Światło, które zagasło/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Światło, które zagasło
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
R. Wegner
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.

Byli trzej przyjaciele... czwarty spoczął w grobie:
Pleśń mu w ustach osiadła, proch mu oczy skrył;
Oni w dalekie strony kędyś poszli sobie: —
Kto silny, ten wojuje — umrze, kto bez sił...

Byli trzej przyjaciele... o zmarłym gwarzyli...
Kio silny, ten wojuje — umrze, kto bez sił...
„Gdybyśmy go przy sobie mieli tu w tej chwili,
Słońcem w twarz, wiatrem w oczy jenoby nam był...
(Ballada)

Nilghai dąsał się na Torpenhowa. Dicka wyprawiono do łóżka — ludzie ociemniali zawsze muszą ulegać rozkazom tych, którzy widzą; ten po powrocie z parku sklął był siarczyście Torpenhowa za to, że on, Dick, jeszcze żyje; potem zaczął przeklinać świat cały, że ludzie na nim żyją i są obdarzeni wzrokiem, gdy on, Dick, musi na zawsze już pozostać ślepcem, a więc ciężarem dla swych współbliźnich. Torpenhow odpowiedział mu na to coś ni w pięć ni w dziewięć, wówczas Dick, pełen czarnej złości, odsunął się od niego i począł obracać w rękach trzy nierozpieczętowane listy od Maisie.
W mieszkaniu Torpenhowa był Nilghai — nalany, krępy, a skory do napaści; za nim siedział Keneu, wielki orzeł wojny, a pomiędzy nimi leżała duża mapa, ozdobiona szpilkami o białych i czerwonych łebkach.
— Omyliłem się co do Bałkanów — mówił Nilghai, — ale nie mylę się co do obecnej sprawy. Trzeba będzie podjąć na nowo całą robotę w Południowym Sudanie. Publiczność o tem, ma się rozumieć, ani nie myśli, ale rząd już się tem zajął i robi pocichu przygotowania. Wy wiecie o tem tak dobrze, jak i ja.
— Pamiętam, jak nas ludzie przeklinali, gdy nasze wojska cofnęły się z pod Omdurmanu... a przecież była to rzecz nieunikniona prędzej czy później. Ale ja pójść nie mogę. Czy możecie za to mnie ganić?
Mówiąc to, Torpenhow wskazał w stronę drzwi, które ze względu na ciepłą noc były otwarte.
Keneu nie wypuszczając fajki z ust, zaczął mruczeć, jak duże i zadowolone kocisko.
— Ja wcale cię nie ganię. Wielka to, niepospolita z twej strony dobroć i tak dalej, ale każdy człowiek... nawet ty, Torp... powinien patrzyć swego kopyta. Wiem, że brzmi to okrutnie, ale Dick już jest niezdatny do wyścigów... gastados... padł... wyczerpał się, skończył swój bieg, przegrał. Nazbijał sobie trochę grosza, więc nie umrze z głodu... a ty nie powinieneś dla niego schodzić ze swego toru. Pomyśl o swej sławie i wziętości.
— Sława Dicka była pięć razy większa od mojej i twojej, razem wziętych.
— Dlatego, że podpisywał się na każdym swym obrazie. Wszystko to teraz się skończyło. Masz być w pogotowiu do wyjazdu. Możesz żądać wynagrodzenia, o jakiem tylko zamarzysz; władasz piórem lepiej, niż trzej tacy, jak my.
— Nie potrzeba mi mówić, jak mnie to kusi... jednakże pozostanę tutaj, ażeby przez czas jakiś doglądać Dicka. Wprawdzie jest on w nastroju tak rozkosznym, jak niedźwiedź, któremu łeb rozbito, ale zdaje mi się, że lubi, gdy jestem przy nim.
Nilghai bąknął jakieś słówko nienazbyt grzeczne o mazgajowatych durniach, którzy dla innych durniów porzucają własną karjerę. Torpenhow uniósł się gniewem. Ustawiczne naprężenie nerwów, wynikające z czuwania nad Dickiem, wyrobiło w nim wielką drażliwość.
— Pozostaje jeszcze inne wyjście — ozwał się zadumany Keneu. — Zastanówcie się nad tem i nie róbcie z siebie durniów bez potrzeby. Dick jest, a raczej był, wcale zgrabnym mężczyzną o dość pociągającej powierzchowności i wcale bujnym temperamencie...
