Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom I/Część trzecia/Rozdział VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VI.
ZASADZKA.

Metys Faryngea, chcąc pewno wybić sobie z głowy przykre myśli, jakie wzbudzała w nim mowa Indjanina o tajemniczem pochodzeniu cholery, nagle zmienił przedmiot rozmowy.
Oczy jego zaiskrzyły się przytłumionym ogniem, twarz przybrała wyraz dzikiego uniesienia i zawołał:
— Bohwanjo... ty zawsze czuwać będziesz nad nami, nieustraszonymi łowcami ludzi. Nie bójcie się, bracia! nie bójcie się... świat jest wielki... wszędzie znajdziemy zdobycz... Anglicy zmuszają nas do opuszczenia Indyj, nas, trzech naczelników dobrego dzieła; i cóż stąd? zostawiamy tam braci naszych, tak licznych, tak strasznych, jak czarne skorpiony, które się wtedy spostrzeże dopiero, gdy śmiertelnie ukąszą; wygnanie rozszerzy nasze państwo... Bracie, ty będziesz miał Amerykę, — rzekł tonem natchnionym do Indjanina. — Bracie, dla mnie będzie Europa!... Wszędzie, gdzie są ludzie, tam są baty i ofiary... Gdzie są ofiary, tam być muszą i serca, pałające zemstą; naszą powinnością jest podniecać tę nienawiść zarzewiem zemsty! Do nas to należy, podstępem, ułudą pomnażać liczbę usług Bohwanji, zyskiwać sobie wszystkich, którzy gorliwem poświęceniem i odwagą mogą nam być użyteczni. Ubiegajmy się jedni przed drugimi między sobą i dla własnego dobra, w poświęcaniu się i zaparciu samych siebie; udzielajmy sobie nawzajem wsparcia i pomocy. Nienawiść, wieczna nienawiść dla wszystkich, którzy do mas nie należą; dla nas nie będzie ani rodziny, ani krewnych, ani kraju... Naszą rodziną są bracia nasi, naszym krajem... świat cały.
— Tak, słusznie mówisz, bracie — zawołał Indjanin, podzielający uniesienie Faryngei, — do nas świat należy... I tu nawet, na Jawie, pozostawmy ślad naszej bytności... Przed odejściem załóżmy dobre dzieło na tej wyspie... prędko się tu ono wzmoże, bo wielkie tu są cierpienia. Holendrzy są równie drapieżni i okrutni jak Anglicy... Bracia, widziałem na tej wyspie, w plantacjach ryżu, zawsze błotnistych, śmiertelnych dla tych, którzy je uprawiają, widziałem, mówię, ludzi, którzy z biedy oddawać się musieli tej zabójczej pracy; wybladli byli, jak trupy, niektórzy wyniszczeni chorobą, trudami i głodem, upadłszy, podnieść się już nie mogli... Bracia, dobre dzieło wzmagać się będzie w tym kraju...
— Pewnego wieczora — rzekł Metys, — byłem nad jeziorem, ukryty za skałą; przyszła młoda kobieta, nieco łachmanów nawpół tylko okrywało jej wychudłe, spalone na słońcu ciało; trzymała na ręku małe dziecię i z płaczem przyciskała je do swego zwiędłego łona. Trzy razy ucałowała swego syna, potem rzuciła go w wodę, mówiąc: „Nie będziesz tak nieszczęśliwy, jak twój ojciec“. Dziecię krzyknęło i znikło... Na ten krzyk kajmany, ukryte w trzcinie, skoczyły z radością do jeziora... Bracia, tu matki zabijają swe dzieci przez litość... Dobre dzieło wzmoże się w tym kraju.
— Dziś rano — rzekł murzyn, — po ochłostaniu czarnego niewolnika, stary, małego wzrostu człowiek, przemysłowiec z Batawji, ze swego letniego mieszkania udał się do miasta. Do lektyki swej zabrał dwie młode kobiety; były to dziewczęta, kupione ód matek, którym brakło środków dla ich wyżywienia... Lektykę, w której był starzec, z dwiema dziewczętami, niosło dwunastu młodych, silnych mężczyzn. Bracia, są tu matki, co z nędzy sprzedają swe córki; są, tu niewolnicy, których pan dręczyć może, jak mu się podoba; są ludzie, którzy wykonywują powinność jucznego bydlęcia i noszą innych ludzi... „dobre dzieło wzmagać się będzie w tym kraju“.
