Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom III/Część trzecia/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
BILANS.

Na widok Rodina, dwaj prałaci i ksiądz d’Aigrigny powstali razem, tak dalece nakazywała mimowolne uszanowanie rzeczywista wyższość tego człowieka; ich twarze, dopiero co skrzywione nieufnością i zawiścią wypogodziły się i zdawały się uśmiechać do wielebnego ojca z uprzejmym szacunkiem; księżna postąpiła kilka kroków naprzeciw niemu.
— Mówiliśmy o waszej wielebności, miły bracie, — rzekł kardynał uprzejmym tonem, z przymileniem.
— Ach!... — odezwał się Rodin, wpatrując się w prałata — i co też mówiono?
— Och!... wszystko dobre, co tylko powiedzieć można o waszej wielebności...
— Zapewne, — wyrzekł Rodin do kardynała — wasza wysokość usłużyć może naszej sprawie... i wielce usłużyć może... Powiem jej zaraz, jakim sposobem...
Potem zwracając się do księżnej:
— Kazałem powiedzieć doktorowi Baleinier, aby tu przybył, bo dobrze będzie zawiadomić go o niektórych rzeczach.
— Przyjmie go się, jak zwykle — rzekła księżna.
Od chwili przybycia Rodina, ksiądz d‘Aigrigny nie rzekł ani słowa; zdawało się, że zajmowały go przykre myśli i że toczył sam z sobą gwałtowną wewnętrzną walkę; nakoniec trochę podniósłszy się rzekł, cedząc słówka przez zęby, do prałata.
— Nie występuję tu z prośbą do waszej wysokości, aby był sędzią między wielebnym księdzem Rodinem, a mną, nasz generał wyrzekł: ja byłem posłuszny. Ale, ponieważ wasza wysokość wkrótce znowu zobaczy się z naszym przełożonym, pragnąłbym więc, jeżeliby raczył uczynić mi tę łaskę, aby mógł donieść mu wiernie odpowiedzi jego wielebności księdza Rodina na niektóre z pytań, jakie mu zaraz uczynię.
Prałat skinął głową. Rodin spojrzał na księdza d‘Aigrigny ze zdziwieniem, i rzekł mu oschle:
— To już rzecz osądzona... po co te zapytania?
— Nie dla uniewinnienia mnie, — mówił znowu ksiądz d‘Aigrigny — ale żeby należycie wyłożyć stan rzeczy jego wysokości.
— A kiedy tak, proszę mówić... ale unikać słów nieużytecznych; — potem Rodin, dobywszy dużego srebrnego zegarka, zobaczył godzinę i rzekł — o godzinie drugiej muszę być u Ś-go Sulpicjusza.
— Starać się będę rzeczy przedstawiać krótko, jak tylko można — rzekł ksiądz d‘Aigrigny, zaledwie ukrywając swoją urazę i mówił do Rodina. — Gdy wasza wielebność uznał za rzecz potrzebną, w miejsce moich, rozpocząć swoje działania, ganiąc... za surowo może, sposób w jaki ja prowadziłem interesy, wyznam, były skompromitowane.
— Skompromitowane? — odrzekł Rodin ironicznie. — Powiedz-że raczej wasza wielebność... stracone... gdy kazałeś mi napisać do Rzymu, że wypadło zrzec się wszelkiej nadziei.
— Dlatego — mówił ksiądz d‘Aigrigny — jego wielebność ksiądz Rodin zarzucał mi, żem używał tylko grubijańskich środków wojskowych, gdyż jak mówił, gwałtowność ich nie zgadzała się i obrażała tegoczesne zwyczaje... Mniejsza o to... Lecz najprzód... nie mogły być także przedmiotem żadnego dochodzenia, a wreszcie gdyby nie zbieg niesłychanych, nieszczęśliwych wypadków, skutek byłby uświęcił moje postępowanie, jakkolwiek mówisz wasza wielebność, grubijańskiem być miało... Teraz zaś... Czy mogę zapytać waszą wielebność, co ona...
— Co ja więcej zrobiłem? — rzeki Rodin do księdza d‘Aigrigny, — co ja lepszego, niż wasza wielebność, zrobiłem? jak posunąłem sprawę Rennepontów, gdym objął po waszej wielebności niemal straconą?... Czy o tem chce wiedzieć jego wielebność?
— Zapewne — odrzekł oschle ksiądz d’Aigrigny.
