<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Łańcuchy
Wydawca Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XX.

Do Tobolska przybyli późno wieczorem.
Dobronrawowa i Wujaszka, którzy obiecywali sobie, że całą noc spędzą w mieście i pobomblują dowoli, spotkał zawód oficer konwoju wytrzeźwiał i stał się naraz niezmiernie surowym służbistą. Nietylko nie puścił nikogo prócz starosty do sklepów, lecz i temu ostatniemu czas ograniczył do dwóch godzin oraz dodał mu podoficera aż z dwoma żołnierzami konwoju.
— Rozkaz!... Służba!... Noc... miasto... Nic nie mogę!... — odpowiadał urzędownie, chmurny, wyprostowany i zapięty na wszystkie guziki.
— Ale mnie pan musi puścić!... Jestem drugim starostą, mam dużo sprawunków, potrzebuję je osobiście załatwić!... Mnie zawierzyli towarzysze pieniądze!... — nastawał Butterbrot.
— Żyd... Nie!... Syberja... Granica osiedlenia... Zabronione... Prawo zabrania... Żyda... Nie mogę!...
— Co to jest?... To nonsens!... Jestem polityczny... Mnie wybrali towarzysze. Wszystkie partje polityczne... Pan własną wolą tego nie może zmienić... Będę się skarżył!...
Oficer wytrzeszczał coraz groźniej krwią nabiegłe oczy i ruszał rudemi wąsami.
— Żyd... pszoł... — wyplunął nareszcie.
— Jak pan śmie!... Co pan powiedział? Niech pan powtórzy!... Ja tego nie ścierpię, ja tego nie daruję!... Jestem starostą!... Pan obraża wszystkich politycznych!... To na zesłanie niema „granicy osiedlenia“, a na wszystko inne jest?!... Co to jest? To jest jawne nadużycie! — unosił się Butterbrot.
Oficer coraz mocniej ruszał wąsami.
— Pszoł!... — powtórzył głośniej i lewą rękę opuścił na rękojeść szabli.
Butterbrot zerknął na stojącego przy drzwiach podoficera, cofnął się i zawrócił do wyjścia.
— Tak płazem nie można tego puścić!... Popamiętacie... Niewiadomo, do czego dojdzie!... — mruczał, biegnąc przejściem z boku barki na pomost.
Za nim kroczył, nie śpiesząc się, podoficer z kluczem w ręku.
— Niech pan powie temu Dobronrawowi, żeby zaraz przychodził. Późno już, sklepy tylko patrzeć jak zamkną!... — mówił, wpuszczając go za kratę i zamykając furtkę.
Butterbrot nic nie odrzekł, ale zetknąwszy się na schodach ze wstępującym na górę Dobronrawowym, napadł nań gniewnie.
— Gdzie pan idzie?... Z tego nic nie będzie!... Rozpuścił go pan, zdemoralizował... A on jest łotr, bandyta, łobuz, alkoholik i siepacz!... On minie obraził!
— Kto, co?... Zresztą nie mam czasu... Potem mi pan opowie... A teraz dobrze, że pana złapałem, muszę iść do miasta!... Dawaj pan spis zakupów i pieniądze, znowu pan je zabrał.
— Nic nie dam!... Pan nie pójdzie!... To już nie o towary chodzi, nie o białe bułki i tytoń, tu, panie, chodzi o honor wszystkich nas... Ten łotr, ten żołdak, ten pijaczyna, to skończone zero, obraził całą rewolucję... Słuchajcie, towarzysze, nie rozchodźcie się! Trzeba zaraz zwołać zebranie i naradzić się, zrobić protest. Tego nie można tak płazem puścić!... Oni nas bić niedługo zaczną. Towarzyszu Gołowinie, „otwórzcie“ posiedzenie! — wołał Butterbrot.
Więźniowie, z których wielu się już kładło do snu, podnosili się, skupiali, zdumieni i poruszeni.
— Co się stało?...
— Towarzysz Butterbrot ma głos!... — uroczyście obwieścił Gołowin.