— Oho! — przemówił Nilghai, przypomniawszy sobie pewne zajście z czasów kairskich. — Zaczynam się domyślać. Torp, bardzo ubolewam...
Torpenhow kiwnął głową pobłażliwie:
— Bądź co bądź, bardziej ubolewałeś, gdy on ci odbił dziewczynę. Mów dalej, Keneu.
— Gdym widział ludzi umierających kędyś na odludnej pustyni, nieraz przychodziło mi na myśl, że gdyby można było rozesłać wieści po świecie, a środki komunikacyjne były dostatecznie szybkie, to przy łóżku każdego mężczyzny znalazłaby się przynajmniej jedna kobieta.
— Zdarzałyby się przy tem zapewne różne wielce osobliwe niespodzianki. Lepiej poprzestańmy na tem, co jest — rzekł Nilghai.
— Albo raczej zastanówmy się poważnie, czy Dickowi nie potrzeba nic innego, jak tylko kanciastych posług Torpenhowa... Co ty sam o tem sądzisz, Torp?
— Wiem, że jest inaczej; ale cóż na to poradzę?
— A więc kawę na ławę! Wszyscy tu obecni jesteśmy przyjaciółmi Dicka; ty znasz najlepiej jego życie.
— Ale do sedna doszedłem dopiero wtedy, gdy on bredził w gorączce.
— Tem więcej danych co do prawdziwości rzeczy! Przypuszczałem, że dojdziemy do kłębka... I cóż to za jedna?
Wówczas Torpenhow opowiedział całą historję w prostych słowach, jak powinien opowiadać specjalny korespondent, zaprawiony w układaniu treściwych sprawozdań. Koledzy słuchali, ani słowem nie przerywając jego opowieści.
— Czy to możliwe, żeby człowiek dorosły mógł cofać się do cielęcego wieku naiwnej miłości? — zapytał Keneu.
— Czy to możliwe? — Podaję fakta. Obecnie już nic nie mówi na ten temat, ale gdy mu się zdaje, że na niego nie patrzę, wciąż tylko miętosi trzy listy, które od niej otrzymał. Cóż mam z tym fantem zrobić?
— Pomów z nim — rzekł Nilghai.
— Juści! Napisz-że więc do niej (pamiętaj, że nie znam nawet jej nazwiska) proś ją, ażeby z litości zgodziła się zostać żoną Dicka. Podobno kiedyś, Nilghai, powiedziałeś Dickowi, że ubolewasz nad nim; pamiętasz, co stąd wynikło, hę? Idź do sypialni, wydobądź z niego wyznanie i nakłoń go, ażeby się zwrócił do owej Maisie... djabli ją tam wiedzą, kto ona. Głowę daję, że on targnie się na twoje życie... a utrata wzroku nieco wyrobiła w nim siłę mięśni.
— Torpenhow ma przed sobą drogę całkiem prostą — rzekł Keneu. — Pojedzie do Vitry-sur-Marne; miejscowość ta leży na linji kolejowej Bezieres-Landes... dojeżdża się tam jednotorówką z Tourgas. Prusacy zbombardowali tę mieścinę w r. 1870, z tej prostej przyczyny, że była tam jakaś topola na wzgórzu, na sto sążni od wieży kościelnej; stoi tam załogą szwadron jazdy... przynajmniej tak być powinno. Gdzie znajduje się pracownia, o której Torp wspominał, powiedzieć nie potrafię. W tem już głowa Torpenhowa; ja mu nakreśliłem główną wytyczną. Przedstawi chłodno i bezstronnie całą sprawę dziewczynie, a ona wróci do Dicka... tembardziej, że według jego własnego wyrażenia: „nic ich nie dzieli, oprócz jej uporu.“
— Zresztą oboje mają razem czterysta dwadzieścia funtów rocznego dochodu. Dick nigdy, nawet w gorączce nie stracił zdolności do rachunków. Nie masz ani cienia wymówki: musisz jechać! — dodał Nilghai.
Torp stropił się widocznie.
— Ależ to niedorzeczne, to niemożliwe. Przecie nie mogę jej tu przywlec za włosy.