— W tym... i w każdym kraju, gdzie jest nędza, ucisk, zepsucie...
— O! gdyby można pozyskać dla nas Dżalmę, jak to nam radził Mahal, kontrabandzista, — rzekł Indjanin, — nasza podróż pod Jawę podwójną miałaby korzyść, gdyż przed oddaleniem zjednalibyśmy sobie tego młodzieńca odważnego, śmiałego, który tyle ma powodów do nienawidzenia łudzi.
— Zaraz on tu przyjdzie... Podrażnijmy jeszcze gniew jego...
— Przypomnij my mu śmierć ojca.
— Morderstwa, dokonane na jego krewnych i przyjaciołach...
— Niewolę...
— Niech nienawiść zapali jego serce, a przystanie do nas...
Murzyn, który od niejakiego czasu stał zamyślony, rzekł z żywością:
— Bracia, a gdyby Mahal, kontrabandzista. był zdrajcą?
— On? — zawołał Indjanin prawie z gniewem, — a przyjął nas na swój statek? a ułatwił nam ucieczkę ze stałego lądu? a ma nas zabrać na statek, którym ma dowodzić i zawieść do Bombaju, gdzie znajdziemy okręty do Ameryki, Afryki i Europy?
— A jakiżby miał Mahal w tem interes, żeby nas zdradzić? — spytał Faryngea. — Wie on dobrze, że nicby go nie zdołało ochronić przed zemstą synów Bohwanja.
— A czyż nie obiecał nam, że podstępem namówi Dżalmę, aby tu do nas przyszedł, a niech tylko między nas wejdzie... musi już być naszym...
— Czyż to nie kontrabandzista mówił nam również: kaźcie, niech Malajczyk uda się do namiotu Dżalmy... niech skorzysta z jego snu, ale niechaj go nie zabija, co by się mu udało z łatwością, ale niech mu wypisze na ramieniu imię Bohwanja; w ten sposób Dżalma przekona się o śmiałości, zręczności i posłuszeństwie braci naszych, i przekona się, na co odważyć się mogą tacy ludzie i zniewoli go dla nas, albo podziw, albo bojaźń.
— A jeżeli nie zechce do nas należeć, pomimo wszelkich powodów, jakie mieć może do nienawidzenia ludzi?
— Wtedy... Bohwanja rozstrzygnie o jego losie, — wyrzekł Faryngea z posępną miną, — wiem, co wówczas uczynić.
— Ale czy uda się Malajczykowi zaskoczyć Dżalmę we śnie? — spytał Murzyn — niedowierzająco.
— Niema śmielszego, zręczniejszego, obrotniejszego człowieka nad Malajczyka, — odparł Faryngea. — Opowiadał mi Mahal, że Malajczyk odważył się podejść w legowisku czarnego rysia, karmiącego swe dzieci... zabił matkę i zabrał samicę, którą potem sprzedał kapitanowi europejskiego okrętu. Dopnie on swego, jeżeli będzie możliwość najmniejsza.
— Dopiął już! — zawołał Indjanin, przysłuchując się osobliwszemu krzykowi, który się rozległ w lesie, wśród ciemnej nocy.
— Tak, to krzyk sępa, unoszącego swą zdobycz, — odezwał się Murzyn, nadsłuchując także, — to znak, którym bracia nasi zwiastują o złowionej zdobyczy.
Wkrótce potem przed budą ukazał się Malajczyk.
Okryty był jaskrawym perkalem.
— I cóż? — zagadnął Murzyn z ciekawością, — udało się?
— Dżalma będzie nosił przez całe życie znak dobrego dzieła, — wyrzekł z dumą Malajczyk, — ażeby jednak dostać się do niego, musiałem poświęcić Bohwanji człowieka, któregom napotkał na drodze, porzuciłem ciało w krzakach, niedaleko od namiotu Dżalmy... a ten już nosi znak nasz. Mahal, kontrabandzista, dowiedział się o tem najpierwszy.