— Towarzysze, dawno już zwracano uwagę, że przez niewłaściwe zachowanie się niektórych z nas, przez picie, zadawanie się i przyjaźń z tymi siepaczami, z tymi carskimi sługami, co nas pilnują, my obniżamy godność partyj rewolucyjnych, narażamy się na naszych siepaczy pogardę i że dojdzie do tego, że nas będą zupełnie lekceważyć, że nas będą traktowali gorzej od kryminalistów, bo ich się boją a nas nie.... Czy to słychana rzecz, żeby staroście, wybranemu przez ogół, który przedstawia nietylko materjalne, ale przedewszystkiem moralne i ideowe interesy politycznych wygnańców, żeby naszemu przedstawicielowi, ten cham, ten sołdat, ta kanalja, ten sługa caratu powiedział to, co on powiedział mnie!...
— Cóż on powiedział... — rozległy się głosy.
— Powtarzam, że jeżeli my zaraz nie zaprotestujemy, jeżeli nie przeciwstawimy tej przemocy burżuazji i caratu naszej rewolucyjnej solidarności, jeżeli zaraz na początku nie wstrzymamy ohydnych zakusów reakcji, to przyjdzie do tego, co już było w wielu miejscach, że nas będą poprostu bić, że nad nami będą się znęcać, że nas będą traktować jak bydło — gorzej niż bydło... Towarzysze, my musimy protestować, my musimy pokazać, że nie pozwolimy uszczuplić naszych praw wywojowanych, że mamy godność... Towarzysze, my musimy wybrać zaraz delegację, która pójdzie do tego żołdaka, do tego oficerka i zażąda, aby on mnie, waszego przedstawiciela, przeprosił i niezwłocznie puścił do miasta. Tego się musimy domagać, bo to nietylko jest nasze prawo, ale to jest nasz rewolucyjny obowiązek!...
— Nie trzeba wcale delegacji. Sam całą sprawę natychmiast załatwię. Powiedz tylko dokładnie, Butterbrot, jak to było? Co on ci powiedział? — spytał flegmatycznie Dobronrarwow.
— Co on mi powiedział? On mi powiedział: pszoł!... On mi powiedział, że tu jest... granica „osiedlenia!“ On... on... on śmiał... mnie staroście... On cham, on grubjanin!...
— Wiadomo, że głupiec. Czy warto obrażać się na gbura? Samiście zawinili, żeście do niego poszli. Ostrzegałem. Trzeba, było zaczekać na mnie, jabym załatwił. Mówiłem, że jest antysemitą!... — dowodził Dobronrawow.
— A wy z nim pijecie?... — wtrącił Odesskij.
— Cóż że piję?... Kieliszek nie monstrancja... do niczego nie obowiązuje. Zachowywał się dotychczas przyzwoicie, nawet serdecznie! Myślałem, że jest sympatykiem „trudowików“. Nawet może nim jest, tylko... bez wychowania!... Skąd je ma mieć taki szczur garnizonowy?... Nie jest człowiekiem złym, upewniam was... Najlepszy dowód, że nam tyle pozwalał...
— Pozwalał?... Co nam pozwalał!?... Nic nam nie pozwalał... — przerwał Butterbrot.
— Nie chcemy za taką cenę... — ozwały się głosy.
— Zawsze to siepacz!...
— Jakieś nieporozumienie?!... Mówiłem, że jest antysemitą. Poco Butterbrot chodził?... Pozwólcie tylko, a pójdę i załagodzę i wszystko będzie jak należy... Może istotnie nie wolno nas puszczać więcej jak jednego... Zląkł się, miasto gubernjalne... — bronił dalej oficera Dobronrawow.
— Wołałbym jednak, aby pertraktacje z oficerem w tej sprawie przeprowadził kto inny a nie jego kompan butelkowy. Dlatego popieram myśl wysłania delegacji!... — wmieszał się Lwow.
— Panowie, panowie! pokolei!... Towarzysz Lwow ma głos!... — uspokajał szmery Gołowin.
— Już skończyłem!...
— W takim razie... kto jeszcze w tej sprawie życzy sobie zabrać głos?!...
— Radźcie więc, towarzysze, a ja muszę już iść, bo zostaniemy bez prowizji. Butterbrot daj spis zakupów!... — nastawał Dobronrawow.
