Dolina Tęczy/Rozdział XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Dolina Tęczy
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Wydawnictwo Arcydzieł Literatur Obcych RETOR
Data wyd. 1932
Druk Zakłady Drukarskie „Helikon”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Rainbow Valley
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXIII.
Klub „Dobrego Prowadzenia się“.

Przez cały dzień padał drobny deszczyk, prawdziwie wiosenny, który przyniósł z sobą woń rozkwitłych pierwiosnków i rozbudzonych fiołków. Port, piaszczyste wybrzeże i okoliczne pola tonęły w szaro-perłowej mgle. Dopiero pod wieczór deszcz ustał, a lekki wietrzyk zdmuchnął mgłę w stronę morza. Maleńkie chmurki szybowały po niebie nad przystanią, tonąc w różowych refleksach zachodzącego słońca. Blask czerwieni rozjaśnił wierzchołki wzgórz, lecz doliny tonęły już w mroku. Na firmamencie zabłysła wielka srebrzysta wieczorna gwiazda. Z Doliny Tęczy unosiła się woń żywicznych sosen i wilgotnego mchu. Hulał tu lekki wietrzyk, który przenosił się do kęp starych jodeł na cmentarzu metodystów i rozwiewał gęste loki Flory siedzącej na kamiennej płycie grobu Eljasza Pollocka i otaczającej ramionami Mary Vance i Unę. Karolek i Jurek siedzieli naprzeciw na innym nagrobku i wszyscy pięcioro przejęci byli wrażeniami dnia dzisiejszego.
— Piękny wieczór mamy, prawda? Tak się jakoś przetarło na świecie, — mówiła Flora cichutko.
Mary Vance spojrzała na nią chmurnie, zatopiona we własnych niewesołych myślach. Mary doszła do wniosku, że Flora jest stanowczo zbyt lekkomyślnem stworzeniem. Mary miała coś na sercu, co postanowiła powiedzieć przed wyruszeniem do domu. Pani Elliott przysłała ją na plebanję ze świeżemi jajkami i prosiła, aby zabawiła tam najwyżej pól godziny. Pół godziny już prawie mijało, więc Mary wyciągnęła nagle energicznie skurczone dotychczas nogi i rzekła nieoczekiwanie:
— Mniejsza o pogodę. Mam wam coś do powiedzenia. Powinniście sprawować się teraz lepiej, niż zeszłej wiosny. Chciałam wam dzisiaj coś zaproponować. Musicie wiedzieć, że ludzie jak najgorzej o was sądzą.
— Cośmy znowu takiego zrobili? — zawołała Flora ze zdziwieniem, cofając ramię z szyi Mary. Wargi Uny drżały, a w małej jej duszyczce zrodził się nagły niepokój. Mary była zawsze tak brutalnie szczera. Jerry z najobojętniejszą miną począł gwizdać głośno, chcąc pokazać Mary, że te wszystkie jej tyrady wcale go nie obchodzą. Przecież postępowanie dzieci z plebanji, to nie była jej sprawa. Jakiem prawem wtrącała się w ich życie?
— Coście teraz zrobili? To, co robicie ciągle, — odparła Mary. — Nim jeszcze zdołała przebrzmieć jedna historja, już rozpoczynacie drugą. Według mnie, nie macie zielonego pojęcia, jak dzieci z plebanji powinny się zachowywać.
— Może ty byś nas mogła oświecić, — rzekł Jerry z zabójczą ironją.
Ironja ta nie dotarła do świadomości Mary.
— Mogę wam tylko powiedzieć, co się stanie, jeżeli nie zaczniecie zachowywać się inaczej. Na następnej sesji ojciec wasz będzie musiał zrezygnować z posady. Rozumie pan teraz, panie Jerry? Słyszałam, jak pani Aleksandrowa Davis mówiła o tem do pani Elliott. Zawsze nastawiam uszu, ilekroć pani Davis przychodzi do nas na herbatę. Ostatnim razem mówiła, że z każdym dniem stajecie się gorsi i że to było do przewidzenia, bo przecież nikt was nie wychowuje, ale parafjanie dłużej tego znieść nie będą mogli i trzeba będzie temu jakoś zapobiec. Metodyści śmieją się z was i oczywiście śmiech ich rani serca prezbiterjan. Nie mówię wam tego, ażeby sprawiać wam przykrość. Żal mi was serdecznie. Rozumiem, że nie jesteście temu winni. Lecz parafjanie nie mogą być tacy pobłażliwi, jak ja. Panna Drew opowiadała, że Karolek przyniósł w niedzielę do szkoły ropuchę w kieszeni, która wyskoczyła właśnie podczas lekcji. Panna Drew z tego powodu chciała się podać do dymisji. Dlaczego tych swoich gadów nie zostawiasz w domu?
