Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część druga/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


X.
UNIEWINNIENIE.

Panna de Cardoville, widząc, jak Dagobert gwałtownie uchwycił za kołnierz Rodina, krzyknęła przerażona i pobiegła ku żołnierzowi.
— Na miłość boską! panie... co robisz?
— Co robię! — ostro odpowiedział żołnierz, nie puszczając Rodina — korzystam ze sposobności; dusić będę tego nikczemnika z bandy renegata, aż dopóki mi nie powie, gdzie są moje dzieci...
— Zadusisz mnie pan... — krzyczał jezuita, usiłując wymknąć się żołnierzowi.
— Gdzie są sieroty, kiedy ich tu niema? — krzyczał Dagobert piorunującym głosem — i kiedy zamknięto przede mną drzwi klasztoru, nie chcąc mi nawet odpowiedzieć?
— Gwałtu... gwałtu!... — wołał Rodin okropnym głosem.
— Ależ to straszna rzecz! — zawołała Adrjanna. I blada, drżąca, złożywszy błagalnie ręce, rzekła do Dagoberta: — Zmiłuj się, panie!... posłuchaj mnie... posłuchaj go...
— Panie Dagobercie! — dodała Garbuska, chwytając żołnierza za ramię swemi słabemi rączynami i wskazując Adrjannę — to panna de Cardoville... W jej obecności taki gwałt... a potem pan się mylisz... tak, mylisz się, panie Dagobercie.
Usłyszawszy nazwisko panny de Cardoville, żołnierz nagłe obrócił się i puścił Rodina.
— Daruj, pani — rzekł Dagobert, przystępując do Adrjanny, jeszcze bladej i przestraszonej — nie wiedziałem, kto pani jesteś... lecz pierwsze oburzenie uniosło mnie mimo woli...
— Lecz, przebóg! cóż pan masz przeciwko temu panu? — zapytała Adrjanna. Gdybyś pan chciał mnie słuchać, dowiedziałbyś się...
— Przebacz mi, pani, że przerywam — rzekł żołnierz ido Adrjanny powściągliwym głosem, a zwracając się następnie do Rodina, który już nieco uspokoił się, dodał: — Podziękuj pani i precz... jeśli tu dłużej pozostaniesz nie ręczę za siebie...
— Pozwól pan tylko słówko powiedzieć — sobie, kochany panie! — prosił Rodin — ja...
— Powtarzam ci, że nie ręczę za siebie jeśli tu dłużej pozostaniesz! — zawołał Dagobert, tupnąwszy nogą.
— Ależ na miłość boską! powiedź pan przynajmniej przyczynę swego gniewu... — odezwała się Adrianna — a przedewszystkiem nie daj się unieść pozorom, uspokój się i chciej nas wysłuchać...
— Ja mam się uspokoić! — zawołał Dagobert z rozpaczą — wszak ja o jednej tylko myślę rzeczy... o przybyciu marszałka. Simon: on będzie, tu dzisiaj, najdalej jutro..
— Czy być może? — przerwała zdziwiona Adrjanna.
Fizjognomja Rodina zdradzała również zdziwienie, i radość.
—— Wczoraj wieczorem odebrałem list od marszałka... wysiadł ma ląd w Hawrze; od trzech dni już chodzę, staram się, robię, co mogę, w nadziei, że nareszcie sieroty zostaną mi wydane, gdyż nie udały się intrygi tych łotrów — i wskazał na Rodina nowym giestem oburzenia. — Lecz wszystko napróżno... Oni znowu knują jakiś haniebny spisek. Tego się po mich spodziewałem.
— Ależ panie, — usiłował uspokoić go Rodin — pozwól, abym ci...
— Precz! — krzyknął Dagobert, którego — rozdrażnienie zwiększało się na myśl, że lada chwila może przybyć do Paryża marszałek Simon — odejdź!... mówię ci, bo... gdyby nie pani... przynajmniej pomściłbym się na jednym.
Rodin mrugnął na Adrjannę, wskazując jej Dagoberta giestem życzliwego politowania, i odrzekł:
— A więc odchodzę, a czynię to tem chętniej, że właśnie miałem wyjść, kiedy pan przybyłeś.