— Naszem zadaniem... zadaniem, za które bierzemy grubą forsę... jest właśnie dokonywać rzeczy niedorzecznych i niemożliwych... zazwyczaj bez innego celu, jak zabawienie publiczności. Tutaj mamy cel istotnie ważny; reszta to głupstwo. Ja wraz z Nilghai’em osiedlę się w tem mieszkaniu na czas twej nieobecności. Niezadługo nadciągnie do stolicy cała zgraja luzem chodzących specjalnych korespondentów, a te pokoje będą im służyły za kwaterę główną; zatem mamy jeszcze jeden powód, żeby Torpenhowa stąd wyprawić. Opatrzność pomaga tym, którzy innym przychodzą z pomocą... a zresztą — tu Keneu przerwał na chwilę swe spokojne przemówienie — nie dopuścimy, byś miał być za nogę uwiązany do Dicka, gdy rozpocznie się wojna. Jest to jedyna sposobność wyswobodzenia się, a w dodatku Dick będzie ci za to wdzięczny.
— Czy będzie... to gorsza sprawa! Bądź co bądź, nie zawadzi spróbować. W głowie mi się nie mieści, ażeby kobieta przy zdrowych zmysłach mogła wzgardzić Dickiem.
— Pogadaj o tem z tą dzierlatką. Widziałem raz, jak ci się udało do tego stopnia pozyskać względy zaciekłej mahdystki, iż obdarzyła cię daktylami. Tym razem sprawa ani w dziesiątej części nie jest tak trudna. Najlepiej zrobisz, gdy jutro popołudniu już cię tu nie będzie, gdyż Nilghai i ja rekwirujemy to mieszkanie. Jest to rozkaz, a ty masz go słuchać.
— Dicku, — mówił nazajutrz Torpenhow — czy jestem ci potrzebny?
— Nie! Zostaw mnie w spokoju. Ileż to razy mam ci przypominać, że jestem ślepy?
— Może mam ci co podać lub przynieść?
— Nie! wynoś się z temi buciskami, co tak skrzypią piekielnie.
— Biedny chłopak! — rzekł sobie w duchu Torpenhow. — Pewno ostatniemi czasy grałem mu porządnie na nerwach. Jemu potrzeba kogoś, ktoby lżej chodził dokoła niego.
A głośno dodał:
— Doskonale. Skoro jesteś tak samodzielny, wobec tego wyjadę stąd na jakie cztery do pięciu dni. Powiedzże mi przynajmniej: do widzenia! Rządca będzie cię doglądał, a Keneu zamieszka natenczas w moich pokojach.
Dickowi mina zrzedła.
— Ale nie zabawisz chyba dłużej, jak tydzień — ozwał się. — Wiem, że jestem nieznośny... ale bez ciebie przecież nie podołam...
— Nie podołasz? Wkrótce będziesz musiał żyć beze mnie i rad będziesz temu, żem stąd wyjechał.
Dick po omacku dowlókł się do fotelu i zachodził w głowę, co to wszystko ma znaczyć. Nie pragnął bynajmniej, aby go pielęgnował rządca; mimo to jednak drażniła go ustawiczna pieczołowitość Torpenhowa. Sam nie wiedział dokładnie, czego mu było potrzeba. Ciemność nie ustępowała, a nierozpieczętowane listy Maisie (wyczuwał to dotykiem) stargały się i zwiotczały od ciągłego obracania w palcach. Nigdy już, póki życia, nie miał ich odczytać własnemi oczyma... jednakże Maisie mogłaby mu przysłać parę świeżych listów — ot do zabawy.
Do pokoju wszedł Nilghai, niosąc podarek: bryłę czerwonej plasteliny; wyobrażał sobie, że Dick znajdzie rozrywkę w tem ręcznem zajęciu. Dick przez parę minut klepał i gładził to lepiszcze, poczem ozwał się oschle:
— Jest-że to, com ulepił, podobne do czegokolwiek w świecie? Zabierz to sobie. Może dopiero za jakie pięćdziesiąt lat wyrobię sobie tak czuły dotyk, jaki mają niewidomi... Nie wiesz przypadkiem, dokąd wyjechał Torpenhow?
Nilghai nic nie wiedział.
— My rezydujemy w jego mieszkaniu aż do chwili jego powrotu. Czy możemy być ci w czem przydatni?
— Prosiłbym was, byście mnie zostawili w samotności. Nie myśl, że jestem niewdzięcznikiem... ale najlepiej się czuję, gdy pozostanę sam.