— Zaraz ją zpowrotem wpakowałem do kieszeni, — tłumaczył się Karol. — Nikomu nie wyrządziła żadnej krzywdy, biedactwo! Nic bym nie miał przeciwko temu, gdyby ta stara warjatka przestała udzielać lekcyj w naszej klasie Nienawidzę jej. Jej rodzony siostrzeniec miał w kieszeni paczkę tytoniu i dawał nam do żucia, gdy Abraham Clow rozpoczął ranną modlitwę. Sądzę, że to było gorsze od żaby.
— Nie, bo żaby się mniej spodziewano, więc była większą sensacją. Zresztą siostrzeńca panny Drew nikt na tem nie przyłapał. A co do modlitwy, to ty podobno w zeszłym tygodniu podczas modlitwy zrobiłeś jakiś okropny skandal. Już wszyscy o tem mówią.
— Dlaczego? Blythe‘owie tak samo byli w to zamieszani, jak i my, — zawołała Flora z godnością. — Przedewszystkiem pomysł dala nam Nan Blythe, a Władek wziął pierwszą nagrodę.
— W każdym razie wy ponosicie za to odpowiedzialność. Nie zwróciłoby to niczyjej uwagi, gdybyście nie urządzili tego na cmentarzu.
— Uważam, że cmentarz jest najbardziej odpowiedniem miejscem do odprawiania modlitwy, — odparł Jerry.
— Diakon Hazard przejeżdżał właśnie obok cmentarza, gdyście się modlili, — ciągnęła dalej Mary — i widział was wszystkich z rękami skrzyżowanemi na brzuchach. Jęczeliście podobno przy każdem zdaniu. Był pewny, że kpicie z niego.
— Wcale się nie mylił, — oznajmił Jerry bezczelnie. — Tylko, niestety, wcale go nie widziałem. Był to poprostu zwykły przypadek. Ja tam nie modliłem się poważnie, bo wiedziałem, że i tak nie dostanę nagrody. Robiłem jak najbardziej śmieszne miny. Władek Blythe zato potrafi się modlić prawdziwie, nawet ojcu dotrzymałby placu.
— Z nas wszystkich tylko Una lubi się szczerze modlić, — zauważyła Flora w zamyśleniu.
— Jeżeli ludzie gorszą się naszą modlitwą, to więcej tego nie powtórzymy, — westchnęła Una.
— Głuptasy! Możecie się modlić, ile się wam podoba, tylko nie na cmentarzu i nie róbcie z tego szopy. To wszystko ogromnie gorszy parafjan, a podobno oprócz tego urządziliście sobie jakiś piknik na nagrobkach.
— Nieprawda.
— Więc może puszczaliście bańki mydlane, w każdym razie coś w tym rodzaju. Mieszkańcy przystani przysięgają, że to był piknik, ale ja tak bardzo im nie wierzę. Podobno płyta nagrobka Pollocka służyła wam za stół.
— Marta nie pozwoliła nam puszczać baniek w mieszkaniu. Była tego dnia wściekła, — wyjaśniał Jerry.
— Czyż nie były piękne? — zawołała Flora, a oczy jej zabłysły na samo wspomnienie. — Mieniły się w słońcu i leciały gdzieś aż ponad wierzchołki pagórków. Inne znów poszybowały w stronę Doliny Tęczy.
— Tylko jedna została na cmentarzu metodystów, — dorzucił Karol.
— Jestem zadowolona, że uczyniliśmy to tylko raz jeden, nim dowiedzieliśmy się, że robić tego nie należy, — rzekła Flora.
— Moglibyście urządzać sobie takie zabawy na podwórzu, — zawołała Mary niecierpliwie. — Przecież nie mogę wszystkiego kłaść wam do głowy. Już wam kilkakrotnie mówiono, żebyście się nie bawili na cmentarzu. Metodyści są oburzeni.
