Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział IX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.
PODEJRZENIA.

Panna de Cardoville pośpieszyła na spotkanie Garbuski, a, ująwszy ją za ręce, rzekła wzruszonym głosem:
— Chodź... chodź!... drogie dziecię... niema już teraz krat, któreby nas rozdzielały!
Garbuska, widząc się objęciach panny de Cardoville, gdy na swoich bladych, biednych licach uczuła pocałunek świeżych koralowych ust Adrjanny, łzami się zalała, słowa nie mogąic wymówić.
Rodin, cofnąwszy się w kąt, przypatrywał się tej scenie z tajemmem niezadowoleniem. Pomyślał sobie, że nie trzeba nigdy lekceważyć czy to nieprzyjaciela, czy też przyjaciela, jakbądź byłby małym.
Jego zaś nieprzyjacielem był każdy, poświęcający się dla panny Gardoville; nareszcie, jak wiadomo, Rodin, przy całej tęgości charakteru, podlegał pewnym zabobonnym słabostkom; czuł więc niepokój i lękał się wrażenia, jakie na nim uczyniła Garbuska; przyrzekł sobie w myśli zapamiętać to wrażenie i porównywać z niem spostrzeżenia.

I tak, gdy Garbuska zalała się łzami wdzięczności, Adrjanna, wziąwszy bogato haftowaną chustkę, otarła nią zroszoną twarz biedniej szwaczki.
Ten, tak dobrotliwy, naiwny postępek panny de Cardoville, oszczędził biednej Garbusce niemałego kłopotu.
Może się kto pogardliwie uśmiechnie na te dziecinne szczegóły, któreśmy przytoczyli za przykład, lecz biedna Garbuska, nie śmiejąc sięgnąć do kieszeni po chuścinę-gałganek, musiałaby długo pozostać z załzawionem i oczami, gdyby ich nie otarła palona de Cardoville.
— Pani jesteś dobra... O! szlachetnie miłosierna!
— Patrz pan na nią... — odezwała się Adrjanna do Rodina, który zbliżył się nieco. — Jest to skarb, przeze mnie odkryty... — dodała z dumą młoda patrycjuszka. — Przypatrz się jej! kochaj ją tak, jak ja ją kocham i szanuj ją tak, jak ja ją szanuję. Jest to serce... jakiego szukamy.
— I jakie, dzięki Bogu, znajdujemy, moja kochana pani — odrzekł Rodin, schylając się przytem przed Garbuską. Ta powoli podniosła oczy na jezuitę. Na widok tej trupiej twarzy, uśmiechającej się do niej z przymileniem, dziewczyna zadrżała; rzec dziwna! nigdy tego człowieka nie widziała, a jednak od pierwszej chwili uczuła wstręt i obawę, tak samo jak on, gdy ją zobaczył. Zwykle nieśmiała i wstydliwa, nie mogła oderwać wzroku od Rodina; serce jej mocniej zaczęło bić, jakgdyby zagrażało jej jakie niebezpieczeństwo; a ponieważ ta szlachetna istota zwykła obawiać się przedewszystkiem o tych, których kochała, machinalnie zbliżyła się do Adrjanny, jakby ją chciała sobą zasłonić, nie spuszczając przytem wzroku z Rodina. On zaś, bardzo wprawny fizjognomista, niby nie dostrzegł, jakie wrażenie zrobił na szwaczce, i tem większą uczuł do niej odrazę. Zamiast spuścić oczy przed jej natrętnym wzrokiem, począł nawzajem tak pilnie przypatrywać się jej, że aż zwróciło to uwagę panny de Cardovilile.
— Przebacz, mi, dobra panienko, — odezwał się Rodin do Garbuski, udając przytem, że sobie coś przypomina — ale zdaje mi się... że się nie mylę.... Czy nie chodziłaś przed kilkoma dniami do klasztoru panny Marji... tu, w sąsiedztwie?
— Tak, panie...
