Dwadzieścia lat później/Tom I/Rozdział XXXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Dwadzieścia lat później
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wyd. 1928
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Vingt ans après
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXIV
MNICH

Leżeli dwaj ludzie, jeden nieruchomy, twarzą ku ziemi przewrócony, przeszyty trzema kulami, cały we krwi. Ten już nie żył.
Drugi, oparty przez dwóch lokajów o drzewo, z oczyma, ku niebu wzniesionemi, i ze złożonemi rękoma, modlił się gorąco. Kula strzaskała mu żebro.
Ranny uśmiechnął się smutnie.
— Uratować mnie, o nie!... — rzekł — tylko dopomódz umrzeć.
— Czy pan jest księdzem?... — zapytał Raul.
— Nie, panie.
— Bo pański towarzysz nieszczęśliwy, jak mi się zdaje, należał do kościoła.
— To proboszcz z Béthune, proszę pana, przewoził w miejsce bezpieczna cenne rzeczy ze skarbca kościelnego, bo książę pan opuścił wczoraj nasze miasto, a Hiszpanie może tam będą już jutro. Otóż, ponieważ wiadomo było, że oddziały nieprzyjacielskie pokazują się w okolicy i że droga dlatego jest niebezpieczna, nikt nie chciał mu towarzyszyć, wtedy ja się ofiarowałem.
— A ci nędznicy napadli na was i strzelali do księdza.
— Panowie — rzekł ranny, rozglądając się dokoła — ja bardzo cierpię, a jednak pragnąłbym być przeniesiony do jakiego domu.
— Gdzie możnaby pana leczyć — rzekł de Guiche.
— Nie, gdzie mógłbym się wyspowiadać.
— Ale — rzekł Raul — może nie jesteś pan wcale tak niebezpiecznie ranny, jak sądzisz.
— Panie — odrzekł ranny — wierzaj mi, niema czasu do stracenia; kula strzaskała mi żebro i uwięzła głęboko. Znam ja się na ranach i ręczę, że ta jest śmiertelną. Bądźcie, panowie, łaskawi albo mnie przenieść gdzieś, gdzie mógłbym znaleźć księdza, albo raczcie sprowadzić mi tu spowiednika, a Bóg wynagrodzi wam ten święty uczynek; ratować trzeba moją duszę, bo ciało już zgubione.
— Miałbyś pan umrzeć przez spełnienie dobrego uczynku; Bóg ci dopomoże.
— Panowie, ma miłość nieba — rzekł ranny, zbierając wszystkie siły, jakby chciał powstać — nie traćmy czasu na daremne słowa; albo pomóżcie mi się dostać do bliskiej wsi, albo przysięgnijcie mi na zbawienie, że przyślecie mi tutaj pierwszego mnicha, pierwszego proboszcza, pierwszego księdza, którego napotkacie. Ale — dodał z akcentem rozpaczy — może nikt nie ośmieli się pójść, bo wiadomo, że hiszpanie plądrują okolicę, umrę więc bez rozgrzeszenia.
— Uspokój się pan — rzekł de Guiche — przysięgam ci, że będziesz miał pociechę, której żądasz. Powiedz nam tylko, gdzie jest jaki dom, w którym moglibyśmy prosić o pomoc, i wioska, dokąd moglibyśmy udać się po księdza.
— Dziękuję, niech Bóg panów wynagrodzi! O parę wiorst stąd jest oberża, a o niecałą milę od niej znajdziecie wioskę Greney. Stamtąd weźcie panowie proboszcza, a jeżeli go nie zastaniecie w domu, wejdźcie do klasztoru, stojącego na końcu osady po prawej stronie i sprowadźcie mi braciszka jakiego, byleby miał władzę przez ewangelję świętą dać rozgrzeszenie in articulo mortis.
— Panie d‘Arminges — rzekł de Guiche — zostań tu przy nieszczęśliwym i dopilnuj, ażeby go przeniesiono jak najdelikatniej. Zróbcie nosze z gałęzi, połóżcie na nie wszystkie wasze płaszcze; dwóch lokajów go poniesie, a trzeci będzie zawsze gotów zastąpić tego, który się zmęczy. Tymczasem wicehrabia i ja poszukamy księdza.
— O! panie hrabio — rzekł nauczyciel — na imię nieba, nie narażaj się pan.
— Bądź pan spokojny. Zresztą jesteśmy na dziś ocaleni; znasz pan pewnik non bis in idem, dwa razy nie powtarza się jedno.
— Odwagi, panie — nzekł Raul do rannego — spełnimy pańskie życzenie.