— Zupełnie zapomnieliśmy, — rzekła Flora ze skruchą. — Podwórze jest takie małe i pełno na niem rozmaitych rupieci. Cały dzień nic możemy przecież siedzieć w Dolinie Tęczy, więc dokąd mamy iść?
— Cały sęk w tem, że cały dzień prawie siedzicie na cmentarzu. Nic by nie szkodziło, gdybyście siedzieli spokojnie i rozmawiali, jak teraz naprzykład. Nie wiem, co z tego wszystkiego będzie, ale dowiedziałam się, że Elder Warren ma zamiar pomówić z waszym ojcem o tem. Diakon Hazard jest jego kuzynem.
— Lepiej żeby tem ojcu głowy nie zawracali, — szepnęła Una.
— Widzisz, wszyscy twierdzą, że ojciec powinien wam zwrócić uwagę. Ja także go nie rozumiem. W mojem pojęciu jest to duży dzieciak i sam jeszcze potrzebowałby czyjejś opieki. Już dawno powinien pomyśleć o tem, co mu teraz dopiero na myśl wpadło, jeżeli to wszystko oczywiście jest prawdę.
— O czem mówisz? — zapytała Flora.
— Jakto, nic nie wiecie? — zdziwiła się Mary.
— Nie. O czem mówisz?
— Same niewiniątka, daję słowo. Przecież wszyscy już o tem wiedzę. Wasz ojciec odwiedza często Rozalję West. Podobno ma zostać ona waszą macochą.
— Ja nie wierzę, — zawołała Una, czerwieniejąc nagle.
— Ja także nie wierzę. Powtarzam tylko to, co ludzie mówią. Ale to by było wcale niezłe. Rozalja West dałaby wam lekcję, chociaż ma taką słodką twarz i uśmiecha się tak przyjemnie. Wszystkie macochy są takie, póki nie wlezę do domu. Ale wam bezwarunkowo ktoś jest potrzebny, żeby was wychowywał. Unieszczęśliwiacie własnego ojca. Często o tem myślałam od owego wieczoru, kiedy rozmawiałam z nim w gabinecie. Od tego czasu ani razu nie zaklęłam i ani razu nie powiedziałam kłamstwa. chciałabym go widzieć szczęśliwym, zadowolonym, żeby miał zawsze wszystkie guziki przy surducie i żeby mu obiad smakował, ale wasza Marta na pierwszym planie stawia swego kota. Trzeba ją było widzieć, jak spojrzała na jajka, które dzisiaj przyniosłam. „Przypuszczam, że będą świeże“, wymamrotała. Dałabym dużo w tej chwili, żeby wszystkie jajka były do wyrzucenia. A wy myślicie tylko o tem, żebyście sami jedli, nie troszcząc się zupełnie o ojca. Pani Elliott te jajka specjalnie dla ojca przysłała, ale ja tam do starej Marty nie mam zaufania. Gotowa uraczyć niemi swego kota.
Mary zamilkła wreszcie i krótka cisza zapanowała na cmentarzu. Dzieci z plebanji nie były skłonne do mówienia. Roztrząsały teraz w myśli to, o czem Mary im powiedziała. Jerry i Karol byli nieco zaskoczeni. Lecz właściwie, co im na tem zależało? Zresztą niewiadomo, czy to była prawda? Jedna tylko Flora była zadowolona. Unę wiadomość ta przygnębiła. Pragnęła teraz nadewszystko uciec do domu i wypłakać się porządnie.
— Czy w mojej koronie świecić będą gwiazdy? — śpiewał chór metodystów podczas nabożeństwa, które się właśnie odbywało w ich kościele.
— Ja chcę mieć trzy, — rzekła Mary, której wiedza teologiczna stała się bogatsza od chwili zamieszkania u pani Elliot. — Trzy gwiazdy błyszczące nad czołem, jak diadem. Jedna duża w środku i dwie małe po bokach.
— Czy dusze ludzkie są rozmaitych rozmiarów? — zapytał nagle Karol.