— I Dżalma nie przebudził się! — zawołał Indjanin, zawstydzony zręcznością Malajczyka.
— Gdyby się był obudził — odrzekł Malajczyk zimno — byłbym zginął, gdyż obowiązkiem moim było zachować mu życie.
— Bo życie jego może być dla nas użyteczniejszem niż jego śmierć, — odpowiedział Metys.
Potem, zwracając się do Malajczyka, rzekł:
— Bracie, narażając swe życie dla „dobrego uczynku“, uczyniłeś to dziś, co my robiliśmy wczoraj, co zrobimy jutro... Dziś wypełniasz rozkazy innych, jutro będziesz rozkazywał...
— Wszyscy należymy do Bohwanji — odrzekł Malajczyk. — Cóż jeszcze trzeba uczynić?... gotów jestem.
To mówiąc, Malajczyk twarzą do drzwi był obrócony.
— Dżalma idzie, — rzekł półgłosem, — Mahal nas nie oszukał.
— Trzeba, żeby mnie nie widział, — rzekł Faryngea, kryjąc się w najciemniejszy kąt budy, — postarajcie się go nakłonić, a jeżeli będzie sprzeciwiał się... już wiem, co mam czynić...
Zaledwie schował się Faryngea, Dżalma nadszedł.
Na widok tych podejrzanych ludzi cofnął się zdziwiony.
— To on, to syn Kadżi-Singa, — wyrzekł po cichu Malajczyk do Faryngea.
Dżalma nie wiedział, że ci ludzie należą do sekty sprzysiężonych, a wiedząc, że często w tym kraju, gdzie niema domów zajezdnych, podróżni przepędzają częstokroć noce pod namiotem lub w ruinach, po drodze napotkanych, zbliżył się ku nim; gdy ochłonął z pierwszego zdziwienia, po branzowej cerze twarzy i po ubiorze jednego z tych ludzi poznając, że jest Indjaninem, odezwał się do niego po indyjsku:
— Sądziłem, że tu zastanę Europejczyka... Francuza...
Indjanin odpowiedział:
— Francuz jeszcze nie nadszedł... ale wkrótce pewno nadejdzie...
Z mowy Dżalmy domyślając się fortelu, jakiego użył Mahal kontrabandzista dla zwabienia go w tę zasadzkę, Indjanin spodziewał się, że zyska na czasie, pozostawiając go w błędzie.
— Czy Znasz tego francuza? — zapytał Dżalma.
— Wyznaczył nam tu miejsce na schadzkę... również jak tobie, — oderwał się z kąta budy Faryngea.
— W jakimże celu? — rzekł Dżalma, coraz bardziej zdziwiony.
— Dowiesz się... za jego przybyciem...
— Czy to jenerał Simon mówił wam, abyście tu przybyli?...
— Tak, jenerał Simon.
Nastąpiło chwilowe milczenie, podczas którego Dżalma napróżno usiłował wytłómaczyć sobie tę tajemnicę.
— A któż wy jesteście? — zapytał z miną niedowierzającą, gdyż ponure milczenie towarzyszów Faryngea, którzy jeden w drugiego wlepili oczy, zaczynało budzić, w nim podejrzenie.
— Kto my jesteśmy?... — odpowiedział Faryngea, — będziemy twymi, jeśli ty zechcesz być naszym.
— Ja, tak się obejdę bez was... jak wy beze mnie...
— Kto wie?
— Ja... ja wiem...
— Mylisz się... Anglicy zabili twego ojca... ojciec twój był królem... uwięzili cię... i nic już nie masz....
Na to okrutne wspomnienie zachmurzyło się oblicze Dżalmy. Zadrżał, gorzki uśmiech osiadł na jego ustach.
Faryngea mówił dalej:
— Ojciec twój był sprawiedliwy i prawy... kochany przez swych poddanych... nazywano go ojcem wspaniałego, i godzien był tego nazwiska... Czy pozostawisz śmierć jego nie pomszczoną? czyż tłocząca twe serce nienawiść pozostać ma bezowocną?