— A więc powiem! — mówił dalej Rodin szyderskim tonem. — Ile wasza wielebność zrobiłeś rzeczy wielkich, głośnych, wichrzących... tyle ja zrobiłem małych, niepozornych, dziecinnych, skrytych! O! tak; nie potrafiłbyś wasza wielebność zdobyć się na rzemiosło, jakie ja wykonywałem od sześciu tygodni. Ksiądz d‘Aigrigny ma wielkie zdolności, będzie mi pożyteczny, lecz nie jest on tak wielki, iżby potrafił w potrzebie zrobić się małym... Pojmuje to wasza wielebność?
— Niezupełnie — wyrzekł ksiądz d‘Aigrigny, rumieniąc się.
— Tem gorzej dla waszej wielebności! — rzekł Rodin — dowodzi to, że miałem słuszność. A więc! ja miałem dosyć zdolności do wykonywania przez sześć tygodni najgłupszego rzemiosła... Tak, jak mnie wasza wielebność widzi, gadałem, żartowałem z gryzetką; mówiłem o postępie, ludzkości, wolności, emancypacji kobiety... z młodą pustą dziewczyną; mówiłem o wielkim Napoleonie, o fetyszyzmie bonapartowskim ze starym głupim żołnierzem; mówiłem o sławie cesarskiej, poniżeniu Francji, o nadziei w królu rzymskim z walecznym marszałkiem francuskim, który, jeżeli ma serce pełne uwielbienia dla tego wydziercy tronów, który skonał na wyspie Ś-tej Heleny, tedy ma głowę tak pustą, tak wrzaskliwą, jak trąba wojenna... a przeto dmuchnij tylko w tę czaszkę bez mózgu kilka nut wojennych lub patrjotycznych, a zobaczysz, jakiego to narobi hałasu, wrzawy, nie wiedzieć za kogo, na co i jak. Więcej jeszcze zrobiłem... i, na poczciwość, bardzo dobrze zrobiłem!... mówiłem o miłostkach z młodym dzikim tygrysem. Nie pięknyż to widok? nieprawdaż? widzieć pająka, uporczywie rozpinającego swe sieci?
Rodin wymawiając ostatnie słowa, uśmiechnął się znacząco.
Ksiądz d‘Aigrigny zaczął żałować, że wdał się w tę walkę, jednak rzekł znowu, nie mogąc powściągnąć swej ironji:
— Nie przeczę drobiazgowości tych środków. Zgadzam się: są one bardzo dziecinne... bardzo pospolite; ale to nie jest dowodem ich wartości.
— Co zdziałały wszystkie te środki? — rzekł Rodin z niezwykłem uniesieniem — zajrzyj tylko w moją pajęczynę, a zobaczysz tam ową piękną i zuchwałą dziewicę, tak dumną przed sześcioma tygodniami ze swej piękności, swego dowcipu, ze swej śmiałości... teraz bladą, zwyciężoną.
— Ale cóż z tego wyniknie dla sprawy Rennepontów? — rzekł kardynał, zdjęty ciekawością.
— Wyniknie stąd najprzód, — rzekł Rodin — że gdy najniebezpieczniejszy, jakiego mieć moglibyśmy nieprzyjaciel, został niebezpiecznie raniony, przeto opuści plac walki; a to już, zda je mi się, coś znaczy.
— Ciekawy jestem dowiedzieć się powodu, — rzekł ksiądz d‘Aigrigny — dlaczego ta burza namiętności miałaby przeszkodzić pannie Cardoville i księciu do odziedziczenia spadku?
— Czy z nieba pogodnego, czy też zachmurzonego błyska grom uderzający? — odrzekł Rodin z pogardą. — Bądź wasza wielebność spokojny, będę ja wiedział, gdzie rozstawić piorunochrony. Co się tyczy pana Hardy, człowiek ten żył dla trzech rzeczy: dla swych robotników... dla przyjaciela... dla kochanki... odebrał więc trzy ciosy w samo serce. Ja zawsze godzę w serce: to prawne jest i pewne.
— Tak więc pan Hardy, jak sobie wystawiam, poniósł dotkliwy cios w najmilszych mu rzeczach: — rzeki ksiądz d‘Aigrigny, który we wszystkiem szukał zarzutów przeciwko Rodinowi — poniósł stratę na majątku, a za to tem pilniej i troskliwiej ubiegać się będzie o spuściznę.
