<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Druga ojczyzna
Wydawca „Ziarno” (tygodnik)
Druk A.T. Jezierski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Helena S.
Tytuł orygin. Seconde Patrie
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 


IV.
Przeszłość Nowej Szwajcaryi. — Dziesięć lat przedtem. — Pierwsza instalacya rodziny Zermatt. — Główne wypadki zawarte w dzienniku pana Zermatt. — Koniec roku dziesiątego.

Oto zebrane w krótkości wypadki pierwszych lat dziesięciu, jakie w nowej Szwajcaryi przeszli rozbitki z Landlorda, a które wypada dać poznać czytelnikom.
7-go października 1803 roku rodzina szwajcarska została wyrzucona na nieznany ląd oceanu Indyjskiego.
Ojciec tej rodziny nazywał się Jan Zermatt, żona jego miała na imię Betsie. Pierwszy miał trzydzieści pięć lat, druga trzydzieści trzy. Mieli czterech synów: — Fritz lat piętnaście, Ernest dwanaście, Jack dziesięć, Frank sześć lat.
Siódmego dnia strasznej burzy okręt Landlord, na którym znajdował się pan Zermatt zbłąkał się z swej drogi wśród tego niezmiernego oceanu. Pchany prawdopodobnie wiatrem południowym, minął Batawię, port swego przeznaczenia, i rozbił się na skałach podwodnych, o dwie mile morskie od nieznanego wybrzeża.
Pan Zermatt był człowiekiem wykształconym i inteligientnym, Betsie, żona jego, kobietą mężną i poświęconą rodzinie. Dzieci ich różniły się cechami charakteru: Fritz, nieustraszony i zręczny; Ernest najpoważniejszy i najpracowitszy z braci, lecz trochę egoista; Jack nierozważny i bardzo dowcipny; Frank, dziecko jeszcze prawie. Była to jednem słowem rodzina silnie zjednoczona, zdolna radzić sobie, nawet w nieszczęściu, jakie ją spotkało. Wreszcie ożywiało ich wszystkich głębokie uczucie religijne, ta wiara prosta i szczera, chrześcijanina, nierozbierającego nauki Kościoła, lecz stojącego silnie przy raz wpojonych wierzeniach.
Pan Zermatt, zrealizowawszy majątek swój, opuścił kraj rodzinny, z zamiarem osiedlenia się w jednej z tych zamorskich posiadłości holenderskich, kwitnących wtedy i tak korzystnych dla ludzi pracy i czynu.
Otóż po szczęśliwej żegludze przez Atlantyk i morza Indyjskie, okręt, na który wsiadł z rodziną, rozbił się... Z całej załogi i pasażerów Landlorda tylko rodzina Zermatt ocalała. Lecz konieczność nakazywała opuszczenie jak najprędzej okrętu, który utkwił na skale. Pudło jego, maszty potrzaskane i spód rozdarty, wystawione na fale, bałwany i wichry, groziły rychłem utopieniem.
Połączywszy sześć wielkich kadzi sznurami i deskami, pan Zermatt z pomocą synów zdołał zrobić rodzaj szalupy, w którą, nim dzień upłynął, wsiadła jego rodzina. Morze uspokoiło się, a przypływ niósł statek do lądu i niedługo tenże wpłynął w małą przystań, w którą wpadał bystry strumień.
Wyniesiono ze statku różne przedmioty na ląd, i ustawiono namiot w tem miejscu, które później otrzymało nazwę Zeltheim. Powoli koczowisko kompletowano ładunkiem okrętu, który pan Zermatt, z synami sprowadził dni następnych, jako to: narzędzia, sprzęty, pościel, konserwy mięsne, zboże, rośliny, broń myśliwska, beczki wina i wódki, paki sucharów, sery, szynki, ubranie, bielizna wreszcie wszystko, co zawierał w sobie okręt, objętości czterysta ton, zaopatrzony w to, co potrzebne dla nowych osadników.

Pan Zermatt z pomocą syna zdołał zrobić rodzaj szalupy.