— Ojciec mój poległ z bronią w ręku... ja pomściłem jego śmierć na Anglikach, których zabijałem na wojnie... Ten, co mi zastąpił ojca... i który również krew za niego przelał, powiedział mi, a powiedział prawdę, że byłoby teraz nierozsądkiem chcieć walczyć przeciwko Anglikom dla odzyskania swego kraju. Kiedy mi przywrócili wolność, przysiągłem, że nigdy noga moja nie postanie w Indjach... i dotrzymuję danego słowa...
— Ci, co zabrali ci wszystko... ci, co cię trzymali w niewoli, ci, co zabili twego ojca... są ludzie... znajdą się wreszcie ludzie, na których będziesz mógł zemścić się...
— Pamiętaj, że sam jesteś człowiekiem...
— Ja i ci, co do mnie są podobni... jesteśmy więcej, niż ludzie... Zresztą jesteśmy w rodzie ludzkim tem, ozem są odważni łowcy dzikich zwierząt.
— Mowa twoja coraz jest ciemniejsza... ja nie mam w sercu nienawiści... kiedy nieprzyjaciel godny jest mnie... Walczę z nim; jeżeli tchórz... pogardzam nim... Tak więc nie nienawidzę ani mężnych ani tchórzów.
— Zdrada! — krzyknął nagle Murzyn, żywym ruchem wskazując drrwi, od których Dżalma i Faryngea, zajęci rozmową, powoli się oddalili i w tej chwili znajdowali się w kącie budy.
Szybki jak błyskawica Faryngea wydobył puginał, podskoczył jak tygrys i, jeden krok zrobiwszy, już był za drzwiami.
Widząc szereg żołnierzy, zbliżających się dla osaczenia budy, jednego z nich ugodził śmiertelnie, dwóch innych powalił i zniknął w pośród zwalisk.
Wszystko to stało się tak prędko, iż w chwili, gdy Dżalma obrócił się, chcąc dowiedzieć się o przyczynie krzyku, trwogi Murzyna i nagłego zniknięcia Faryngea, spostrzegł, że do niego równie jak do trzech sprzysiężonych, kilku żołnierzy wymierzyło broń i do drzwi, się cisnęło, gdy tymczasem inni puścili się w pogoń za Faryngeą.
Murzyn, Malajczyk i Indjanin, widząc niepodobieństwo oporu, prędko coś wymówiwszy, wyciągnęli ręce do powrozów, które spostrzegli u kilku żołnierzy.
Wtedy kapitan holenderski, dowodzący oddziałem, wszedł do budy.
— A ten tu? — rzekł, wskazując Dżalmę żołnierzom, którzy już krępowali sprzysiężonych.
— Z kolei, panie kapitanie, weźmiemy się i do niego! — odezwał się stary podoficer.
Dżalma osłupiał ze zdziwienia, nic nie pojmując, co się dzieje około niego; ale gdy widział, że podoficer i dwóch żołnierzy zwrócili się ku niemu z postronkami, odepchnął ich gwałtownie oburzony i rzucił się ku drzwiom, w których stał oficer.
Żołnierze, sądząc, że Dżalma ulegnie swemu losowi tak łatwo, jak jego towarzysze, nie byli na ten opór przygotowani i cofnęli się o kilka kroków, uderzeni widokiem postawy i godności syna Kadżi-Synga.
— Za co wiązać mnie chcecie... podobnie jak tych tu ludzi? — zawołał Dżalma, mówiąc po indyjsku do oficera, który rozumiał ten język, służąc oddawna w osadach holenderskich.
— Dlaczego chcą cię wiązać, nędzniku?... dlatego, że należysz do bandy tych zbójców... A wy — dodał po holendersku do żołnierzy, — czy się go lękacie?... Zwiążcie... zwiążcie mu ręce, zanim mu potem stryczek zawiążecie około szyi.
— Mylisz się pan — wyrzekł Dżalma z zimną krwią i godnością, która zadziwiła oficera, — zaledwie kwadrans jak tu przyszedłem... nie znam tych ludzi... Przyszedłem tu, spodziewając się spotkać z pewnym Francuzem.
— Czyż ty nie jesteś dusicielem również jak oni?... przed kim to chcesz kłamać?...