Ten zarzut wydawał się ważnym w oczach obydwóch prałatów i księżnej; wszyscy spoglądali na Rodina z natężoną ciekawością. On zaś wziął butelkę, nalał sobie szklankę madery i wypił duszkiem. Od kilku już chwil czuł przejmujący go dreszcz, spodziewał się, że wino pokrzepi go. Otarłszy sobie usta odwrotną stroną brudnej ręki, powrócił do stołu i rzekł do księdza d‘Aigrigny:
— Pan Hardy myśleć ma o pieniądzach? — zapytaj raczej, czy on pomyśli o czemkolwiek? on stracił chęć do wszystkiego. Obojętny na wszystkie potrzeby życia, pogrążony w odrętwieniu, czasami się tylko z niego budzi i zalewa łzami; wtedy mówi tylko z machinalną dobrocią do otaczających go ludzi, którzy mają go w troskliwej opiece (a w dobre oddałem go ręce). Zaczyna jednak okazywać się czułym na tkliwe politowanie, które bezustannie dla niego mają... Bo on jest dobry... poczciwy, tak poczciwy, jak słaby, i do tego przymiotu jego... użyć myślę wielebności księdza d‘Aigrigny, aby dopełnił, co jeszcze pozostaje do zrobienia.
— Mnie? — rzekł mocno zdziwiony ksiądz d‘Aigrigny.
— Tak, a wtedy przyznasz wasza wielebność, czy otrzymany przeze mnie skutek... nie jest znaczny, i...
Potem, przestawszy mówić i ręką sobie czoło potarłszy, rzekł Rodin sam do siebie:
— To osobliwa rzecz!
— Pewnie to przeklęte wino... którego się napiłem... nie przywykły jestem do niego. Głowa mnie trochę boli... ale to przeminie.
— W rzeczy samej... oczy waszej wielebności zaczerwieniły się — rzekła księżna.
— To dlatego pewno, żem za mocno natężał wzrok, patrząc na moją pajęczynę; — odrzekł jezuita, chytrze się uśmiechnąwszy — jeszcze muszę na nią patrzeć, aby pokazać księdzu d‘Aigrigny, który za krótko widzi... jeszcze inne moje muchy... np. dwie córki marszałka Simon, codzień smutniejsze, coraz bardziej zniechęcone, czując zimną zaporę, wznoszącą się między niemi, a ich ojcem... On zaś... marszałek, od śmierci swego ojca, słyszeć go tylko trzeba, widzieć go miotanym, kołatanym dwiema myślami, przeciwnemi sobie... wczoraj, sądził, że nie ma prawa wykonać wielkiego planu, pomóc synowi przywłaszczyciela, dziś zdaje mu się, że zhańbi się, jeżeli tego nie zrobi; ten żołnierz, ten bohater Napoleoński jest teraz słabszy i bardziej niż dziecko niepewny siebie. Zobaczymy... kto jeszcze pozostaje z tej bezbożnej rodziny? Jakób Rennepont? Zapytajcie Moroka, do jakiego stanu głupoty doprowadziła tego nędznika rozpusta, nad jaką stoi on przepaścią!... Otóż więc mój bilans... proszę widzieć, w jakim stanie rozprzężenia, niemocy, znajdują się wszyscy członkowie tej familji, którzy przed sześcioma tygodniami stanowili razem tyle żywiołów potężnych, energicznych, niebezpiecznych, gdyby się razem połączyli!...
Od kilku chwil, w miarę jak mówił, fizjognomja i głos Rodina coraz mocniej zmieniały się: jego cera, zwykle trupia, śniada, coraz bardziej czerwieniała, ale nie wszędzie równo, tylko w plamy i pręgi; potem, o! dziwne zjawisko! jego oczy coraz bystrzejsze, zdawały się zapadać; głos mu drżał, urywał się. Zmiana w twarzy Rodina, czego on nie zdawał się czuć, ani spostrzegać, była tak wyraźna, znaczna, iż inni aktorzy tej sceny patrzyli nań z pewnym przestrachem. Nie wiedząc o przyczynie tego wrażenia, Rodin rozgniewany, zawołał głosem przerywanym, ciężkim, z głębokim oddechem:
— Czy na twarzach wyczytuję politowanie nad tym bezbożnym rodem?... Jakto! dla obrony od tych żmij, nie mielibyśmy prawa utopić ich w tej samej truciźnie, którą dla nas sączą?... A ja wam mówię, że, poświęcając tę bezbożną rodzinę, wobec wszystkich i nawet przez własne jej namiętności, na cierpienia, na rozpacz, na śmierć, damy zbawienny przykład ludziom.