— O! słusznie powiedziałaś pani, — odrzekł Rodin, wskazując na Garbuskę — że to złote serce, serce takie, jakich właśnie szukamy. Gdybyś pani wiedziała, z jaką godnością, jak śmiało ta biedna panienka, nie mając roboty — a dla niej nie mieć roboty to samo znaczy, co czuć niedostatek — odrzuciła hańbiące propozycje, jakie jej czyniła przełożona klasztoru, a mianowicie szpiegowania rodziny, u której ją zamierzała umieścić...
— Panie... — przerwała Garbuska z zakłopotaną miną.
— Ho! ho! moja panienko, nie tak łatwo dam się ja odstraszyć od wypowiedzenia tego, co czuję... wszystko mi jedno, czy to ma być pochwałą, czy naganą.... Zapytaj o to tę zacną panią — mówił jezuita, wskazując wzrokiem Adrjannę. — Otóż powiem ci, dobra panienko, bez ogródek, że równie dobre mam wyobrażenie o tobie, jak o pannie de Cardoville.
— Wierzaj mi, drogie dziecko, — dodała nieco zakłopotana Adrjanna — że są pochwały, które czynią zaszczyt... które stają się nagrodą... a takiemi właśnie są pochwały pana Rodina... jestem tego pewna... powtarzam ci, jestem pewna!
— Zresztą, nie mnie samemu należy się zaszczyt takiego sądu...
— Jakto, panie?
— Czyż nie jesteś przybraną siostrą Agrykoli Baudoin, uczciwego, energicznego rzemieślnika, popularnego poety?
— Słusznie pan mówisz! — przyznawała Adrjanna. — Mówił on mi o niej z takim zapałem, z takiem przywiązaniem, iż odrazu powzięłam szacunek dla istoty, która potrafiła wzbudzić takie przywiązanie.
Te słowa Adrjanny tak mocno zmieszały Garbuskę, iż blada jej twarz okryła się żywym rumieńcem.
Wiadomo, że biedna ta dziewczyna kochała Agrykolę, a kochała równie namiętnie jak skrycie.
Stąd ten niezwykły rumieniec na jej twarzy, stąd tak widoczne zakłopotanie, które nawet zdziwiło Adrjannę.
Subtelny, rzadki umysł, jakim obdarzony był Rodin, najmniejszy spostrzegłszy skutek, zaraz dochodził jego przyczyny. Sądząc przez porównanie, jezuita widział z jednej strony dziewczynę ułomną, upośledzoną, ale bardzo roztropną i zdolną do namiętnego poświecenia; z drugiej zaś strony przedstawiał mu się rzemieślnik przystojny, śmiały, dowcipny i otwarty.
Myślał sobie: — Za braterską miłość nikt się nie rumieni.
Wpadłszy na ślad tego odkrycia, Rodin chciał dalej posunąć swoje badania. Spostrzegłszy, że zmieszanie Garbuski zdziwiło Adrjannę, rzekł do niej, mrugnięciem zwracając jej uwagę na biedną dziewczynę.
— Czy widzisz pani, jak to dziewczę rumieni się, kiedy jest mowa o silnem przywiązaniu do niej dzielnego rzemieślnika?
Garbuska spuściła oczy, nie wiedząc, co ma począć ze wstydu.
Dopiero co jak pons czerwona, zbladła jak ściana i cała drżeć poczęła.
— Nie ma się pani czemu dziwić! — odezwał się znowu Rodin z miną najniewinniejszą. — E! to rzecz zupełnie naturalna; to dziecko przywiązane jest do swego brata jak dobra, życzliwa siostra. Tak go kocha, tak się z nim jednoczy, iż kiedy go kto chwali, zdaje się jej, że tem samem już i ją chwali...
— A ponieważ jest równie skromna, jak dobra — dodała Adrjanna, biorąc Garbuskę za rękę — najmniejsza pochwała, czy to dla jej przybranego brata, czy też dla niej samej, miesza ją do tego stopnia, jak w obecnej chwili... co jest istnem dzieciństwem i mocno nagannem.
