rad był już puścić się daléj — zatrzymywał się tylko dla Arusbeka. Przytém ode Lwowa odstręczał go Samuel, który tam miał pojechać a którego spotkać się lękał.
Od dnia więc do dnia, choć policyanta sznurkującego około hotelu widzieli codzień, choć się z policyi dopytywano, kiedy jenerał wyjedzie, bawiono, nie postanowiwszy, co się ma daléj zrobić. Arusbek tylko oświadczył, że poświęca się na ich usługi i towarzyszyć im będzie, dopóki pozwolą. Był to tak miły, niezawadny a serdeczny druh, że mu wszyscy byli radzi. Pułkownikowa go lubiła bardzo, panna Michalina nie taiła się ze słabostką dla niego, i był jéj potrzebny, bo inaczéjby ze swą wesołością i dowcipem nie miała zręczności wystąpić.
Arusbek nawet przeniósł się do tego samego hotelu, aby częściéj być z niemi. Wychowańcowi zbytku nawykłemu do wykwintów, prostota tutejszéj gospody, jéj opuszczenie nie bardzo były przyjemne. — Znosił wszakże wszystko, śmiejąc się z patryarchalnych obyczajów... aby być obok jenerała. Obiady jadano w saloniku pułkownikowéj, a choć na duszach było smutno... wesoły śmiech, gość rzadki, czasem tu jeszcze zawitał. Ze znajomych odwiedzili tylko ich państwo Skwarscy a raz na zwiady przyszedł Okoński. Nie zastał szczęściem Arusbeka u jenerała, ale już był o nim znać uwiadomiony, szukał go oczyma i bardzo zręcznie zagadnął, że słyszał o jakimś Rosyaninie... który... tego... dawnym znajomym... czy coś...
Jenerał zbył kilką krótkiemi słowy, że to był w istocie dawny znajomy i nie powiedział nic więcéj. Okoński rachował, iż za jakąś słabość pochwyciwszy Stanisława, potrafi się tu wkręcić nieznacznie. Próbował grać na różnych strunach, na próżności, na smakoszowstwie, na miłości płochéj zabawy, na namiętności do gry — żadna się z nich nie odezwała. Chmurny odszedł — nie dając wszakże za wygraną. Bolało go to, że o bogatym Rosyaninie, kniaziu itd. nic się dowiedzieć nie mógł u źródła. Dał kilkanaście centów kelnerowi, zapalając cygaro na dole, w nadziei, że tu się czegoś przecie dowie, ale dopytał się tylko tego, iż podróżny ma wspaniałe kufry, że złotem płaci i że strasznie być musi bogaty... To go w tém kwaśniejszy humor wprawiło, bo z takim człowiekiem miłąby była znajomość. Arusbek właśnie unikał wszelkich nowych, bo mu w tém ciasném kółku bardzo było dobrze.
Nazajutrz po ukazaniu się kniazia Samuela spotkali go jeszcze w ulicy ci panowie, ale skłoniwszy się im z daleka, zniknął. Szedł tym razem z jakimś słusznym, wysmukłym jegomością bardzo uniżenie towarzyszącym mu... który nie zdawał się być Rosyaninem...
W kilka dni potém jenerał z wielkiém zdziwieniem swojém zobaczył Tura na progu... powitał go serdecznie, ale zdziwiony, że się tu mógł dostać. Biedny człowiek wyglądał blado, mizernie, kaszlał gorzéj niż wprzódy; przecież twarz miał jaśniejszą, rozpromienioną a podaną sobie rękę gorąco uścisnął,
— Co wy tu robicie? spytał jenerał.
— Cicho! cicho — odparł wygnaniec, w Wiedniu przez Niemców potrafiłem sobie warunkowe wyrobić pozwolenie pobytu w Galicyi... jestem już z tego szczęśliwy...
— I cóż myślicie?
— Nie myślę nic! bądź co bądź... choćby umierać na swojéj ziemi! dodał Tur ze łzami w oczach — coś się znajdzie! Będę pracował, będę kamienie tłukł, będę robił, co mi każą, ale ten czarny nasz chleb kochany pożywać będę, tém naszém odetchnę powietrzem i posłyszę mowę naszę, dzwony kościołów, szum lasów...
Łzy mu się z powiek potoczyły, był cały jakby gorączką przejęty, chwyconą rękę ściskał z oczyma podniesionemi ku niebu... i mówił w uniesieniu. — A! to już najwyższe szczęście, być tu... choćby bracia odepchnęli — toż bracia — choćbym tu doświadczył największego bólu, nagrodzi mi go jeden dźwięk, jedno tchnienie, jedno wrażenie, to, że jestem na naszéj polskiéj ziemi męczenników... O! byle mnie tylko nie wypędzili ztąd znowu... chciałbym choć módz umrzeć tutaj.
Jenerał zatrzymał go z trudnością na dłużéj, biedny człowiek lękał się być natrętnym i uchodzić za głodnego. Chciał go jednak przedstawić matce i Michalinie, bo to był przyjaciel i towarzysz Władka, chciał go poznać z Arusbekiem, dla pożytku obu.
Zgadłszy prawie, że Tur dla swego ubóstwa stronił od towarzystwa, Stanisław rzekł mu po cichu. — Jesteśmy bracia z pola walki, bądżże ty ze mną jak z bratem i nie lękaj się a pozbądź emigranckiéj drażliwości i nieufności — nigdy nam natrętnym być nie możesz. Muszę cię przecież poznać z matką moją, z siostrą Władka, no — i pozwolisz jeszcze, bo mi to potrzebne — z jednym poczciwym, dobrym, wyjątkowym — Moskalem.