Dwaj młodzieńcy pojechali galopem we wskazanym kierunku, gdy jednocześnie nauczyciel księcia de Guiche zarządzał układanie noszy. Po dziesięciu minutach jazdy, młodzieńcy spostrzegli oberżę. Raul, nie zsiadając, zawołał gospodarza, uprzedził go, że przyniosą do niego rannego, i prosił go, ażeby tymczasem przygotował wszystko, co mogło być potrzebne do opatrzenia ran, to jest łóżko, bandaże, szarpie, a zarazem prosił go, ażeby, jeżeli zna w okolicy jakiego doktora, chirurga lub operatora, posłał po niego, a posłaniec będzie przez nich zapłacony.
Gospodarz — na widok dwóch młodych, bogato ubranych panów — obiecał uczynić wszystko, czego żądali, a nasi dwaj jeźdźcy, widząc, że przygotowania do przyjęcia rannego zostały rozpoczęte pojechali znów szybko, tym razem do Greney. Przebyli już około mili i rozróżnili już pierwsze domy wsi, których dachy, pokryte czerwonemi dachówkami, wyraźnie odbijały od zieloności otaczających je drzew, gdy ujrzeli nadjeżdżającego ku nim na mule biednego mnicha, którego wzięli za augustjanina, bo miał kapelusz szeroki i szarą suknię wełnianą.
Tym razem znaleźli, jak się zdawało, czego szukali.
Był to człowiek lat dwudziestu dwóch do dwudziestu trzech. Blady był; włosy jego krótkie, ledwie wyglądające z pod kapelusza, były blado płowe, a oczy jasno niebieskie jakby pozbawione były wszelkiego wyrazu.
— Wszak pan jesteś duchownym?... — zapytał Raul ze zwykłą sobie grzecznością.
— A po co mnie pan o to pytasz?... — rzekł nieznajomy z niewzruszonym spokojem.
— Ażeby wiedzieć!... — odrzekł hrabia de Guiche wyniośle.
Nieznajomy popędził muła i jechał dalej. De Guiche jednym skokiem znalazł się przed nim i zagrodził mu drogę.
— Odpowiadaj pan — rzekł — zapytano cię grzecznie, a na każde zapytanie należy się odpowiedź.
— Wolno... zdaje mi się — rzekł — nie odpowiadają pierwszemu lepszemu, komu przyjdzie ochota zapytywać.
Guiche z wielką trudnością powstrzymał gwałtowną chęć połamania kości mnichowi.
— Przedewszystkiem — wyrzekł, usiłując zapanować nad sobą — nie jesteśmy pierwszemi lepszemi osobami; mój przyjaciel jest wicehrabią de Guiche. Wreszcie pytamy pana nie dlatego, że się nam tak podoba, ale że mamy człowieka rannego, który potrzebuje pomocy kościoła. Jeżeliś pan księdzem, wzywam cię w imię ludzkości, ażebyś pojechał z nami dopomóc temu człowiekowi; jeżeli nie jesteś księdzem, to rzecz inna; ale uprzedzam cię w imię grzeczności, jakiej wcale, zdaje się nie znasz, iż ukarzę twoje zuchwalstwo.
Bladość mnicha stała się siną i uśmiechnął się tak dziwnie, że Raul, który mu się przypatrywał, uczuł, że mu się na ten uśmiech serce ściska, jakby przy doznanej zniewadze.
— To jakiś szpieg hiszpański, czy flamandzki — rzekł, kładąc rękę na kolbie pistoletu.
Spojrzenie groźne i do błyskawicy podobne odpowiedziało Raulowi.
— I cóż — podchwycił de Guiche — odpowiesz pan czy nie?
— Jestem księdzem, moi panowie — wyrzekł młodzieniec.
I twarz jego przybrała znów poprzedni spokój.
— W takim razie, mój ojcze — rzekł Raul, opuszczając pistolety w olster i nadając wyrazom akcent uszanowania, nie pochodzący wcale z serca — skoro jesteś księdzem, to, jak panu powiedział przyjaciel mój, znajdziesz pan sposobność oddać posługę, stosowną twemu stanowi; oto pewien biedak ranny podąża ku nam i ma zatrzymać się w pobliskiej oberży; błaga on o kapłana; towarzyszą mu nasi służący.
— Jadę — odrzekł mnich.
— Jeżeli nie pojedziesz pan — odrzekł de Guiche — to wiedz, iż mamy konie, zdolne dogonić twego muła, a przytem takie stosunki, że wszędzie możemy cię schwytać, a wtedy przysięgam, sprawa twoja krótko potrwa, bo wszędzie znaleźć można drzewo i postronek.