Nilghai zaśmiał się, a Dick zaczął znów snuć ociężałe dumania i posępnie zżymać się na swą dolę. Oddawna już przestał myśleć o dziełach, stworzonych ongi, a odbiegło odeń pragnienie dalszej twórczości. Trapił się niezmiernie samym sobą, a bezbrzeżność serdecznego smutku przynosiła ciszę i złagodzenie. Atoli dusza Dicka i jego ciało rwały się do Maisie — tej Maisie, któraby go zrozumiała. Rozsądek wskazywał mu, że Maisie, mając dość własnej roboty, nie będzie troszczyć się o niego. Doświadczenie nauczyło go, że, gdy wyczerpią się pieniądze, to i kobiety znikną jak kamfora, oraz że gdy kto przewróci się w gonitwie, stratują go inni zawodnicy.
— Wobec tego — odpowiadał Dick sam sobie — niechby przynajmniej tak się mną wyręczała, jak ja wyręczałem się Binatem... naprzykład niechby mnie wzięła za modela do jakiego studjum. Niczego nie żądam, jak tylko być znów koło niej, nawet chociażbym wiedział, że jakiś inny mężczyzna do niej się zaleca... Uff! ależ to na psy zszedłem!
Na schodach jakiś głos zaczął nucić wesoło:

Kiedy pojedziemy precz — precz — precz —
W świat szeroki,
Będzie płacz i narzekanie pośród wierzycieli!
Będą biadać wielkim krzykiem,
Ześmy sobie parowczykiem
W zeszły wtorek z Anglji hen czmychnęli!

Ozwały się donośne stąpania, ktoś trzasnął drzwiami, wiodącemi do mieszkania Torpenhowa, zabrzmiał gwar głosów ożywionych zawziętą zwadą; naraz rozległ się czyjś głos piskliwy.
— Wiecie co, wiara, znalazłem nową manierkę... patent pierwsza klasa... no i cóż powiecie?
Dick skoczył na równe nogi. Głos ten był mu doskonale znany.
— To Cassavetti! powrócił z kontynentu. Teraz już wiem, czemu Torp wyjechał. Gdzieś tam w świecie jest ruchawka... a ja nie będę w niej brał udziału!
Nilghai napróżno nakazywał milczenie.
— Aha! to ze względu na mnie, — rzekł Dick z goryczą. — Ptaki już się zabierają do odlotu, a nie chcą, bym o tem wiedział. Sądząc z głosu, zdaje mi się, że jest tu i Morten-Sutherland i Mackaye. Dalibóg, połowa korespondentów wojennych całego Londynu zebrała się na wiec... a mnie wykluczono!
Potykając się, przeszedł omackiem po podejście i wkroczył znienacka do pokoju Torpenhowa. Wyczuł, iż pokój nabity był ludźmi.
— Gdzie wojna? — zapytał. — Czy nareszcie na Bałkanach? Czemuż nikt mi o tem nie powiedział?
— Myśleliśmy, że cię to nie zajmie — odrzekł Nilghai nieśmiało. — Biją się w Sudanie... jak zwykle.
— Ach, wy szczęśliwe draby! Pozwólcie mi tu siedzieć i przysłuchiwać się waszej rozmowie. Nie chcę bynajmniej być truposzem na biesiadzie. Cassavetti, gdzieżeś ty? Kaleczysz angielszczyznę, jak zawsze.
Dicka usadowiono w fotelu. Posłyszał szelest map, a niebawem został porwany wirem toczącej się rozmowy. Jeden po drugim z obecnych zabierał głos, obgadując cenzurę prasową, rozmieszczenie linij kolejowych, przewozy, zaopatrzenie w wodę, zdolności dowódców — określano je mianem, które zgrozą przejęłoby łatwowierną publiczność — słychać było szumne odezwy, usprawiedliwiania się, pogróżki, a także i śmiechy z całego gardła. Było rzeczą jasną jak słońce, że lada chwila musi wybuchnąć wojna w Sudanie. Tak mówił Nilghai, więc zalecona była gotowość. Keneu telegrafował już do Kairu po konie; Cassavetti wykradłby! — wielce jeszcze niedokładny — wykaz wojsk, które miano wysłać na pole walki, i teraz odczytywał go wśród rubasznych docinków. Keneu przedstawił Dickowi jakiegoś nieznanego człowieka, który miał w Centralnym Syndykacie Południowym otrzymać posadę rysownika epizodów wojennych.