Uśmiechnął się, widząc, jak Tur się zżymnął. — Czekaj, nie sądź, dodał, jeśli do trzech dni kochać go nie będziesz... zrobisz, co zechcesz, masz prawo uciec od nas...
Załagodziwszy tak Tura, którego puścić nie chciał i zatrzymał gwałtem, doczekał się Zbyski przybycia Arusbeka i naprzód poznał ich z sobą. Tur, nie łatwo mówiący po francusku, dosyć dobrze za to umiał po rosyjsku, zrozumieć się więc mogli łatwo. Zrazu oba chodzili nakrochmaleni i zimni, wkrótce jednak sympatyczna fizyognomia Tura pociągnęła ku sobie kniazia, odgadł w nim heroicznego męczennika, który chętnie chodził bez aureoli i nigdy nie mówił o swych poświęceniach, tak je naturalnemi znajdował... W parę godzin byli już z sobą jeśli nie dobrze i poufale, to przynajmniéj tak, iż wzajemnie wstrętności się i uprzedzeń pozbyli. Daleko większe wrażenie jednak uczynił Tur na pułkownikowéj i Michalinie. Przypominał on jéj nie tylko Władka, ale tego zapaleńca, co z sercem miłością dla niéj przepełnioném poszedł do grobu... Tur, który od dawna nie kosztował słodyczy towarzystwa takiego, prawie się stał wesołym, zapomniał swéj draźliwości i dumy chorobliwéj, był jak w domu. Michalina słysząc, jak kaszli, widząc go bladym i wyniszczonym, z troskliwością siostry nim się szczególniéj zajmowała... Arusbek był zrazu trochę zazdrosny, ale potém począł jej tylko dopomagać i sam téż zajął się Turem... Zmuszano go zrazu, aby przyjął mieszkanie, które chciał odstąpić kniaź, ale Tur na to za nic się zgodzić nie mógł. Miał on tu dawnego towarzysza broni, przyjaciela, ubogiego brata, który pracował w jakiéjś kancelaryi, stał na strychu i dawał mu przytułek... Wstrzymano go tylko do wieczora. Tak zwiększyła się znowu gromadka i znowu zapomniano trochę po polsku, że należało coś poczynać, myśleć o przyszłości a nie tracić dni na marzeniach i rozmowach. Pułkownikowa, któréj ta niepewność była najcięższą do zniesienia, napomknęła wreszcie synowi, że na cośby się należało zgodzić i postanowić. Skwarscy nastręczali już dwa w okolicy majątki... Okoński nosił się z kilką dobrami w kieszeni, nawet doktor Ignacy wiedział o bardzo pięknéj wiosce ze ślicznym pałacykiem i ogrodem. Trzeba więc było jechać do Lwowa... aby pour acquit de conscience zabrać znajomość z całą Galicyą. Pułkownikowa miała przez ten czas pozostać w Krakowie pod bardzo kruchą opieką Tura, doktora i państwa Skwarskich. Tura właściwie dla tego robił jenerał opiekunem, iż po cichu matce szepnął, aby ona nim się po trochu opiekowała.
Gorzéj było z Arusbekiem, który ważył długo, czy ma tu także na straży pozostać lub towarzyszyć jenerałowi. Naostatek w przededniu wyjazdu nagle powiedział, że jedzie z nim, upakował się, poszedł do pułkownikowéj pożegnać, zapuścił się w długą rozmowę z panną Michaliną i oświadczył zdumionemu jenerałowi, że — nie pojedzie już a będzie nań czekał w Krakowie.
— Jestem leniwy, rzekł, jakoś mi tu dobrze, po co bez celu będę się włóczył, kiedy mnie Lwów wcale nie zajmuje?
— Słuchaj Andrzeju, przerwał uśmiechając się jenerał — ja zgaduję cię, tyś się po swojemu zakochał w pannie Michalinie... przyznaj się...
— Nie — przysięgam ci, żem się nie zakochał, odparł kniaź, ale co gorzéj, fatalny nałóg zrobiłem z jéj towarzystwa. Możesz mi nie mówić nawet, że to do niczego nie prowadzi, ja o tém wiem doskonale... W życiu wszakże to, co daje kilka choćby dni jasnych, jest niezmiernéj ceny. Nie ma, niestety, nic wiekuistego! kilka dni, tygodni, miesięcy! a! to już bardzo wiele...
Jeśli mi powiesz, że moje bywanie kompromituje pannę Michalinę... to co innego! oddalę się natychmiast... Ale — dodał ze złośliwym uśmiechem Arusbek, ja sądzę, że Rosyanin nigdy Polki nie kompromituje, tak jak... chciałem bardzo grubiańskie uczynić porównanie, dam pokój. To wiem, iż moja matka, która lubiła bardzo zwierzęta, miała faworytę kotkę, zamykano ją często z moim wyżłem i nikt ich nie po sądził o przyjaźń zbyt poufałą.
Jenerał się rozśmiał, Arusbek go uścisnął i skończyło się na tém, że szczęśliwie w miejscu został... Przeprowadzili tylko oba z Turem na dworzec kolei pana jenerała, który siadł do wagonu z jakimś olbrzymiego wzrostu jegomością wyglądającym bardzo wspaniale i odjechał. — Dwaj towarzysze podróży obrali sobie miejsca na dwóch przeciwnych krańcach, olbrzym zapalił cygaro i zwrócił się do okna, pan Stanisław podobnież, świsnęła lokomotywa i stary Kraków wkrótce pozostał we mgle za nimi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.