Oko mnicha znowu się zaświeciło, mimo to — pojechał.
— Jedźmy za nim — rzekł de Guiche — będzie to pewniejsze.
— Miałem właśnie to samo zaproponować — rzekł Bragelonne.
Młodzieńcy ruszyli w drogę, stosując bieg koni do biegu mnisiego muła, za którym podążali w odległości strzału pistoletowego.
W pięć minut później mnich odwrócił się, ażeby zobaczyć, czy jest śledzony.
— Widzi pan — rzekł Raul — żeśmy dobrze uczynili.
— Szkaradną ma gębę ten mnich!... — odezwał się troskliwie de Guiche.
— Szkaradną — odpowiedział Raul, ze szczególną miną — te włosy żółte, te oczy blade i usta, które nikną, gdy wymawia choćby jedno słowo...
— Tak, tak — podchwycił de Guiche. Tak, szczególna jakaś figura.
— No! — rzekł Raul — ale masz biedak będzie miał księdza, chociaż, na Boga, penitent zdaje się posiadać lepsze sumienie, niż sam spowiednik. Co do mnie, przyzwyczajony jestem do widoku innych ludzi.
— O!... — rzekł de Guiche — to musi być jeden z tych wędrownych braciszków, którzy włóczą się po drogach, żebrząc, dopóki im nie spadnie z nieba pensja; są to przeważnie cudzoziemcy, Szkoci, Irlandczycy, Duńczycy. Pokazywano mi już takich.
— Takich brzydkich?
— Nie... ale pod względem charakteru obmierzłych.
— Jaka to szkoda, że nasz ranny dostanie się w takie ręce.
— E!... — rzekł de Guiche — rozgrzeszenie pochodzi nie od tego, który je daje, ale od Boga. Jednakże wiesz, co ci powiem? ja wolałbym umrzeć bez spowiedzi, niż mieć takiego spowiednika. Wszak jesteś mojego zdania, wicehrabio? widziałem, jakeś trzymał już kolbę pistoletu tak, jakbyś chciał mu palnąć w łeb.
— Tak, hrabio, dziwna rzecz... doznałem wobec tego człowieka uczucia nieprzezwyciężonego wstrętu... Czyś nie napotkał czasem żmii na drodze?
— Nigdy — rzekł de Guiche.
— Otóż mnie się zdarzyło w lasach Blairois, i przypominam sobie, że na widok żmii, gdy spojrzała na mnie mglistemi oczyma zwinięta w kłębek, potrząsając łbem i wysuwając język, stanąłem nieruchomo, blady i jakby zaczarowany, dopóki hrabia de la Fére...
— Ojciec pański?... — zapytał de Guiche.
— Nie, mój opiekun — odpowiedział Raul, rumieniąc się.
— Więc...
— Dopóki — podchwycił Raul — hrabia de la Fére nie powiedział mi: „No, Bragelonne, skończ z nią“. Wtedy podbiegłem do płazu i przeciąłem go na dwoje, w chwili, gdy wspinał się, sycząc, ażeby się na mnie rzucić. Otóż przysięgam panu, że doznałem właśnie takiego samego uczucia na widok tego człowieka, kiedy powiedział: „Dlaczego mnie, panowie, o to pytacie?“ i kiedy na mnie spojrzał.
— Więc wyrzucasz pan sobie, żeś go nie rozpłatał na dwoje, jak ową żmiję?
— Na honor, tak... prawie — odrzekł Raul.
W tejże chwili dojechali już prawie do oberży i zobaczyli z drugiej strony nadciągający orszak z rannym, prowadzony przez pana d‘Arminges. Młodzieńcy spięli konie swe ostrogami.
— Oto ranny!... — rzekł de Guiche, mijając braciszka augustjanina — bądź łaskaw pośpieszyć się trochę, panie mnichu.
Podążyli na spotkanie rannego i oznajmili mu dobrą nowinę. Ranny podniósł się, zobaczył zbliżającego się mnicha i osunął się na nosze z twarzą, rozjaśnioną promieniem radości.
— Teraz — rzekli młodzieńcy — uczyniliśmy dla pana wszystko, cośmy mogli, a ponieważ pilno nam połączyć się z armją księcia pana, musimy w dalszą udać się drogę; wybaczysz nam pan, nieprawdaż? Mówią, że będzie bitwa, a nie chcielibyśmy się na nią spóźnić.