Panna de Cardoville mówiła w najlepszej wierze, uważając objaśnienia Rodina za bardzo stosowne, jakiemi też były w istocie.
Garbuska była pewną... i potrzeba jej było tej pewności, aby nie umrzeć ze wstydu, że ostatnie słowa Rodina były szczere, i że nie domyśla się on jej miłości dla Agrykoli.
— Daruj mi, pani! — odezwała się bojaźliwym głosem do Adrjanny — tak mało przyzwyczajona jestem do łaskawego obchodzenia się ze mną, jakie mi pani raczysz okazywać, iż nie zasługuję na tę dobroć.
— Moja dobroć?.. biedna dziewczyno! — odrzekła panna de Cardaville — nic jeszcze dla ciebie dobrego nie uczyniłam. Lecz, Bogu dzięki! od dzisiaj, jeżeli ci się to podoba, nie rozłączymy się już. Jeśli zgodzisz się, potrafię pogodzić moją, może nieco samolubną, chęć zatrzymania cię przy sobie, z niezawisłością twego charakteru, z twem zamiłowaniem pracy, z twem nawyknieniem do cichego, skromnego życia na ustroniu; spodziewam się, że mi się uda zniewolić cię do pozostania przy mnie.
— Ach! cóż ja uczyniłam takiego, aby zasłużyć na taką wdzięczność pani? — zapytała naiwnie Garbuska.
— Dosyć już... dosyć tego... — przerwała Adrjanna z wdzięcznym uśmiecham — ja już tak ułożyłam sobie, że będziesz moją przyjaciółką... i starać się będę przekonać cię, że tak będzie... ale teraz, przychodzi mi na myśl... choć trochę zapóżno.. dowiedzieć się, co cię tu sprowadza?
— Dziś rano pan Dagobert odebrał list, w którym zapraszano go, aby tu przybył, i zapewniano, że tu usłyszy pomyślną wiadomość o tem, co go najwięcej może zajmować...
Adrjanna spojrzała pytająco na Rodina, który skinął potwierdzająco głową i rzekł:
— Tak, tak, droga pani, to ja napisałem list do tego zacnego żołnierza... ale bez podpisu i bez bliższych wyjaśnień; dowiesz się pani dlaczego.
— A więc.. moja droga, dlaczego przybywasz sama? — zapytała Adrjanna.
— Niestety! droga pani, przybywszy tu, tak zostałam wzruszona twem łaskawem przyjęciem, iż nie zdążyłam wypowiedzieć mej obawy...
— Jakiej obawy? — zapytał Rodin.
— Wiedząc, że pani tu jesteś, mniemałam, że to pani napisałaś ten list do pana Dagoberta; powiedziałam mu to, i on uwierzył, a raczej taki sam powziął domysł. Przybywszy tutaj, był tak niecierpliwy iż we drzwiach zaraz zapytał, czy tu znajdują się sieroty, i opisał, jak wyglądają. Odpowiedziano mu, że tu ich niema. Wtedy, nie zważając na mą usilną prośbę, pobiegł do klasztoru, aby dowiedzieć się.
— Co za nierozwaga! — zawołała Adrjanna.
— Po tem wszystkiem, co zaszło zaprzeszłej nocy... — dodał Rodin, wzruszając ramionami.
— Napróżno tłomaczyłam, — objaśniała Garbuska — że w liście niema o tem mowy, że mu zostaną wydane sieroty... ale tylko, prawdopodobnie, że otrzyma o nich jaką wiadomość; ani słuchać nie chciał, a tylko odrzekł: Jeśli niczego się nie dowiem... przyjdę za tobą... ale one jeszcze onegdaj były w klasztorze; teraz już wszystko, wykryło się, i nie mogą mi już odmówić wydania ich.
— Z takim człowiekiem — rzekł Rodin, uśmiechając się — niema co mówić po ludzku...
— Przez Bóg żywy! byle tylko nie poznano go! — zawołała strwożona Adrjanna, przypomniawszy sobie pogróżki doktora Baleinier.