— Naturalnie. Małe dzieci mają o wiele mniejsze duszyczki, niż dorośli. Ale robi się ciemno, muszę wyrywać do domu. Pani Elliott nie lubi, jak późno przychodzę. Pomyśleć tylko, że będąc u pani Wiley, nie odróżniałam nawet dnia od nocy. Zdaje mi się, że to wszystko było przed wiekami. Teraz, kiedy już wszystko wam powiedziałam, przypuszczam, że będziecie się zachowywali inaczej, chociażby ze względu na ojca. Za każdym razem będę wam to powtarzać, możecie być pewni. Pani Elliott powiada, że jeszcze nigdy nie widziała nikogo, kto by się tak troszczył o swych przyjaciół. Byłam nawet niegrzeczna wobec pani Aleksandrowej Davis i pani Elliott musiała mnie wyrzucić z pokoju. Uważała, że sama sobie z nią da radę. Wiem, że ogromnie nie lubi starej Kitty, a was darzy wielką sympatją.
Mary odeszła majestatycznym krokiem, zadowolona z siebie, pozostawiając małą gromadkę w stanie duchowej depresji.
— Mary Vance zawsze musi coś powiedzieć, żeby nam zrobić przykrość — wyszeptała Una w zamyśleniu.
— Lepiej ją było wtedy pozostawić w szopie, żeby umarła z głodu, — rzekł Jerzy mściwie.
— Och, Jerry, to byłoby podłe, — oburzyła się Una.
— Gra byłaby warta świeczki, — odparł Jerry bez odrobiny skruchy. — Jeżeli ludzie mówią już tak o nas, to bądźmy naprawdę źli.
— Ale nie możemy sprawiać przykrości ojcu, — szepnęła błagalnie Flora.
Jerry mruknął coś niechętnie; przecież on także ojca bardzo kochał. Przez niezasłonięte okno gabinetu widzieli pana Mereditha, siedzącego przy biurku. Nie był w tej chwili zajęty czytaniem. Głowę wsparł na dłoniach i zatonął w pełnem rezygnacji rozmyślaniu. Dzieci wyczuły nagle, że był przygnębiony.
— Przysięgłabym, że ktoś mu już musiał o nas opowiedzieć dzisiaj, — rzekła Flora. — Ach, żeby ci ludzie wreszcie przestali się nami zajmować. O! Jim Blythe! Jakżeś ty mnie przestraszył!
Jim Blythe wślizgnął się cichutko na cmentarz i usiadł obok dziewczynek. Długo krążył po Dolinie Tęczy i wreszcie udało mu się zebrać pęczek świeżo rozkwitłych pierwiosnków dla matki. W jego obecności dzieci z plebanji zamilkły. Jim wyrósł jakoś z ich grona podczas tegorocznej wiosny. Przygotowywał się do egzaminów na Akademję Królewską i po szkole wraz ze starszymi uczniami odbywał specjalne lekcje. To też wieczorami był tak zajęty, że rzadko kiedy mógł wybiec do Doliny Tęczy. Zdawał się powoli wkraczać do świata dorosłych.
— Co wam się dzisiaj stało? — zapytał. — Nie jesteście w humorach.
— Niebardzo, — przyznała Flora ze skruchą. — I ty nie byłbyś w humorze, gdybyś wiedział, że hańbisz swego ojca i że ludzie mówią o tobie.
— A któż o was znowu mówi?
— Wszyscy, tak twierdzi Mary Vance, — Flora postanowiła zwierzyć się ze swych zmartwień Jimowi. — Widzisz, — mówiła dalej z ubolewaniem, — nie mamy nikogo, ktoby nas wychował. Popełniamy cięgle błędy, a ludzie myślę, że jesteśmy tacy źli.
— Dlaczego sami się nie wychowujecie? — zapytał Jim. — Zaraz wam powiem co trzeba zrobić. Zorganizujcie klub „Dobrego Prowadzenia Się“ i karajcie się sami za każdym razem, ilekroć uczynicie coś złego.
— Doskonały pomysł, — zawołała Flora olśniona. — Ale, — dodała z powątpiewaniem, — niektóre rzeczy, które nam się wydają dobre, właśnie gorszą ludzi. Skąd będziemy wiedzieli? Nie możemy przecież za każdym razem ojcu zawracać głowy, on i tak ma dosyć.