— Jedźcie, moi młodzi panowie — odrzekł ranny — i niech was Bóg błogosławi za waszą litość; rzeczywiście, jakeście powiedzieli, uczyniliście dla mnie wszystko, coście mogli, ja zaś mogę wam tylko powiedzieć: Niech was Bóg strzeże i tych wszystkich, którzy wam są drodzy!
— Panie — odezwał się de Guiche do swego nauczyciela — pojedziemy naprzód, a pan spotka się z nami na drodze do Cambrin.
Gospodarz stał we drzwiach; przygotował już wszystko, łóżko, bandaże, szarpie, a parobek poszedł sprowadzić doktora z Lens, to jest z najbliższego miasta.
— Dobrze — zapewniał oberżysta — zrobi się, jak panowie sobie życzą, ale czyż się pan nie zatrzyma, ażeby opatrzeć swą ranę?... — zapytał, zwracając się do Bragelonna.
— O! moja rana to bagatela — odrzekł wicehrabia — dość jeszcze będzie czasu zająć się nią na następnym popasie; tylko jeżeli będzie tu przejeżdżał pewien jeździec i zapyta o młodego pana na koniu alezjańskim, powiedz mu pan z łaski swej, żeś mnie widział i że pojechałem dalej, mając zamiar zjeść obiad w Mazingarde, a przespać się w Cambrin. Ten jeździec będzie to mój służący, nazywam się wicehrabia de Bragelonne, a on Grimaud.
— Panie mnichu — rzekł de Guiche — wyspowiadaj dobrze tego człowieka i nie troszcz się o wydatki za siebie i muła; wszystko już zapłacone.
— Dziękuję panu — odrzekł mnich z uśmiechem, który wstrząsnął Bragelonna do głębi.
— Chodź, hrabio — rzekł Raul, który jakby instynktownie nie mógł znosić obecności mnicha — chodź tutaj, jakoś mi niedobrze.
W tejże chwili dwaj lokaje wchodzili z noszami do oberży. Gospodarz i jego żona, która nadbiegła, stali na stopniach schodów. Nieszczęśliwy ranny zdawał się cierpieć straszne męczarnie, a jednak zajęty był tylko myślą, czy mnich idzie za nim.
Na widok tego człowieka bladego i zakrwawionego — żona schwyciła gwałtownie męża za ramię.
— A to co?... — zapytał tenże. — Czy ci się zrobiło niedobrze?
— Nie, ale patrz — odrzekła gospodyni, pokazując mężowi rannego.
— A tak!... — odpowiedział tenże — zdaje się, że bardzo chory.
— Nie o tem chcę mówić — ciągnęła dalej kobieta, cała drżąca — pytam ci się, czy go nie poznajesz.
— Tego człowieka?... Poczekaj...
— A! widzę, że go poznajesz — rzekła żona — bo i ty zbladłeś.
— Tak! tak!... — wykrzyknął gospodarz. — Biada memu domowi! to dawny kat z Béthune.
— Dawny kat z Béthune!... — wyszeptał młody mnich, zatrzymując się nagle i nie tając zgoła wstrętu, jaki obudził w nim penitent.
Pan d‘Arminges, stojący przy drzwiach spostrzegł jego wahanie.
— Panie mnichu — wyrzekł — pomimo że ten człowiek jest, lub był katem, to niemniej jest człowiekiem; oddaj mu tę ostatnią posługę, jakiej od ciebie żąda, a uczynek twój tem godniejszy będzie pochwały.
Mnich, nie odpowiedział nic, poszedł w milczeniu do niskiej izby, gdzie lokaje złożyli umierającego na łóżku. Widząc sługę bożego, zbliżającego się do łoża, lokaje wyszli, zamknąwszy drzwi i zostawiając mnicha razem z konającym. D‘Arminges i Olivan już na nich czekali i wszyscy czterej ruszyli kłusem, podążając tą drogą, na której skręcie znikli już Raul i jego towarzysz.
W chwili gdy nauczyciel i jego eskorta znikali również, nowy podróżny zatrzymał się na progu oberży.
— Czego pan sobie życzy?... — zapytał gospodarz, jeszcze blady i drżący po odkryciu, jakie uczynił.
Podróżny pokazał ręką, że chce pić, a zsiadłszy na ziemię, wskazał konia i potarł go ręką.
— O! do djabła!... — rzekł do siebie gospodarz — to widocznie jakiś niemy.
— A gdzie pan chce pić?... — zapytał.
— Tu — wyrzekł podróżny, wskazując stół.
— Omyliłem się — pomyślał gospodarz — on nie jest jednak całkiem niemy.
Przyniósł butelkę wina i biszkopty i postawił je przed swym milczącym gościem.