Wreszcie wybrzeże obfitowało w ptactwo i zwierzynę. Całemi bandami przebiegły aguty, rodzaj zająca z głowami świńskiemi, ondatry, szczury piżmowe, bawoły, kaczki, czerwonaki (flamingi), dropie, cietrzewie, antylopy.
Wody zatoki po za przystanią obfitowały w łososie, jesiotry, śledzie i przeróżne inne gatunki ryb; z mięczaków: ostrygi, ślimaki czarne jadalne; ze skorupiaków: homary, raki morskie, kraby. Na polach rosły: maniok, pataty, bawełna, drzewa kokosowe, magnolie, palmy i inne drzewa podzwrotnikowe.
Tak więc, na tej nieznanej ziemi, życie rozbitków zdawało się zabezpieczone.
Trzeba dodać, że pewną ilość zwierząt domowych sprowadzono z okrętu do Zeltheim; — Turok, dog angielski; Bila, wyżlica duńska; dwie kozy, sześć owiec, maciora z prosiętami, osioł, krowa, koguty, kury, indyki, gęsi, kaczki, gołębie, które zaaklimatyzowały się nad błotami i bagnami wybrzeża.
Kilka krótkich okrętowych armat przewieziono na ląd, dla obrony koczowiska, jakoteż łódź żaglową, lekki statek, którego części ponumerowane, dały się połączyć bez wielkiego trudu; nazwano go Elisabetha.
Pan Zermatt posiadał tedy statek żaglowy, mieszczący piętnaście ton, z pomostem na tyle. W ten sposób miał łatwość zwiedzenia okolic na wschód i zachód, dotarcia do przylądków sąsiednich, z których jeden, ku północy, sterczał śpiczasto, a drugi ciągnął się z przeciwnej strony Zeltheim.
Lecz przedstawiało się jedno pytanie: Czy rodzina Zermatt przybiła do wybrzeża wyspy, czy lądu stałego? W tym względzie mogły tylko objaśnić obrachowania, otrzymane przed rozbiciem, przez komendanta Landlorda.
Pan Zermatt wnosił z tych obrachowań, że ziemia ta musi się znajdować o trzysta mil morskich na zachód Australii lub Nowej Holandyi. To też, choć posiadał łódź żaglową; pomimo gorącego pragnienia powrotu do swoich, nie byłby się nigdy odważył wystawiać swojej rodziny na tym wątłym statku, na gwałtowność cyklonów i wichrów, tak częstych w tych okolicach.
W takich okolicznościach, rozbitki mogli tylko oczekiwać pomocy od Opatrzności.
W owej epoce okręty żaglowe, kierujące się do kolonij holenderskich, przepływały bardzo daleko od tych stron. Zachodnie wybrzeże Australii, wtedy prawie nieznane, niedostępne dla okrętów z powodu braku zatok, nie miało znaczenia ani geograficznego, ani handlowego.
Z początku cała rodzina zadawalniała się mieszkaniem pod namiotem w Zeltheim, w pobliżu prawego wybrzeża strumienia, który dostał nazwę Szakali, na pamiątkę napadu tych drapieżników. Lecz pomiędzy wysokie skały nie dochodził powiew morski, upał zatem był nie do wytrzymania.
Pan Zermatt postanowił tedy zamieszkać na części wybrzeża, idącego z południa na północ, trochę po za zatoką Zbawienia.
Podczas wycieczki do krańców wspaniałego lasu, niedaleko od morza, pan Zermatt zatrzymał się przed olbrzymiem drzewem magnolii, z rodzaju górskich, której dolne gałęzie rozkładały się o jakie sześćdziesiąt stóp po nad poziomem. Na tych gałęziach ojciec z synami ułożyli platformę z desek, pochodzących z okrętu. W ten sposób został zbudowany domek napowietrzny, pokryty mocnym dachem, podzielony na kilka pokojów i nazwany Falkenhorst, „gniazdo sokole“. W dodatku, drzewo żyło tylko korą, jak nasze wierzby, środek zaś był wypróchniały, co pozwoliło urządzić kręte schody, zamiast drabiny sznurowej, po której zrazu wchodziło się do Falkenhorst.