— Niech idzie, niech tylko w tej sprawie nic nie mówi oficerowi, jakby nie wiedział!...
— Nie, nie!... Nie wypada, delegacja musi iść razem z nim natychmiast!...
— Jeszcze niewiadomo, czy ona pójdzie!... To trzeba rozważyć — rozległy się tu i ówdzie głosy.
— Panowie, panowie, proszę o spokój!... — nawoływał Gołowin.
— Starosta!... Polityczny starosta! Do oficera! — zabrzmiało wołanie z otworu schodów.
Dobronrawow wyrwał z ręki Butterbrota spis, machnął nim w powietrzu i ruszył ku wyjściu.
— On idzie!... Hańba!... Towarzysze, nie puszczajcie... To jest Bóg wie co? — krzyczał Odesskij.
— Głodem chcecie nas zamorzyć, żydy!... — krzyczeli ukraińcy.
— Wezwali go, musi iść!...
— Za kawałek cukru, za białe bułki, za obwarzanek... rewolucję gotowiście sprzedać!...
W kajucie zawrzało; jedni doskakiwali do drugich nieledwie z pięściami i Gołowin nie mógł z rozgorzałemi namiętnościami dać sobie rady. Dżumbadze kaszlał coraz głośniej, kiwał głową i patrzał gorejącemi żałośnie oczami na kłócących się towarzyszy.
Wojnart dogonił Dobronrawowa już na schodach.
— Towarzyszu — rzekł cicho — nie dam wam kartki, gdyż lękam się, że was mogą zrewidować... Gdybyście jednak spotkali, to postarajcie się jej powiedzieć, że wszędzie i zawsze gotów jestem na wszystko... Może ona wam co da?
— Rozumie się, rozumie się!... Bądźcie spokojni... — mruczał Dobronrawow. — Ktoby się spodziewał, taka historja!...
Podoficer czekał nań przy furtce i mruczał gniewnie.
— O północku!... Sklepy zaraz zamkną!... Do djabła z taką robotą!... Do miasta daleko!... Ciemno, deszcz pada!...
Wojnart nie wracał do kajuty; przysłuchiwał się lecącym stamtąd głosom i wsparłszy czoło o zimne druty siatki ochronnej, patrzał na stromo wznoszący się ku górze i niknący w ciemnościach brzeg rzeki. Rzadkie latarnie naftowe oraz ognie okien miejskich woddali czerwonawo przeświecały przez mgłę szarugi.
Wpobliżu przystani tam i napowrót jak wahadło chodził żołnierz z karabinem na ramieniu, to niknąć w mroku, to pojawiając się w smudze światła, bijącej z luminatorów barki.
Dobronrawow wraz z drugimi aresztantem, starostą kryminalistów, otoczeni przez żołnierzy, brzęcząc łańcuchami, minęli wartownika i znikli w cieniu stromej pustej ulicy.
Wojnart wciąż z natężeniem patrzał w tamtą stronę; wtem ktoś nieśmiało stanął koło niego.
— Acha, to ty chłopcze!... Co się dzieje... na dole? — spytał cicho. — Któż tam peroruje?...
— Sprzeczają się o to, czy rewolucionista może pić czy nie! — odszepnął Gawar.
Wojnart nic nie odrzekł i nie zmienił pozycji.
— A pan co o tem myśli? — spytał cicho chłopak.
— Myślę, że wogóle... pić nie warto!... Ludzie nie na tyle znów dużo mają rozumu, aby go umyślnie starać się stracić!... Kto raz obrał drogę spraw nieosobistych, powinien odsuwać od siebie wszystko, co przeszkadza, powinien wszystko poświęcić, inaczej nie osiągnie celu... Zresztą wstyd nawet mówić tu o poświęceniu!... Głupstwo, drobiazg... W porównaniu z tem, co trzeba...
Uciął i patrzał dalej w milczeniu w zamgloną ciemność.