— Nie przypuszczam, żeby to mogło się stać.... — mówił Rodin — nie wpuszczą go do klasztoru, pewno i na nim, jak sądzę, rzecz się skończy; zresztą sędzia wkrótce tu przybędzie z temi pannami... Nie mam już potrzeby pozostawać tu dłużej... wzywają minie inne zatrudnienia. Muszę wykryć miejsce pobytu księcia Dżalmy; racz więc pani powiedzieć mi, gdzie i kiedy będę mógł widzieć się z panią.
— Znajdziesz mnie pan w domu, w mym nowym domu, do którego wprost stąd się udam, przy ulicy Anjou, w pałacu niegdyś Beaulieu... Ale.. zdaje ¡mi się, — rzekła Adrjanna po pewnem zastanowieniu się, — że z wielu względów nie będzie ani przyzwoitą, ani roztropną rzeczą umieszczać księcia Dżalmę w pawilonie, który zajmowałam w pałacu Saint-Dizier... Widziałam ja niedawno śliczny, zupełnie umeblowany, gotowy domek; w ciągu dwudziestu czterech godzin uzupełnią i urządzą w nim pomieszkanie wcale piękne... Tak, tak, to będzie daleko lepiej! — dodała po nowem zastanowieniu się — tym sposobem będę mogła daleko pewniej zachować największe incognito.
— Jakto?! — zawołał Rodin, którego projekty niweczyło to nowe postanowienie panny de Cardoville — chcesz pani, aby on zupełnie nie wiedział?...
— Chcę, aby książę Dżalma wcale nie wiedział, kto jest nieznajomym przyjacielem, który mu przychodził z pomocą; życzeniem mojem jest, aby on nie słyszał mego nazwiska, aby nawet nie wiedział, że istnieję... Przynajmniej na teraz... Później... może za miesiąc... zobaczę; okoliczności wskażą, jak mi wypadnie postąpić.
— Ale — zakwestjonował Rodin, ukrywając swój niepokój, wywołany tym zawodem — czy nie będziesz pani miała za wiele trudności w zachowaniu tego incognito?
— Gdyby książę zamieszkał mój pawilon, sąsiedztwo mej stryjenki mogłoby go wkrótce objaśnić o rzeczywistym stanie rzeczy; właśnie unikając tego, muszę zmienić mój pierwotny zamiar... Ale książę zamieszka w stronie dość odległej... przy ulicy Białej. Któżby mu mógł powiedzieć o tem, o czem wiedzieć nie powinien? Jeden z mych starych przyjaciół, pan Nerwal, pan i ta dobra panienka, — tu wskazała wyrokiem Garbuskę — na których dyskrecji mogę polegać, sami tylko będziecie wiedzieli o mej tajemnicy... dobrze więc będzie zachowana!... Zresztą, jutro obszerniej pomówimy o tym przedmiocie; wypada, najpierw, aby się udało panu odnaleźć tego biednego księcia.
Rodin, lubo bardzo niezadowolony z nagłego postanowienia Adrjanny względem Dżalmy, pokrył jednak swe nieukontentowanie i rzekł:
— Życzenia pani będę się starał ściśle wypełnić i jutro, jeśli pani pozwoli, przyniosę, jak się spodziewam, pomyślne wiadomości...
— Więc do jutra... oczekiwać pana będę z wielką niecierpliwością — rzekła Adrjanna, serdecznie ściskając rękę jezuicie. — Musisz być łaskaw dla mnie, gdyż przewiduję, że jeszcze o wiele rad, o wiele przysług prosić mi pana wypadnie... mnie, która już tyle winna panu jestem...
— Nigdy mi, kochana pani, nigdy zawiele winną nie będziesz — odrzekł Rodin, nisko się kłaniając i postępując ku drzwiom.
W chwili, kiedy już miał wyjść, napotkał Dagoberta.
— Ha! tuś mi... przecież mam choć jednego!... — zawołał żołnierz, silnie chwyciwszy ręką za kark jezuitę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.