— Oni! — zawołał Dżalma z oburzeniem tak naturalnem, że oficer danym znakiem powstrzymał żołnierzy, którzy znowu zabierali się do krępowania syna Kadżi-Synga, — więc ci ludzie należą do tej okrutnej bandy zbójców... a wy śmiecie obwiniać mnie o wspólnictwo!... Moi panowie, pod tym względem jestem zupełnie spokojny, — rzekł młodzieniec, wzruszając ramionami z pogardliwym uśmiechem.
— Niedość powiedzieć, że jesteś spokojny, — odrzekł oficer, — dzięki doniesieniom, wiadomo już teraz, po jakich tajemnych znakach poznają się sprzysiężeni...
— Powtarzam panu, że w najwyższej pogardzie mam tych morderców... że przyszedłem tu tylko dla...
Murzyn, przerywając Dżalmie, rzekł do oficera z dziką radością:
— Powiedziałeś, że synowie dobrego uczynku poznają się po znakach, wypisanych na ciele... Nasza godzina nadeszła, poddamy nasze szyje pod stryczek... Dość już często zarzucaliśmy go około szyi tym, którzy nie służą dobremu dziełu. Patrz na nasze ręce i na ręce tego młodzieńca.
Oficer, na dobro tłómacząc sława Murzyna, wyrzekł do Dżalmy:
— Rzecz oczywista, że jeśli, jak mówi ten Murzyn, nie masz na ręku tego tajemniczego znaku... o czem się zaraz przekonamy; jeżeli dostatecznie wyjaśnisz twoją tu obecność, w ciągu dwóch godzin możesz być wypuszczony na wolność.
— Nie pojmujesz — odrzekł Murzyn do oficera, — książę Dżalma do nas należy, bo na lewem ramieniu ma wypisane imię Bohwanjii...
— Tak, tak, on również jak my, jest synem dobrego uczynku, — dodał Malaj.
— On jest sprzysiężonym, tak samo, jak my, — dorzucił Indjanin.
Ci trzej ludzie, rozjątrzeni oburzeniem, jakie Dżalma okazał, dowiedziawszy się, że to są sprzysiężeni, wzięli na okrutną pychę, i zemstę, aby przekonać, że syn Kadżi-Synga należy do ich obmierzłego stowarzyszenia.
— Cóż na to odpowiesz? — zapytał Dżalmę oficer.
Ten wzruszył ramionami z pogardliwem politowaniem, odsunął prawą ręką szeroki i długi rękaw i pokazał gołą rękę.
— Co za bezczelność! — wykrzyknął oficer.
— W rzeczy samej, nieco poniżej zgięcia ręki na wewnętrznej stronie, dał się widzieć napis czerwony „Bohwanja“ indyjskiemi głoskami.
Oficer pobiegł do Malajczyka, obnażył jego rękę i spostrzegł też same Znaki... Nie poprzestając na tem, przekonał się, że takież znaki mieli Murzyn i Indjanin.
— Nędzniku! — zawołał, zwróciwszy się rozgniewany do Dżalmy, — większe jeszcze wzbudzasz oburzenie, aniżeli twoi wspólnicy... Zwiążcie go, jako nikczemnego mordercę, — rzekł do żołnierzy, — jako podłego zbójcę, który nad grobem jeszcze kłamie, gdyż niezadługo odniesie zasłużoną karę.
Osłupiały, przerażony Dżalma, mając oczy od kilku chwil wlepione w ten obrzydły napis, słowa nie mógł wymówić, ani się ruszyć; gubił się w myślach nad tem niepojętem zjawiskiem.
— Czyż śmiesz zaprzeczyć wobec tego znaku? — wyrzekł doń rozgniewany oficer.
— Nie mogę zaprzeczyć... tego, co widzę... co jest, — odpowiedział zdumiony Dżalma.
— Szczęściem... że nareszcie przyznajesz się, nędzniku, — mówił oficer, — a wy, żołnierze... miejcie na niego baczność... i na jego wspólników... bo odpowiecie za nich.