Z czasem znajomość terytoryum rozciągnęła się do trzech mil, aż do krańców przylądku Zawiedzionej Nadziei, ochrzczonego tą nazwą, kiedy pan Zermatt stracił nadzieję odnalezienia pasażerów lub majtków z Landlorda.
Przy wejściu do zatoki Zbawienia, naprzeciw Falkenhorst, wznosiła się wysepka pół mili objętości; przezwano ją wyspą Rekina, gdyż jeden z tych potworów wypłynął z pod niej w dniu, w którym statek z beczek, przewoził zwierzęta domowe do Zeltheim.
W kilka dni potem, wieloryb dał swoją nazwę wysepce, położonej po przed małą zatoką Czerwonaków, na północ od Falkenhorst. Komunikacya pomiędzy tą siedzibą napowietrzną a Zeltheim, odległymi od siebie prawie o milę, ułatwioną została przez zbudowanie mostu Rodziny, który z czasem zastąpiony został mostem rzuconym przez strumień Szakali.
Pierwszych kilka tygodni rodzina mieszkała pod namiotem, lecz przed nastaniem pory deszczowej państwo Zermatt przenieśli się do Falkenhorst wraz ze zwierzętami domowemi.

Na tych gałęziach ojciec z synem ułożyli platformę z desek.

Olbrzymie korzenie magnolii pokryte płótnem napuszczonem smołą, służyły za stajnie. Dotąd nie pokazały się żadne zwierzęta krwiożercze.
Trzeba było jednak pomyśleć o schronieniu pewniejszem, jeżeli nie na chłodną, to zawsze burzliwą część roku, nawiedzoną przez straszne wichry połączone z ulewą.
Pan Zermatt troszczył się słusznie o wyszukanie pewnego schronienia, gdy traf przyszedł mu z pomocą.
Na prawym brzegu strumienia Szakali, trochę w tył od Zeltheim, ciągnęła się przestrzeń, pełna skał nagich, w których można było za pomocą oskardów, lub przez założenie miny prochowej, wykuć grotę.
Fritz, Ernest i Jack zabrali się do dzieła, lecz robota nie postępowała wcale, kiedy jednego poranku, narzędzie Jacka przebiło ścianę skały na wylot.
Obszerne wygłębienie znajdowało się wewnątrz skały. Wpierw nim tam weszli, rzucili wewnątrz pęki traw suchych zapalonych, żeby oczyścić powietrze, poszły potem granaty zabrane z Landlorda. Przy świetle pochodni ojciec, matka i synowie, zachwycali się patrząc na stalaktyty, spuszczające się od sklepienia na miałki żółty piasek, pokrywający poziom.
Wkrótce urządzono tam mieszkanie.
Zrobiono okna z szyb pochodzących z galery i okrętu, zaprowadzono rury dla dymu z ognisk.
Na lewo pokój do wspólnej pracy, stajnie, obory; od tylu składy, poprzegradzane deskami.
Na prawo trzy pokoje: pierwszy przeznaczony dla ojca i matki; drugi stołowy, trzeci dla czterech synów, z hamakami wiszącymi od sklepienia. W kilka tygodni mieszkanie było zupełnie skończone.
Później inne zabudowania powstały wśród łąk i lasów na zachód wybrzeża, ciągnącego się trzy mile pomiędzy Falkenhorst i przylądkiem Zawiedzionej Nadziei. Potem powstały także, folwark Waldegg, nad małem jeziorem — nazwanem Jezioro Łabędzi; trochę dalej w głąb folwark Zuckertop, następnie w dolinie w pobliżu przylądka, willa Prospect Will, w końcu pustelnia Erberfurt, na granicy zachodniej Ziemi-Obiecanej.