Potem, zbliżywszy się do panny de Cardoville, mówił pocichu:
— Biedny żołnierz! żal wprawia w obłęd, nie byłby w stanie wysłuchać mnie, ani zrozumieć. Racz wytłumaczyć mu pani wszystko, a przekona się, w jakim jest błędzie! — dodał z dowcipną minką — ale tymczasem — mówił dalej, sięgnąwszy do kieszeni i wyjmując z niej małą paczkę — oddaj mu pani to... to jest moja zemsta... spodziewam się, że mu będzie miłą.
Po wyjściu Rodina, Adrjanna zbliżyła się do żołnierza i rzekła łagodnym głosem, z wyrazem tkliwego współczucia:
— Tak nagłe, niespodziewane przybycie pana, nie pozwoliło mi zapytać o rzecz najważniejszą... A jakże rana pańska?
— Dziękuję pani! — odrzekł żołnierz, budząc się z zamyślania — dziękuję pani! mała to rzecz i nie mam też czasu myśleć o niej.... Przykro mi, żem tak grubjańsko rachował się w obecności pani, żem wypędził tego łotra, ale bo to przewyższa siły człowieka; na widok tych ludzi... krew się we mnie burzy.
— A z tem wszystkiem, wierz mi pan, za porywczo osądziłeś człowieka, który tylko co stąd wyszedł.
— Za porywczo... wszak go znam nie od dzisiaj... On był razem z tym renegatem, księdzem d‘Aigrigny.
— To prawda... ależ to mu nie przeszkadza być uczciwym, dobrym człowiekiem...
— Jemu!? — zawołał niedowierzająco Dagobert.
— Tak, jemu... a nawet w tej chwili jedną tylko zajmuje się rzeczą... to jest odzyskaniem dla pana kochanych dzieci.
— Kto?... on! — zawołał zdziwiony żołnierz, jakgdyby nie mogąc uwierzyć temu, co słyszy — on miałby mi powrócić moje dzieci!?
— Tak jest... może jeszcze prędzej, aniżeli się sam spodziewasz.
— On zwodzi panią! — zawołał nagle Dagobert — mylisz się pani, jeżeli wierzysz temu staremu oszustowi.
— Nie, nie! — odrzekła Adrjanna, uśmiechając się i potrząsając głową — mam dowody jego szczerości... a przedewszystkiem za jego staraniem wychodzę z tego domu.
— Czy to być może — zawołał żołnierz nieco zmieszany.
— Tak, to niezawodna prawda, a nadto jest tu coś jeszcze, co może pana z nim pogodzić — mówiła Adrjanna, oddając Dagobertowi mały pakiecik, który doręczył jej Rodin przy odejściu — nie chcąc pana drażnić dłużej swoją obecnością, rzekł mi: Oddaj to pani temu uczciwemu żołnierzowi; będzie to moja zemsta.
Dagobert patrzył ciekawie w oczy pannie Cardoville, otwierając jednocześnie od niechcenia mały pakiecik. Gdy go rozwinął i gdy ujrzał swój poczerniały srebrny krzyż i wypłowiałą wstążeczkę, które skradzione mu zostały w oberży pod „Białym sokołem’“, serce mu mocniej zaczęło bić ze wzruszenia i zawołał drżącym głosem:
— Mój krzyż!... mój krzyż!.. to mój krzyż!!
I w uniesieniu radości.. przyciskał srebrną gwiazdkę do siwych wąsów.
Adrjanna i Garbuska patrzyły z uczuciem na wzruszenie żołnierza, który zawołał:
— Po przysłudze wyświadczonej marszałkowi Simon, mej żonie lub memu isynowi... nie można było większej uczynić mi przysługi... I pani ręczysz za tym człowiekiem? A ja go skrzywdziłam... sponiewierałam wobec pani... słusznie należy mu się obecnie zadośćuczynienie... będzie je miał. O tak! będzie je miał.
I stary żołnierz poskoczył ku drzwiom, przebiegł dwa pokoje, wypadł na schody i dagonił Rodina na ostatnim stopniu.
