Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część druga/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


CZĘSC DRUGA.
ULICA URSYNÓW.
ROZDZIAŁ I.
DONIESIENIA.
Generał Jensten mówił do księcia de Brisac: „Z tej celi rządzę nie tylko Paryżem, ale i Chinami, nie tylko Chinami, ale i całym świa tem a nikt nie wie jakim sposobem”.
(Constitutiones Societatis Jesu edycyi Praskiej str. 476-478).

Morok, pogromca zwierząt, widząc, jak Dagobert pozbawiony został konia, papierów obrany z pieniędzy i sądząc, że już nie będzie mógł odbywać dalej podróży, jeszcze przed przybyciem burmistrza wysłał Karola do Lipska z Listem na pocztę.
Adres tego listu był następujący:

A Monsieur Rodin, rue du Milieu des Ursins a Parts.

Na tej ulicy, wtedy mało znanej, poniżej poziomu ulicy Napoleona, stał skromny z powierzchowności dom w głębi małego, ponurego dziedzińca, zasłonięty od ulicy małą budowlą z facjatą.
Wnętrze tego samotnego domu odznaczało się wielką prostotą, jak to można było wnosić z umeblowania dosyć obszernej sali na dole. Stare na perłowy kolor pomalowane boazerje okrywały mury, posadzka z tafli na czerwono malowana, starannie była wywoskowana; firanki z białego perkaliku zasłaniały okna; na kamiennym kominku stał zegar w oprawie z hebanu, a przy nim dwa branżowe lichtarze.
Po drugiej stronie pokoju, naprzeciw kominka, widniał ogromny, mający cztery stopy średnicy globus na dębowej podstawie.
Na tym globie zauważyć się dawało mnóstwo małych czerwonych punkcików, rozrzuconych po wszystkich częściach świata, od Północy do Południa, od Wschodu do Zachodu, zaczynając od krajów najdzikszych, wysp najodleglejszych, aż do krajów najbardziej cywilizowanych, aż do Francji; każda okolica w wielu miejscach oznaczona była czerwonemi kropkami, stanowiącemu, jak się zdaje, jakieś znaki.
Przed czarnym drewnianym stołem, przy ścianie, niedaleko od komina, stało próżne krzesło; dalej, między oknami, wielkie orzechowe biurko, a nad niem półki, pełne papierów.
W końcu miesiąca października 1831 r., około godziny ósmej rano, siedział przy tem biurku jakiś człowiek i pisał.
Był to pan Rodin, ten sam, któremu Morok przesłał swe zawiadomienie, skoro mu się udało ogołocić Dagoberta i jego sieroty z konia, papierów i pieniędzy.
Lat miał około pięćdziesięciu, ubrany był w stary surdut oliwkowego koloru, wytarty, z zatłuiszczonym kołnierzem, na szyi miał zatabaczoną chustkę od nosa, kamixelkę i pantalony czarne, sukienne, w których szwy pliczyć było można; nogi, obute w wielkie, tłustością wysmarowane trzewiki, opierały się na czysto wyfroterowanej posadzce.
Siwe włosy, gładko przylegające do skroni, wieńczyły łyse czoło; górne powieki, obwisłe, jak błonki, okrywające ślepia ptaków i gadów, zasłaniały do połowy małe, czarne, żywe oczy; wargi cienkie, bez najmniejszego zabarwienia, były takiegoż koloru, jak wybladła, chuda twarz, spiczasty nos i broda; ta śniada maska tem dziwniej wyglądała, że jak posąg była nieruchoma; gdyby nie szybkie ruchy palców pana Rodiin, który, zgarbiony nad biurkiem, drapał piórem po papierze, sądzić możnaby, że to trup. Za pomocą cyfr sekretnego alfabetu, leżącego przed nim przepisywał niektóre ustępy z długiego arkusza rękopisu.
Wśród takiego głębokiego milczenia, w ów posępny dzień, kiedy obszerny, pusty i zimny pokój jeszcze smutniej wyglądał, człowiek ten, o powierzchowności mrożącej jak lód i piszący przy pomocy tajemnych znaków, przedstawiał widok jeszcze bardziej złowróżbny.
Wybiła godzina ósma; u furtki dało się słyszeć ponure kołatanie klamką, potem dwukrotnie odezwał się głos dzwonka; kilkoro drzwi otworzyło się i przymknęło i nowa osoba weszła do pokoju.
Na jej widok pan Rodin powstał, włożył pióro w usta, złożył głęboki ukłon i wrócił znowu do swej pracy, nie rzekłszy ani słowa.
Dwie te osoby pod względem powierzchowności stanowiły zupełną sprzeczność.
Nowy przybysz był nader przystojny, wysokiego wzrostu, postawy zarazem okazałej i eleganckiej.