— Musicie każdy swój czyn uprzednio obmyśleć i zastanowić się, co by parafja na to powiedziała, — rzekł Jim. — Najgorsze to, że dotychczas czyniliście wszystko bezmyślnie. Mama twierdzi, że jesteście zbyt impulsywni, tak samo, jak ona była kiedyś. Klub „Dobrego Prowadzenia Się“ pomoże wam myśleć, jeżeli sprawiedliwie będziecie się wzajemnie karać za przełamanie prawideł. Powinniście się karać w sposób naprawdę bolesny, bo inaczej nic z tego nie będzie.
— Więc trzeba bić tego, kto przełamie prawo?
— Niekoniecznie. Można obmyśleć rozmaite wymiary kary. Czytałem cośniecoś o takim klubie. Pożyczę wam tę książkę i będziecie wiedzieli, jak to zorganizować.
— Pożycz nam koniecznie, — prosiła Flora, a gdy Jim odszedł, wszyscy przystali na jego pomysł. — Jeżeli coś zrobimy złego, postaramy się to naprawić, — rzekła Flora rezolutnie.
— Jim ma słuszność, — przyznał Jerry. — Klub ten będzie nas wychowywał. Za każde przewinienie członek klubu będzie ukarany.
— Ale jak?
— To się wymyśli. Zwoływać będziemy posiedzenia klubu co wieczór tu na cmentarzu i będziemy omawiać to, cośmy robili przez cały dzień, zastanawiając się, czy to było dobre, czy złe. Kto uczyni coś złego, będzie za to odpowiedzialnym i zostanie ukarany. Takie jest prawo. Wszyscy decydować będziemy o wymiarze kary, a ten, kto na nią zasłuży, musi ją znieść bez narzekań. Przytem to wszystko będzie ogromnie zabawne, — zakonkludował Jerry z uśmiechem.
— A co z temi bańkami mydlanemi? — zagadnęła Flora.
— Tamto stało się jeszcze przed zorganizowaniem klubu, — odparł Jerry pośpiesznie. — Kara obowiązuje od dzisiejszego wieczora.
— A co będzie, jeżeli się nie będziemy mogli zgodzić, co jest dobre, a co zasługuje na karę? Naprzykład dwoje z nas będzie myślało tak, a dwoje znów inaczej. W klubie powinno być pięciu członków.
— Wtedy poprosimy Jima Blythe, żeby nas rozsądził. To najrozumniejszy chłopiec w całem Glen St. Mary. Przypuszczam jednak, że nie będziemy chcieli rozgłaszać tego wszystkiego. Zachowamy to w jak największej tajemnicy. Mary Vance nie wolno pisnąć ani słówka. Chciałaby zaraz należeć do klubu i wychowywać nas.
— Według mnie, — odezwała się Flora, — nie należy każdego dnia obrzydzać wymiarem kary. Na ten cel trzeba wyznaczyć jakiś jeden dzień w tygodniu.
— Więc wybierzmy najlepiej sobotę, bo niema wtedy zajęć szkolnych, — zaproponowała Una.
— I mamy sobie popsuć ten jeden wolny dzień w tygodniu? — oburzyła się Flora. — Nigdy w życiu! Wybierzmy piątek. To dzień postu, a my przecież ryby i tak nie lubimy. Niech już ten dzień będzie najmniej miły pod każdym względem. Podczas reszty dni możemy się doskonale bawić i być w dobrych humorach.
— Brednie! — zawołał Jurek tonem człowieka, świadomego swego autorytetu. — Ta propozycja stanowczo przejść nie może. Karę należy wymierzać natychmiast. Więc wszyscy już rozumiecie? Stwarzamy klub „Dobrego Prowadzenia Się“, który nas będzie wychowywał. Zgadzamy się na karę za złe sprawowanie, zgadzamy się na ta, że wspólnie będziemy obmyślać każdy czyn, aby nie wyrządzać krzywdy ojcu i że nikt z nas nie będzie wyłamywał się z pod kary, bo w takim wypadku nie wolno mu będzie już nigdy bawić się w Dolinie Tęczy. Jim Blythe w wypadkach, kiedy nie będziemy mogli dojść do porozumienia, musi być naszym sędzią. Od dzisiejszego dnia, Karolku, nie wolno ci zanosić żab do szkoły niedzielnej, zabronione jest publiczne żucie gumy, panno Floro!