— Oni się przechwalają pijactwem!... U nas też były takie obyczaje, ale to było dawno, za czasów saskich... Czy nieprawda?... Teraz każdy się tego wstydzi... Mieliśmy w naszym domu lokatora Zawadzkiego, nawet poczciwy był człowiek i dobry Polak, urządzał nam zebrania i uratował przed żandarmami, cóż kiedy pił... niebardzo, ale zawsze!... Zato szewc sąsiad, to taki był pijanica, że niech Bóg uchowa! Co poniedziałek, a nawet w niedzielę w nocy tak żonę bijał, że płacz i jęki u nas w mieszkaniu w suterynach poprzez grubą ścianę słychać było... Ojciec groził mu nieraz, że się policji poskarży, lecz nietylko szewc, ale i szewcowa wtedy na ojca napadali, wymyślali mu od „donoszczyków“, więc dał pokój... Niech się biją kiedy im się podoba... I stało się, że ten szewc żonę swoją zabił...
— Tak, dużo zbrodni zdarza się z pijaństwa wśród prostego ludu!... — potwierdził dość obojętnie Wojnart.
— My też jesteśmy z „prostych“. Mój ojciec był stróżem! — zauważył cicho Gawar i umilkł.
Wojnart zrobił nieokreślony ruch ku niemu.
— Do jakiego chodziłeś gimnazjum?...
— Do żadnego gimnazjum nie chodziłem... Chodziłem do szkoły polskiej... Przecież ja za bojkot szkół rosyjskich!...
— Ach, tak, tak!... Prawda!... Mówiłeś mi to... Daruj, zapomniałem!... Cicho, zdaje się, że idą!... — przerwał, nasłuchując w stronę ulicy.
Tam jednak szumiał jak przedtem jeno wiatr, siąpił deszcz, szemrały strugi płynącej rynsztokami wody i monotonnie stukały buciary chodzącego wpobliżu szyldwacha.
— No, a wpisy?... Nasze szkoły takie drogie!... — ciągnął Wojnart głosem znużonym.
— Zwalniano mię. Pan Zawadzki i „Księżniczka“ wyrobili mi zwolnienie; obiecywali nawet stypendjum, ale nie udało się...
— Czy myślisz, Gawar, że oni prędko wrócą?... Zimno coś... A ci gadają i gadają!...
— Myślę, że wrócą niedługo, nad ranem mamy podobno ruszyć w dalszą drogę!...
Wojnart otrząsnął się, oderwał od drucianej zapory i zrobił parę kroków w głąb pomostu, cicho zadzwoniły mu na nogach łańcuchy, szyldwach stanął natychmiast i pilnie wpatrzył się w stronę barki.
— Widzisz, chłopcze, jacy czujni!... Przeklęci!... Znowu zabronią nam wychodzić w nocy na pokład!... — mruknął, podtrzymując kajdany ręką.
Przeszli na przeciwną stronę barki, gdzie widać było jedynie ciemną, lśniącą wstęgę wody, szemrzącej jednostajnie. Wydłużone odbicia ogni luminatorów, przebijały ciemności, kołysały się i pełzały po czarnych toniach jak języki złotych płomyków, mglisty brzeg przeciwny opadał woddali na ciemne wody jak chmura. Było cicho i pusto.
— Widzi pan, jakby tu można teraz... doskonale!... Zdjąć kajdany, przebić siatkę w jednem miejscu, dalej ją rozpleść, spuścić się do wody, odpłynąć trochę z prądem, minąć barkę, parowiec i hajda na brzeg!... — szepnął Gawar, chyląc się blisko do Wojnarta. Ten znów się otrząsnął.
— Niezupełnie. Widziałeś na brzegu!... Zresztą... nie mogę teraz!... — Zaczekać muszę... nie mogę!...
— Potem będzie... za późno. Na pewno spędzą nas z pokładu i postawią na nim szyldwacha!...
— Cóż robić! Jeszcze się zdarzy okazja niejedna!...
— Zapewne, ale teraz takby łatwo!...
— Dajmy temu pokój!... Powiedz mi raczej chłopcze, czy masz wieści od rodziców?...
— Właśnie że nie mam i to mię bardzo niepokoi! Matka na pewno pisała...