Zdawało się, że ma najwyżej trzydzieści sześć lat; trudno było wytrzymać blask jego wielkiej, szarej świecącej jak polerowana stal źrenicy; wystająca broda była starannie wygolona, błękitnawy cień w miejscach świeżo ogólnych, wyraźnie odbijał od żywego rumieńca ust i pięknych białych zębów.
Gdy zdjął kapelusz, zanim włożył leżącą na stoliczku aksamitną czapeczkę, widać było jeszcze kasztanowate włosy, których wiek jeszcze nie posrebrzył.
Miał na sobie długi surdut, zapięty po wojskowemu aż pod szyję.
Bystre wejrzenie tego człowieka, wysokie czoło znamionowały niepospolity umysł; szerokie, wydatne piersi i barki zapowiadały silną budowę ciała; wreszcie okazały wizrost, postawa, staranny ubiór, lekki zapach, rozchodzący się z głowy i całego ubrania, wdzięk i łatwość najmniejszego poruszenia oznaczały człowieka, jak to mówią, światowego, i kazały się domyślać, że albo już był, albo mógł się niebawem znaleźć na drodze wszelkiego rodzaju powodzeń.
Pan Rodin nie przestawał pisać.
— Czy są listy z Dunkierki, Rodinie? — spytał jego pryncypał.
— Ajent jeszcze nie przybył.
— Chociaż nie mam powodu być niespokojnym o zdrowie mej matki, gdyż niebezpieczeństwo już minęło — odpowiedział pytający, — mocno jednak pragnę upewnić się co do jej stanu... spodziewam się jednak dziś zrana dobrych wiadomości...
— Życzyć należy, — odrzekł sekretarz, równie uniżony równie pokorny jak lakoniczny i zimny.
— Tak, życzyć należy, — odrzekł jego pan, — gdyż jeden z najlepszych dni w mem życiu był ten, kiedy księżna Saint-Dizier napisała do mnie, że ta choroba również nagła jak niebezpieczna, musiał ustąpić dzięki troskliwym staraniom jakie miano o mojej matce... dzięki tej zacnej przyjaciółce; gdyby nie to, miałem już jechać... lubo moja obecność tu jest bardzo potrzebna.
Potem, zbliżając się do biurka swego sekretarza, dodał:
— Czy już przejrzana korespondencja zagraniczna?
— Oto notatki z niej...
— Czy wszystkie listy przyszły pod kopertą do wskazanego zamieszkania... i czy je tu przyniesiono tak, jak rozkazałem?
— Tak, wszystkie...
— Proszę mi przeczytać treść korespondencji zagranicznej, — rzekł pryncypał, zaczynając przechadzać się to wzdłuż, to wszerz pokoju, ręce w tył założywszy i dyktując, w miarę potrzeby, uwagi, które Rodin pilnie notował.
Sekretarz wziął gruby pęk papierów i czytał, co następuje:
— Don Ramon Olivarez donosi z Kadyksu, że odebrał list nr. 19 i zastosuje się do niego.
— Dobrze... ad acta.
— Odebrano w Filadelfji ostatni ładunek egzemplarzy poprawnej Historji Francji, żądają więcej.
— Zanotować, napisać o tem do Duplessis...
— Pan Blondel przesyła z Namur raport sekretny o panu Ardonin.
— Zanotować.
— Pan Ardonin przesyła z tegoż miasta tajemny raport o panu Blondel.
— Zanotować...
— Pułkownik Von Ostadt, z tegoż miasta, przesyła poufną wiadomość o p. p. Ardonin i Blondel.
— Do porównania... Dalej...
— Pierretka Bachanal, dziewczyna z tegoż miasta, uzupełnia wiadomości żądane o pułkowniku Von-Ostadt.
— Zanotować...
— Hrabia Maliperri z Turynu donosi, że legat 300.000 franków na naszą korzyść został podpisany.
— Uprzedzić o tem Duplessis, potem...
— Don Stanisław odjechał do wód w Baden z księżną Marją Ernestyną. Donosi, że mile przyjmie nadesłane wiadomości i sam na nie odpisze.
— Zanotować to... ja sam napiszę do księżnej Marji.
Podczas gdy Rodin zapisywał uwagi na marginesie papieru, który trzymał, pan jego tymczasem nie przestawał przechadzać się wzdłuż i wszerz po pokoju; stanął naprzeciw wielkiego, poznaczonego czerwonemi kropkami globusu; zatrzymał się przed nim na chwilę i spoglądał nań w zamyśleniu.