— Jest to pierwsza jego wyprawa — mówił Keneu. — Udziel-no mu kilku poufnych informacyj... o jeździe na wielbłądach.
— Ach, te wielbłądy! — wzdychał Cassavetti. — Nauczę się znów na nich jeździć, bo teraz tak wydelikatniałem! Słuchajcie mnie, wiara. Znam doskonale wasze wojskowe przygotowania. Pójdą królewskie oddziały sutherlandzkie z Argalshire. Tak mi doniesiono z najlepszego źródła.
Huczny śmiech przerwał jego słowa.
— Siedź cicho! — rzekł Nilghai. — Wykazów jeszcze nie sporządzono nawet w ministerjum wojny.
— Czy w Suakinie będzie jaka siła wojskowa? — ozwał się głos jakiś.
Potem już krzyki się wzmogły i mieszały się z sobą, jak naprzykład:
— Ciekawym, ile wezmą wojska egipskiego.
— A niechże Bozia ma tych fellahów w swej opiece!
— Na bagnach Plumstead jest kolej, tak wspaniała, jak boisko krykietowe.
— Będziemy mieli nakoniec linję z Suakinu do Berbera.
— Kanadyjscy podróżnicy nazbyt bawią się w ceregiele; ale weźmy zawianego Kroomana na statku wielorybniczym.
— Kto dowodzi kolumną wojsk na pustyni?
— Nie, tej wielkiej skały na zakręcie koło Ghizeh nie zdołają wysadzić! Będą nas musieli ciągnąć pod górę, jak dawniej.
— Niech-no mi kto powie, czy będzie tam kontyngent indyjski... bo inaczej wszystkim wam łby porozbijam!
— Nie rozdzieraj mapy!
— Mówię wam, że jest to wojna zaborcza, a chodzi w niej o połączenie z Kompanjami Afrykańskiemi na południu.
— Prawie we wszystkich studniach na tej drodze znajdują się skorpiony.
Wówczas Nilghai, zwątpiwszy już o utrzymaniu ładu, ryknął, jak gwizdawka okrętowa i łupnął w stół obiema dłońmi.
— Ale co się dzieje z Torpenhowem? — zapytał Dick, gdy nastała cisza.
— Torp już teraz całkiem stracił głowę. Zdaje mi się, że gdzieś tam ugania za dziewczynami, — odrzekł Nilghai.
— Mówił, że chce pozostać w domu — dorzucił Keneu.
— Chce zostać? — rzekł Dick, zakląwszy siarczyście. — Nie, on nie zostanie. Kiepsko się teraz czuję, ale jeżeli ty i Nilghai weźmiecie go w swe ręce, to ja już tak go przycisnę do muru, że będzie się miał zpyszna. On ma zostawać! widział kto! Wyście mu wszyscy nawet do pięt nie dorośli! Koło Omdurman będzie tęga robota... tam to się teraz zatrzymamy. Ale zapomniałem... Oj, takbym chciał jechać z wami!
— I mybyśmy tego pragnęli, Dicku, — rzekł Keneu.
— A ja przedewszystkiem — dodał nowy malarz z Centralnego Syndykatu Południowego. —. Czy mógłby mi pan powiedzieć...
— Dam panu jednę tylko radę — odpowiedział Dick, kierując się ku drzwiom. — Jeżeli zdarzy się, że panu w utarczce rozrabia głowę, niech się pan nie broni, ale owszem, niech pan powie napastnikowi, żeby rąbał dalej. Przekona się pan wkońcu, że to błahostka. Dziękuję za miłe towarzystwo.
— Ileż to mocy w tym Dicku! — mówił Nilghai w godzinę później, gdy oprócz Keneu wszyscy wyszli z pokoju.
— Sprawił to błogi zew bojowej pobudki. Czyś zauważył, jaki w nim zagrał animusz? Biedak!... Chodźmy go odwiedzić! — rzekł Keneu.
Wygasło już było podniecenie, wywołane rozmową. Gdy dwaj dziennikarze weszli do pracowni, Dick siedział przy stole nieruchomo, oparłszy na ręku głowę.
— Boli, boli! — jęczał. — Niech mi Bóg wybaczy, ale to boli okrutnie; a jednak świat cały umie jakoś tak obracać się wkółko. Czy zobaczę Torpa, nim stąd odjedzie?
— O tak, zobaczysz go!.. — odrzekł Nilghai.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.