— List zaginął... Och, te listy!... Okrutni są nieraz ludzie! — odszepnął Wojnart i znowu postąpił kilka kroków wzdłuż pomostu, starannie podtrzymując tym razem łańcuchy, aby nie zabrzęczały.
Tak rozmawiając, chodzili czas pewien po pokładzie, choć w kajucie umilkły już głosy i zagasły światła. Wtem w otworze schodów pojawiła się ciemna sylwetka.
— Acha, to wy, Wojnart i ten młody patrjota?! Spacerujecie!... Czekacie!? I ja też czekam, nie mogę usnąć!... Nie wiedziałem, że tu dziś nie postawili straży... Dopiero jak usłyszałem wasze kroki, zrozumiałem, że ktoś chodzi... Myślałem, że Dobronrawow wrócił, ale nie, bo tem by zaraz zeszedł. Czekam... tymczasem niema i niema!... Więc wyjrzałem! — tłumaczył się Wujcio.
— Cicho, Wujciu!... Przytrzymaj łańcuchy, bo tu niedaleko szyldwach chodzi, jeszcze nas spędzą!...
— Doprawdy!? No, nie myślę!... Pewnie nie postawili straży wewnątrz, gdyż Dobronrawow nie wrócił... Więc liczy się, że jeszcze dzień... Ha, ha! Oficer pewnie już śpi, zapomniał, albo przez dobroć serca nie zechciał. W gruncie rzeczy, on doprawdy dobroduszność chodząca, poznałem go dobrze!... Ruska dusza, igraszką losu wtłoczona w mundur. On nawet nie wie dlaczego go nosi... Ojcowie oddali go, siódmego coś malca, do kadetów z braku utrzymania... więc został oficerem, ale sam mówi, że równie dobrze mógłby zostać „piekarzem“, największą zaś ma ochotę do literatury... Czytał nam nawet swoje utwory, doprawdy... Wcale, wcale jak na oficera ciupasowego niezgorsze... Mówię wam, dobroduszność chodząca... Tylko trzeba uwzględnić: każdy ma swoje ale — nie znosi „palestyńskiej szlachty“. Poco było posyłać Butterbrota!... Wogóle nieszczęśliwy według mnie to wybór. Cóżto mało mamy Rosjan, żeby zawsze i wszędzie pchać żydów? Nie przeczę — zdolni! Religijne przesądy również tępić należy... Zgoda! Racja! Ale trzeba liczyć się również z tem, że ogół, że lud prosty rosyjski, że przeciętny inteligent nie lubi żydów... To darmo, serce nie sługa!... Trzeba brać uczucia ogółu pod uwagę, nato jesteśmy przecie demokracją! — dowodził Wujcio, stąpając równie cicho po pokładzie jak Wojnart i Gawar.
— Cóż robić: zato oni was kochają do szaleństwa!... U nas w Warszawie, inaczej nie mówią jak po rosyjsku i na każdym kroku powtarzają „my ruskije“ — żartował Wojnart.
— W pociągach od konduktorów, nawet po wsiach od chłopów żądają, żeby z nimi mówić po rusku — dodał Gawar.
— Widzi pan!... A tutaj mają za złe, że ktoś wypije kieliszek wódki z człowiekiem, co krzywo na nich patrzył... Gdyby tak przebierać, nie byłoby z kim się trącać!... Ale nic z tego!... Na tym punkcie nie dojdziemy do porozumienia!...
— A delegacja?...
— Delegacja pójdzie, lecz zażąda jedynie wytłumaczenia się, co do „żyda“...
— Masz tobie!...
— Mówiłem im to... Sądzę, że głupstwo... lecz zostaliśmy przegłosowani. — Twierdzą, że za towarzysza ująć się trzeba!...
— I któż pójdzie?...
— Pójdzie Lwow, Gołowin, Kotow...
— Patrzcie: same grube ryby i same goje... Umieją się urządzać!...
— Ba, ba!... Tsy!... Zdaje się, że idą?
Przystanęli i przysłuchiwali się chwilkę, patrząc w głąb ulicy, gdzie zwrócił twarz również znieruchomiały na chwile szyldwach.