„Ziemią obiecaną“ nazwano dolinę żyzną osłoniętą od północy i zachodu wysoką ścianą skał. Na wschód doliny ciągnęły się wzgórza od strumienia Szakali aż do zatoki.
Tu udało się zaaklimatyzować drzewa owocowe, których cały komplet znajdował się na Landlordzie, jako to: drzewa pomarańczowe, brzoskwinie, jabłka, morele, kasztany, wiśnie, śliwki, nawet szczepy winne, które pod tym gorącym słońcem, wydawały wino daleko lepsze, niż w Europie.
Przed końcem pierwszego roku nie pozostało śladu z okrętu rozbitego na skale podwodnej.
Mina przygotowana przez Fritza wysadziła w powietrze szczątki, które pozbierano w różnych punktach wybrzeża. Nie trzeba mówić, że przedtem zabrano wszystko, co było na statku kosztownem: przedmioty przeznaczone do handlu z osadnikami Port Jackson lub z dzikimi na Oceanii, klejnoty należące do pasażerów, zegarki, tabakierki, pierścionki, naszyjniki, a w pieniądzach dość znaczną sumę piastrów, lecz bez wartości na tej ziemi nieznanej wśród oceanu Indyjskiego.
Lecz w zamian o ileż były użyteczniejsze takie naprzykład rzeczy, jak sztaby żelazne, bale ołowiu, części wozów gotowe do złożenia, kamienie do ostrzenia, drągi do łamania kamieni, piły, kilofy, szpadle, pługi, narzędzia stolarskie, kowalskie i ślusarskie, młynki ręczne i t p; w końcu cały asortyment ziarn przeróżnych, kukurydza, owies, groch, wyka i nasiona wszystkich warzyw, z których skorzystała Nowa Szwajcarya.
Nakoniec potrzeba wspomnieć, że pierwszą porę deszczową rodzina przepędziła w warunkach sprzyjających. Sprzęty, przewiezione z okrętu, krzesła, stoły, szafy, sofy, łóżka rozstawiono w pokojach, a że nie był to już namiot, nazwano mieszkanie Felsenheim.
Upłynęło kilka lat, żaden okręt nie ukazał się na odległym horyzoncie. Niczego jednak nie zaniedbano, żeby sygnalizować obecność rozbitków Landlorda. Z bateryi, urządzonej na szczycie wysepki Rekina z dwóch armatek, Fritz i Jack dawali od czasu do czasu wystrzały, na które nigdy nie było odpowiedzi z pełnego morza.
Wreszcie zdawało się, że Nowa Szwajcarya nie była zamieszkałą. Musiała jednak być bardzo rozległą, i pewnego dnia, udawszy się z synami na północ, pan Zermatt odkrył dolinę prześliczną, którą nazwał Grünthal.
Z tamtąd przedstawiał się oczom szeroki horyzont, zamknięty w odległości dziesięciu mil angielskich, łańcuchem gór.
Czy byli tu dzicy? mimowoli nastręczało się pytanie. W każdym razie, w okolicach Ziemi Obiecanej, nie widziano ich nigdy. Jedyne niebezpieczeństwo pochodziło od napadu niektórych zwierząt krwiożerczych, jako to lwów, niedźwiedzi, tygrysów, węży.
Niczego nie brakowało na tej szczęśliwej wyspie. Drzewo podobne do figi dzikiej, po przez korę popękaną dawało kauczuk. Z pewnych krzewów, rosnących gromadami z rodzaju „myrica cerofera“ zbierano wosk rodzimy, użyty potem na wyrób świec.
Orzechy kokosowe, nie mówiąc już o soczystych migdałach, zamienione zostały na czarki i filiżanki, nie ulegające stłuczeniu. Z wierzchołków młodych palm niektórych wyrabiano napój orzeźwiający, znany pod nazwiskiem „wino palmowe.“
Nie brakło także i słodyczy, dzięki licznym rojom pszczół, wyrabiających miód w obfitości.