Rodin czytał dalej:
— Wnosząc z usposobienia umysłów w niektórych krajach włoskich, ojciec Orsini pisze z Medjolanu, że byłoby z pożytkiem puścić tam w obieg książeczkę, w którejby nasi ziomkowie Francuzi opisani byli, jako bezbożnicy, rozpustnicy i krwawi łupieżcy.
— Śliczna myśl, trzeba polecic Jakubowi Dumontin napisanie takiej książeczki. Ten człowiek składa się z żółci i trucizny; pisemko będzie okropne... ja udzielę niektórych uwag... tylko nie dawać mu pieniędzy, dopóki nie złoży rękopisu.
— Ma się rozumieć... Gdyby mu dano pieniądze zgóry, piłby cały tydzień. To już się zdarzało; trzeba mu było dwa razy zapłacić za jego straszną napaść na panteistyczną dążność prelekcji profesora Martin.
— Zanotować i czytaj dalej.
— Negocjant donosi, że komisant ma wysłać bankiera, by zdał rachunek komu należy...
Rodin wymówił te słowa jakimś dziwnym akcentem i zapytał:
— Wszak pan rozumie?
— Rozumiem — odparł tenże, drgnąwszy, — to są wyrażenia umówione.
— Lecz komisanta wstrzymały jakieś skrupuły.
Na twarzy pana ukazał się wyraz przykrego, niemiłego uczucia. Po chwili milczenia rzekł: — Działać na jego wyobraźnię milczeniem i samotnością.
— Pani Betty Sydney pisze z Drezna, że oczekuje instrukcyj. Gwałtowne sceny zawiści zaszły znowu między ojcem a synem z jej powodu; lecz w tym nowym objawie wzajemnej nienawiści pomiędzy ojcem a synem, w tych poufnych zwierzeniach, które jej obaj rywale jeden na drugiego uczynili, pani Sydney nic jeszcze nie spostrzegla, mającego związek z żądanemi od niej wiadomościami. Dotąd jeszcze mogła uniknąć przechylenia się na stronę jednego lub drugiego... jeżeli jednak taki stan rzeczy potrwa dłużej... obawia się obudzić ich podejrzenia. Któregoż ma poświęcić?
— Ojca... Gniew starca będzie gwałtowniejszy, i wtedy przez zemstę za wyróżnienie syna, wyjawi może to, na ukrywaniu czego obudwom tyle zależy...
— Od trzech lat dwie służące Ambrozjusza, umieszczonego w małej parafji gór Walezyjskich, zniknęły... niewiadomo, co się z niemi istało. Teraz trzecią ten sam los spotkał... Tameczni protestanci, oburzają się, mówią o morderstwie... o przerażających okolicznościach.
— Aż do powzięcia pewnych poszlak o tem zdarzeniu, bronić Ambrozjusza przeciwko tym haniebnym potwarzom partji, co gotowa jest zawsze rozsiewać najdziwniejsze domysły... Dalej.
— Udało się Thompsonowi z Liwerpoolu umieścić Justyna, jako godnego zaufania człowieka, u lorda Stewart, który coraz bardziej słabnie na umyśle.
— Skoro się rzecz potwierdzi, pięćdziesiąt luidorów gratyfikacji dla Thompsona. Zanotować to dla Duplessisa. Czytaj dalej.
— Frank Dinkenstein z Wiednia donosi, że ojciec jego umarł na cholerę, w małej wiosce blisko miasta...
Ta zaraza posuwa się od północy, coraz bardziej naprzód.
— Tak, to prawda; daj Boże, żeby tylko nie doszła do Francji.
— Frank Dinkenstei, — czytał dalej Rodin, — pisze, że bracia jego domagać się chcą unieważnienia testamentu, którym stary zapisał cały swój majątek na rzecz naszego zakonu; sam Frank nie zgadza się na to.
— Rozmówić się z naszymi adwokatami... Dalej.
— Kardynał książę d‘Amalfi zastosuje się do trzech pierwszych punktów memorjału. Żąda, aby mu wolno było uczynić zastrzeżenia co do czwartego.
— Żadnych zastrzeżeń... zupełna, bezwarunkowa akceptacja. Jeżeli nie, wojna, rozumiesz, i zanotuj: zacięta wojna, bez litości, ani dla niego, ani dla jego popleczników... Potem?
— Fra Paolo oznajmia, że buntownik Boccari z rozpaczy, że przyjaciele obwiniają go o zdradę, wskutek podejrzeń, jakie on, Fra Paolo, zasiał zręcznie w ich umysłach, odebrał sobie życie.
— Boccari!! czy to być może!... Boccari...
— Tak, Boccari... — powtórzył ciągle zimny Rodin.
— Powiedzieć Duplessisowi, aby posłał przekaz na wypłacenie dwudziestu pięciu luidorów Fra Paulowi... Zanotować to!