Z góry spuszczał się cały orszak hałasując, chlupając nogami w kałużach wody. Prócz tego zjeżdżał wóz, stukając kołami po nierównościach drogi. Wkrótce w świetle najbliższej latarni zarysował się łeb konia pod „duhą“, dalej wehikuł pełny pudeł i worków, obok podkasany woźnica z krótkim „knutem“ w ręku, a zboku gromadka żołnierzy i dwóch aresztantów przemokłych i zabłoconych.
— Jesteśmy, nareszcie!... Niech ich licho weźmie z ich miastem Tobolskiem i tą górą śliską od błota jak szkło!... Dwa razy usiadłem na ziemi jak na tronie — gadał Dobronrawow, włażąc na pomost. — Aa!... To ty Wujciu! Nie śpisz! Doskonale! Trzeba będzie rozgrzać się po tej biegunowej wyprawie! Będę miał z ciebie towarzysza!... Żołnierzykom też dać trzeba po kropelce, gdyż zziębli!... Gdzieby tu urządzić ten bufet?... Te, panie podoficer, poślij pan po latarkę!... Trzeba przecież towary zładować a ciemno...
— A więc masz?! — spytał cicho Wujcio.
— Rozumie się! — odparł Dobronrawow dość głośno.
— Cóż żydy śpią?... Uspokoiły się?...
— Gdzie zaś!... Jutro dalszy ciąg!...
— Co tam jutro?... Do jutra daleko!...
— Niebardzo. Widzisz, jaka srebrzysta jasność idzie po wodzie?! Dnieje!
— Dnieje?! Tu całą noc dnieje! Gdyby nie chmury, mielibyśmy „białą petersburską noc“. Wiadomo, że są gorsze niż „egipskie“... Pij, nie śpij, w ziemi się wyśpisz!... — gadał Dobronrawow.
— Panowie, jego szlachetność prosi, żeby panowie na obrachunek przyszli do niego do „oficerskiej“... — wyrecytował, stojąc przed nimi z latarnią w ręku, podoficer.
— Trzeba będzie pójść!... Hę?! Pójdziesz Wujciu?... Nie opuścisz przyjaciela w potrzebie?!
— Pójdę.
— A wy, Wojnart?
— Ja, nie!
Dobronrawow kiwnął mu nieznacznie głową i, oddawszy spis znoszonych towarów oraz kontrolę nad niemi Wujciowi, odszedł z Wojnartem na stronę.
— Jest, widziałem ją, była... Ale słowa mi z nią zamienić się nie udało, pilnowali bardzo... Poznała mię i kiwnęła nieznacznie głową. Dwa razy chciałem zbliżyć się i na nic!... Czy donos jest, czy co — nie wiem! Pilnowali jak sto djabłów!... Ale wiemy, że jest i to dobrze!... Nieprawda?
Wojnart westchnął.
— Czy tylko napewno ona?... Gdzieście ją widzieli?
— Widziałem ją przed sklepem kolonjalnym... Już go zamykali... Weszła do sklepu, zdaje się, że po raz drugi za nami; nikogo tam nie było więcej i dlatego tak było trudno. Bardzo ci chodziło o twoją kartkę?...
— Bardzo.
— Cóż robić!... Bóg świadkiem, że chciałem ci się przysłużyć...
— Wierzę bardzo, ale co teraz?
— Trzeba będzie sprawę z żydami załagodzić, może znowu pozwolą wychodzić!
— Wątpię, czy się powiedzie.
— Spróbujemy. Muszę już iść, bo mój pijaczyna ma słuszny powód do niecierpliwości, mam jego rum ze sobą!... Polecił, żeby go nikomu nie oddawać tylko jemu do rąk.
Kiwnął głową, zlustrował wraz z Wujciem zniesione i ustawione pośrodku pokładu paki, dał na wódkę woźnicy, zabrał osobno odłożone pudełko i ruszył bocznem przejściem na tył statku. Przodem szedł podoficer i przyświecał latarnią, a zboku naukos biegły za nimi wielkie, potwornie wygięte ich cienie, odrzucone zbliska na obły, błyszczący od deszczu dach barki.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.