Odpowiedział mu kardynał:
— Gdyby postępowanie waszej wielebności względem tej rodziny potrzebowało usprawiedliwienia, już-byś wasza wielebność usprawiedliwił je dostatecznie powiedzianemi przed chwilą słowy... powtarzam, że nietylko według kazuistów zgromadzenia zupełne macie prawo, ale nawet niema tu nic nagannego w oczach praw ludzkich.
Zwyciężony, równie jak wszyscy obecni szatańską pewnością Rodina i przywiedziony do niejakiego bojaźliwego podziwu, ksiądz d‘Aigrigny rzekł do niego:
— Przyznaję, żem niesłusznie powątpiewał o olbrzymich zdolnościach waszej wielebności. Teraz widzę, że za sprawą waszej wielebności, można być pewnym dobrego końca.
— I to jest przesadą! — rzekł Rodin z gorączkową niecierpliwością — wszystkie te namiętności są teraz wzburzone; lecz chwila jest krytyczna... jak alchemik, schylony nad tyglem, w którym gotuje się mikstura, przyprawić go o śmierć lub wydać mu skarb mogąca... ja sam mogę teraz...
Rodin nie dokończył, nagle chwycił się rękami za czoło z krzykiem wewnętrznego bólu.
— Cóż to? — rzekł ksiądz d‘Aigrigny — od niejakiego czasu wasza wielebność blednie.
— Nie wiem, co mi jest — rzekł Rodin zmienionym głosem — ból głowy coraz większy, jakiś zawrót ogłuszył mię na chwilę.
— Siadaj wasza wielebność — rzekła księżna z zajęciem.
— Napij się czego — dodał biskup.
— Nic to — rzekł Rodin, sam siebie chcąc przezwyciężyć. — Mało spałem tej nocy, utrudzenie... nic innego. Mówiłem tedy, że ja sam tylko kierować mogę tą sprawę... ale nie dokonać jej... wypada mi niknąć.. kryć się... ale czuwać bezustannie w ciemności, skąd trzymać będę wszystkie nici... którym działanie... ja sam... nadać mogę...
Rodin znowu przerwał. Z czoła lał mu się zimny pot, czuł, jak mdlały pod nim nogi, pomimo uporczywej energji, rzekł:
— Poznaję... że... niedobrze mi jest... jednak dziś rano byłem tak zdrów, jak nigdy... drżę mimowolnie... zimno mi...
— Przybliż się wasza wielebność do ognia... ta nagła słabość — rzekł biskup, podając mu rękę z heroiczncm poświęceniem — to przejdzie.
— Ten ogień rozgrzał mnie; to przeminie... na poczciwość! mam też czas cackać się... Co za zdarzenie?... chorować w chwili, kiedy sprawa Rennepontów... za mojem tylko staraniem... powieść się może... Wróćmy więc do rzeczy... mówiłem waszej wielebności, mości księże d‘Aigrigny, że wiele mi możesz dopomóc. Pani także, mościa księżno, bo pani wzięłaś również udział w tej sprawie, jakgdyby była twą własną; i...
Znowu Rodin przerwał...
Tym razem krzyknął przeraźliwie, upadł na stojące obok krzesło, przechylił się wtył konwulsyjnie i, rękami za piersi chwyciwszy, zawołał:
— Ach, jakiż ból!...
Wtedy, rzecz straszna! trupiowata twarz jego okropnie i nagle się zmieniła... wklęsłe już oczy krwią zaszły, i tylko źrenice jak ogień błyszczały; drgające nerwy obciągnęły skórę na wystających kościach twarzy, która okryta wilgocią, przybrała kolor zielonawy; z ust współotwartych wymykał się przyspieszony oddech, przerywany następującemi słowy:
— Och!... jakie boleści... pali mię, piecze.
Potem, w napadzie maligny, Rodin drapać się zaczął paznogciami po gołych piersiach, gdyż rozszarpał był na sobie kamizelkę i rozdarł czarną brudną koszulę, jakgdyby ciśnienie odzieży sprawiało mu boleści, skutkiem których wił się jak wąż.