— Hausman donosi, że tancerka francuska Albertyna Ducornet, jest ulubienicą księcia regenta, zupełny ma nań wpływ, ale nad tą Albertyną ma władzę jej kochanek, który był skazany na galery za fałszerstwa; ona nie uczyni nic bez jego rady...
— Kazać Hausmanowi, aby się porozumiał z tym człowiekiem; jeżeli żądania jego będą słuszne, zgodzić się na nie, nadto dowiedzieć się, czy ta panna nie ma jakich krewnych w Paryżu?
— Książę Orbano donosi, że udzielone będzie pozwolenie na założenie nowego instytutu, ale pod warunkami poprzednio podanymi.
— Żadnych warunków, zupełne zezwolenie lub odmowa... tak się poznaje swych przyjaciół lub nieprzyjaciół... Im bardziej nieprzyjaznemi wydają się okoliczności... tem większą trzeba okazać stałość, i pewnością siebie nakazać poszanowanie.
— Pisze on równie, że Anglja wszelkiemi siłami popiera żądania ojca owej prostestanckiej panny, która schroniła się do klasztoru w Madrycie, i tylko wtedy chce wyjść z niego, kiedy będzie mogła zaślubić swego kochanka, mimo woli ojca?
— Anglja go popiera?
— Tak, i bardzo usilnie.
W tej chwili dał się słyszeć dzwonek u furtki.
— Zobacz, co to jest, — dodał zwierzchnik Rodina.
Ten wstał i wyszedł.
Pan jego nie przestawał przechadzać się zamyślony od jednego do drugiego końca pokoju. Przechodząc około ogromnego globusa, zatrzymał się znowu.
W głębokiem milczeniu przypatrywał się czerwonym punkcikom, które, jak siatka jaka, zdawały się okrywać całą kulę ziemską.
Myślał pewno o niewidzialnem a strasznem działaniu swej władzy, która zdawała się rozciągać na cały świat, rysy twarzy tego człowieka ożywiły się, jego męska duża twarz przybrała niewymowny wyraz energji, wyniosłości i pychy; z dummem czołem z wydętemi pogan dliwie wargami, zbliżył się do globusa i silną rękę oparł na biegunie.
Patrząc na to silne przyciśnięcie, na to dumne poruszenie rzekłbyś, że ten człowiek był pewny swego panowania nad globem, któremu się przypatrzał z całej wysokości swego wzrostu, na którym oparł rękę w postawie tak wyniosłej, tak zarozumiałej i samowładnej.
I teraz już się nie uśmiechał.
Okropnie zamroczyło się jego szerokie czoło, a wzrok przybrał ton groźny; artysta, chcący odmalować szatana chytrości, wyniosłości i pychy, piekielnego ducha o niepohamowanej chęci panowania, nie mógłby znaleźć lepszego wzoru. Gdy Rodin wrócił, twarz jego zwierzchnika przybrała zwykły wyraz.
— To ajent, — rzekł Rodin, pokazując pięć listów, które trzymał w ręku, — niema nic z Dunkierki.
— Nic... — krzyknął jego zwierzchnik z żałosnem wzruszeniem, które dziwnem wydawało się w porównaniu z wyrazem dumy i pogardliwej pychy, która dopiero co malowało się na jego twarzy, — nic!... żadnej wiadomości od mej matki... jeszcze dwadzieścia cztery godziny udręczenia.
— Zdaje mi się, że księżna nie miała złych wiadomości, bo inaczej byłaby napisała; tak się wypada domyślać...
— Bez wątpienia, masz słuszność, Rodinie, ale z tem wiszystkiem... niespokojny jestem...
Po chwili milczenia dodał, ciągle się przechadzając:
— Ale... zobacz te listy, skąd one są? o czem donoszą?
Rodin, obejrzawszy pieczątki, rzekł:
— Z pięciu, trzy dotyczą ważnej, wielkiej sprawy medaljonów...
— Dzięki Bogu... byle tylko zawierały pomyślne nowiny, — zawołał Rodin z wyrazem niecierpliwości i ciekawości, z czego sądzić można, jak wielkiej wagi była dla niego ta sprawa.
— Jeden jest z Charlestown, pewnie dotyczący misjonarza Gabryjela, — odpowiedział: — drugi z Batawji, pewno o Indjanie Dżalnie, który się udał na wyspę Jawę po śmierci swego ojca.
Ten jest z Lipska. Niezawodnie jest w nim potwierdzenie wiadomości, odebranych wczoraj, któremi Morok zawiadomił, że stosownie do otrzymanych poleceń, córki generała Simon nie mogą odbywać dalej podróży, a jego nikt nie podejrzewa.
Na wzmiankę o generale Simon, twarz pryncypała Rodina przybrała wyraz niezadowolenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.