Len miano z liści „phornicum tenas“ (len nowozelandzki). Gips z rozkruszonych odłamków skały — bawełnę — cynamon — goździki, — szkło z rodzaju miki — dość, że niczego nie brakowało.
Do tych bogactw natury — trzeba dodać, ile fauna na Nowej Szwajcaryi dawała zwierzyny śmiałemu myśliwemu.
Pomiędzy dzikiemi zwierzętami, od których musiano się bronić, główną role grały, choć nie często napotykane: tapir, lew, niedźwiedź, szakal, tygrys, krokodyl, pantera, słoń a także niezliczona ilość małp. Z czworonogów zdatnych do użytku domowego, warto zaznaczyć bawoła i angorę a ze skrzydlatych, orła, który polował z Fritzem, strusie, ulubionego wierzchowca Jacka.
Dziesięć lat upłynęło bez ważniejszych wypadków. Pan Zermatt miał czterdzieści pięć lat, zdrowie silne, umysł jasny, wyćwiczony w niezwykłych okolicznościach. Betsie, jego dzielna żona, energiczna matka czterech synów, zaczęła rok czterdziesty trzeci. Ani ciało jej ani dusza nie osłabły, ani miłość dla dzieci i małżonka.
Fritz, dwadzieścia pięć lat, silny, zręczny, twarz szczera, otwarta, spojrzenie rozumne i bystre, skorzystał dużo pod względem charakteru.

Skała stalaktytowa

Ernest poważny nad wiek, miał bowiem dwadzieścia dwa lata, więcej oddany ćwiczeniom umysłu, niż ciała, stanowił kontrast z Fritzem; wykształcił się bardzo czerpiąc z biblioteki Landlorda.
Jack był uosobieniem wiecznego ruchu; awanturniczy, jak Fritz, namiętny myśliwy, używał w pełni swoich dwudziestu lat.
Najmłodszego Franka, choć miał już lat szesnaście, matka pieściła, jak gdyby miał dziesięć.
Życie zatem tej rodziny było szczęśliwe nad wyraz, a pani Zermatt mówiła czasem do męża:
— Ah! mój drogi, czyżby to nie było prawdziwe szczęście, żebyśmy mogli zawsze żyć z naszymi dziećmi, gdyby nie to, że w tej samotności skazani jesteśmy na wymieranie jedno po drugiem, pozostawiając tym, co przeżyją, smutek i opuszczenie!... Błogosławiłabym niebo za ten raj na ziemi!... Lecz, niestety! przyjdzie dzień, w którym zamkniemy oczy na wieki!..
Taka była największa troska Betsie; często mówiła o tem z panem Zermatt. Otóż tego roku przyszła zmiana nieoczekiwana, która wpłynęła, jeżeli nie na przyszłość, to przynajmniej na teraźniejszość.
9-go kwietnia, około siódmej rano, pan Zermatt wyszedł z mieszkania z Ernestem, Jackiem i Frankiem i szukał napróżno najstarszego syna, o którym sądził, że zajęty jest jakąś czynnością w polu.
Fritz miał zwyczaj wydalać się często, a matka obawiała się, jeżeli syn jej opuszczał zatokę Zbawienia i udawał się na pełne morze.
I teraz nie było wątpliwości, że był na morzu, ponieważ kajak nie stał w porcie.
Koło południa pan Zermatt, Ernest i Jack udali się szalupą do wysepki Rekina, aby tam upatrywać powrotu Fritza. Ażeby Betsie nie niepokoiła się, gdyby się opóźnili, mąż jej obiecał dać strzał armatni.
Lecz kiedy dwaj jego synowie wysiedli na wysepkę, Fritz opływał już przylądek Zawiedzionej Nadziei. Jak tylko go zobaczyli, pan Zermatt, Ernest i Jack wsiadli z powrotem do łodzi, i byli w Felsenheim w chwili, gdy Fritz na ląd wyskakiwał.