— Panie! — zawołał wzruszonym głosem — potrzeba koniecznie, abyś pan zaraz się wrócił. Pobłądziłem, zawiniłem, a kiedy zawinię, staram się natychmiast błąd swój naprawić. Skrzywdziłem pana, obraziłem wobec świadków... Przeproszę pana wobec tych samych świadków...
— Ale, mój dobry panie... i bez tego chcę panu to zapomnieć.. śpieszę się... muszę odejść!.
— Co to mnie obchodzi, że się tam pan śpieszysz?... Chodź, pan, chodź, koniecznie, gdyż, jeżeli nie... — odrzekł żołnierz wzruszonym głosem, ściskając serdecznie rękę jezuicie — bo jeśli nie pójdziesz, szczęście, jakieś mi sprawił, oddając krzyż, nie będzie zupełnem.
— Ha! jeśli tyle panu na tam zależy, to wróćmy się... tak, wróćmy się.
— Otóż go mamy... otóż go mamy! — zawołał Dagobert, wchodząc — zaledwie zdołałem do dogonić, już na samym dole.
— I przyprowadził mnie podwójnym krokiem — dodał Rodin zadyszany.
— Teraz, panie — rzekł żołnierz poważnie — oświadczam uroczyście przy paniach, żem grubo zbłądził, żem cię niesłusznie obraził: przepraszam więc cię najpokorniej i z radością wyznaję, żem wiele ci winien... och! tak, bardzo wiele... a kiedym winien... to płacę!
I Dagobert wyciągnął jeszcze raz swą poczciwą rękę do Rodina, który uścisnął ją bardzo uprzejmie mówiąc:
— Ależ, mój Boże! o cóż tu idzie?. Cóż to za wielka przysługa, o której mówisz?
— A to! — odrzekł Dagobert, pokazując swój krzyż Rodinowi. — Więc pan nie wiesz, czem jest dla mnie krzyż?!
— I owszem, domyślając się, że przywiązujesz doń wielką wagę, osądziłem, że wielką będę miał przyjemność, gdy ci go oddam. Dlatego przyniosłem go tu... Lecz, niech to pozostanie między nami, zaraz na wstępie przywitałeś mnie tak... tak poufale... iż nie miałem nawet dość czasu..
— Panie, — przerwał zawstydzony Dagobert — zapewniam cię, że djabelnie żałuję tego, com uczynił.
— Wierzę, mój przyjacielu.. nie mówimy już o tem.. Więc tak bardzo ceniłeś ten krzyż?
— Czy ja go ceniłem! — zawołał Dagobert i znów pocałował krzyż — wszak to dla mnie rzecz najdroższa... Ten, od którego on pochodzi, mój dobroczyńca... ach! mój Boże! wszak to on sam go dotykał...
— Jakto... — rzekł Rodin, udając, że patrzy na krzyż z zajęciem i poszanowaniem — jakto! Napoleon... wielki Napoleon własną ręką, swoją zwycięską ręką dotykał się tego zaszczytnego znaku honorowego?
— Tak, panie, swoją ręką! on’to umieścił go na krwią zbroczonej piersi, jako lekarstwo na moją piątą ranę... Dlatego, zdaje mi się, iż,’gdyby mi przyszło umierać z głodu, w wyborze między chlebem a tym krzyżem. nie wahałbym się... alby, umierając nawet, mieć go na sercu... Ale dosyć już... dosyć o tem... Mówmy o innych rzeczach.. A to głupi, stary żołnierz, nieprawdaż? — dodał Dagobert; ręką przecierając oczy; potem, jakgdyby wyrzucał sobie, że się wstydzi szlachetnego wzruszenia, już łez nie ukrywał i mówił dalej żywo: — Oj, tak, tak, plączę z radości, żem odzyskał krzyż... mój krzyż... który mi dał cesarz... swoją zwycięską ręką, jak mówi ten zacnym człowiek...
— Niechże więc będzie wielbiony Bóg za to, że moja uboga ręka zwróciła ci ten skarb — rzekł Rodin z rozrzewnieniem i dodał: — Na poczciwość! dzień ten będzie pomyślny dla wszystkich; właśnie napisałem to dziś w liście do pana...