— Nie wolno żartować, gdy starsi się modlą, nie wolno przychodzić na kościelne zebrania metodystów, — dorzuciła Flora.
— W tem jeszcze niema nic złego, jak się przychodzi do metodystów na kościelne zebranie, — zaprotestował Jerry.
— Pani Elliott twierdzi, że tego robić nie wolno. Powiada, że dzieci z plebanji powinny tylko zajmować się sprawami prezbiterjan.
— Ja tam nie mam zamiaru wyrzec się tej przyjemności, — zawołał Jerry. — Zebrania metodystów są o wiele ciekawsze od naszych.
— Bluźnisz, — zawołała Flora. — Teraz ty musisz ponieść karę.
— Niema mowy o karze, dopóki nie mamy wszystkiego czarno na bialem. Do tej pory zdążyliśmy tylko omówić wszystko, co się tyczy naszego klubu. Nie jest on jeszcze formalnie zorganizowany, dopóki to wszystko nie zostało napisane i podpisane przez członków. Tego wymaga prawo. Zresztą sama wiesz, że w tem niema nic złego, jak się idzie na zebranie kościelne.
— Ale karać należy nietylko za złe czyny, lecz i za takie, które sprawiają przykrość ojcu.
— To nikomu nie sprawia przykrości. Wiesz, że pani Elliott jest zwarjowana na punkcie metodystów. Nikt, oprócz niej nie zwraca na to uwagi. Zapytaj dla przekonania się Jima, albo panią Blythe. Już zgóry wiem, co odpowiedzą. Pójdę teraz po papier, przyniosę latarkę i wszyscy podpiszemy.
W kwadrans potem dokument został uroczyście podpisany na nagrobku Eljasza Pollocka, pośrodku którego stała dymiąca latarnia, a dzieci klęczały dokoła. W tej właśnie chwili obok cmentarza przechodziła pani Clow i nazajutrz całe Glen już wiedziało, że dzieci z plebanji urządziły nową jakąś niesamowitą zabawę wśród grobów przy świetle latarni. Pogłoskę tę potwierdził jeszcze fakt, że istotnie po podpisaniu dokumentu, Karol wziął latarnię i poszedł w głąb cmentarza, aby przyjrzeć się raz jeszcze swemu ukochanemu mrowisku. Reszta dzieci udała się spokojnie na spoczynek.
— Myślisz, że to prawda, że ojciec ma się ożenić z panną West? — spytała Una drżącym głosem Florę po odmówieniu wieczornego pacierza.
— Nie wiem, ale bardzo bym się z tego cieszyła, — odparła Flora.
— Och, ja tam nie, — szepnęła Una zdławionym głosem. — Ona jest wprawdzie bardzo miła, ale Mary Vance mówi, że kobiety się zmieniają, jak zostają macochami. Stają się potem złe i zaczynają buntować ojca przeciwko dzieciom.
— Nie wierzę, żeby panna West miała się aż tak zmienić, — zawołała Flora.
— Mary powiada, że wszystkie się zmieniają, a ona się zna na tem, Floro. Podobno znała już kilka macoch, a myśmy przecież żadnej nie znały. Och, Mary mi dużo o tem opowiadała. Podobno znała jedną taką, która bila córki swego męża do utraty przytomności, a potem zamykała je na całą noc w ciemnej piwnicy.
— Nie wierzę, żeby panna West mogła to uczynić. Uno, ty jej tak dobrze nie znasz, jak ja. Weź chociażby tego małego ptaszka, którego mi przysłała. Kocham go nawet więcej, niż Adama.
— Ale macochy muszą się zmienić. Mary powiada, że to wcale nie jest ich wina. Już mniejsza o bicie, ale nie mogłabym znieść, żeby nas ojciec przestał kochać.
— To już byłoby zupełnie niemożliwe. Nie bądź głupia, Uno. Zaręczam ci, że niema się czem martwić. Zresztą, jeżeli będziemy przestrzegali prawideł naszego klubu i będziemy się dobrze sprawować, ojciec nawet nie pomyśli o małżeństwie. A skoro już nawet postanowił się ożenić, to jestem pewna, że panna West będzie dla nas dobra.
Lecz Una nie miała tej pewności i długo nie mogła zasnąć, płacząc cichutko z twarzyczką wtuloną w poduszkę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.