Fritz musiał tedy opowiedzieć o podróży trwającej dwadzieścia godzin. Od jakiegoś czasu przemyślał nad zwiedzeniem wybrzeża północnego. To też tego rana, w towarzystwie swego orła, Blitza, wsiadł na kajak, zabrawszy z sobą trochę żywności, topór, harpun, bosak, sieć, fuzyę, parę pistoletów, torbę myśliwską i tykwę z miodem do picia. Wiatr od lądu popchnął go szybko po za przylądek, a korzystając z odpływu, wysunął się na północo-zachód.
Z tyłu przylądka, minąwszy ogromne nagromadzenie skał, zwalonych jedna na drugą w skutek zapewne jakiego kataklizmu natury, otwierała się obszerna zatoka, schronienie różnych rodzajów ptactwa morskiego, napełniającego wrzaskiem powietrze. Na wybrzeżu zatoki chrapały na słońcu olbrzymie gady; wilki morskie, foki, walrosy i inne, podczas kiedy nad powierzchnią wody bujały miryady prześlicznych łątek.
Fritz nie zatrzymał się, płynął dalej na zachód.
Przybiwszy do wybrzeża dziwnego kształtu, któremu dał nazwę Camus, Fritz zapuścił się pod naturalne arkady skały, której podnóże obmywały powrotne fale. Tu były miliony jaskółek, gniazda ich zwieszały się od najmniejszej nawet chropowatości sklepienia. Fritz zdjął kilka tych gniazd i złożył do torby.

Najmłodszy Frank miał lat szesnaście.

— Te gniazda jaskółcze — przerwał pan Zermatt — wielką wartość posiadają na rynkach Państwa-Niebieskiego.
Po drugiej stronie arkady Fritz znalazł wejście do drugiej zatoki, pomiędzy dwoma przylądkami, odległemi od siebie o półtory mili angielskiej.
Po za zatoką rozciągały się niezmierzone okiem stepy, użyznione wodami, lasy, błota, cały szereg krajobrazów. W zatoce zaś niewyczerpane muszle perłowe, których wspaniałe okazy przyniósł Fritz.
Kiedy opłynął część zatoki wewnętrznej i przebył ujście rzeki, pełnej ziół wodnych, kajak dobił do przylądka na przeciw arkady.
Fritz nie myślał posuwać dalej wycieczki. Czas schodził, zawrócił tedy na wschód, kierując się w stronę przylądka Zawiedzionej Nadziei i powrócił, zanim odezwał się wystrzał z wysepki Rekina.
Oto co opowiedział awanturniczy młodzieniec o tej podróży, która sprowadziła odkrycie Zatoki Pereł.
Później kiedy został z ojcem, z wielkiem tegoż zdziwieniem zwierzył mu, co następuje:
Pomiędzy licznem ptactwem latającem nad przylądkiem, pokazało się także kilka par albatrosów, z których jeden padł uderzony bosakiem.
Lecz kiedy trzymał ptaka na kolanach, Fritz zobaczył na jednej jego łapie okręcony kawałek mocnego płótna, na którym wyczytał napisane po angielsku bardzo wyraźnie:
„Kimkolwiek jesteś, ty, któremu Bóg ześle tę odezwę nieszczęśliwej, puść się na odszukanie wyspy wulkanicznej, którą poznasz po płomieniu buchającym z jednego z jej kraterów. Ocal nieszczęśliwą opuszczoną na Skale Ognistej!“
Tak więc w okolicach Nowej Szwajcaryi, może od lat kilku, nieszczęśliwa kobieta, czy dziewczyna, żyła na wysepce nie mając żadnego z tych dobrodziejstw, jakich Landlord dostarczył rodzinie Zermatt.
— I cóżeś uczynił!.. zapytał pan Zermatt.
— Jedyną rzecz, jaka była do zrobienia, odpowiedział Fritz. Albatrosowi wlałem w dziób trochę miodu, odżył zupełnie, gdyż był tylko uderzony, potem udarłem kawałek chustki i krwią wydry napisałem po angielsku: „W Bogu tylko pokładaj nadzieję!.. Pomoc jest może bliską.“ Następnie owiązałem ten kawał u łapy albatrosa, pewny będąc, że ptak jest oswojony i powróci do Skały Ognistej, unosząc moje pismo.