— W tym liście bez podpisu? — zapytał coraz bardziej zdziwiony żołnierz — więc to pan go przysłałeś?
— Ja... obawiając się tylko nowej zasadzki ze strony księdza d‘Aigrigny, nie mogłem, jak pojmujesz, tłomaczyć się jaśniej.
— A tak... moje biedne sieroty... będą mi powrócone?
Rodin z najpoczciwszą minią kiwnął potakująco głową.
Adrjanna uczyniła znak potwierdzający Dagobertowi, który z oczu chciał wyczytać jej zdanie.
— Jeżeli listu,pisanego do pana, nie podpisałem, to tak postąpić nakazywała mi roztropność, gdyż obawiałem się, alby moje nazwisko nie wzbudziło w panu podejrzenia; jeżeli wreszcie prosiłem pana, abyś przybył tu, a nie do klasztoru, to z obawy, aby cię tam nie poznał odźwierny lub ogrodnik, gdyż w razie takiego poznania, pańska wyprawa z zaprzeszłej nocy mogłaby pociągnąć fatalne skutki.
— Lecz doktór Baleinier wie o wszystkiem!... objaśniała zaniepokojona Adrjanna — a nawet groził, że doniesie o wszystkiem, że oskarży pana Dagoberta i jego syna, jeślibym ja poważyła się uskarżać.
— Możesz pani być zupełnie spokojną: nie on pani, ale pani jemu będziesz teraz dyktować warunki — odpowiedział Rodin. — Polegaj pani na mnie w tym względzie; co się zaś tyczy pana Dagoberta... wszystkie jego zmartwienia, wszystkie udręczenia już się skończyły.
— Tak, — odezwała się Adrjanna, zwracając się do żołnierza — sędzia, człowiek zacny i ludzki, poszedł do klasztoru po córki marszałka Simon, zapewne przyprowadzi je tu lada chwila; lecz on sądzi, zupełnie zgodnie ze mną, że byłoby przyzwoicie], aby one zamieszkały u mnie... Jednakże na to potrzebne jest pańskie zezwolenie... gdyż one panu zostały powierzone.
— Jeśli pani chcesz im zastąpić matkę, — odrzekł Dagobert — wypada mi tylko serdecznie podziękować pani za tę łaskę dla minie i dla moich biednych sierot... Tylko, nauczony przykrem doświadczeniem, prosić będę panią, ażebym mógł nie odchodzić od drzwi ich pokoju, tak wie dnie, jak w nocy. Jeżeli wyjdą gdzie z panią, pozwolisz, abym szedł o kilka kroków za imienni, nigdy ich z oka nie spuszczając, tak właśnie, jakby to uczynił Ponury, który lepszym ode mnie okazał się ich stróżem... Skoro przybędzie marszałek... a to lada dzień nastąpi, wtedy stróż się usunie...
— Tak! — potakiwał Rodin — Bóg by dał, żaby przybył jak najprędzej, gdyż wypadnie mu pociągnąć księdza d‘Aigrigny do ciężkiej odpowiedzialności za prześladowanie jego córek, pomimo, że marszałek jeszcze nie wie o wszystkiem....
— I nie żałujesz pan tego renegata? — zapytał Dagobert.
— Nie żałuję podłych, ani zdrajców — odpowiedział Rodin. — Niech tylko pan marszałek raczy minie posłuchać, niech ja mu wszystko opowiem, a wtedy zbuduje się postępowaniem księdza d‘Aigrigny. Dowie się, że najlepsi przyjaciele jego, jak również i on sam, są przedmiotem nienawiści tego niebezpiecznego człowieka.
— Jakto? — zapytał Dagobert.
— Ależ pan sam — odparł Rodin — możesz posłużyć za dowód tego, co mówię.
— Ja!?
— Czy pan sądzisz, że to przez zwykły wypadek zaszły sceny w oberży pod Białym Sokołem, niedaleko Lipska?
— Skąd pan wiesz o tej scenie?