Biskup, kardynał i ksiądz d’Aigrigny przybiegli coprędzej do Rodina i otoczyli go, chcąc mu dać jaki ratunek; miotały nim okropne konwulsje. Nagle zebrawszy siły, powstał na nogi, wyprostował się sztywnie jak trup; wtedy to, z najeżonemi rzadkiemi włosami na głowie, zielony na twarzy, wlepiwszy czerwone, jaskrawe oczy w kardynała, który w tej chwili nachylił się ku niemu, schwycił go konwulsyjnie obiema rękami, i przeraźliwym, chrapliwym głosem zawołał:
— Kardynale Malipieri... ta słabość napadła mię zbyt nagle... nie ufają mi w Rzymie... pochodzisz z rodu Borghia... a twój sekretarz... był u mnie dziś rano.
— Nieszczęśliwy! cóż on śmie mówić?... — zawołał prałat, równie zdumiony, jak obrażony takiem obwinieniem.
To mówiąc, kardynał usiłował wydobyć się z objęć jezuity, którego ściśnięte, zimne ręce stwardniały jak żelazo.
— Otruto mię... — mruczał Rodin.
I, waląc się na ziemię, upadł na ręce księdza d‘Aigrigny. Drzwi salonu otworzyły się: wszedł doktór Baleinier.
— Ach! doktorze! — zawołała księżna zbladła, przestraszona, biegnąc naprzeciw niemu — ksiądz Rodin nagle dostał strasznych konwulsyj... chodź... chodź...
— Przebóg... jakie oznaki... — zawołał doktór Baleinier, przypatrując się z coraz większem przerażeniem twarzy Rodina, która z zielonawej stawała się błękitnawą.
— Cóż to jest? — zapytali razem wszyscy obecni.
— Co jest?... — odrzekł doktór, wtył odskakując, jak — gdyby na żmiję nastąpił. — To Cholera!!!...
Na to straszne, czarodziejskie słowo, ksiądz d‘Aigrigny puścił Rodina, który upadł na kobierzec.
— Już po nim! — zawołał doktór Baleinier — jednakże pobiegnę i przyniosę, co trzeba, dla ostatecznego ratunku.
I pobiegł ku drzwiom.
Księżna Saint-Dizier, ksiądz d‘Aigrigny, biskup i kardynał, przerażeni, rzucili się do ucieczki. Wszyscy razem tak się cisnęli we drzwi, iż nikt otworzyć ich nie mógł. Otworzyły się przecie, ale zewnątrz, i pokazał się... Gabrjel. Gabrjel, wzór prawdziwego kapłana, świątobliwego kapłana, kapłana ewangelicznego, którego nigdy dosyć szanować i uwielbić nie można.
— Nie wchodź... umiera na cholerę... uciekaj!
Na te słowa, popychając do salonu biskupa, który się był pozostał w tyle za uciekającymi, Gabrjel pobiegł do Rodina, kiedy tymczasem prałat, znalazłszy wolne przejście, umknął czemprędzej.
Rodin wił się w okropnych bólach; gwałtowny upadek pewno przywrócił mu przytomność, mruczał bowiem grobowym tonem:
— Opuszczają mnie... abym umarł... jak pies... Och! podli... ratunku... nikt...
I, przewróciwszy się konwulsyjnie na grzbiet, twarzą do sufitu, powtarzał jeszcze:
— Nikogo... nikogo...
Ogniem pałające, dzikie jego oczy napotkały wielkie, niebieskie, anielskie oczy Gabrjela, który, klęcząc przy nim, rzekł doń łagodnym, poważnym głosem:
— Jestem, mój ojcze... przybywam ci na ratunek, jeżeli możesz być uratowanym... lub modlić się za ciebie, jeżeli Stwórca zechce powołać cię do siebie.
— Gabrjel!... — mruczał Rodin gasnącym głosem przebacz... daruj mi... wielkie... zło... które... ci wyrządziłem... Ulituj się... nie opuszczaj mię!... nie...
Rodin nie mógł dokończyć; zdołał jeszcze podnieść się i usiąść; głośno krzyknął i upadł bez zmysłów.
Tegoż dnia w gazetach wieczornych czytano:
„Cholera jest w Paryżu... dziś pierwszy raz zjawiła się, o trzeciej i pół, przy ulicy Babilońskiej, w pałacu Saint-Dizier“.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.