Pan Zermatt zamyślił się głęboko... Co robić dla ocalenia tej nieszczęśliwej?.. W której stronie znajdowała się Skała Ognista?.. W sąsiedztwie Nowej Szwajcaryi, lubo setki mil na wschód?.. Albatrosy, to ptaki niezmęczone, mogą przebywać niezmierzone przestrzenie... Czy ten nie pochodził ze stron tak odległych, że szalupą nie będzie można tam dopłynąć?
Ojciec pochwalił Fritza, ze jemu tylko zwierzył tę tajemnicę, która niepotrzebnie zaniepokoiłaby panią Zermatt i braci.
A wreszcie, czy ta kobieta żyje jeszcze? Na kartce płóciennej nie było daty... Kilka lat mogło upłynąć, od kiedy przywiązała ją do nogi albatrosa...
Pan Zermatt jednak postanowił zwiedzić zatokę Pereł. Betsie zgodziła się na pozostanie z Frankiem w Felsenheim; Fritz, Ernest i Jack mieli towarzyszyć ojcu.

Fritz zobaczył na jednej jego łapie okręcony kawałek mocnego półtna.

Nazajutrz tedy, 11 kwietnia, szalupa opuściła małą zatokę przy strumieniu Szakali. Kilka zwierząt domowych należało do podróży, małpa Knips II, szakal Jacka, pies Bill, w końcu Braun i Falb, dwa psy w sile wieku.
Fritz poprzedzał szalupę w kajaku i, okrążywszy przylądek Zawiedzionej Nadziei, zwrócił się na zachód, pomiędzy skały.
Po zrobieniu około trzech mil. Fritz wskazał przylądek poblizki. Półtory mili dalej widniała naturalna arkada a za nią zatoka Pereł.
Skoro szalupa przebyła wązką cieśninę pomiędzy arkadą i skałami, rozległa zatoka, około ośmiu mil powierzchni, ukazała się w całej swojej piękności.
Co za przyjemność płynąć na powierzchni tych wód wspaniałych, z których wystawały trzy, czy cztery wysepki zadrzewione!
Szalupa przybiła do małej przystani.
A że wieczór się zbliżał, pan Zermatt zorganizował na brzegu obozowisko. Rozpalono ogień, w popiele upieczono kilka jaj, które wraz z sucharami, z kukurydzy i patatami, były wyborną kolacyą. Potem, przez ostrożność powrócono na szalupę, pozostawiając dwa psy, Brauna i Falba, dla obrony obozu od szakali, których wycie rozlegało się nad wodami.
Trzy dni z rzędu użyto, na połów muszli perłowych. Wieczorem Fritz i Jack szli polować na kaczki i kuropatwy w lasku po prawej stronie rzeki. Trzeba jednak było zachować niejaką ostrożność, dziki bowiem nawiedzały lasek, nie mówiąc już o zwierzętach, daleko straszniejszych.
Wieczorem 14-go ukazał się ogromny lew i lwica, rycząc przeraźliwie i bijąc ogonami po bokach. Lew najpierw padł trafiony w serce kulą Fritza, lwica także, lecz zdążyła wpierw łapą zmiażdżyć łeb staremu Billowi, — co bardzo zmartwiło jego pana.
Dzień ten był przeznaczony na wypróżnianie muszli, a ponieważ tak wielka ilość mięczaków, rozkładając się, zaczęła wydawać woń niezdrową, pan Zermatt i jego trzej synowie postanowili odpłynąć nazajutrz skoro świt. Należało powracać do Felsenheim, gdyż pani Zermatt musiała być niespokojna. Szalupa wyruszyła poprzedzana przez kajak. Przybywszy jednak do cieśniny przy arkadzie, Fritz oddał ojcu bilecik a sam oddalił się w stronę zachodnią.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Juliusz Verne i tłumacza: anonimowy.