— Gdzie pan przyjąłeś wyzwanie Moroka — opowiadał dalej Rodin, nie zważając na zapytanie żołnierza — i wpadłeś pan w zasadzkę... gdzie odrzuciłeś potem wyzwanie i wtedy przytrzymano pana, jako nie mającego legitymacyjnych papierów, których w rzeczy samej nie miałeś, potem uwięziono pana jako włóczęgę, z temi biednemi sierotami... Czy wiesz pan, co miały na celu wszystkie te gwałty, na panu dokonane?.. Oto, aby ci przeszkodzić w przybyciu tutaj na dzień 13 lutego.
— Im dłużej pana słucham — odezwała się Adrjanna — tem bardziej przeraża mnie zuchwałość księdza d‘Aigrigny i rozległe środki, jakiemi on rozporządza... Prawdziwie, gdyby słowa pańskie nie zasługiwały na zupełną wiarę...
— Nie uwierzyłabyś pani temu? — przerwał Dagobert — podobnie jak ja nie mogę uwierzyć, aby ten renegat, jakkolwiek jest nikczemny, miał związki z właścicielem menażenji w głębi Saksonji! a przytem, skądżeby on mógł wiedzieć, że ja z dziećmi będę przejeżdżać przez Lipsk? To niepodobna.
— W rzeczy samej — dodała Adrjanna — obawiam się, czy odraza, jaką masz do księdza d‘Aigrigny, jakkolwiek słuszna, nie unosi pana za daleko, i czy pan z tego powodu nie przypisujesz mu za wielkiej władzy i szeroko rozgałęzionych, niemal bajecznych stosunków?
Po tych uwagach nastąpiło chwilowe milczenie, podczas którego Rodin z pewnem politowaniem spoglądał to na Adrjannę, to na Dagoberta, nareszcie zapytał:
— A jakżeby ksiądz d‘Aigrigny otrzymał pański krzyż, gdyby nie te stosunki z Morokiem?
— W rzeczy samej, dobrze, że mi pan przypominasz! — odrzekł Dagobert — bo z wielkiej radości nie zastanowiłem się nad tem, jakim sposobem mój krzyż dostał się do pańskich rąk?
— Właśnie drogą stosunków, jakie ksiądz d‘Aigrigny miał w Lipsku.
— Ale jakże mój krzyż dostał się do pana w Paryżu?
— Powiedzże no pan: aresztowany byłeś w Lipsku dlatego, że nie miałeś papierów, nieprawdaż?
— Tak... a nigdy nie mogłem pojąć, jakim sposobem moje papiery i mój krzyż mogły mi zniknąć z tornistra... Sądziłem, że wypadkiem zgubiłem je.
Rodin wzruszył ramionami i rzekł:
— Były panu skradzione w oberży pod Białym Sokołem przez Goljata, jednego z zaufanych sług Maroka, a ten przesłał je księdzu d‘Aigrigny na dowód, że wykonał otrzymane zlecenie co do pana i sierot; onegdaj ja dowiedziałem się o tych wszystkich szatańskich intrygach; krzyż i papiery znajdowały się w archiwum księdza d‘Aigrigny; spodziewając się, że ujrzę pana dziś rano, i wiedząc, jak żołnierz ceni swój krzyż, jakem poczciwy! nie zawahałem się i schowałem go do mej kieszeni. Niech mówi, co kto chce, pomyślałem sobie, będzie to poprostu zwrócenie rzeczy jej właścicielowi, a moja delikatność może przesadza pojęcie tego nadużycia zaufania.
— Nic lepszego nie mogłeś pan zrobić! — rzekła Adrjanna — i z mej strony, przez życzliwość dla pana Dagoberta, osobiście jestem panu wdzięczna.
Potem, po chwili namysłu, ze zdziwieniem i obawą dodała;
— Ale jakże potężna jest władza księdza d‘Aigrigny... kiedy on nawet w obcych krajach ma tak rozległe, tak straszne stosunki?
— Cicho! — odrzekł Rodin cichym głosem, oglądając się na wszystkie strony z przestraszoną miną — cicho... na Boga, proszę was, moi państwo, nie pytajcie mnie o to!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.