Sądząc, że jest igraszką niezwykłego snu, Dżalma żadnego nie czynił oporu, pozwolił związać się i prowadzić. Oficer spodziewał się, że z żołnierzami uda mu się wynaleźć Faryngea w zwaliskach, lecz daremne były poszukiwania i w godzinę odszedł do Batawji, gdzie konwój więźniów poprzedził go.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W kilka godzin po tym wypadku Jozue van Dael kończył w taki sposób swój długi raport do Rodina w Paryżu:
...Takie były okoliczności, że nie mogłem postąpić inaczej, krótko mówiąc, jest małe złe za wielkie dobro.
„Trzej mordercy wydani zostali w ręce sprawiedliwości, a tymczasem. uwięzienie Dżalmy lepiej jeszcze wyświeca jego niewinność.
„Już dziś rano poszedłem do gubernatora, aby przemówić za tym młodym księciem: — Ponieważ, dzięki mimie, — rzekłem, — wpadli w ręce sprawiedliwości ci trzej wielcy zbrodniarze, spodziewam.się przynajmniej pozyskać łaskę, że władza dozwolili wszelkimi w jej mocy będącymi sposobami wykazać niewinność i tak już znanego z nieszczęść i szlachetnych przymiotów księcia Dżalmy. Rzecz pewna, — dodałem — gdym wczoraj pośpieszył zawiadomić gubernatora, że można było zdybać sprzysiężonych, zebranych w zwaliskach Tchandi, wcale o tem nie myślałem, ażeby razem z nimi przytrzymano przybranego syna jenerała Simon, zacnego człowieka, z którym od pewnego czasu w najuczciwszych zostawałem stosunkach. Wypada więc wszelkiemi środkami odkryć niepojętą tajemnicę, która wprowadziła Dżalmę w to zgubne położenie, i — dodałem jeszcze — jestem tak pewny jego niewinności, że żadnej dla niego nie żądam szczególnej łaski. Zdoła on mężnie i z godnością oczekiwać cierpliwie sprawiedliwości w więzieniu.
„W tem zaś wszystkiem, jak widzę, prawdę mówiłem, i nie mam sobie do wyrzucenia najmniejszego kłamstwa, bo nikt na świecie, jak ja, nie jest bardziej przekonany o niewinności Dżalmy... Gubernator odpowiedział mi, jakem się spodziewał, że moralnie całkiem jest przekonany o niewinności Dżalmy, że każę obchodzić się z nim jak najlepiej; ale że sprawa toczyć się musi zwykłym porządkiem, gdyż tylko sądowe badanie wykazać może niesprawiedliwość obwinienia i wykryć, jakim niepojętym trafem tajemnicze znaki znalazły się na ręku księcia.
„Mahal, kontrabandzista, który sam mógłby oświecić w tej mierze sprawiedliwość, za godzinę opuści Batawję, oddalając się na statku Ruyter do Egiptu. A zatem weźmie ze sobą ten długi raport, gdyż Ruyter odpłynąć ma za godzinę, a ostatnia przesyłka listów do Europy odbyła się wczoraj wieczorem. Ale ja chciałem widzieć się z gubernatorem dziś rano przed zapieczętowaniem tego listu.
„Tak więc zatrzymany tu zostaje pod ścisłą strażą przez miesiąc; ponieważ minie go to odejście Ruytera; nie będzie mógł w żaden sposób dostać się do Europy przed 13 lutym roku przyszłego.
„Widzisz... kazałeś... byłem ci posłuszny, ślepo używałem środków, jakie były w mej mocy. W tem wszystkiem cel tylko miałem przed oczyma.
„W twem ręku byłem tem, ozem być powinniśmy w ręku naszych przełożonych... narzędziem...
„My nigdy się nie zmieniamy.

J. v. D.“

0 dziesiątej godzinie zrana Mahal, kontrabandzista, odszedł z tą zapieczętowaną depeszą na statek Ruyter.
W godzinę potem ciało Mahala, uduszonego na sposób sprzysiężonych, znaleziono ukryte w sitowiu, w odludnem miejscu, którędy szedł do łodzi, mającej płynąć do statku Ruyter.
Gdy po odpłynięciu tego statku znaleziono trupa kontrabandzisty, nadaremno Jozue kazał szukać przy nim obszernego pisma, z którem go wysłał.
Faryngea dusiciela szukano po całej wyspie, ale nadaremnie.
Nigdy już potem nie widziano na Jawie stratnego herszta dusicieli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.