— Czy panu czego więcej nie potrzeba?... — zapytał.
— I owszem — odrzekł podróżny, — chciałbym dowiedzieć się, czy pan nie widział przejeżdżającego tędy młodego szlachcica piętnastoletniego, na koniu alezjańskim, wraz z lokajem.
— Wicehrabiego de Bragelonne?... — rzekł gospodarz.
— Właśnie.
— Więc to pan jest panem Grimaud? Podróżny skinął twierdząco.
— Tak — podchwycił gospodarz — pański młody pan był tutaj przed niespełna kwadransem; zamierza on jeść obiad w Mazingarde, a przenocuje w Cambrin.
— Tak daleko stąd do Mazingarde?
— Dwie mile.
— Dziękuję.
Grimaud, upewniwszy się, że spotka się ze swym młodym panem przed schyłkiem dnia, wydał się spokojniejszy, otarł sobie czoło i nalał kieliszek wina, które wypił w milczeniu. Postawił kieliszek na stole i miał znowu go napełnić, kiedy krzyk straszny rozległ się z pokoju, gdzie się znajdowali mnich i umierający.
Grimaud powstał.
— Co to jest — rzekł — skąd ten krzyk?...
— Z pokoju rannego — rzekł gospodarz.
— Cóż to za ranny?... — zapytał Grimaud.
— Dawny kat z Béthune, którego na śmierć poranili żołnierze hiszpańscy; przywieziono go tutaj i spowiada się teraz przed braciszkiem augustjaninem; musi widać bardzo cierpieć.
— Dawny kat z Béthune — wyszeptał Grimaud, zbierając wspomnienia. — Mężczyzna lat pięćdziesięciu pięciu, czy sześćdziesięciu, niski, silny, ogorzały, z włosami i brodą ciemną?...
— Tak, tylko broda już posiwiała, a włosy całkiem zbielały. Czy go pan zna?... — zapytał gospodarz.
— Widziałem go raz — rzekł Grimaud, a czoło mu się zasępiło na widok, przedstawiający mu się w wyobraźni.
Oberżystka nadbiegła drżąca.
— Słyszałeś?... — zapytała męża.
— Słyszałem — odpowiedział gospodarz, spoglądając niespokojnie w stronę drzwi.
W tejże chwili krzyk, mniej głośny od pierwszego, ale połączony z długim i przeciągłym jękiem rozległ się znowu. Wszyscy troje spojrzeli po sobie.
— Trzeba zobaczyć, co to jest — rzekł Grimaud.
— Tam jakby kogo zabijano — szepnął gospodarz.
— Jezu Chryste!... — wyrzekła żona, żegnając się.
Wiadomo, że Grimaud mało mówił, ale dużo robił. Rzucił się ku drzwiom i wstrząsnął niemi silnie, ale zamknięte były na zasuwki z wewnątrz.
— Otworzyć!... — zawołał gospodarz — panie mnichu!... otwórz, panie mnichu!... otwórz natychmiast!...
Nikt nie odpowiedział.
— Otworzyć!... albo drzwi wyłamiemy!...
Znów cisza. — Grimaud rzucił okiem dokoła i spostrzegł drąg żelazny, który przypadkiem stał w kącie; rzucił się na niego i zanim gospodarz zdołał sprzeciwić się planowi, już drzwi wyważył.
Pokój zalany był krwią, cieknącą przez materac. Ranny nie mówił nic, tylko rzęził. Mnich uciekł.
— Mnich!... — krzyknął gospodarz — gdzie jest mnich?...
Grimaud podbiegł do otwartego okna, które wychodziło na podwórze.
— Uciekł tędy!... — zawołał.
— Tak pan sądzisz?... — zapytał gospodarz przerażony — chłopcze, zobacz-no, czy muł mnicha jest w stajni.
— Niema go!... — zawołał ten, do którego zwrócony był rozkaz.
Grimaud zbliżył się do rannego, patrząc na te rysy ostre i wyraziste, które mu przywodziły na pamięć wspomnienie tak straszliwe. Po chwili posępnego przyglądania się w milczeniu, wyrzekł:
— Tak, to on...
— Czy żyje jeszcze?... — zapytał gospodarz.
Grimaud, nic nie odpowiedziawszy, odpiął mu surdut, ażeby zbadać serce, gdy oberżysta także przystąpił, lecz nagle obaj cofnęli się, przerażeni.
W lewej piersi kata zatopiony był sztylet po samą rękojeść.
— Biegnij pan po pomoc!... — rzekł Girmaud — ja zostanę przy nim.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.